<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472</id><updated>2012-01-20T11:17:42.345-08:00</updated><category term='queer'/><category term='miłość'/><category term='Walter Moers'/><category term='Izrael'/><category term='Victoria Nelson'/><category term='Turcja'/><category term='samotność'/><category term='S. T. Joshi'/><category term='Wpuść mnie'/><category term='Juli Zeh'/><category term='Iwona Chmura-Rutkowska'/><category term='Kawabata'/><category term='sny'/><category term='horror'/><category term='sadyzm'/><category term='mężczyźni'/><category term='Michel Foucault'/><category term='klonowanie'/><category term='podróże'/><category term='Australia'/><category term='hermetyzm'/><category term='Wojciech Nowicki'/><category term='Benstock'/><category term='Malcolm'/><category term='Roland Barthes'/><category term='polityka'/><category term='Yossi Avni'/><category term='wicca'/><category term='Moris Farhi'/><category term='Mnisi-czarnoksiężnicy'/><category term='Jacek Kochanowski'/><category term='Teoria Postkolonialna'/><category term='autobiografia'/><category term='P.D. James'/><category term='Ewa Kuryluk'/><category term='Michał Witkowski'/><category term='H.P. Lovecraft'/><category term='antysemityzm'/><category term='kolonializm'/><category term='Elizabeth Strout'/><category term='M. Houellebecq'/><category term='seks'/><category term='muzyka'/><category term='historia literatury'/><category term='Pod skórą'/><category term='starość'/><category term='Gertruda Stein'/><category term='teologia'/><category term='Japonia'/><category term='Marek Krajewski'/><category term='katolicyzm'/><category term='Palin'/><category term='płeć'/><category term='MacDonald'/><category term='Fabienne Verdier'/><category term='Wiera Gran'/><category term='Valerie Martin'/><category term='kryminał'/><category term='Niepocieszony'/><category term='Maryse Conde'/><category term='Chiny'/><category term='fantastyka'/><category term='religia'/><category term='Steven Saylor'/><category term='Europa'/><category term='starożytność'/><category term='herezje'/><category term='Joanna Ostrouch'/><category term='Julia Child'/><category term='Spektakl i wiedza'/><category term='historia kultury'/><category term='To nie jest kraj dla starych ludzi'/><category term='socjologia'/><category term='nauki ścisłe'/><category term='humanistyka'/><category term='Simon Leys'/><category term='dziecko'/><category term='Zagłada Żydów'/><category term='speculative fiction'/><category term='Lindqvist'/><category term='Julie Otsuka'/><category term='Johanna Sinisalo'/><category term='Żydzi'/><category term='Kraków'/><category term='Podolecka'/><category term='Cmentarz w Pradze'/><category term='Taichi Yamada'/><category term='Margot'/><category term='Własność'/><category term='Afryka'/><category term='Pu Songling'/><category term='Michel Faber'/><category term='USA'/><category term='Engelking'/><category term='Sebald'/><category term='Ruth Prawer Jhabvala'/><category term='kobiety'/><category term='Jack Womack'/><category term='ZZ Packer'/><category term='literatura dla dzieci i młodzieży'/><category term='Gross'/><category term='Skandynawia'/><category term='Anne Fadiman'/><category term='Arthur Miller'/><category term='Lidia Amejko'/><category term='Helen Oyeyemi'/><category term='Natsuo Kirino'/><category term='Merchant Ivory Productions'/><category term='blokowisko'/><category term='pedagogika'/><category term='Heather McElhatton'/><category term='Kuźmińscy'/><category term='Tadeusz Bartoś'/><category term='Alicja B. Toklas'/><category term='Tanizaki'/><category term='Kaprysik'/><category term='Lisa See'/><category term='Marie Hermanson'/><category term='Mariusz Szczygieł'/><category term='Xue Xinran'/><category term='dystopia'/><category term='jedzenie'/><category term='zwierzęta'/><category term='Agata Tuszyńska'/><category term='reportaż'/><category term='John Updike'/><category term='Okruchy dnia'/><category term='Danuta Gwizdalanka'/><category term='społeczeństwo'/><category term='Dobre kobiety z Chin'/><category term='niewolnictwo'/><category term='feminizm'/><category term='Niemcy'/><category term='biografia'/><category term='melancholia'/><category term='przemoc'/><category term='Cormac McCarthy'/><category term='Mała Ikar'/><category term='Kazuo Ishiguro'/><category term='esej'/><category term='Paolo Giordano'/><category term='etyka'/><category term='manekiny'/><category term='Pasażerka ciszy'/><category term='Umberto Eco'/><category term='Leela Gandhi'/><category term='spisek'/><category term='Znany świat'/><category term='Drobne błędy'/><category term='Coenowie'/><category term='Edward P. Jones'/><title type='text'>Dwie poważne damy</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Sławomira Raczyńska</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11376808583402982279</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>62</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-7347487175016521644</id><published>2012-01-20T11:07:00.000-08:00</published><updated>2012-01-20T11:17:42.357-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Mnisi-czarnoksiężnicy'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Chiny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Pu Songling'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka'/><title type='text'>Pu Songling, „Mnisi-czarnoksiężnicy, czyli niesamowite historie o dziwnych ludziach”</title><content type='html'>Od lat znane są w Polsce japońskie opowieści niesamowite, głównie dzięki edycji &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Kwaidana. Opowieści niezwykłych&lt;/span&gt; czy &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Ballady o Narayamie&lt;/span&gt; Lafcadio Hearna, a ostatnio także za sprawą bardzo ciekawego i wzbogaconego o niewielką antologię opracowania Marcina Tatarczuka*. Tymczasem istniał analogiczny nurt w literaturze chińskiej, i niedawno został wznowiony (wydany po polsku w 1960 roku) wybór nowel Pu Songlinga (1640-1715) zatytułowany &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Mnisi-czarnoksiężnicy, czyli niesamowite historie o dziwnych ludziach&lt;/span&gt;. Zwykle przedmiotem naszych wpisów jest literatura współczesna, jednak wyjątkowo chciałabym się dzisiaj cofnąć do Chin czasów dynastii Tang oraz Ming.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W niemal tej samej epoce w Japonii kształtował się korpus &lt;span style="font-style:italic;"&gt;kaidan&lt;/span&gt;, wpierw jako konglomerat podań ludowych, stopniowo „kodyfikowanych” i przenoszących się w sfery odbiorców piśmiennych, będących kompetentnymi uczestnikami kultury, krytycznymi, ironicznymi i spragnionymi rozrywek w duchu ukiyo – także rozrywek z dreszczykiem. Lektura &lt;span style="font-style:italic;"&gt;kaidanów &lt;/span&gt;nawet dzisiaj może taki dreszczyk zapewnić, podobnie jak seans filmu &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Kwaidan, czyli opowieści niesamowite&lt;/span&gt; Kobayashiego z 1964 roku. Inaczej jest z chińskimi nowelami niesamowitymi, których Pu Songling zebrał i spisał aż 430 (edycja wydawnictwa Iskry to tylko 17 z nich). Nadprzyrodzone interwencje służą przede wszystkim publicznej moralności, mirowi domowemu i zgodzie międzyludzkiej, mają tedy charakter dydaktyczny, dodatkowo wzmacniany podsumowaniami i komentarzami autorskimi rekapitulującymi nauki płynące z danej historii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadziwiającym odpowiednikiem „żyli długo i szczęśliwie” jest wskazanie dalszych losów bohaterów jako związanych z rozwojem urzędniczej kariery. Na przykład &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Mniszka-narzeczona Chen Yunqi&lt;/span&gt; kończy się w następujący sposób: „Wszyscy wnukowie pomyślnie przeszli przez egzaminy urzędnicze pierwszego stopnia, a najstarszy (…) zdał nawet egzaminy okręgowe” (s. 70).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To preferowany model kariery, choć są nowele, w których mowa o pracy kupców czy rolników również mogących się wzbogacić i zyskać szacunek swą pracą. Premiowana jest jednak pilna nauka, zyskiwanie pozycji cesarskiego funkcjonariusza i postępowanie drogą awansów. Co więcej, źli urzędnicy są degradowani albo usuwani ze swych stanowisk. Oczywiście to określenie nie pada w &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Mnichach-czarnoksiężnikach&lt;/span&gt;, jednak widzimy tu przykład apologii konfucjańskiej merytokracji, która – wedle życzeniowego myślenia Pu Songlinga – jest systemem nieomylnie sprawiedliwym (sam autor pomyślnie przeszedł przez cesarskie egzaminy dopiero w… osiemdziesiątym drugim roku życia!).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wśród postaci nadprzyrodzonych spotykamy przede wszystkim lisice wcielone w piękne, roztropne i zaradne kobiety, uczone duchy, u których można zasięgać dobrych rad (jeden, Nieśmiertelny He, pomaga w poprawianiu prac egzaminacyjnych i ocenach twórczości literackiej!), ale i ludzi obdarzonych szczególnymi mocami – umiejętnością wróżenia czy znajomością proroczej mowy ptaków.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Interesujące w prezentowanych nowelach jest to, że w przeciwieństwie na przykład do powstałej współcześnie &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Miłości Peonii&lt;/span&gt; (szczegóły &lt;a href="http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2010/02/o-miosci-uwagi-na-marginesie-miosc.html"&gt;tu&lt;/a&gt;), Pu Songling nie akcentuje zbyt ostro różnic klasowych między bohaterami, nie podkreśla tych wyznaczników, które dziś oceniamy jako znamiona szczególnej kulturowej opresji (np. łamanie i specyficzne kształtowanie kości stóp u arystokratek i dam z zamożnych rodzin, niekiedy mylnie zwane jedynie bandażowaniem).&lt;br /&gt;Oczywiście postaci są bogate lub ubogie, jednak ich powodzenie czy upadek są silnie uzależnione od pracowitości, ambicji, niekiedy też od fatum (spotkań z istotami nadnaturalnymi i ich ingerencji w życie śmiertelników), i nie można mówić o petryfikacji społecznego &lt;span style="font-style:italic;"&gt;status quo&lt;/span&gt;. Praworządność konfucjańska nie triumfuje wszelako na każdym polu. Mężczyźni i kobiety nie są ukazywani jako uzupełniające się i splecione za sobą elementy &lt;span style="font-style:italic;"&gt;yin &lt;/span&gt;i &lt;span style="font-style:italic;"&gt;yang&lt;/span&gt;. Nie znajdują potwierdzeń znane nam stereotypy o niegdysiejszych Chinkach, ani obrazy znane z cyklu opowieści o sędzim Di Roberta van Gulika. Kobiety niekoniecznie są łagodne i spokojne, jednak „niegodne” zachowanie zawsze ma swe wyjaśnienie, i można znaleźć na nie radę. Na przykład żona-furiatka Jiangzheng traktowała swego męża Gao niezwykle brutalnie, gdyż w swym poprzedniej inkarnacji była myszą, którą on niechcący rozdeptał (on, tudzież jego przeszłe wcielenie). Wyjaśnienie tej sytuacji, i mały obrządek (w tym przypadku buddyjski) pomagają kobiecie otrząsnąć się z majaków przeszłości i zacząć żyć przyzwoicie, w małżeńskiej harmonii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poligamia przyjmuje najróżniejsze formy. Np. w noweli &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Hengniang o czarach miłosnych&lt;/span&gt; Zhu, lekceważona przez męża pierwsza („bardziej prawowita”) żona, ustępująca pola nałożnicy Baodai, uczy się od zaprzyjaźnionej sąsiadki, jak odzyskiwać względy mężczyzny, przy okazji zyskując nieco autonomii osobistej. Zauważamy, iż Zhu nie zależy żadną miarą na tym, by przegnać konkubinę – mężowską ulubienicę. Stosuje się skrupulatnie do rad przyjaciółki, aż w efekcie Baodai wraca na swą pierwotną pozycję służącej, a sama Zhu kwitnie jako żona pożądana i szanowana. Najciekawsze jest jednak, że pomocna przyjaciółka to nie człowiek, a lisica (a konkretnie, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;huli jing&lt;/span&gt;, lisi duch, bóstwo). Najwidoczniej sama kobieca solidarność nie wystarczyłaby Zhu do wyrwania się z małżeńskiego kryzysu. Lisica nie czyni wszakże zła. Ingeruje, jednak bohaterka właściwie nie musiała się stosować do jej zaleceń. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W innej noweli młoda kobieta, Qingmei, poświęca wiele starań, aby zeswatać szlachetnego, ale bardzo ubogiego mężczyznę, z Axi, córką ważnego urzędnika. Qingmei wychodzi nawet za owego biedaka, który w międzyczasie wybija się, awansuje. Ród Axi podupada, Qingmei znajduje zubożałą dziewczynę w klasztorze, wprowadza do swego domu, doprowadza do jej małżeństwa z własnym mężem, aby sfinalizować rozpoczęte lata wcześniej swaty. Nie trzeba chyba dopowiadać, że wierna, sprytna i obrotna swatka była córką lisicy (wzgardzonej przez człowieka).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Innym dość zaskakującym motywem jest triumf wiernej miłości – wbrew kilkuletniej rozłące, wbrew trudnościom finansowym czy przeszkodą społecznym. To, w połączeniu w wiarą w sprawiedliwość systemu merytokratycznego, daje nieco wyidealizowany obraz życia w dawnych Chinach, czy – patrząc z innej strony – niweluje wszelki potencjał krytyczny. Nowelistyką w czasach cesarstwa (Chiny stały się republiką w 1911 roku) parali się przede wszystkim urzędnicy niebędący w stanie dojść do pożądanych godności, jednak na przykładzie Pu Songlinga widać, iż woleli kanalizować swe ambicje i w wolnych chwilach poświęcać się pisarstwu dla rozrywki, posiadającemu dziś dla nas wielki walor etnologiczny. Pogodność i pewnego rodzaju poczciwość emanująca z &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Mnichów-czarnoksiężników&lt;/span&gt; bardzo odróżnia te opowieści od moich ulubionych kaidanów. Pozostanę jednak przy tych ostatnich, choć wycieczkę do krainy chińskich niesamowitości uważam za udaną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paulina Szkudlarek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pu Songling, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Mnisi-czarnoksiężnicy, czyli niesamowite historie o dziwnych ludziach&lt;/span&gt;, przeł. Danuta Żbikowska, Agnieszka Łobacz, Bożena Kowalska, Stanisław Pawelczyk, Iskry, Warszawa 2008.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Przypis:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* Lafcadio Hearn, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Kwaidan. Opowieści niezwykłe&lt;/span&gt;, przeł. Jerzy A. Rzewuski, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1984 (oraz wydania późniejsze); Lafcadio Hearn, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Ballada o Narayamie. Opowieści niesamowite z prozy japońskiej&lt;/span&gt;, przeł. Blanka Yonekawa, PIW, Warszawa 1986; Marcin Tatarczuk, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Kaidan. Japońskie opowieści niesamowite epoki Edo&lt;/span&gt;, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2011.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-7347487175016521644?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/7347487175016521644/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2012/01/pu-songling-mnisi-czarnoksieznicy-czyli.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/7347487175016521644'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/7347487175016521644'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2012/01/pu-songling-mnisi-czarnoksieznicy-czyli.html' title='Pu Songling, „Mnisi-czarnoksiężnicy, czyli niesamowite historie o dziwnych ludziach”'/><author><name>Paulina Szkudlarek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07806571691844060258</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-7827010387044672806</id><published>2012-01-10T09:38:00.000-08:00</published><updated>2012-01-10T09:45:08.194-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='społeczeństwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='samotność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Ruth Prawer Jhabvala'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kazuo Ishiguro'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Merchant Ivory Productions'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Okruchy dnia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='etyka'/><title type='text'>Okruchy dnia, resztki godności. Kazuo Ishiguro, „Okruchy dnia”</title><content type='html'>Sięgając po jedną z najbardziej znanych powieści Kazuo Ishiguro &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Okruchy dnia&lt;/span&gt; (uhonorowanej w 1989 roku The Man-Booker Prize for Fiction) nie sposób było nie przypomnieć sobie o jej znakomitej filmowej adaptacji w reżyserii Jamesa Ivory’ego z 1993 roku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Autorką scenariusza filmu była wielokrotnie nagradzana pisarka i scenarzystka, Ruth Prawer Jhabvala. Warto poświęcić jej choć parę słów, ponieważ jej twórczość i sylwetka są niemal zupełnie nieznane w Polsce, co wręcz zdumiewa, jeśli przyjrzeć się jej dorobkowi artystycznemu (ponad dwadzieścia scenariuszy do filmów, prestiżowe nagrody za jej własne powieści). Polskie sieciowe serwisy filmowe (jak Filmweb i Stopklatka) nie podają właściwie żadnych informacji o Ruth Prawer Jhabvali. Mimo rodzimej manii akcentowania obecności polskich przodków u niemal każdego znanego z telewizji artysty czy sportowca (choćby jego rodzina mieszkała poza Polską od dwustu lat), postać Jhabvali jakoś umknęła poszukiwaczom śladów poloników na świecie. Tymczasem Ruth Prawer Jhabvala to pochodząca z Niemiec córka polsko–niemieckiego małżeństwa Żydów, którym udało się uciec na początku lat trzydziestych dwudziestego wieku z nazistowskich Niemiec do Anglii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; W Wielkiej Brytanii przyszła laureatka Oscara i Bookera, by wspomnieć tylko o najbardziej znanych nagrodach, zrobiła dyplom z angielskiej literatury. W latach pięćdziesiątych Ruth Prawer Jhabavala przeprowadziła się do Indii, gdzie wyszła za mąż za hinduskiego architekta, i zaczęła pisać swoje pierwsze powieści (przebywała w Indiach ze względu na męża; Indie  same w sobie jej nie interesowały. Obecnie mieszka w Stanach Zjednoczonych). Również wtedy nawiązała znajomość i współpracę z Jamesem Ivorym, z którym, razem z producentem Ismailem Merchantem, również pochodzącym z Indii, utworzyli działające do dziś studio filmowe Merchant Ivory Productions (nasuwa się dość oczywiste pytanie, dlaczego jej nazwiska nie ma w nazwie przedsięwzięcia, skoro to właśnie głównie jej scenariuszom firma zawdzięcza sukces). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O ile film ukazuje głównych bohaterów, czyli kamerdynera Stevensa (Anthony Hopkins) i gospodynię – czyli szefową żeńskiego personelu – pannę Kenton (Emma Thompson) jako postacie tragiczne, podporządkowane niemal całkowicie pracy i podzielające w stu procentach światopogląd pracodawcy - a raczej to, co z niego był w stanie zrozumieć Stevens, powieść jest bardziej zniuansowana. Film opowiada o fragmentach losów dwóch istot, których celem i sednem życia było dbanie o porządek każdego dnia nadludzi ich ówczesnego społeczeństwa, angielskich arystokratów. Tytułowe okruchy dnia mogą oznaczać zarówno każdą drobinę codzienności, nad którą sprawowali pieczę Stevens i Kenton, jak i to, co pozostaje we wspomnieniach z całego życia. Drobne sceny, gesty, których znaczenie zmienia czas, wreszcie – okruchy życia to jedyne, co jest bohaterom dane, bowiem Stevens, który nie zauważył szansy na związek z kochającą go kobietą, może żywić swoje człowieczeństwo jedynie okruchami wspomnień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W filmie Stevens wydaje się reprezentować porządek pozbawiony emocji i bezwzględną lojalność, panna Kenton – uczucia i szansę na szczęście prywatnego życia. W książce taka „dychotomia” nie jest oczywista.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Krytycy wytykają filmowi zbytnie uproszczenia, np. iż pokazuje tylko jedną konferencję z końca lat trzydziestych XX w., a w książkowym pierwowzorze były szerzej opisane dwie, w tym jedna z lat dwudziestych, podczas której Stevens był świadkiem ciekawej dyskusji o „zawodowym” politykowaniu i krytyce amatorów w rodzaju lorda Darlingtona, ofiary idealistycznego wychowania w starym, brytyjskim stylu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O ile w filmie nie mamy dostępu do przemyśleń bohaterów i dopowiadamy sobie, że oboje, Stevens i Kenton, niemal nie śmieli pragnąć szczęścia dla siebie, w powieści znamy dokładnie myśli kamerdynera Darlingtonów, i zdecydowanie nie są one skupione wokół osobistych emocji związanych z jakąkolwiek kobietą. Tematy zajmujące niemal każdą myśl Stevensa to - godność, wierna i doskonała służba, a także prestiż społeczny, zależny od pozycji, jaką człowiek zajmuje w hierarchii klas. Stevens jest tragikomiczny, czasem groteskowy, przypomina robota wykonującego zaprogramowanie zadania i wdającego się jedynie w błahe pogaduszki.. Wydaje się pozbawiony zdolności do przewidywania konsekwencji obserwowanych wydarzeń i czynów zarówno swoich, jak i osób z jego otoczenia. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ishiguro ma talent do portretowania bohaterów, którzy z jakiegoś powodu wydają się niemal niezdolni do zrozumienia powagi sytuacji historycznej i politycznej swoich czasów, czyli lat dwudziestych i trzydziestych dwudziestego wieku, w których powstawał i krzepł nazizm i faszyzm. Nie zastanawiają się nad społecznymi i politycznymi implikacjami populistycznych haseł, idą za swoim aktualnym idolem (jak bohater znakomitej noweli Ishiguro &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Malarz świata ułudy&lt;/span&gt;) – Stevens powtarza za swoim pracodawcą Darlingtonem nie tylko frazesy na tematy ogólne, ale i antysemickie przekonania. Zgadza się na zwolnienie ze służby dwóch żydowskich dziewczyn, co w praktyce oznaczało też ich deportację do Niemiec i dalsze prześladowania, a nawet śmierć w jednym z obozów zagłady.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powieść jest napisana w formie wspomnień i relacji z pewnej niewielkiej wyprawy Stevensa, głównego bohatera i narratora, i rozpoczyna się w czerwcu 1956 roku, kiedy to nowy właściciel siedziby starego arystokratycznego rodu angielskiego, Amerykanin Farraday, proponuje kamerdynerowi kilkudniowy urlop. Reakcja Stevensa jest bardzo charakterystyczna dla jego komunikacji z bezpośrednim Farradayem, który wyraźnie traktuje go jak swego rodzaju ludzki bibelot, nabyty razem z posiadłością Darlington Hall – ale bibelot z ludzkimi potrzebami, których Farraday jest świadom. Otóż Stevens nie wie, jak powinien zareagować. Relacje z poprzednim panem rezydencji, z jej prawowitym właścicielem, lordowską mością, były jasne i oddzielone grubą kreską od życia prywatnego każdego z nich. Stevens był sprawną i dobrze działającą częścią mechanizmu wprawiającą w ruch olbrzymie domostwo obsługujące codziennie nie tylko lordowską rodzinę, ale również tłumy szacownych gości lorda i ich świty. Wystarczy pomyśleć, że za każdym gościem Darlingtona ciągnęło się około 10 służących, których trzeba było zakwaterować i wyżywić, a także zadbać, by się nie pozabijali tudzież nie uciekli z resztą służących ze stałego personelu. Stevens mógł wiedzieć wszystko o rodzinie Darlingtona, ale nie powinien o tym mówić, Darlington nie powinien wiedzieć o Stevensie nic ponad fakt, że wywiązuje się ze służby wzorowo. Tymczasem Farraday wyraźnie próbuje co jakiś czas wciągnąć Stevensa w rozmowę o przeszłości Darlington Hall i jego właścicieli, co wprawia w konsternację kamerdynera, nienawykłego do luźnych i niezobowiązujących konwersacji z kimkolwiek. Co gorsza, Farraday próbuje żartować ze Stevensem, co jednak „nie mieści się w jego kompetencjach”, i podczas całej powieści kamerdyner próbuje wyćwiczyć w sobie tę niezwykłą i dla niego wyraźnie nową zdolność, jaką jest „swobodne i spontaniczne żartowanie”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatecznie Stevens postanawia wykorzystać tę niesamowitą okazję, jaką jest dla niego urlop – do tej pory służąc Darlingtonom miał jedynie sporadycznie wolny dzień – i wybiera się w podróż do dawnej gospodyni domu lordowskiej mości, panny Kenton, a obecnie pani Benn, aby zapytać ją, czy nie byłaby zainteresowana powrotem na służbę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie od razu dowiadujemy się, co się stało z poprzednim właścicielem Darlington Hall; do czytelnika docierają strzępki informacji, dawkowane oszczędnie, aż ostatecznie wyłania się przygnębiający obraz skompromitowanego przez własną naiwność polityczną arystokraty, który nie zrozumiał, jak bardzo świat się zmienił po pierwszej wojnie światowej. Powodowany dobrymi chęciami – z osobistych pobudek – pragnął wzmocnienia Niemiec po traktacie wersalskim, nie zauważając, że jego polityczny sojusznik i sprzymierzeniec, czyli niemiecki ambasador i bliski współpracownik Hitlera, Ribbentrop, to również jeden z głównych twórców i filarów ruchu nazistowskiego, poczynającego sobie zarówno z oponentami politycznymi, jak i mniejszościami narodowymi, zwłaszcza Żydami, coraz śmielej. Opinie Darlingtona o Ribbentropie przypominają niektórych dzisiejszych polityków prawicowych – „porządni” obywatele o zdecydowanej i dominującej osobowości, a to ich zamiłowanie do swastyk i ogolonych na łyso kolegów, co pozdrawiają słońce, to taka oprawa plastyczna. Dopiero pod koniec książki dowiadujemy się z bardzo lakonicznych wzmianek, ze lord Darlington popełnił samobójstwo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Monolog narratora, Stevensa,  brzmi w przeważającej części niczym pompatyczna przemowa. Nadęty i napuszony ton, pełen przekonania o własnej ważności i wiedzy kontrastuje z licznymi deklaracjami całkowitego podporządkowania się osądowi pracodawców. Czasem słowa Stevensa wydają się próbką spisania Traktatu o Dobrym Kamerdynerze. Stevens nie poddaje w wątpliwość sensowności klasowości społeczeństwa brytyjskiego, swojego miejsca w hierarchii; on urodził się, by służyć. Często wspomina o stowarzyszeniu najlepszych kamerdynerów – Hayes Society, które zdaje się naśladować jakiś elitarny klub dżentelmenów, do którego zapewne należała część chlebodawców członków owego stowarzyszenia. Nie ma ono oczywiście takiego charakteru jak to, do którego należy Jeeves (niezapomniany bohater humoresek Woodehouse’a), a należący doń kamerdynerzy to typy traktujące swoją robotę bardzo poważnie. Co dziwne, Stevens oświadcza, że nie darzy go zbytnim entuzjazmem, ale nie wiemy dlaczego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stevens wygłasza liczne peany na temat powagi swojego zawodu, które brzmią dość śmiesznie. Oto kamerdyner to ktoś w rodzaju anioła stróża wielkich ludzi tego świata. Usuwa pyłki spod ich stóp, by ich wielkie mądre głowy mogły rozwiązywać problemy, których maluczcy nie ogarniają. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podczas podróży do pani Benn, Stevens wydaje się nieporadną, wypuszczoną ze złotej klatki istotą. Zapomina o wodzie do chłodnicy samochodu lorda, o zaopatrzeniu się w benzynę, co kończy się przymusowym pobytem i noclegiem na przypadkowo napotkanej farmie. Opisy kontaktów Stevensa z miejscowymi rolnikami i mieszkańcami są komiczne. On jawi im się niemal jako książę z wysokiego zamku, on traktuje ich protekcjonalnie, jak feudał „dobrych ludzi”, którzy właśnie mu przynieśli w darze brudne kurze jajka. Dodatkowo Stevens podkoloryzowuje znaczenie swojej osoby i opowiada o swojej roli w Darlington Hall, jakby był równy lordom. Gdy ta mistyfikacja niemal wychodzi na jaw, okoliczny doktor, który rozszyfrował Stevensa, nie wydaje go jednak na pastwę  kpin wieśniaków, uważając całe zajście za dobrą zabawę. Stevens unika mówienia, gdzie służył, czytelnik może się jedynie domyślać, iż nazwisko Darlington zostało skompromitowane z winy lorda paktującego z nazistami. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podczas swoich rozważań na temat idealnej służby i nad idealnymi kandydatami do Hayes Society, Stevens zastanawia się nad tym, co cechuje „wielkich” kamerdynerów. Przede wszystkim służba „wielkiemu” panu, a więc konserwatywnej ostoi tego, co „brytyjskie”. Samo Hayes Society, przyciśnięte przez listy publikowane na łamach „Kwartalnika dżentelmena”, oświadcza, że rozpatruje kandydatury swoich członków zwracając uwagę na to, czy charakteryzuje ich „godność”. A czym jest owa godność? Tutaj następuje długie i szczegółowe omówienie owej cechy. Nie wynika ono jednakże z pewności własnego osądu, to raczej okazja do „wymądrzania się” Stevensa, nawet przed sobą samym. Jego monolog to napuszona przemowa, która nie ma w sobie niemal nic z osobistej intymnej refleksji o własnym życiu i wydarzeniach w Darlington Hall. Zatem Stevens próbuje opisać godność anegdotami z życia jego ojca i od niego poznanymi. Ojciec Stevensa, który służył razem z nim w Darlington Hall, był również kamerdynerem i Stevens junior uważał go za idealnego i pełnego godności pracownika. Owa godność polegała głównie na całkowitej dyskrecji, usuwaniu się w cień, ukrywaniu jak najlepiej najgłębszych emocji i całkowitym podporządkowaniu się klasie arystokratycznej. Opis cech składających się na godność według Stevensa, to nie jest po prostu pochwała dyscypliny pracy i perfekcjonizmu w swoim zawodzie. To znakomite studium samoupokorzenia i pozbawienia swojego życia sensu i znaczenia. Choćby lordowskie moście podpaliły cały glob ziemski i wymordowały ludzkość, kamerdyner z kamienną twarzą powinien podać im punktualnie herbatę, dbając o wypolerowane srebra stołowe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stevens nie poddaje w wątpliwość żadnej opinii czy zalecenia lorda Darlingtona. Jego usłużność i anormalny brak własnego zdania, czyni z niego bezwolną kukłę, która potrafi jedynie służyć. Jednak ta służba nie ma żadnej konotacji z przyjaźnią czy jakąkolwiek poufałością. Oczywiście lord Darlington może polecić Stevensowi, by uświadomił jego krewniaka dzień przed ślubem, jakby nie dowierzając, że dwudziestokilkulatek wychowany w brytyjskich internatach i wyedukowany poza domem, mógłby znać coś więcej niż opowieści o pszczółkach zapylających kwiatki, ale to po prostu jedno z zadań – z którego zresztą, mimo starań, kamerdyner nie wywiązuje się należycie. Niemniej jednak Stevens oczywiście nie ma żadnego prawa głosu ani krytyki wobec swojego chlebodawcy. Jak się wydaje w toku wydarzeń, w otoczeniu lorda Darlingtona, oprócz syna jego przyjaciela, dziennikarza Cardinala, niemal nikt nie zwrócił uwagi na fakt, że konszachty Darlingtona z niemieckimi faszystami są nie tylko co najmniej naganne, ale również ściągną na niego poważne problemy z racji oskarżeń o kolaborację z wrogiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stevens jest całkowicie skupiony na problemach związanych z prowadzeniem domu Darlingtonów. Podczas podróży do pani Benn podziwia wspaniałe pejzaże angielskie – tu bardzo zabawnie autor pokazuje jego prowincjonalne myślenie w stylu „oglądałem albumy National Geographic ze zdjęciami egzotycznych miejsc, i nie umywają się one do łąk angielskich” – i wspomina rozmaite scenki z przeszłości, gdy spędzał swój wolny czas na rozmowach z panną Kenton. Dla czytelnika wymowa owych kontaktów jest raczej oczywista – Stevens podobał się jej, chciała go jakoś sprowokować do nieformalnych relacji, jakiejkolwiek deklaracji posiadania emocji. Ponadto bardzo bała się samotności. Nie miała rodziny oprócz jednej starszej ciotki, i gdy ta zmarła, Kenton zaczęła myśleć o małżeństwie, by zabezpieczyć swój byt na starość. Jej niemal rozpaczliwy flirt z zainteresowanym nią mężczyzną – i późniejszym mężem – był prowokacją wobec Stevensa, która miałaby go zmusić do decyzji, czy zależy mu na niej. Jednak Stevens nic takiego nie zauważył. Wspomina sobie, ale nie interpretuje w ogóle tego jako czegoś zabarwionego głębszymi uczuciami, nawet po latach jest zdezorientowany: o co mogło wtedy jej chodzić… &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stevens podczas swojej podróży na spotkanie z panią Benn, podczas rozmów z przypadkowo spotkanymi mieszkańcami okolic, jawi się niczym gość z innej planety. Wydaje się zupełnie nie zdawać sprawy z przemian, jakie zaszły w społeczeństwie brytyjskim podczas drugiej wojny światowej i po niej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy w końcu Stevens dociera do Little Compton, gdzie w herbaciarni hotelu „Różany Ogródek” spotyka się z panią Benn, spędzają czas – oprócz picia nieodzownej herbatki – na wspominaniu starych dziejów i wspólnej służby w Darlington Hall. Ich rozmowa to majstersztyk przemilczania najgłębszych emocji i pomijania osobistych tematów. Pod koniec spotkania, kiedy już wiadomo, że pani Benn nie wróci na służbę do Darlington Hall, Stevens postanawia zdobyć tytuł mistrza empatii wszechczasów i ze śmiechem oświadcza swej towarzyszce złotych lat Darlington Hall, że przypomniał sobie „pewne stwierdzenie z pani listu. Czytając je, byłem lekko zaniepokojony, ale teraz widzę, że zupełnie niepotrzebnie” (s. 195). Kiedy pani Benn dopytuje Stevensa, o jakież to słowa chodzi, Stevens cytuje: „Reszta mego życia jest teraz dla mnie jedną wielką pustką”. Czytelnik jest świadomy, że te słowa napisała kobieta, która wyszła za mąż jedynie po to, by uciec przed samotnością przewidywaną jako przeznaczenie starszych ludzi, której małżeństwo było nieudane (wielokrotnie przebywała z mężem w nieformalnej separacji), ale Stevens zdaje się nie łączyć tych informacji ze smutkiem sączącym się z jej listów do niego. Pani Benn w odpowiedzi na ten jakże czuły objaw zainteresowania i współczucia ze strony Stevensa, oświadcza, widocznie próbując ukryć zmieszanie z zaskoczeniem („a jednak on jest z drewna”), że to niemożliwe, aby napisała takie słowa. Jej życie na pewno nie jest puste, cieszy się z pojawienia się na świecie wnuka i czeka na następnego. W końcu pani Benn pyta wprost: „Jaka przyszłość oczekuje pana po powrocie do Darlington Hall?” (s. 195). Odpowiedź Stevensa idealnie wpisuje się w jego sylwetkę idealnego kamerdynera, urodzonego by służyć – „Cóż, pani Benn, cokolwiek to będzie, nie czeka mnie pustka. Gdyby tak było! Ale nie, tylko praca, praca i jeszcze raz praca”. Jednak w ostatnich chwilach rozstania, w pełnej napięcia scenie, Stevens dokładniej wypytuje panią Benn o przyczyny żalu tak silnie bijącego z jej listów. Jego słowa, pełne uprzejmości, graniczące z prawdziwą troską, jaką można odczuwać o bliską osobę, ośmielają panią Benn do wyznania, które wygłasza tuż przed przybyciem autobusu mającego ją zabrać do rodzinnego domu, do męża. Tuż przed rozstaniem, być może już na zawsze, Stevens dowiaduje się, że pani Benn darzyła go uczuciem i pragnęła się z nim związać. „Wydaje mi się, że nie odpowiedziałem od razu, gdyż dopiero po chwili udało mi się zrozumieć w pełni znaczenie słów panny Kenton. Ponadto, jak mogą Państwo zauważyć, wnioski z nich płynące mogły wywołać u mnie pewien smutek. Cóż tu zresztą kryć – w owej chwili krwawiło mi serce” (s. 198). I w tym momencie Stevens zaskakuje swoją reakcją. Ukrywa perfekcyjnie swoją reakcję na jej słowa i nie daj poznać po sobie jak go poruszyły. Z uśmiechem na ustach pochwala jej rozsądek i decyzję pozostania przy mężu i rodzinie. Odmalowuje jej sytuację bytową jako jedną z najlepszych, jakie można sobie wyobrazić w jej wieku i sytuacji. Pociesza ją i zachęca do optymizmu, prosząc, by zadbała o siebie i wykorzystała pozostały jej czas na emeryturze na spokojne i szczęśliwe życie z bliskimi. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wstrząśnięty słowami pani Benn, Stevens rozmyśla przez wiele godzin nad swoim życiem. W rozmowie z przypadkowym turystą na nadmorskim molo, wyznaje obcemu człowiekowi: „Jego lordowska mość [chodzi oczywiście o lorda Darlingtona, którego Stevens znalazł po tym, jak ten popełnił samobójstwo – przyp. S.R.] był człowiekiem odważnym. Obrał w życiu jakąś drogę, okazało się, że niesłuszną, ale przynajmniej coś wybrał. A ja? Ja nie mogę powiedzieć o sobie nawet tego. Bo widzi pan, ja wierzyłem, wierzyłem w mądrość jego lordowskiej mości. Przez wszystkie te lata, kiedy mu służyłem, wierzyłem, że robię coś, co warto. A tymczasem nie mogę nawet powiedzieć, że popełniałem własne błędy. Doprawdy – nasuwa się pytanie – i jakaż w tym godność?” (s. 201-202).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednakże krótka chwila refleksji o swoim życiu się kończy i Stevens wraca do swoich typowych rozważań na temat służby dla nowego pana. „Może rzeczywiście najwyższy czas z większym entuzjazmem zająć się sprawą żartowania”. Ostatnie słowa Stevensa w książce brzmią niczym wyznanie złamanego człowieka, który zdał sobie w pełni sprawę, że jego idealna służba nie ma żadnego związku z godnością – „Mam nadzieję, że po powrocie mego chlebodawcy sprawię mu przyjemną niespodziankę” (s. 203).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sławomira Raczyńska&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kazuo Ishiguro, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Okruchy dnia&lt;/span&gt;, przeł. Jan Rybicki, Prószyński i S-ka, Warszawa 1997. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-7827010387044672806?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/7827010387044672806/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2012/01/okruchy-dnia-resztki-godnosci-kazuo.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/7827010387044672806'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/7827010387044672806'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2012/01/okruchy-dnia-resztki-godnosci-kazuo.html' title='Okruchy dnia, resztki godności. Kazuo Ishiguro, „Okruchy dnia”'/><author><name>Sławomira Raczyńska</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11376808583402982279</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-8540351106072568697</id><published>2012-01-06T15:48:00.000-08:00</published><updated>2012-01-09T12:09:58.442-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wiera Gran'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kobiety'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='starość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Agata Tuszyńska'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Zagłada Żydów'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Izrael'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='etyka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Żydzi'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='biografia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='muzyka'/><title type='text'>Los całkowicie przegrany. Agata Tuszyńska, „Oskarżona: Wiera Gran”</title><content type='html'>Z okładki książki Tuszyńskiej patrzy na nas młoda Wiera Gran, uwieczniona na promocyjnym zdjęciu kobieta piękna w nieco staroświeckim stylu, ze starannym makijażem. „Polska (?) Edith Piaf”, śpiewaczka z warszawskiego getta, była mi dotąd postacią zupełnie nieznaną. Wątpliwość dotycząca przed chwila wskazanego przydomku bierze się z faktu, iż Wiera Gran była polską Żydówką, o pochodzeniu ukraińskim bądź rosyjskim. Modyfikowała swą datę urodzenia, więc przyjmijmy przedział 1915–1919; zmarła w 2007 r. Tuszyńska daje nam możliwość poznania jej niezwykłych losów, jednocześnie budząc publikacją biografii ogromne kontrowersje. Przyjrzyjmy się &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Oskarżonej&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Młodziutka Gran pragnęła kariery tancerki, choćby kabaretowej, ale przez spowodowaną wypadkiem samochodowym kontuzję musiała się przerzucić na śpiew (dysponowała altem). Stawała na scenach w lokalach rozrywkowych, klubokawiarniach, z akompaniamentem fortepianowym. Podczas wojny zmieniły się warunki wykonywania takiej pracy. Na początku hitlerowcy zakazali występów, potem wprawdzie dozwolili, ale tylko na występy niewybredne, burleskowe, komediowe, kabaretowe. Gran, ze swym sentymentalnym repertuarem (np. &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Jej pierwszy bal&lt;/span&gt;) mogła powrócić na estradę. Tymczasem jednak utworzono warszawskie getto. Przeniosła się do niego z matką i siostrami praktycznie bez obaw, tym bardziej, że była to postawa powszechna wśród warszawskich Żydów, a poza tym represje nasilały się stopniowo, np. wpierw getto było otwarte.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pieśniarka znalazła nowe zatrudnienie w obrębie murów. Jednym z jej akompaniatorów był Władysław Szpilman. Książka Tuszyńskiej za punkt wyjścia wzięła pytanie, dlaczego muzyk w swoich wspomnieniach (i Roman Polański w ich ekranizacji) zupełnie Gran pominął: współpracowali przecież przez kilka lat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lokale rozrywkowe w getcie to sprawa moralnie kłopotliwa: ich bywalcami byli ci, którzy się na tragicznej sytuacji bogacili, czyli nie tylko właściciele zakładów pogrzebowych (gdyż na nich w pierwszej kolejności wskazuje Tuszyńska), ale tez żydowscy współpracownicy gestapowców. „Panujące w gettowym środowisku artystycznym stosunki wykluczały staranną selekcję towarzyską”, cytuje Tuszyńska (s. 118) &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Życie surowo wzbronione&lt;/span&gt; Antoniego Marianowicza. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiera – jaką ją widzimy w &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Oskarżonej &lt;/span&gt;– była skromna, nieoddana szumnemu życiu towarzyskiemu, nieuwodząca, nieskłonna do bratania się z klientami, dla których śpiewała. Przed wojną związała się z Kazimierzem Jezierskim, lekarzem o żydowskich korzeniach (pochodzącym z zasymilowanej rodziny, o – jak widzimy – polsko brzmiącym nazwisku). Nie jest jasne, czy wzięli wcześniej we Lwowie ślub cywilny, czy jednak nie, jednak zawsze uchodzili za małżeństwo. Kazimierz nie trafił do getta, i po zamknięciu jego bram usilnie się starał Wierę z niego wyciągnąć. Udało mu się to po ponad roku (rodzina Wiery zginęła). Do końca wojny małżonkowie mieszkali w podwarszawskiej wsi, gdzie on praktykował, ona zaś postarała się o zmianę wyglądu, i uchodziła za katoliczkę, „panią doktorową”, niesympatyczną i trochę nie przy zdrowych zmysłach – by trzymać innych na dystans. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po wojnie Wiera starała się powrócić do śpiewania, ale się okazało, że padło na nią odium, rozpoczęła się na nią nagonka jako na gestapowską konfidentkę – i dziwkę. Proces w żydowskim sądzie obywatelskim (Centralnego Komitetu Żydów Polskich), poprzedzony aresztowaniem proces w sądzie karnym PRL… Nieudane emigracje – trochę Paryż, trochę Nowy Jork, Londyn… Próbowała szczęścia także w Izraelu. Przez pół wieku wszędzie doganiały ją plotki, pomówienia, szykany. Brak dowodów winy, ale sytuacja była patowa – oskarżenia padały na podatny grunt i wrastały w życiorys Gran. Kobieta nie może się po wojnie cieszyć, że ocalała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy wspomniane kontrowersje, jakie wzbudziła publikacja biografii, dotyczą tylko spraw wokół domniemanej kolaboracji? Nie! Otóż Tuszyńska dotarła do paryskiego mieszkanka Gran kilka lat przed śmiercią bohaterki. Pokazała ją od bardzo dosłownej, fizjologicznej strony – to, co jest najgorsze w starości. I wygląd, i stroje, i zagracenie mieszkania, i dziwactwa, i manię prześladowczą skądinąd przez lata kompletnie zaszczutej kobiety. Dość do drastyczne, szczególnie jeśli spojrzymy na zdjęcia ilustrujące książkę. (Dodam, że wydanie jest pełne reprodukcji i zdjęć. Ukazują nam Wierę na przestrzeni całego życia, dokumenty z jej spraw, okładki płyt, afisze, jej własne notatki). Pod koniec książki Tuszyńska towarzyszy Gran w domu starców dla francuskiej Polonii. Rejestruje bezlitośnie chylenie się życia ku kresowi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wierze mimo wszystko nie brakowało autoironii, jednak portret, jaki wyłania się z biografii, uznany został za niesmaczny, epatujący tym, co powinno pozostawać ukryte. Przecież chodzi o niegdysiejszą piękność, elegantkę scen, która w swych ostatnich latach ma na toaletce sztuczne rzęsy, pudry i podkłady, oraz leki na starcze, raczej wstydliwe dolegliwości, która w swych ostatnich miesiącach musi nosić pieluchę, i to ponad pas.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tuszyńska nie żałuje odautorskich komentarzy; niektóre nie świadczą o reporterce najlepiej. Na przykład bezustannie podkreślane jest, jak długo na dany zbytkowny przedmiot musieliby harować „zwyczajni” ludzie pracy, a jak łatwo kosztowne zakupy przychodziły eleganckiej diwie (por. s. 62, 117 i in.). Nie budzi to oburzenia rzekomym uprzywilejowaniem pieśniarki, a raczej – zniesmaczenie małostkowością biografistki. &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Showbusiness &lt;/span&gt;zawsze oznaczał pewne pieniądze i rozbuchany styl, to zrozumiałe nawet w odniesieniu do niegdysiejszych scen warszawskich i warszawskich ulic.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszelako inne komentarze budzą uznanie staraniem, by wyważyć racje Gran i jej oskarżycieli. Autorka do końca nie opowiada się po jednej ze stron, dla mnie jednak książka broni racji bohaterki, ubolewa nad jej krzywdą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co jednak ze Szpilmanem (1911-2000)? To ciekawy wątek. Gran utrzymuje, że w pewnym momencie widziała go w roli pomocnika gestapowców, uczestnika brutalnych łapanek, który jednak nawet działając przemocą chronił swe dłonie pianisty. Po wojnie, gdy dostał doskonalą posadę w Polskim Radiu, w pierwszym spotkaniu z Gran wpierw się bardzo zdziwił, że ona przeżyła, potem odmówił jej radiowego angażu ze względu na oskarżenia o kolaborację. Zdezorientowana Gran zdała się na rady innych znajomych, i sama zgłosiła się do sądu prosząc o proces (została uniewinniona). Później była przekonana, że wówczas Szpilman chciał uprzedzić możliwy wymierzony w niego i jego wojenne postępowanie cios ze strony Gran. W samych swoich zeznaniach Szpilman jej nie oczerniał, jednak również nie zaświadczył o jej niewinności. Jak wspomniałam, burza się rozpętała na długo, a ostatnim jej akordem był film &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pianista &lt;/span&gt;(2002). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szpilman opracował i wydał swe wspomnienia, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Śmierć miasta&lt;/span&gt; (1946), dzięki współpracy i wsparciu Jerzego Waldorffa, w późniejszych jednak latach, np. gdy dzięki staraniom jego syna, Andrzeja, zaczęły się ukazywać przekłady, wszystko zostało przypisane Władysławowi Szpilmanowi. To ma wedle Wiery Gran dowodzić, że nie był dobrym człowiekiem, że miał wiele do ukrycia i bał się konfrontacji, itp. Współczesne polskie edycje są również wydawane jako &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pianista &lt;/span&gt;Szpilmana: zmiana pierwotnego tytułu, przekreślenie współsprawstwa Waldorffa, kolegi z redakcji Polskiego Radia. Tu kolejna interesująca, choć drobna kwestia. Tuszyńska wpierw ukazuje dysproporcje w powojennej pozycji Szpilmana i Gran: „teraz on rządził, a przynajmniej miał wpływ” (s. 265), sugerując szeroką sferę możliwości kształtowania przez Szpilmana powojennej rzeczywistości, gdy getto było już historią. Kilka stron później czytamy: „Po wojnie to Szpilman miał nieograniczoną władzę w radiu” (s. 269). A, w radiu. W redakcji muzycznej (w mniejszym, niż inne stopniu podatnej na upolitycznienie i naciski propagandy państwa stalinowskiego). Mimo wszystko jednak on mógł się cieszyć ze swego ocalenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I w książce, i w filmie &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pianista &lt;/span&gt;Gran jest przemilczana, nieobecna: „Wyeliminował Wierę ze swojej książki. (…) Wykreślił ze swojego losu, jakby ich drogi nigdy się nie zetknęły” (s. 264). Tu zgrzyt. Tuszyńska kazała mi spytać się: no to co z tym Szpilmanem? Czytałam książkę, podziwiałam film. W co uwierzyć? Znielubić Szpilmana? Jestem daleka od patrzenia w kategoriach czerni i bieli, ponadto świat najtrudniejszych wymagający wyborów nie może być wspominany bez relatywizacji do jego nieludzkich warunków, ale dwie kompletnie sprzeczne relacje z tych samych czasów i – co więcej – podane w tych samych czasach nie mogą być jednocześnie prawdziwe. „Tam, gdzie pamięć spotka się z narodową tożsamością, leży grób, a w nim śmierć”, w nieco innym kontekście napisała Idith Zertal (s. 23). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gran przyznaje, od początku, że raz zaśpiewała na domowej uroczystości pewnego wyjątkowo paskudnego kolaboranta (por. s. 116-117), ale nie donosiła ani się nie oddawała gestapowcom. Do występu została zmuszona i bała się o konsekwencje, gdyby np. uciekła („Jeśli ci głowa miła, nie odmawiaj” – doradził jej wtedy kolega; s. 117). Nie będę dodawać kolejnych szczegółów okoliczności tego zdarzenia, bo chciałam na tym przykładzie wskazać jedynie, że Gran była świadoma potencjalnego źródła rodzącego się oskarżenia. Jednak największą wagę przywiązywała do ludzkiej zawiści czy złośliwości, chęci szkodzenia w odruchu odrzucającym powszechną uwagę od win oskarżającego. Nie było to myślenie bezzasadne, o czym przekonuje nas lektura &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Narodu i śmierci&lt;/span&gt; Idith Zertal. Do Izraela Gran udała się w 1950 roku, kiedy pod presją grup tych, którzy przeżyli Zagładę i „domagali się sprawiedliwości i działań wobec „kolaborantów” (s. 109), wydano tam Ustawę o sądzeniu nazistów i ich pomocników. Jak przyznaje Zertal, &lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;z deklarowanych intencji i ducha ustawy wynikało, że ocaleni z Zagłady będą mogli sami rozwiać podejrzenia i „oczyścić” w ten sposób atmosferę, jaka panowała w ich środowisku (s. 144). &lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;Państwo stawało jednak często po stronie oskarżyciela, nie zaś podejrzanego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zauważmy, że narracja Tuszyńskiej snuta jest w sposób presuponujący znajomość po pierwsze, realiów życia w getcie, po wtóre, problematyki powojennego antysemityzmu w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (tu nacisk położony jest na aktywne organizowanie się Żydów, którzy przetrwali wojnę, okupację i Zagładę). Poszczególne postaci i nawiązania do pewnych zdarzeń pojawiają się na kartach &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Oskarżonej &lt;/span&gt;kilkukrotnie. Autorka czuje się w obowiązku powtarzać wyjaśnienia ich dotyczące, jakby obawiając się, że odbiorca okaże się nie dość uważny, by wszystkich i wszystko spamiętać. Nadaje to jej pracy ton redundancji – nie jest to bowiem książka możliwa do przyjęcia bez skupienia, w beztrosce myśli. To zbyt bolesna lektura. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wydawałoby się, że to biografia dla zainteresowanych np. estradą przedwojenną czy ściśle, osobą Gran. Spośród różnych aspektów książki Tuszyńskiej, którymi mogłabym ją „otagować” najciekawszy dla mnie był temat losów Żydów w czasie wojny. Jednak nawet gdy ktoś nie jest zainteresowany ani diwami z dawnych lat, ani historią Żydów, ani biografizmem „kobiecym”, praca Tuszyńskiej musi wciągnąć, być może potem oburzyć, być może wzbudzić uznanie, ale to koniecznie trzeba przeczytać! Długi cień wojny, rzucany na egzystencję ocalonych, nie powinien rozproszyć się w niepamięci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paulina Szkudlarek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Agata Tuszyńska, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Oskarżona: Wiera Gran&lt;/span&gt;, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010. Odwołania, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania. Tytuł recenzji zaczerpnęłam ze słów Tuszyńskiej – wywiad &lt;a href="http://www.polskieradio.pl/8/22/Artykul/238908,Oskarzona-Wiera-Gran-rozmowa-z-Agata-Tuszynska"&gt;dostępny tu&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odniesienia do Idith Zertal za: tejże, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Naród i śmierć. Zagłada w dyskursie i polityce Izraela&lt;/span&gt;, przeł. z ang. i fr. Jan Maria Kłoczowski, Universitas, Kraków 2010.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-8540351106072568697?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/8540351106072568697/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2012/01/los-cakowicie-przegrany-agata-tuszynska.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/8540351106072568697'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/8540351106072568697'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2012/01/los-cakowicie-przegrany-agata-tuszynska.html' title='Los całkowicie przegrany. Agata Tuszyńska, „Oskarżona: Wiera Gran”'/><author><name>Paulina Szkudlarek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07806571691844060258</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-4860674813528339429</id><published>2011-12-28T12:30:00.000-08:00</published><updated>2011-12-28T12:44:48.217-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kryminał'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='P.D. James'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='etyka'/><title type='text'>Z prochu powstałeś, w kurz się obrócisz. P.D. James, „Śmierć każdego dnia”</title><content type='html'>Podczas pisania tej recenzji przeczytałam i obejrzałam parę wywiadów z Phyllis Dorothy James, jedną z najbardziej znanych i cenionych autorek brytyjskich kryminałów. Leciwa, blisko dziewięćdziesięcioletnia dama, ubrana w jasne kostiumiki a la królowa Elżbieta, wywiera sympatyczne wrażenie zapewne na zasadzie wizualnego stereotypu. Uprzejma, odpowiada krótko i wydawałoby się, precyzyjnie na pytania, ale jak podkreślają liczni dziennikarze, zawsze chroni swoją prywatność i niewiele mówi o swoim życiu rodzinnym, zwłaszcza o tragedii z przeszłości, jaką niewątpliwie było życie z mężem, który po powrocie z wojska po drugiej wojnie światowej popadł w ciężką depresję i popełnił samobójstwo, najprawdopodobniej w wyniku choroby. Jej stonowane wypowiedzi wskazują na konserwatywny światopogląd, co w połączeniu z jej pasją tworzenia powieści pełnych fizycznej i psychicznej przemocy, staje się niewysychającym źródłem natchnienia dla dziennikarskich pytań o jej spojrzenie na świat i ludzkie sprawy. P.D. James wydaje się delikatna, zdystansowana, niemal z troskliwą uwagą pochylającą się nad dziennikarskimi dywagacjami. Jednocześnie zachowuje czujność uważnej obserwatorki, o swoich poglądach mówi krótko i prosto. Tak, wierzy w Boga, Bóg jest miłością, a zdolność do miłości to najważniejsza zdolność człowieka. Poprawność polityczna to współczesny faszyzm. Kiedy dziennikarz „Guardiana” podśmiewa się, że arystokratka zajmuje się morderstwami i jednocześnie piastuje tytuł baronessy, James odpowiada, że to sprawa jej wyobraźni i nie widzi powodu, dla którego nie miałaby z niej korzystać, skoro jest pisarką. W innej wypowiedzi zastanawia się nad zmianą prawdopodobnego dla czytelnika powodu zbrodni – dawniej ujawnienie sekretu na temat czyjegoś życia seksualnego mogło być uznane za prawdopodobną przyczynę popychającą do zbrodni kogoś, kto ową tajemnicę chciał utrzymać (być może miała na myśli jeszcze lata siedemdziesiąte, kiedy wydano omawianą tutaj powieść &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Śmierć każdego dnia&lt;/span&gt;, w której przyczyną zdeterminowany zbrodniarz pragnie ukryć swój romans). Dzisiaj, jak zauważa P.D. James, informacje o życiu seksualnym sprzedaje się do gazet i nie ma już niczego co mogłoby zszokować czy zadziwić masowego odbiorcę. Na szczęście dla szacownej Baronessy Holland Park, uhonorowanej za swoją twórczość literacką tytułem arystokratycznym od angielskiej królowej, zbrodnia nadal jest opłacalna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zanim cokolwiek autorstwa P.D. James przeczytałam, trafiłam na sporo opinii o jej kryminałach typu - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;wspaniała&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;klasyczna, przenikliwa, głęboka, psychologiczna obserwacja, mistrzowsko napisane&lt;/span&gt;, i tak dalej, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;ad nauseam&lt;/span&gt;… Kiedy więc zabrałam się do pierwszej powieści James, którą miałam poznać, surowo upomniałam sama siebie, by odpowiednio godnie się zachować i cześć oddać tak wielce czcigodnej autorce. Ową książką był &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Całun dla pielęgniarki&lt;/span&gt;, czwarta z kolei powieść P.D. James o sprawach prowadzonych przez pupila jej wyobraźni pisarskiej, czyli nadinspektora Scotland Yardu, Adama Dalgliesha, opisywanego jako policjanta dżentelmena.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie od razu się zorientowałam, że akcja &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Całunu dla pielęgniarki&lt;/span&gt; toczy się w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku; najpierw byłam przekonana, że mam do czynienia z kryminałem w nieco historycznej dekoracji i wszystko dzieje się w wieku osiemnastym, dziewiętnastym. Nie była to tylko kwestia opisu warunków życia bohaterów – m. in. dwóch starszych pielęgniarek, które wydawały się mieszkać w muzeum wiktoriańskiego stylu, gdzie angielski sposób życia przechodził ze stereotypowego we wręcz groteskowy. Wrażenie, że czytam powieść sprzed dwóch wieków, miałam również podczas lektury kolejnych kryminałów P.D. James – &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Czarnej wieży&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Intryg i żądz&lt;/span&gt;.  Dlaczego?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Choć powieści James są skonstruowane bez zarzutu, z widocznie przemyślaną intrygą (w przeciwieństwie do np. metody Agathy Christie, która niemal do końca pisania kolejnego kryminału sama nie była pewna &lt;span style="font-style:italic;"&gt;kto zabił&lt;/span&gt;, P.D. James od początku obsadza konkretną postać jako winną zbrodni), chociaż dialogi są dobrze napisane i pełne &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;dosadnych wyrażeń&lt;/span&gt;, jakby to ujęła staromodna dama - nie można ustrzec się przed wrażeniem, że oglądam teatrzyk cieni, drewniane marionetki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;P.D. James nie potrafi wykreować chyba ani jednego bohatera, który mógłby zaintrygować czytelnika, o wzbudzeniu sympatii czy jakiegokolwiek mocniejszego uczucia nie wspominając („chciałbym czytać jak konsjerżka” napisał kiedyś Cioran mając na myśli przyjemność naiwnej lektury). Niestety, nawet jej superheros brytyjskiej policji, nadinspektor Scotland Yardu Adam Dalgliesh, choć stworzony według wzorowego przepisu na melodramat –  wysoki, przystojny dżentelmen, którego żona umarła razem z ich nowonarodzonym dzieckiem, piszący w wolnych chwilach niepokojące, mroczne i nagradzane przez krytyków wiersze – obdarzony urokiem i charyzmą drewnianej deski. Biografia Dalgliesha, jego powodzenie podczas prowadzenia śledztwa czy takt, jakim się wykazuje podczas przesłuchiwania podejrzanych i świadków – skontrastowany z gruboskórnymi współpracownikami – obchodzą czytelnika tyle, ile fusy po herbacie sprzed dwóch wieków. Nie lepiej jest z bohaterką dwóch innych kryminałów P.D. James (być może miała powstać dłuższa seria), prywatną panią detektyw Cordelią Gray. Cordelia jest jedną z najbardziej irytujących bohaterek, na jakie kiedykolwiek trafiłam. Została wykreowana tak, jakby P.D. James chciała udowodnić „Acha, popatrzcie, kobiety nie nadają się na detektywów! Mówiłam!”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Opinia o P.D. James jako &lt;span style="font-style:italic;"&gt;znawczyni natury człowieka&lt;/span&gt;, która &lt;span style="font-style:italic;"&gt;nie waha się zajrzeć w najmroczniejsze zakątki ludzkiej duszy&lt;/span&gt; być może bierze się z faktu, że autorka opisuje wszelkie romanse swych bohaterów. Moralność w wydaniu P.D. James można złośliwie streścić hasłem &lt;span style="font-style:italic;"&gt;za każdym razem, gdy uprawiasz seks, NA PEWNO ginie kotek&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Choć autorka opisuje całkiem intrygująco ofiary, podejrzanych i świadków w każdej sprawie, nigdy nie budzą oni sympatii, co najwyżej współczucie wymieszane ze wstrętem – ze strony autorki, które oczywiście przenosi na swojego głównego bohatera, nadinspektora Dalgliesha. Jeden z dziennikarzy zapytał nawet P.D. James, czy jej sympatia stoi czasem po stronie morderców, ponieważ często w jej kryminałach zamordowani ludzie okazują się naprawdę nieprzyjemnymi, uciążliwymi ludźmi, za którymi mało kto zatęskni. Autorka oczywiście zaprzeczyła, akcentując fakt, że niezależnie od osobistych przywar, to zabity człowiek traci najwięcej i to, co mu zostało zabrane, jest stratą nie do odzyskania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;P.D. James przepracowała wiele lat jako urzędniczka (w urzędzie skarbowym i w szpitalu), stąd jej opisy zaplecza administracyjnego opisywanych miejsc – laboratorium czy państwowej szkoły pielęgniarskiej wydają się być wiarygodnie. Często poświęca sporo miejsca postaciom, które wydają się mieć jej cechy z przeszłości, jak Brenda Pridmore – młodym kobietom zatrudnionym na podrzędnych stanowiskach, które aby podjąć dalszą naukę, muszą przede wszystkim pokonać niechęć nastawionej tradycjonalistycznie najbliższej rodziny, która uważa, że kobiecie wykształcenie nie jest potrzebne. Jak sama &lt;a href="http://www.guardian.co.uk/books/2001/mar/04/crime.pdjames"&gt;powiedziała w wywiadzie&lt;/a&gt; dla „Guardiana”,zaczęła pisać w latach pięćdziesiątych. Zawsze marzyła o tym by być pisarką, ale zwlekała z tym, nigdy nie czując się wystarczająco dobra. Szokująco skromne słowa jak na osobę, która swoje powieści konstruuje właściwie bez zarzutów formalnych – moim zdaniem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Śmierci każdego dnia&lt;/span&gt;, wydanej w 1977 roku, oprócz intrygującej zagadki kryminalnej, czytelnik poznaje – jak się wydaje – realistycznie opisane początki współpracy angielskiej policji i laboratoriów naukowych, bez których współczesna kryminalistyka nie potrafi i nie może się już obejść. Frapujący jest opis śledztwa, w dekadzie, w której urodzili się aktualni trzydziestolatkowie, więc niby w naszych czasach, ale tuż przed zastosowaniem badań DNA – zatem niemal w prehistorii, w którym mimo sporej ilości materiałów dowodowych, w tym śladów krwi, nie ma możliwości stuprocentowego przypisania ich konkretnej osobie. &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Śmierć każdego dnia&lt;/span&gt; opowiada o brutalnym morderstwie popełnionym na pracowniku laboratorium naukowego, pracującego dla policji i pomagającego podczas rozwiązywania śledztw w sprawach najpoważniejszych przestępstw, jak morderstwa czy podpalenia. Frapujące są dialogi bohaterów pracujących w powieściowym laboratorium, o tym jak ciężko czasem było przekonać policję o przydatności usług placówki badawczej w rozwiązywaniu spraw kryminalnych. Jak ważne było, by badacz, który ustalił pochodzenie i przynależność próbek materiałów dowodowych zdobytych w śledztwie, potrafił wypaść przekonująco przed sądem i ławą przysięgłych – i co najważniejsze, by był w stanie wytłumaczyć przystępnie najczęściej niewykształconym ławnikom, na czym polegały jego badania i co mówią jego ustalenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powieściowe laboratorium, nazwane od nazwiska założyciela, pułkownika Hoggatha, powstało w 1860 r., gdy jedynie nieliczni dostrzegali w nauce potencjał przydatny w kryminalistyce. Anegdotyczne wspominki o poprzednim szefie laboratorium, doktorze McIntyre, rysują zabawny obraz rubasznego żartownisia, który bardziej niż o procedury naukowe dbał o własny prestiż i wygody materialne. Obecny dyrektor Laboratorium Hoggatha, Howarth, wyłoniony podczas konkursu, choć z wykształcenia jest fizykiem teoretycznym, jest opisywany jako osoba mająca talenty menedżerskie, potrzebne do zarządzania niełatwym zespołem. Podczas śledztwa nie wychodzi na jaw jego niemal kazirodcza więź z piękną siostrą Domenicą, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;femme fatale&lt;/span&gt; całej powieści. Dalgliesh podczas śledztwa dowiaduje się, że ofiara morderstwa, doktor Lorrimer, był świetnym naukowcem, ale fatalnym współpracownikiem i apodyktycznym szefem dla swoich podwładnych. Doktor Lorrimer był pedantycznym, surowym starym kawalerem żyjącym z sędziwym i schorowanym ojcem. Nie miał przyjaciół, a chyba jedyną osobą wyrażającą się o nim ciepło po jego śmierci, była niedawno przyjęta do pracy recepcjonistka, młoda dziewczyna Brenda Pridmore, której naukowe ciągoty doktor Lorrimer bardzo wspierał – i nawet zapisał jej w testamencie pokaźną sumę na książki i edukację. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Strona po stronie, poznajemy historie mieszkańców małego miasteczka Chevisham, pracowników laboratorium Hoggatha i ich rodziny, wśród których jest sporo nieszczęśliwych istot na skraju załamania nerwowego. Na jaw wychodzą wszelkie tajemnice doktora Lorrimera, jego fatalna – bo jakże mogłoby być inaczej według P.D. James – namiętność do siostry nowego przełożonego, jego odtrącona miłość, która stała się obsesją… Scena, w której dowiadujemy się, że Domenica została przyłapana z kolejnym kochankiem przez Lorrimera w zabytkowej kaplicy, gdzie oddawała się lubieżnym zachciankom wśród płonących świec w opuszczonym przybytku boskim, jest majstersztykiem zgorszenia autorki – doprawdy, zło nie mogło przybrać potworniejszej maski!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Anachronizm (i mam tu na myśli nie tyle stan faktyczny/realia, ale to, jak współczesny odbiorca dzięki najnowszym powieściom i serialom kryminalnym może sobie wyobrażać przebieg śledztwa) procesu śledztwa nie wyznacza oczywiście jedynie fakt dopiero powstającej stałej współpracy policji kryminalnej z laboratoriami naukowymi czy stosowane metody badań. Czytelnik może się dowiedzieć w trakcie powieści, iż złamano wszelkie procedury śledcze, które może poznawać podczas oglądania licznych seriali kryminalnych – w przypadku serii &lt;span style="font-style:italic;"&gt;CSI&lt;/span&gt; można mówić wręcz o kryminalnej science fiction. Oto laboratorium badawcze z powieści P.D. James  nie jest całe objęte zabezpieczeniami antywłamaniowymi – o monitoringu oczywiście nie wspominając, a w tym samym ośrodku, w którym doszło do morderstwa, bada się nadal materiały dowodowe pochodzące z innych spraw o morderstwa. Osoby będące w kręgu podejrzeń, czyli naukowcy zatrudnieni w laboratorium – od początku bowiem wiadomo, że najprawdopodobniej zbrodnię popełnił ktoś ze współpracowników niesympatycznego i wręcz okrutnego doktora Lorrimera – nadal pracują na swoich stanowiskach, nikt im nie przeszkadza w wykonywaniu ich obowiązków, nie pojawia się cień podejrzenia, że sam fakt morderstwa w tym miejscu i prowadzonego śledztwa w tej sprawie kompromituje i dyskwalifikuje owo centrum badawcze jako pomocnika policji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W wydawanych w Polsce powieściach uznanych brytyjskich autorek kryminałów – np. Agathy Christie, Caroline Graham – pojawiają się bohaterowie homoseksualni (w przeciwieństwie do polskich współczesnych powieści tego gatunku, wśród których autorzy najczęściej wolą się „nie wychylać”, i tworzą bohaterów będących zadziwiającą, ale „działającą” mieszanką mentalności postaci z serialu &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Klan&lt;/span&gt; i ciężkich, często maczoidalnych dowcipów portalu Joemonster). U Agathy Christie to „queers” przetłumaczeni na polski jako „dziwacy” (w starszych wydaniach; poza tym w czasach Christie był to synonim homoseksualisty), odmalowani jako komiczne, przegięte, ale sympatyczne zjawiska – wszak prawdziwi Brytyjczycy nie zwykli dziwić się zbyt wielu rzeczom. Caroline Graham portretuje rozmaite związki męsko–męskie, wśród których dramat goni dramat zakończony czasem ofiarami śmiertelnymi. Lepiej miewają się kobiety, których „pogłębiające się przyjaźnie” Graham ukazuje w znacznie cieplejszym świetle, sugerując, że jej bohaterki w nowych rodzących się związkach odnajdą nareszcie zrozumienie i wsparcie po traumatycznych przeżyciach. W &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Śmierci każdego dnia&lt;/span&gt; Adam Dalgliesh poznaje i przesłuchuje parę dwóch kobiet (w powieści nie pojawia się słowo „lesbijka”) i czuje do nich „instynktowną niechęć”. Prawdziwy dżentelmen z pana nadinspektora. Choć owa niechęć nie jest umotywowana, została zaznaczona przez autorkę, jako być może jej własny komentarz emocjonalny. Co prawda Dalgliesh nie czuje podobnej niechęci, gdy wychodzi na jaw, iż inspektor śledczy Doyle z Chevisham handlował na boku rekwirowanymi narkotykami i gdy okazało się, że był w czasie zbrodni na Lorrimerze blisko laboratorium, ponieważ udał się tam samochodem z poznaną kwadrans wcześniej kobietą na seks, no, ale przecież autorka wie, „jacy są mężczyźni”. P.D. James nie szczędzi wzruszających opisów niedoli, jakie zaznały obie wyżej opisywane kobiety i skromnych warunków, w jakich żyją. Adam Dalgliesh dowiaduje się też, że były szczęśliwe i się kochały, ale cóż, ten moralny występek P.D. James ukróciła okrutnym morderstwem na jednej z nich, według starych dobrych przepisów na literaturę umoralniającą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Są okoliczności, w których lektura staroświecka w wymowie i zdezaktualizowana w treści (oczywiście w sensie anachronizmu, nie zaś dystansu czasowego, jaki minął od powstania danej książki) cieszy swoim urokiem. Nie jest to jednak przypadek P.D. James. Parafrazując światopoglądowe wypowiedzi autorki, jej książki z kurzu powstały i w kurz się obrócą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sławomira Raczyńska&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;P.D. James, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Śmierć każdego dnia&lt;/span&gt;, przeł. Joanna Ociepka, Książnica, Katowice 1996.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wywiad z P.D. James &lt;a href="http://www.telegraph.co.uk/culture/books/authorinterviews/7894385/PD-James-interview-I-have-lived-a-very-happy-and-fulfilled-life.html"&gt;tu&lt;/a&gt;.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-4860674813528339429?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/4860674813528339429/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/12/z-prochu-powstaes-w-kurz-sie-obrocisz.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/4860674813528339429'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/4860674813528339429'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/12/z-prochu-powstaes-w-kurz-sie-obrocisz.html' title='Z prochu powstałeś, w kurz się obrócisz. P.D. James, „Śmierć każdego dnia”'/><author><name>Sławomira Raczyńska</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11376808583402982279</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-3467244030142289857</id><published>2011-12-15T12:02:00.000-08:00</published><updated>2011-12-15T12:11:43.184-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='społeczeństwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='dziecko'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='starość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kazuo Ishiguro'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='przemoc'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miłość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='klonowanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='dystopia'/><title type='text'>Kazuo Ishiguro, „Nie opuszczaj mnie”</title><content type='html'>Kazuo Ishiguro, angielski powieściopisarz japońskiego pochodzenia, po raz kolejny zaintrygował mnie na tyle, że postanowiłam wrócić do jego niepokojącego świata. &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Nie opuszczaj mnie&lt;/span&gt; to jego szósta powieść. Zekranizowana (reż. Mark Romanek, 2010), raczej nie odniosła spektakularnego sukcesu, ale dała wydawnictwu pretekst do nowej edycji z „filmową” okładką.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powieść jest niepokojąca, wręcz straszna. Akcja toczy się w Anglii, raczej we współczesności… ale w alternatywnej współczesności. Częstym chyba motywem fabularnym jest, że podczas drugiej wojny światowej naukowcy nad czymś pracowali i osiągnęli sukces, który jest wykorzystywany, wdrożony pod koniec XX wieku*. Takim chwytem posiłkuje się tu Ishiguro. Mamy pierwszoosobową narratorkę, kobietę tuż po trzydziestce – Kathy H. Na początku opowiada o swojej pracy, którą wykonuje już od lat, i którą – ze względu na ten staż (!) – jest bardzo zmęczona. Podróżuje pomiędzy swego rodzaju ośrodkami, w których opiekuje się osobami – o czym się dość szybko dowiadujemy – oddającymi narządy do przeszczepów. Gdy zwierzchnicy uznają, że Kathy powinna zostać dawczynią, przestanie być opiekunką, trafi między swoich. Narratorka wspomina, że wszyscy jej znajomi znacznie szybciej rozpoczęli taką rolę, znacznie krócej niż ona byli opiekunami. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kobieta wspomina swe dzieciństwo w Hailsham, szkole z pensjonatem. W odróżnieniu od normalnych takich szkół, z jakich słynie Wielka Brytania, nie przyjeżdżał nikt nowy, nikt nie odchodził z grona wychowanków, dzieci nie były też odwiedzane. Niekiedy tylko na teren szkoły docierał handlarz używanymi rzeczami, a czasem kobieta nazywana Madame. Opowieść Kathy niczego nie deklaruje wprost, ale przez pominięcie sfery życia obejmującej pochodzenie czy status społeczny, tudzież materialny, stopniowo uświadamiamy sobie, że dzieci ze szkoły nie mają rodziców ani rodzeństwa, nie są jednak opisywane jako sieroty. Wychowanie wydaje się liberalne (np. jeśli chodzi o rozwój seksualności), ale i na nutę pretensjonalności. Fetyszem szkoły jest „kreatywność” dzieci; wszyscy są nawet nie zachęcani, a zmuszani, do produkcji przedmiotów artystycznych, zwłaszcza plastycznych. Cyklicznie urządzane są wystawy, podczas których dorobek uczniów i uczennic ogląda Madame, wybierając dla siebie to, co się jej szczególnie podoba. To wielkie wyróżnienie. Dzieci mogą też brać swoje prace nawzajem. Popularność w tym zakresie również buduje uczniowski prestiż.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzieci rosną. Rodzą się sympatie, związki, antypatie. Zdarzają się marzenia o przyszłości, np. o pracy w biurze. Pojawiają się wzmianki, że uczennice i uczniowie wiedzą, iż nigdy nie będą rodzicami. Niektóre sprawy z dzieciństwa idą w zapomnienie, inne się intensyfikują. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kathy ma parę przyjaciół, związanych ze sobą, Ruth i Toma. Ruth się nieco wywyższa, jest prowodyrką, przywódczynią, szafarką łaski grupowej akceptacji. Tommy w pierwszych latach szkoły był bardzo wyśmiewany przez rówieśników, i choć z tego wszyscy wyrośli, niewątpliwie to coś, co obciąża pamięć – tym bardziej, że chłopiec nie potrafił być „kreatywny” plastycznie…  Ruth to mistrzyni dogadywania, wbijania szpilek, poniżania, przy czym jest też kapryśna, i niekiedy nie wiadomo, jak się zyskuje, a jak traci jej względy. Kathy zaś wydaje się zupełnie przeciętna. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po skończeniu szkoły absolwenci przenoszeni są do wiejskich posiadłości, gdzie przez pewien czas mają pisać coś w rodzaju pracy dyplomowej. Są wyizolowani, ale nie tak drastycznie, jak w szkole. Mogą np. podróżować. Ruth, Tommy i Kathy trafiają do tego samego domu, poznają o rok starszych absolwentów – współlokatorów. Mieszając się z ludźmi z innych szkół, słyszą, ze ich Hailsham uchodzi za wyjątkową, ekskluzywną. Absolwenci, jedni po drugich, decydują się na podjęcie nauki na bliżej nieokreślonych kursach przygotowujących. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stopniowo rozmaite wzmianki mnożą się na tyle, że obraz powieściowej rzeczywistości staje się klarowny. Bohaterowie są klonami hodowanymi na narządy. Nie uciekają, nie protestują. Ich ingerencja we własny los sprowadza się ewentualnie do ciekawości, kto jest prototypem. Posród postaci przedstawionych nam przez Ishiguro tylko Ruth – po usłyszeniu rozmaitych dających wychowankom Hailsham nadzieję plotek – bardzo zależy na tym, by odnaleźć tajemniczą Madame, i dowiedzieć się, czy osoby, których prace ta mecenaska wybierała, miały szansę na uniknięcie swego losu: czy to prawda, że odsłonięcie swej duszy poprzez sztukę sprawi, że wychowanek, doceniony przez Madame, uzyska „odroczenie”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Perspektywa owego uniknięcia rysowana jest tylko w ramach ewentualnego oficjalnego przyzwolenia. Uzyskać, nie wywalczyć ani nie oszukać. Żaden z (przyszłych) dawców nie próbuje ucieczki. W wywiadzie Ishiguro wspomniał, że to właśnie uważa za ciekawsze. Przecież w ramach naszej codzienności cierpimy wiele niedogodności, przykrości, doświadczamy bólu i nieszczęść – a jednak totalny bunt, ucieczka z wrogiej (lub postrzeganej jako wroga) rzeczywistości jest rzadkością. Niedawno miałam okazję zwiedzić &lt;a href="http://www.mck.krakow.pl/exhibitionPage/o-wystawie-8"&gt;wystawę &lt;/a&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Polowanie na awangardę. Zakazana sztuka w Trzeciej Rzeszy&lt;/span&gt; w krakowskim MCK – podczas lektury notek biograficznych zadziwiło mnie, jak wielu prześladowanych przez reżim nazistowski artystów wybierało „emigrację zewnętrzną” zamiast ewakuacji na drugi koniec świata.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednak w przypadku &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Nie opuszczaj mnie&lt;/span&gt; oczywiście na myśl przychodzi bunt replikantów z &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Łowcy androidów&lt;/span&gt; (reż. Ridley Scott, 1982), ich daremna pielgrzymka do siedziby ojca-stworzyciela i niespełnione marzenie o wydłużeniu życia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szczegóły pracy opiekunów ani dawców nie są znane. Wiemy tylko, że po całej Anglii rozsiane są ośrodki rehabilitacyjne, w których żyją klony-dawcy (osoby pozbawione przynajmniej jednego organu), i opiekunowie jeżdżą między tymi lokacjami. To wydaje się kompletnie nieracjonalne: opiekunowie, jak Kathy, tracą czas na szosach, nie pełnią funkcji pielęgniarskich, a jedynie słuchają, pocieszają, spędzają wspólnie z przypisanymi sobie dawcami czas. Trudno zrozumieć celowość takich działań. Czy władzom zależy, by dawcy mieli u kresu życia kontakt z jakąś podobną sobie osobą, która również korzysta, widząc i rozumiejąc, jaki los czeka i na nią samą? W każdym razie właśnie nieznane władze decydują o tym, jak długo opiekun jest opiekunem, nim trafi na stół operacyjny. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dawcy klasyfikowani są na podstawie ilości pobrań. Standardowo „wystarczają” na trzy, ale niektórzy są w stanie żyć po usunięciu czterech organów (Ishiguro nie precyzuje, na co jest popyt, ale łatwo sobie wyobrazić, iż oddanie do transplantacji nerki czy rogówki pozwala jeszcze na dalsze życie, zaś pobranie serca jest zdecydowanie ostatnią donacją) – to oczywiście wyjątki. Oczywiście i Ruth, i Tom znacznie wcześniej, niż Kathy, odchodzą z pracy opiekunów. Po którymś swym pobraniu Ruth umiera. Kathy zostaje kochanką Toma (seks nigdy nie był represjonowany, nawet w szkole z internatem). Ruth pozostawiła obojgu prezent: adres Madame.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kathy i Tom wybierają się tam z wizytą, i udaje się im porozmawiać z dwiema osobami odpowiedzialnymi za kształt ich dzieciństwa. Od samej Madame i panny Emily z Hailsham dowiadują się, że projekt wychowywania klonów „na ludzi” był od początku społecznie kontrowersyjny, ale fundacja stojąca za Hailsham działała i wpływała na opinię publiczną, póki były na to środki. Współcześnie nie ma już takich szkół ani takich programów wychowawczych. I nie, niczego nie da się zrobić. Nie ma „odroczeń”, których koncepcja krążyła wśród byłych wychowanków jako &lt;span style="font-style:italic;"&gt;urban legend&lt;/span&gt; (kobiety wspominają, że co roku dwoje lub troje wychowanków trafia do ich azylu z podobnego rodzaju nadziejami). Później Tommy umiera. Kathy już tylko czeka, kiedy to ją wyznaczą na dawczynię. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mój opis brzmi, jak gdyby powieść Ishiguro była jakimś horrorem science–fiction. Nie jest. Narracja jest bardzo… delikatna. Pełna eufemizmów: wychowankowie, dawcy, ośrodek. Żadnego sztafażu np. technologicznego (w filmowym zwiastunie widzimy, że uczniowie mają czipy identyfikacyjne wszczepione w nadgarstki, że poruszają się w zsynchronizowany sposób jak podczas ćwiczeń wojskowych: spełnione marzenie wychowawców z brytyjskich &lt;span style="font-style:italic;"&gt;boarding schools&lt;/span&gt;). Po prostu dowiadujemy się, że w latach pięćdziesiątych możliwe stało się klonowanie, i postanowiono wykorzystywać to w leczeniu ludzi–nieklonów. Pewna grupa działaczy społecznych postanowiła dowodzić, że klony mają autonomiczne człowieczeństwo… nie negując ich roli rezerwuarów części zamiennych. Ot, tyle. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niemal zupełnie nie ma perspektywy normalnego świata. Poza szkołą, w której i tak przyjmuje się strategię niezadawania pytań, klony (niczym Scottowscy replikanci w siedzibie Tyrell Corporation) mają jedną szansę, by się czegoś o sobie dowiedzieć. Nie jest jasne, czy rozmaite wydarzenia, do jakich nawiązuje odpowiadająca Kathy i Tommy’emu panna Emily, są dla pytających zrozumiałe (np. pada potoczne, medialne określenie pewnego skandalu, którego ujawnienie pociągnęło za sobą zamykanie szkół – ośrodków i walkę o uznanie podmiotowości klonów). Nie przeczytamy, czy donacji dokonywano na rzecz osób będących pierwowzorami danego klona, czy – obcych, ale pasujących, jak w realnie praktykowanych transplantacjach. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiemy przede wszystkim, że ukrócono plany tworzenia klonów doskonalszych, aniżeli zwykli ludzie, w obawie, by „nadludzie” nie opanowali społeczeństwa i nie przejęli władzy (takie określenie w powieści nie pada, ale taki jest sens).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli chodzi o tytuł, jest raczej niegodny uwagi: odnosi się po prostu do sentymentalnej piosenki, której chętnie słuchała Kathy, przy której snuła marzenia – na tym kiedyś przyłapała ją Madame, ale zinterpretowała zachowanie małej marzycielki zupełnie nietrafnie. Nie lubię tego rodzaju popkulturowych kluczy, sugerujących niesamowitą ważność (albo i głębię) rozrywkowych piosenek. Świetnie, że powieść jest lepsza, niż jej tytuł. W odróżnieniu jednak od &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pejzażu w kolorze sepii&lt;/span&gt;, w którym tylko bardzo uważny &lt;a href="http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/07/moje-cudze-wspomnienia-kazuo-ishiguro.html"&gt;czytelnik odnalazł wyjaśnienie&lt;/a&gt; zagadki Etsuko, od stopniowo rozjaśniającego mroki swej przeszłości Masuji’ego Ono z &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Malarza świata ułudy&lt;/span&gt;, czy od &lt;a href="http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/10/kazuo-ishiguro-niepocieszony.html"&gt;enigmatycznego &lt;/a&gt;do ostatniej strony &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Niepocieszonego&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Nie opuszczaj mnie&lt;/span&gt; oferuje iście hollywoodzką kulminację i rewelację (w etymologicznym znaczeniu tego słowa), przy braku happy endu**.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ishiguro opowiada o kresie życia. Kresie u bohaterów następującym szybciej, aniżeli jesteśmy do tego w naszych czasach i naszej formacji kulturowej przyzwyczajeni. Kresie nieuniknionym. Zauważmy przy okazji, iż sztuka (wychowanie artystyczne) w Hailsham jest ekwiwalentem religii – to pewnego rodzaju niespełnialna obietnica otwarcia drzwi do innego świata, w którym rozpościerają się możliwości niedostępne w rzeczywistości &lt;span style="font-style:italic;"&gt;hic et nunc&lt;/span&gt;. Parareligijna retoryka pobrzmiewa także we wspomnianych wyżej eufemistycznych określeniach odnoszących się do spraw bolesnych i drastycznych. Retoryka ta ma nie tylko koić (dawcy powinni być „wyciszeni” – s. 11), ale i dawać wyższe uzasadnienie procederom niezwykle śliskim etycznie. Najlepszym dowodem na człowieczeństwo bohaterów jest fakt, że szkolne opowieści Kathy czytamy jak &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Bildungsroman&lt;/span&gt;! Autor w sposób bolesny, ale zarazem subtelny przypomina, że czas nas wszystkich jest ograniczony, choć w przypadku jego bohaterów – ograniczony bardziej. Wniosek banalny, jednak przemawia do wyobraźni, jeśli pomyśleć, że w świecie &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Nie opuszczaj mnie&lt;/span&gt; „zejścia” mają miejsce w wieku, który my sytuujemy na granicy młodości i pełnej dojrzałości, przed wejściem w tzw. smugę cienia. Kiedy jesteśmy &lt;span style="font-style:italic;"&gt;zadomowieni &lt;/span&gt;w życiu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paulina Szkudlarek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kazuo Ishiguro, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Nie opuszczaj mnie&lt;/span&gt;, przeł. Andrzej Szulc, Albatros, Warszawa 2011 (wyd. III).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Przypisy&lt;/span&gt;:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* Pomysł taki pojawia się w licznych mangach, by – z obecnych na polskim rynku – wymienić: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Hellsing &lt;/span&gt;(Kohta Hirano, wyd. JPF), &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Full Metal Alchemist&lt;/span&gt; (Hiromu Arakawa, wyd. JPF) czy &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Ikagami &lt;/span&gt;(Motorō Mase, wyd. Hanami). Przykładowe powieści posiłkujące się tym motywem to &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Oryks i Derkacz&lt;/span&gt; Margaret Atwood (przeł. Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Zysk i S-ka, Poznań 2004) czy też &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Diamentowy wiek&lt;/span&gt; Neala Stephensona (przeł. Jędrzej Polak, Zysk i S-ka, Poznań 1997).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;** Tu kontekstem dla Ishiguro może być powieść &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Ludzkie dzieci&lt;/span&gt; P. D. James (przeł. Maria Gębicka-Frąc, Mag, Warszawa 2006), znanej lepiej jako autorka poczytnych kryminałów. Jej antyutopia – również zekranizowana (reż. Alfonso Cuaron, 2006) – kończąc się wydarzeniem zbawiennym dla świata, intencjonalnie pociesza, ale zarazem gloryfikuje konserwatyzm obyczajowy i grozi odwróceniem toku emancypacji wywalczonej w XX wieku.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-3467244030142289857?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/3467244030142289857/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/12/kazuo-ishiguro-nie-opuszczaj-mnie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/3467244030142289857'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/3467244030142289857'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/12/kazuo-ishiguro-nie-opuszczaj-mnie.html' title='Kazuo Ishiguro, „Nie opuszczaj mnie”'/><author><name>Paulina Szkudlarek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07806571691844060258</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-5978254092856463739</id><published>2011-12-10T12:03:00.000-08:00</published><updated>2011-12-11T11:19:31.209-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='USA'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='To nie jest kraj dla starych ludzi'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Cormac McCarthy'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Coenowie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='przemoc'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='mężczyźni'/><title type='text'>(K)raj dla starego zrzędy, czyli o powieści McCarthy’ego „To nie jest kraj dla starych ludzi”</title><content type='html'>Powieść „To nie jest kraj dla starych ludzi” powstała jako scenariusz filmu. Cormac McCarthy pokazał go „paru osobom” (nie mówi komu konkretnie, niestety), ale nikt się nim nie zainteresował. Jak sam twierdzi, odłożył go i po latach przekształcił w powieść. Dlatego też na rozdaniu nagród amerykańskiej Akademii Filmowej, kiedy film nakręcony przez braci Coenów na podstawie tejże powieści dostał statuetkę Oscara, Ethan Coen miał powiedzieć do McCarthy’ego: „Dobra, ja co prawda nic z nim nie zrobiłem, ale nagroda jest moja” (anegdota &lt;a href="http://www.cormacmccarthy.pl/wywiady/wywiad-wsj.html"&gt;stąd&lt;/a&gt;).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nawet nie znając tej anegdoty, łatwo wpaść na „pochodzenie gatunkowe” książki. Lakoniczny, rzeczowy styl, opisy ograniczone do minimum, jedynie po części pozwalają przypisać oszczędność słowa przemyślanemu stylowi pisarstwa. Choć widziałam tylko fragmenty filmu braci Coenów, uderza to, że wydestylowali z powieści groteskowość sytuacji, i ten celowy zabieg jednocześnie jest siłą i słabością filmu. Siłą, ponieważ nadaje mu charakterystyczną cechę narracji Coenów, czyli tak realistyczne przedstawia przemoc, że staje się ona przerysowana, podobnie jak bohaterowie mimo swoich starań niemal nierzeczywiście nieudolni lub jednowymiarowi. Słabością, ponieważ tym dobitniej podkreśla też słabość powieści, jej niesłychaną jakby odrealnioną konwencję i jednowymiarowych bohaterów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„To nie jest kraj dla starych ludzi” opowiada historię o pewnym przypadkowym znalazcy walizki z dwoma milionami dolarów pochodzącymi z handlu narkotykami. Moss, o którym mowa, były snajper amerykańskiej armii, któremu udało się wrócić z wojny w Wietnamie w jednym kawałku ciała (nie mam pewności co do umysłu), który mieszka obecnie na pograniczu USA i Meksyku, podczas polowania na pustyni, przez przypadek odkrywa miejsce porachunków między narkotykowymi gangami. Zabiera pieniądze i niemal natychmiast zdaje sobie sprawę, że już nigdy nie będzie bezpieczny, że zawsze będzie uciekał przed ludźmi pragnącymi odzyskać owoc ciężkiej pracy handlarzy heroiną i dilerów. Tutaj pojawia się pierwsze pytanie – po co w ogóle Moss zabrał pieniądze ze zniszczonego auta (w którym akurat dogorywał ciężko ranny członek jakiegoś gangu narkotykowego; pragnął wody, ale Moss widząc jego pistolet maszynowy wolał raczej odłożyć go na bezpieczną odległość niż bawić się w pielęgniarkę – niech facet wie, że na pustyni nie ma zmiłuj), skoro od początku było jasne, że ich źródło jest, mówiąc delikatnie, nielegalne? Moss nie jest chciwy, do końca nie ma żadnego planu, jak wydać znalezione pieniądze, nic nie wiadomo też o jakichś pilnych wydatkach czy długach, które należałoby spłacić, w przeciwnym razie znajdzie swą młodą żonkę (19-letnią; on sam ma 36 lat) w kawałkach mniejszych niż kocia karma. To musiało być przeznaczenie, czytaj – jeden z nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, który sprawia, że dana postać ładuje się w nieprawdopodobne kłopoty tylko dlatego, że na chwilę wyłączyła mózg, a przynajmniej tę część odpowiedzialną za przewidywanie konsekwencji czynów. Owo przeznaczenie wydaje się odgrywać sporą rolę w większości hollywoodzkich scenariuszy i nie tylko, a sprawia, że od początku czytelnik staje się zupełnie obojętny na wszelkie dalsze niedole Mossa. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy Moss ma przed kim uciekać? Owszem, ponieważ oprócz bliżej nieznanych czytelnikowi członków gangów narkotykowych, którzy pojawiają się w tle, ściga go „kolega z byłej pracy”, czyli Anton Chigurh, który – jak się domyślamy z jego rozmów z innym znajomym Antona, Wellsem – również odbył służbę wojskową w Wietnamie. McCarthy udziela o bohaterach swojej powieści informacji w ilościach homeopatycznych, niestety ja w homeopatię nie wierzę (ponieważ jest to bardziej kwestia wiary niż realnego działania), i ów zabieg nie tyle sprawia, że postaci stają się tajemnicze – z mroku się wynurzają i w mrok odchodzą (ależ udana metafora, raczy zauważyć czytelnik), a raczej jawią się jako nieznośnie płaskie i wręcz karykaturalne. Chigurh, w recenzjach powieści kreowany na budzącą grozę personifikację zła, nieubłaganą śmierć w ludzkiej postaci, jest psychopatą z dziwaczną bronią (butla ze sprężonym tlenem i pistolet do zabijania zwierząt używany w rzeźniach), który pozostawia po sobie zgliszcza i trupy. Bliżej mu do Jaggernauta Marvela czy Terminatora Camerona niż do np. Hannibala Lectera. Podobnie jak postaci fantastyczne wydaje się zupełnie odporny na fizyczny ból, zachowuje zimną krew w każdej sytuacji (pod koniec powieści zostaje poważnie ranny w wypadku samochodowym – ale Anton nie mdleje, nie zatrzymuje się. Wychodzi z samochodu, przekupuje napotkane dzieciaki, by sprzedały mu czystą koszulę, opatruje sobie rany i rusza przed siebie. Nie dowiadujemy się o jego późniejszych losach niczego więcej). Niestety, czasem wygłasza bełkotliwe uzasadnienia przed swoimi ofiarami, dlaczego musi je zabić (ewentualnie darować życie – jak się to raz jeden zdarzyło) i te fragmenty powieści przypomniały mi przecudowną scenę z odcinka „The Man in the Bear”, w pierwszym sezonie serialu „Bones”, w której doktor Temperance Brennan nokautuje mordercę – kanibala szpitalnym basenem, w chwili, gdy ten przemawia o głębokim sensie swoich odrażających uczynków. „Nikt nie chce słuchać bełkotu psychopaty”, mówi (cytat niedosłowny) do zaskoczonego Bootha. No właśnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uciekającego przed śmiercią z rąk narkotykowej mafii Mossa śledzą również dwie osoby z intencjami, które z braku lepszego określenia, nazwę „dobrymi”. Pierwsza z tych osób to szeryf Ed Tom Bell, starszy i doświadczony policjant, od którego zrzędliwych i mętnych wywodów rozpoczyna się i kończy powieść McCarthy’ego. Bell to weteran drugiej wojny światowej, który w czasie akcji powieści rozważa rezygnację ze stanowiska (przejście na emeryturę – i ostatecznie robi to), ponieważ męczy go wszechobecna bezsensowna przemoc i zmiany społeczne, których nie rozumie. Pod koniec powieści poznajemy też jeszcze jeden powód zgryzoty Eda Toma – poczucie winy mające swoje źródło w zdarzeniach wojennych, jakie były jego udziałem w Europie. Szeryf Bell, doświadczony śledczy, szybko i trafnie interpretuje to, co widzi na miejscu strzelaniny między dwoma gangami narkotykowymi (skąd Moss zabrał pieniądze) i niemal od początku śledztwa w tej sprawie domyśla się, że to Moss uciekł ze zrabowanymi gangsterom pieniędzmi. Próbując odnaleźć znanego mu z widzenia Mossa, dociera do jego żony „ukrywającej się” u umierającej na raka matki. Rola szeryfa ogranicza się jednak niemal tylko i wyłącznie do przekazywania informacji o tym, kto zginął i gdzie, a także do zamęczania czytelnika swoimi wynurzeniami na temat „tego strasznego świata”. Szeryf Bell jedynie podąża śladami Chigurha tropiącego Mossa. Bell ogląda zwłoki i zniszczenia, niemal zupełnie bierny i pozbawiony możliwości, by przeciwstawić się sprawcy i sprawcom przemocy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drugą postacią krążącą wokół Mossa, by zlikwidować go tylko w ostatecznej ostateczności, jest trzeci z kolei weteran wojny w Wietnamie, Carson Wells. Przyjmuje on zlecenie od narkotykowego bossa, aby zabić Chigurha, bowiem Anton Chigurh po tym jak – najprawdopodobniej – został przypadkowym świadkiem ustalania planów przez ludzi owego bossa, aby przejąć pieniądze z narkotykowego biznesu, decyduje się na odzyskanie pieniędzy i przekazanie ich „prawowitemu właścicielowi”. Autor, który podobno zdradza prawicowe poglądy, przedstawia żołnierzy armii amerykańskiej w bardzo krytycznym świetle. Oto bowiem ci trzej weterani wojny w Wietnamie są jak predatorzy, którzy nauczyli się zabijać w sposób doskonały, nie mają teraz jak wykorzystać swoich umiejętności. Nie nadają się do życia w cywilnym społeczeństwie, wydają się ciągle szukać zleceniodawcy na ich wysoce wyspecjalizowane usługi. Być może Moss decyduje się na swoją „przygodę”, bo zapewnia mu z całą pewnością powtórkę z wojennej rozrywki – znowu jest jednocześnie myśliwym i zwierzyną, całodobowa dostawa zwiększonej dawki adrenaliny zapewniona. Z powieści nie wynika też, by byłych żołnierzy jakoś szczególnie nękało prawo, choć Wells i Chigurh łamią je niemal bez przerwy. Co ciekawe, nikt z służb policyjnych czy kryminalnych nie wydaje się być zaniepokojony czy zainteresowany osobą Antona, choć w świetle współczesnych konwencji kryminałów, thrillerów, etc., jego osoba powinna już posiadać grubą kartotekę, portret psychologiczny z uwzględnieniem każdego niedojedzonego deseru w dzieciństwie i babki z krzywą protezą zębową, a nad morderstwem między gangami pracować ze dwa oddziały CSI. Anton porusza się między miastami zupełnie nie niepokojony, podobnie jak Moss, choć obaj niemal nieustannie krwawią, mają ze sobą pełno broni, przemieszczają się nienękani zbędną ciekawością przechodniów, najwidoczniej świadomych, że zbytnią dociekliwość łatwo przypłacić życiem. Ciągle płacą też okrwawionymi banknotami, albo brudnymi niedosłownie pieniędzmi, pochodzącymi od szefów gangów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co ciekawe, autor ustami postaci powieści, nie potępia amerykańskich ruchów pacyfistycznych, hippisów, raczej zmianę społeczeństwa jako taką. Daje do zrozumienia, że Stany Zjednoczone nie radzą sobie z zapewnieniem odpowiedniej opieki czy też kurateli nad doskonałymi maszynami do zabijania, jakimi są Moss, Wells i Chigurh, byli żołnierze armii amerykańskiej. Sędziwy wuj Eda Toma Bella krytykuje patetyczne i patriotyczne hasła nawołujące do poświęcenia życia w służbie ojczyzny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chigurhowi udaje się zabić Mossa, jego żonę, Wellsa i jego zleceniodawcę, o dodatkowych ofiarach nie wspominając. Oszczędza Bella, choć ma sposobność zabicia szeryfa. McCarthy jest autorem, któremu rozstawanie się z wykreowanymi przez siebie postaciami przychodzi niezwykle łatwo, ale może to łatwe, skoro są tak porażająco jednowymiarowe. Dialogi w powieści są dość krótkie i niezbyt błyskotliwe. Odnosi się wrażenie, że wszechogarniająca przemoc wyssała sens z komunikacji międzyludzkiej. Po co w ogóle rozmawiać, skoro za chwilę i tak wszyscy zginą? Jak można rozmawiać, gdy wokoło tyle śmierci?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wątek kryminalno-sensacyjny jest opisany tak bardzo oszczędnie, że przestaje być wiarygodny, choć może być prawdopodobny. Do końca nie poznajmy nazwisk ani stron skonfliktowanych bossów narkotykowych. Świat w powieści jest dość słabo umiejscowiony w czasie – równie dobrze akcja opowieści mogłaby mieć miejsce współcześnie, choć procedury policyjne na miejscu zbrodni, w świetle konwencji seriali z cyklu „CSI”, są rażąco anachroniczne (choć to nie jest zarzut, bardziej szokujące jest to, że od kiedy szeryf Bell spotyka się z agentem do spraw narkotykowych z FBI, który wydaje się wiedzieć więcej niż on, Bell zajmuje się już całą sprawą jedynie jako swego rodzaju pracownik domu pogrzebowego z rozszerzoną licencją na zabijanie). Przez całą powieść nie poznajemy dobrze bohaterów, jednak nie sprawia to, że czytelnik zastanawia się nad tajemnicami, które skrywają ich biografie, raczej zastanawia się, czy przypadkiem postacie z reklam nie są równie fascynujące. Bella i Mossa męczą wyrzuty sumienia, że są pozostali żywi po wojnach, w których zginęli ich wszyscy towarzyszy broni. Wells i Chigurh prawdopodobnie walczyli razem w Wietnamie, jednak w „swoim kraju” polują na siebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy szukałam informacji o autorze w internecie, uderzyło mnie to, jak sprzeczny obraz wyłania się ze skrawków wiedzy o McCarthym. Preferujący samotniczy tryb życia, niemal samouk, któremu pisanie przychodzi „ot tak”, jak farmer zgarnia kukurydzę z pola, a z drugiej strony – gość talk show Oprah Winfrey, wydający ukrywać starannie swoją wiedzę i warsztat. Częsty gość słynnego Instytutu w Santa Fe, któremu zresztą składa podziękowania na początku powieści „To nie jest kraj dla starych ludzi” – książka powstała podczas czteroletniego pobytu autora w tamtejszym instytucie pracy twórczej. Omówienia, fragmenty i ekranizacje pozostałej części dorobku pisarskiego McCarthy’ego zdają się sugerować pisarza o konsekwentnie surowym, oszczędnym stylu, który przedstawia świat w całej jego brutalności, a człowieka – w jego osamotnieniu. Apokaliptyczne wizje McCarthy’ego, w których zdają się przeżywać jedynie nieliczni mężczyźni (np. „Droga”) wydają mi się przy pomysłach choćby Margaret Atwood koszmarnie monotonne, nieprzekonujące i nudne, choć sugestywne. Z nielicznych wypowiedzi autora dla prasy wyłonił mi się portret samotnika, który bardzo późno dorósł do ról społecznych hołubionych w jego książkach (np. podkreśla odkrywanie ojcostwa i więź ze swoim najmłodszym synem, który urodził się, gdy McCormac miał sześćdziesiąt lat). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bohaterowie „To nie jest kraj dla starych ludzi” są wręcz męczący ze swoimi niesłychanie ciasnymi horyzontami myślowymi. Szeryf Bell pomyślany jako figura stojąca po stronie dobra, wykreowany jest na typ człowieka trzymającego się prostych zasad moralnych w oceanie zła. Wydaje się być typowym przedstawicielem pokolenia, które nie widzi związku między autorytarnym wychowaniem, które odebrało, nieumiejętnością przekazania mniej autodestrukcyjnych metod na relacje z dziećmi i ich problemami w dorosłym życiu. Jego autorefleksje są zupełnie jałowe; Bell nie zadaje sobie trudu, by choć postarać się zrozumieć swoje czasy. W jednych ze swoich rozważań, Bell wspomina, iż utracili z żoną córkę, nie dowiadujemy się jednak niczego więcej. Czy umarła jako dziecko? Czy może skłócona z rodzicami, zerwała z nimi kontakt, przez co szeryf tym usilniej broni się przed współczesnością? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pod koniec powieści, Bell udaje się na spotkanie ze swoim sędziwym wujem, żyjącym na skraju nędzy, by zwierzyć mu się, jak bardzo męczy go to, że podczas wojny zostawił swoich rannych kolegów z oddziału na pewną śmierć. Ocalił życie, uciekł z zasadzki, dostał medal za dokonania wojenne, a jednak całe swoje życie po tym incydencie uważa za wykradzione i stracone.  Bell odnosi swoją postawę do ideału zachowania dziadka, którego wspomina jako osobistego bohatera, wzorzec męskości i prawości, ale wuj sugeruje, że dziadek nie był taki pomnikowy, jak Bellowi się zdaje. Wiekowy wujek Bella jest o wiele bardziej niż Ed Tom sceptyczny wobec wartości tradycyjnie kojarzonych z patriotyzmem. To nie jest nihilizm, raczej pustka, rezygnacja, bankructwo wszystkich wartości i ideałów, w jakie wierzyli. Tradycjonalizm tych starych pierników jest dość typowy dla ludzi, którzy biadolą nad strasznym stanem rzeczy, a kompletnie odrzucają myśl, że uczestniczą w tworzeniu rzeczywistości, która doprowadza do takich opłakanych konsekwencji. W innym miejscu powieści  Bell opowiada o spotkaniu z pewną kobietą podczas konferencji w Corpus Christi (teksańskim mieście), podczas którego nie potrafił nawiązać niemal żadnego dialogu. Ograniczył się do małej deklaracji swoich zasad, dodał także, że według niego ludzie Teksasu są do przywiązani do ziemi, i tak dalej… &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaskoczyło mnie, że wśród znalezionych recenzji powieści McCarthy’ego nie znalazłam żadnej negatywnej. Same peany, niemal na klęczkach, czasem z merytorycznymi błędami (typu „Każdy rozdział rozpoczyna się od monologu szeryfa” – polecam lekturę &lt;a href="http://www.cormacmccarthy.pl/recenzje/to-nie-jest-kraj-dla-starych-ludzi-rec-mp.html"&gt;całości&lt;/a&gt;, bowiem rzadko kiedy można spotkać tak źle napisaną i nieprzemyślaną recenzję), hymny pochwalne na cześć bohaterów, którzy jawią się niektórym niemal jako anioły i demony. W „polecanej” przeze mnie powyżej recenzji, najbardziej urzekła mnie ocena szeryfa Bella, który wg autora omówienia „To nie jest kraj dla starych ludzi” wygłasza rozmaite głębokie przemyślenia i sprawia, że dzięki nim zaczynamy myśleć o rzeczach, które wcześniej niekoniecznie były tematem naszych przemyśleń. Pozwolę więc sobie na zakończenie zacytować Wspaniałego Myśliciela Eda Toma Bella, a czytelnik niech osądzi, która część jego wypowiedzi znalazła jego uznanie jako nowatorska i skłaniająca do refleksji: „Dziś wieczorem, w czasie kolacji żona mi powiedziała, że czytała świętego Jana. Objawienie. Kiedy zaczynam mówić o różnych sprawach, ona zawsze znajduje coś w Biblii, więc spytałem czy w Objawieniu jest coś o tym, co się stanie, a ona mi odparła, że mi powie. Spytałem, czy jest tam coś o zielonych włosach i kościach w nosach, a ona krótko odpowiedziała, że nie. Nie wiem czy to dobry znak, czy zły” (s. 234).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sławomira Raczyńska&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cormac McCarthy, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;To nie jest kraj dla starych ludzi&lt;/span&gt;, przeł. Robert Bryk, Prószyński i S-ka, Warszawa 2008.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-5978254092856463739?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/5978254092856463739/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/12/kraj-dla-starego-zrzedy-czyli-o.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/5978254092856463739'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/5978254092856463739'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/12/kraj-dla-starego-zrzedy-czyli-o.html' title='(K)raj dla starego zrzędy, czyli o powieści McCarthy’ego „To nie jest kraj dla starych ludzi”'/><author><name>Sławomira Raczyńska</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11376808583402982279</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-325598018416877937</id><published>2011-12-02T04:05:00.000-08:00</published><updated>2011-12-02T04:24:27.532-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='społeczeństwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='spisek'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='historia kultury'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Cmentarz w Pradze'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='antysemityzm'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Żydzi'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Umberto Eco'/><title type='text'>Umberto Eco, „Cmentarz w Pradze”</title><content type='html'>Choć jestem wielką admiratorką twórczości – i osoby – Umberta Eco, któremu poświęciłam niegdyś sporo czasu i dociekań, nie wyczekiwałam &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Cmentarza w Pradze&lt;/span&gt;, wręcz pewna, że ta lektura przyniesie mi rozczarowanie. Dość powiedzieć, że nie zostałam mile zaskoczona.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Akcja powieści dzieje się w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, kiedy to Simonini, pochodzący z Piemontu mizantrop, próbuje na różne sposoby siać nienawiść w świecie. Pracuje jako agent lub podwójny agent na rzecz garybaldczyków i przeciw garybaldczykom, dla jezuitów i przeciw jezuitom, dla komunardów i przeciw komunardom, etc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W międzyczasie jest prawnikiem specjalizującym się w fałszerstwach. Poza głównym bohaterem wszystkie postaci w powieści są historyczne; Eco korzystał z rozmaitych dokumentów i świadectw, by w centrum wydarzeń umieścić dość nieporadną – mimo całej bezwzględności i pewnej skuteczności – figurę człowieka odpowiedzialnego za sfabrykowanie afery Dreyfusa oraz &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Protokołów mędrców Syjonu&lt;/span&gt;. Choć Simonini żywi uprzedzenia wobec wszystkich nacji i wyznań, punktem centralnym powieści ma być jego antysemityzm. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli chodzi o zabiegi formalne, Eco niepotrzebnie szuka dla &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Cmentarza w Pradze&lt;/span&gt; pretekstu do snucia opowieści. Powołuje do istnienia narratora zewnętrznego o świadomości nie większej, aniżeli u głównego bohatera, Simoniniego. Narrator jest jednak zdolny do zaglądania bohaterowi przez ramię, do streszczania jego słów gdy uważa, że bohater przynudza, do usprawiedliwiania go, gdy się gubi (ergo gdy autor empiryczny nie ma nic do powiedzenia). Bohater zaś jest ofiarą krótkotrwałej amnezji, i stara się dociec jej przyczyn przywołując wspomnienia całego życia. Spisuje je jako pamiętnik. Tak się składa, że ma – czasowo – rozdwojoną osobowość, i niekiedy do pamiętnika dopisuje się jego alter ego. Simonini niegdyś poznał młodego Zygmunta Freuda (znając jego nazwisko tylko fonetycznie, w piśmie oddaje je jako Froïde), i pamiętnik ma być formą opracowywanej wówczas przez Freuda autoterapii, przy czym dopiski wspomnianego drugiego wcielenia są zwykle dopowiedzeniami korygującymi narrację w sposób przedstawiający Simoniniego w gorszym świetle. Tedy on sam dochodzi do wniosku, że „ten drugi” to głos jego sumienia, niepozwalającego na przemilczanie tego, co kompromitujące, wstydliwe lub złe – oto Freudowskie superego! (Zdarzyło mi się zresztą kiedyś usłyszeć takie wyliczenie trzech komponentów osobowości według Freuda – ego, superego i alter ego).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W omówieniach twórczości Eco, przyjęło się twierdzić, że jeśli w danej książce jest postać konfabulatora albo erudyty (jak Baudolino, czy Jambo z &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Tajemniczego płomienia królowej Loany&lt;/span&gt;), to jest to porte parole autora. Na fali takiego myślenia o intelektualnym i światopoglądowym obnażaniu się przez Eco, wysunięto zastrzeżenie, że &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Cmentarz w Pradze&lt;/span&gt; napisał antysemita i ku pożywce antysemitów. W jednym z wywiadów Eco relacjonował swoje rozmowy z głównym rabinem Jerozolimy (o rabinach włoskich nie wspominając), by przekonywać o akceptacji środowiska żydowskiego dla wymowy powieści. To niegodne, by ktoś, kto od półwiecza dowodzi niezwykłej otwartości, musiał się tłumaczyć, że nie jest wielbłądem, nie dając przecież ani cienia sugestii, że nim jest, był, lub planował zostać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z jednej strony to asekuranctwo, z uwagi na drażliwy temat antysemityzmu, z drugiej założenie niekompetencji ze strony czytelników, do których skierowana jest szeroka wydawnicza kampania marketingowa. Jeśli powieść ma być bestsellerem, powinna trafić także do odbiorców niewyrobionych – ale czy na tyle, by mieli nie pojąć światopoglądowej wymowy &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Cmentarza w Pradze&lt;/span&gt;?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wróćmy jednak do samej fabuły. Bohater jest antypatyczny. Gardzi wszystkimi i wszystkim niezależnie od okoliczności i uwarunkowań własnych, np. niezależnie od tego, czy sam ma na przykład odnośną cechę charakteru (na zasadzie: ja oszukam – dobrze, mnie oszukają – źle). Tak, jak brakuje uzasadnienia dla podjęcia całej opowieści, tak brak motywacji Simoniniego. Jego dziadek był wprawdzie zaciekłym antysemitą, lecz ojciec nie. Bohater wielokrotnie deklaruje – i to ma być zapewne zabieg humorystyczny – że nienawidzi Żydów, choć żadnych nie zna. To skrajnie niewiarygodna samoświadomość postaci. Jedynym chyba zrozumiałym dążeniem Simoniniego jest gromadzenie kapitału na spokojną emeryturę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Simonini jest osobą wykreowaną po to, by popełniła fałszerstwo dające początek Protokołom mędrców Syjonu. W &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Baudolinie &lt;/span&gt;– przypomnijmy –  intryga zasadza się na tym, że za rozmaitymi ważnymi wydarzeniami w historii średniowiecznej w istocie stoi tytułowy bohater. Było to przezabawne i trafne, ale powtórka tego chwytu w &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Cmentarzu w Pradze&lt;/span&gt; jest kompletnie nieudana. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wydawnictwo, na fali popularności tematyki kulinarnej, jako element reklamujący umieściło na okładce książki uwagę, iż w powieści ważne miejsce zajmują opisy uczt i potraw. To nieporozumienie. Eco parę lat temu ujawnił na czym się nie zna, gdy opatrzył grzecznościowym wstępem książkę o kuchni włoskiej napisaną przez jego tłumaczkę na język rosyjski Elenę Kostioukovitch. Otóż Eco właśnie kuchnią się nie interesuje, nie ma doń wyrafinowanego podejścia. W &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Cmentarzu w Pradze&lt;/span&gt; Simonini ma być kimś w rodzaju smakosza – obżartucha, ale opisy, do jakich Eco jest zdolny, odpowiadają raczej (by się odwołać do tytułu innej jego książki) „szaleństwu katalogowania”. Opisy są takim katalogowaniem. Dobra restauracja vs podła speluna, czy wyliczanie potraw, na przykład nazw francuskich z tłumaczeniami. Przede wszystkim zaś jedzenie nie jest apetyczne – wszędzie jest duszno, brudno, niehigienicznie, śmierdząco, nieprzyjemnie. Wprawdzie z niektórych konkretnych opisów dałoby się odtworzyć przepis, są one jednak podane w konwencji silva rerum. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najbardziej udanym wątkiem w powieści jest ten ze sprawą kapitana Dreyfusa. Po pierwsze, obrazuje początkowy ogrom niechęci opinii publicznej do żydowskiego oficera. Głosy wsparcia oskarżonego były zdecydowanie spóźnione. Po drugie, machinacje Simoniniego i wywiadu są ciekawie wpasowane w realną historię, która jest klarowna… w odróżnieniu od mętnych perypetii z &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Protokołami&lt;/span&gt;, ciekawych dla pasjonatów tematyki, którzy i tak mają  do dyspozycji lepsze źródła pozafabularne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli natomiast chodzi o pytanie, jakie Simonini sobie postawił, inicjując zapisywanie wspomnień… Mężczyzna jest mizantropem, ale szczególnie jego mizoginia graniczy z fobią, zaś w odróżnieniu od Żydów, Simonini kobiety jednak zna. Wprawdzie nie tłumaczy tego ani osierocenie przez matkę, ani jezuickie wychowanie, lecz bohater nigdy nie związał się z kobietą. Kiedy w jego pisanym „na role” pamiętniku dochodzi do wydarzenia dającego początek amnezji, korzystanie z metody zasugerowanej przez Froïde daje iście freudowską odpowiedź. Simonini uświadamia sobie, że po sześćdziesiątce przeszedł wbrew swej woli traumatyczną inicjację seksualną. Co ciekawe, to rozwiązanie zagadki nie jest bynajmniej podane w sposób humorystyczny czy parodystyczny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do nielicznych zabawnych momentów należy zaś scena, w której Simonini tłumaczy, w jaki sposób niecni Żydzi chcą forsować ateizm, by demoralizować gojów. Cytuje wtedy to, co (sam) napisał w &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Protokołach mędrców Syjonu&lt;/span&gt; – należy wykorzenić myślenie o Bogu i o transcendencji, „zamieniając wszystko na wyliczenia arytmetyczne i potrzeby materialne”. Agentowi, któremu prezentuje ową redakcję &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Protokołów &lt;/span&gt;(odpowiadającą znanej dzisiaj wersji finalnej), dopowiada: „Napisałem tak z myślą o tym, że matematyki nikt nie lubi” (s. 468).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na konstruowaniu spisku Eco skoncentrował się w &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Wahadle Foucaulta&lt;/span&gt;, opisując intrygę fikcyjną oraz skupiając fabułę wokół zapisków starzejącego się mężczyzny wymyślającego rzekomą zmowę. W &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Cmentarzu w Pradze&lt;/span&gt; powrócił do podobnej tematyki, przy czym bohaterowie są autentyczni …poza Simoninim, wymyślonym jaka szara eminencja. Powieść mówi: to wszystko za jego, Simoniniego sprawą… Życie powiedziało: to wszystko i tak się zdarzyło. Ewentualna luka w historii, luka, w którą Eco wtłoczył Simoniniego, była bardzo ciasna. Klocek – „puzzel” został doń kiepsko dopasowany.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A jak wyglądała układanka? Pod koniec XVIII wieku Francuz o nazwisku Augustin Barruel, jezuita na uchodźctwie w Anglii, opublikował pracę, w której o sprowokowanie wybuchu Rewolucji Francuskiej oskarżył masonerię będącą spadkobierczynią templariuszy. Joseph Fouché, arystokrata &lt;span style="font-style:italic;"&gt;in illo tempore&lt;/span&gt; działający jako agent policji, anonimowo zasugerował Barruelowi, iż jako prowokatorów powinien wskazać raczej Żydów. Tymczasem dwie powieści w odcinkach poruszyły zbiorową wyobraźnię: Aleksander Dumas (ojciec) wydał swojego &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Józefa Balsamo&lt;/span&gt; (&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Mémoires d'un médecin: Joseph Balsamo&lt;/span&gt;, 1846–1848), Eugeniusz Sue zaś – &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Les Mystères du peuple&lt;/span&gt; (1849-1856). Co więcej, Maurice Joly napisał pamflet wymierzony w Napoleona III, skomponowany jako dialog między Machiavellim i Monteskiuszem, a dotyczący ich (domniemanych) poglądów i wizji politycznych. W roku 1868 Hermann Goedschke, pod pseudonimem John Retcliffe skopiował tą opowieść i przerobił ją na modłę antysemicką. Niezorientowani co do jej źródeł, rosyjscy carscy agenci zaadoptowali narrację Goedschkego… i z grubsza w ten sposób powstało to, co znane jest nam dzisiaj jako &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Protokoły mędrców Syjonu&lt;/span&gt;. Przybrawszy tą formę, stały się swego rodzaju rosyjskim towarem eksportowym, inspirującym całe pokolenia antysemitów – z nazistami na czele. Uff!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dlaczego Żydzi? Warto pamiętać, że w XIX wieku &lt;span style="font-style:italic;"&gt;quasi&lt;/span&gt;-naukowe teorie na temat ras wprawdzie nie były w konieczny sposób antysemickie, jednak przemieszczenie problematyki narodowościowej ze sfery historii do biologii sprawiło, że historyczne właśnie, społeczne i ekonomiczne uwarunkowania zaczęły być postrzegane jako inherentna część żydowskiej natury. Trudno rzecz jasna w tym miejscu rozważać kwestię narodzin nowoczesnego antysemityzmu (antysemityzmu niereligijnego) w burżuazyjnym kapitalizmie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ujawnienie (rzekomego) spisku kanalizowało strach tych, którzy z sobie znanych powodów mniemali, że jest się czego bać, i zarazem wytrącało spiskowcom (potencjalnym, niedoszłym, czy też ludziom wcale nie spiskującym) broń z rąk. Mogące nadejść zmiany, np. rewolucyjne czy wdrażane stopniowo i niejawnie, były powodem niepokoju dla okrzepłego wówczas mieszczaństwa. Bądź co bądź od pewnego czasu widmo krążyło nad Europą. W &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Cmentarzu w Pradze&lt;/span&gt; Eco fabularnie naświetla obawy zarówno świata zachodniego, jak i te żywione w niekapitalistycznej carskiej Rosji. Tam jednak członkowie spokojnej żydowskiej diaspory wyróżniali się umiejętnością czytania i pisania. To prowadzi mnie do jednej z koncepcji dot. piśmienności autorstwa innego mojego ulubieńca, Michela de Certeau. Rewolucja – której kolejnej, po doświadczeniach tej srożącej się pod koniec XVIII wieku tak się obawiano – jest pojęciem nowoczesnym. Jako projekt zawiera usiłowania, by wymazać dotychczasową narracje historyczną i zastąpić ją nową, napisaną przez aktualnych liderów, zgodnie z obowiązującym w owym czasie zmian progresywizmem. Oznacza to przebudowę systemu społecznego, często pod dyktando jakiegoś manifestu. &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Protokoły mędrców Syjonu&lt;/span&gt; „musiały” zostać napisane: są narracją zapowiadającą rewolucję, rewolucja potrzebuje deklaracji, by poruszyć świadomość społeczną. Sylogizm działał skutecznie, gdyż były to czasy szybkiego rozwoju socjotechnik i narzędzi umożliwiających wywieranie za ich sprawą wpływu na odbiorców masowych, słowem, czasy triumfu dogmatyzmu i populizmu. Komunikacja była zaś – szczególnie w porównaniu ze współczesnością – skrajnie niesymetryczna, jednokierunkowa, co zdecydowanie ułatwiało Simoniniemu pracę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"The pen is mightier than the sword" to nie tylko arabskie przysłowie, to także cytat ze sztuki Edwarda Bulwer-Lyttona, zatytułowanej &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Richelieu czyli spisek&lt;/span&gt;*. Bulwer-Lytton to autor tyle nieśmiertelnej, co niesłynnej frazy „It was a dark and stormy night", a Umberto Eco lubuje się w tropieniu klisz i konwencjonalnych chwytów przenikających z utworów popularnych do powszechnej świadomości. To nie może być przypadek!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kończąc jednak poważniej, Eco podejmował temat siły niebezpiecznych konfabulacji w opracowaniach teoretycznych**, zaś &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Cmentarz w Pradze&lt;/span&gt; jest próbą wyzyskania tego samego materiału faktograficznego w utworze beletrystycznym. Niestety próbą nieudaną. Mistrz jest zmęczony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paulina Szkudlarek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Umberto Eco, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Cmentarz w Pradze&lt;/span&gt;, przeł. Krzysztof Żaboklicki, Noir sur Blanc, Warszawa 2011. Treść &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Protokołów &lt;/span&gt;przedrukowana jest w opracowaniu Janusza Tazbira pod bardzo niefortunnym tytułem &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Protokoły mędrców Syjonu: autentyk czy falsyfikat&lt;/span&gt;, Interlibro, Warszawa 1992 (i inne wydania).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przypisy:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*Oryginalny tytuł &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Richelieu; Or the Conspiracy&lt;/span&gt; przetłumaczony w analogii do uczynienia z &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Candide, ou l'Optimisme&lt;/span&gt; angielskiego &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Candide: or, Optimism&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;**Np. &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Serendipities. Language and Lunacy&lt;/span&gt;, przeł. William Weaver, Phoenix, London 2002.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-325598018416877937?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/325598018416877937/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/12/umberto-eco-cmentarz-w-pradze.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/325598018416877937'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/325598018416877937'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/12/umberto-eco-cmentarz-w-pradze.html' title='Umberto Eco, „Cmentarz w Pradze”'/><author><name>Paulina Szkudlarek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07806571691844060258</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-6400452507713019076</id><published>2011-11-26T13:50:00.000-08:00</published><updated>2011-11-26T13:55:44.012-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kobiety'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='społeczeństwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Chiny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Pasażerka ciszy'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='podróże'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='płeć'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='biografia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Dobre kobiety z Chin'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Fabienne Verdier'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='reportaż'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Xue Xinran'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='etyka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='feminizm'/><title type='text'>Xue Xinran, „Dobre kobiety z Chin”, Fabienne Verdier, „Pasażerka ciszy”</title><content type='html'>Chiny, kraj wciąż w ogromnej mierze nieznany, tajemniczy i w pewnym sensie również złowrogi, oglądany pod różnymi kątami, to wdzięczny temat dla literatury zaangażowanej, i niewątpliwie ukazuje się sporo godnych uwagi książek, szczególnie socjologizujących reportaży na jego temat. Ostatnio miałam okazję przeczytać dwa, opublikowane nakładem wydawnictwa W.A.B. w serii Terra Incognita: Xue Xinran, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia&lt;/span&gt;, oraz Fabienne Verdier, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Xue Xinran była na początku lat dziewięćdziesiątych dziennikarką radiową, która w swoim nadawanym późna porą programie, „Słowa na wieczornym wietrze”, poruszała kwestie kobiece, i była w tym pionierką. Po paru latach, w 1997 roku, wyjechała do Anglii, gdzie pracowała w jednym z ośrodków studiów azjatyckich. Zdecydowała się opublikować swoje radiowe opowieści w formie książkowej. Autorka nie kryje swego warsztatu. Wspomina, w jaki sposób pozyskiwała tematy, dokąd jeździła, kto do niej pisał, kto dzwonił, co się działo za kulisami, wśród koleżanek i kolegów z redakcji, etc. Opowiada o swoich reakcjach na poznawane historie, jak również o swojej szokującej – w świetle jej własnych przeżyć z przeszłości – naiwności. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Porusza wszelkie „dyżurne” tematy feministyczne, charakterystyczne dla wczesnego etapu świadomości konieczności emancypacji. Uwzględnijmy także chińską specyfikę. Czytamy zatem historię dzieci „reedukowanych”, prześladowanych za domniemane winy rodziców w epoce rewolucji kulturalnej. Czytamy o nieszczęśliwych zamążpójściach. O parach rozdzielanych przez władze na długie dziesięciolecia. O profesorach zsyłanych do najbardziej zapadłych prowincjonalnych wiosek. Wyjaśnijmy – prowincjonalna wioska równa się kompletnemu upokorzeniu i deklasacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem czytamy o zmienionych już Chinach: o tygrysicy biznesu, z sercem złamanym przez wiarołomnego partnera (dodajmy, że w swoim czasie cudzołóstwo, czyli związki niezawarte jako śluby za zezwoleniem organizacji partyjnej, było przestępstwem). O wartości dziewictwa. O powinnościach rodziców wobec dzieci i &lt;span style="font-style:italic;"&gt;vice versa&lt;/span&gt;. O próbie zalegalizowania chińskiego stowarzyszenia homoseksualistów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zebrane relacje, wspomnienia, zwierzenia, układają się w obraz upiorny. Prześladowania, niszczenie dorobku myśli i zasobów materialnych, rozbijanie rodzin – ze strony rewolucjonistów. Jednocześnie kultywowanie mizoginicznych tradycji, wiara w przesądy i samopotwierdzające stereotypy… &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziennikarka, świadoma wieloletnich praktyk spychania intelektualistów na sam dół drabiny społecznej, dziwi się, gdy kobietami znakomicie wykształconymi okazują się na przykład zbieraczka śmieci, która żyje na ulicy (rozdział „Śmieciarka”) i stara wieśniaczka, w ramach reedukacji wygnana z akademii muzycznej i zmuszona do małżeństwa z przypadkowym chłopem, życia z pracy fizycznej, w osadzie pod partyjną kontrolą. Kiedy się nad tym zastanowić, wydaje się, że Xinran wypierała możliwość, iż podobnego degradującego, odbierającego materialne podstawy bytu i prestiż mogłoby się przydarzyć także i jej. Czuć, że powierniczki Xinran nigdy wcześniej nie miały z kim porozmawiać – tak, powiernictwo bywa wzajemne. Dziennikarka i wysłuchuje, i obnaża się sama (w rozdziale „Dzieciństwo, którego nigdy nie zapomnę”). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niektóre z życiorysów oceniamy jako dobrowolne lub pełne rezygnacji poddanie się tokowi wydarzeń, które były do uniknięcia, na przykład przy ciut większej autorefleksyjności czy dzięki aktom obyczajowego nonkonformizmu. Inne epatują grozą sytuacji wszelkiego rodzaju zastraszenia, zniewolenia, przymusu, szantażu, przemocy, czy nieopisywalnej nędzy. Autorka przez długi czas nie zawadzała władzom. Pracowita, chętnie przyjmowana we wszystkich miejscach, w których zbierała materiały do programów, awansująca w radiowej hierarchii. Zdarzało się jednak, że odmawiano jej zgody na emisję audycji na określony temat, na przykład o wpędzeniu w chorobę psychiczną córki generała Kuomingu („Córka kuomintangowskiego generała”). Trafiały się też problemy z cenzurą „na żywo”, na przykład gdy do programu zadzwoniła kobieta domagająca się depenalizacji homoseksualizmu i szacunku dla homoseksualistów, a co więcej, wymuszająca na prowadzącej sformułowania opinii w tych kwestiach (rozdział „Kobieta, która kochała kobiety”). W przypadku owej rozmowy telefonicznej nie zadziałała aparatura opóźniająca emisję. Xinran nie mogła na antenie zbyć rozmówczyni, dowodząc wobec rzesz słuchaczy funkcjonowania cenzury, nie chciała też podpaść przełożonym. W kontrolce oddechy wstrzymywała cała ekipa radia, łącznie z dyrektorem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Autorka porusza jeszcze jeden obowiązkowy, klasyczny feministyczny temat: kobiety i religia („W co wierzą Chinki”). W przypadku Chinek, z którymi rozmawiała, raziła bezrefleksyjność i interesowność wynikająca nie z potrzeb duchowych, a z koniunkturalizmu. Na przykład respondentki mówiły, że warto zostać chrześcijaninem, bo chrześcijan jest na świecie tak wielu, „że coś w tym musi być”, albo że modlą się ludzie starzy i biedni, czyli ci, którzy mają o co prosić: „Jeśli się wzbogacę, nie będę niczego wyznawać. A jeśli dalej będę taka biedna, to zacznę” (odpowiednio s. 115 i 116).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Dobre kobiety…&lt;/span&gt; czytałam z przerażeniem walczącym o lepsze z ulgą. To mnie nie dotyczy, to nie nasz świat. Lektura była tym ciekawsza, że niewiele wcześniej miałam okazję przeczytać &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pasażerkę ciszy&lt;/span&gt;, wspomnienia Fabienne Verdier, młodej absolwentki francuskiej uczelni artystycznej, która uznała, że fascynuje ją malarstwo chińskie i po przeczytaniu jednego klasycznego chińskiego traktatu filozoficznego wystarała się o stypendium w Syczuanie. Była tam przez dziesięć lat. Wpierw w miejscu, w którym ją umieszczono, czyli w akademii sztuk pięknych, w której deprecjonowano dawne osiągnięcia artystyczne i zniechęcano do kontynuacji tych dróg, potem uczyła się od zapomnianych emerytowanych profesorów. Stopniowo nauczyła się języka, towarzyska i otwarta, pozyskiwała znajomości i przyjaźnie, jednak – z odbiorczego punktu widzenia – bardzo komplikowała życie osobom odpowiedzialnym za jej pobyt, wszędzie się wyróżniała (siłą rzeczy, jako Francuzka) i przyciągała uwagę. Nieprawdopodobnie razi jej ignorancja (kompetencje ogólnokulturowe) i pretensjonalność: snobistyczne powoływanie się na przypadkowo dobierane i wyrwane z kontekstu lektury, powierzchowność sądów, wybujałe aspiracje kamuflowane pokorą wobec „starożytnej wiedzy i sztuki”, słowem, dziecinada. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednak opisy Verdier oddają fascynujące i przerażające realia Chin sprzed ćwierćwiecza zarówno jeśli chodzi o materialne podstawy bytu, jak i organizację społeczną. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Xinran wspominała, że impuls do publikacji &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Dobrych kobiet…&lt;/span&gt; dało jej czyjeś stwierdzenie o tym, jakoby w Chinach panowało równouprawnienie kobiet i mężczyzn. Pierwsza myśl: któż mógł dokonać takiej „oceny” na podstawie faktu noszenia przez wszystkich obowiązkowych, niwelujących gender „mundurków”? Druga myśl: łatwo obśmiać ignorancję, trudniej ją rozproszyć. Zarówno Xinran, jak i Verdier opowiadają o świecie definiowanym przez rozbudowane struktury hierarchizujące ludzi, oczywiście ukazując bezmiar krzywd. Co łączy te dwie relacje, to uświadamianie – mimochodem – skali triumfu propagandy. Obie autorki u startu nie zdawały sobie sprawy z tego, jaka jest realna sytuacja w Chinach, niemal na wiarę biorąc oficjalne przekazy. Zdobywanie lepszej orientacji współzachodziło ze staraniami o poszerzenie przestrzeni własnej swobody, wpierw dość „na oślep”, potem z coraz większą empatią wobec osób, które mogły ponosić represje owych cudzych starań. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Verdier opisuje ponadto swoje – lekkomyślne podejmowane – podróże na prowincję, na tereny zamieszkiwane przez mniejszości etniczne, nawet nie tyle zmarginalizowane co spisane na straty czy metodycznie wyniszczane. Zauważmy, iż w czasie chińskiej dekady „pasażerki ciszy” światowa opinia publiczna była już poruszona wiedzą o prześladowaniach Tybetańczyków. Dzięki działalności XIV Dalaj Lamy była to tematyka poruszana na forach poświęconych obronom praw człowieka, tylko bądź samej Verdier nieznana, bądź celowo przez nią pomijana. Malarka do dzisiaj zachowuje dobre kontakty z Chinami (ergo chińskimi władzami), i może z rozmysłem unikać w swych publikacjach tematów klasyfikowanych przez Chiny jako kontrowersyjne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Xinran z kolei interesująco balansuje pomiędzy rejestrowaniem historii jednostkowych a ogólnospołeczną a nawet polityczną skalą systemowych represji. Z pozoru jest idealistką, ale jej umocowanie zawodowe daje jej pewną moc sprawczą. Zresztą gdy Verdier podróżuje po terenach, w których zachowały się specyficzne zwyczaje, widzi jedynie folklor i popełnia gafę za gafą, co pociąga za sobą dość poważne konsekwencje… dla osób jej towarzyszących. Kiedy zaś Xinran jedzie do biednej osady na Wzgórzu Wołania, robi to w ramach pewnego rodzaju konwoju pomocowego. Chodziło tam wprawdzie o – pardon, taka idea przyświecała misji – cywilizowanie zakątków zapomnianych przez rewolucję, jednak Xinran jest pokorną obserwatorką, niezostawiającą za sobą zgliszcz. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Polaryzacja, to jest pochwała postawy Xinran i deprecjacja Verdier, byłaby niesprawiedliwa, tu potrzeba balansu. Jednak od strony podejścia życiowego &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pasażerka ciszy&lt;/span&gt; budzi więcej moralnych oporów. Dodajmy, że autorka pojęła się później pracy w ambasadzie, z jednej strony legitymizując chiński porządek świata, z drugiej podkopując go swoimi niekonwencjonalnymi działaniami, sprawiając kłopoty osobom trzecim. Po upływie zatrudnienia w służbach dyplomatycznych powróciła do Francji i poświęciła się malarstwu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wnioski z obu lektur nie mogą być odkrywcze: Chiny to kraj kontrastów. Rozwarstwienie i nierówności społeczne były bolączkami i przed Mao Zedongiem, i za rewolucji kulturalnej w późnych latach 1960., i po jej najcięższej fali, i po otwarciu się na kapitalizm, przy czym dojmująco brakuje krytyki niesprawiedliwości, i przeciwdziałania jej. Pierwszym krokiem ku temu może być rozpoznanie tematyki, na przykład próba diagnoz opartych na herstoriach (choć przyznam, że bardzo nie lubię tego terminu). Xinran wyszła z nimi ku odbiorcy zachodniemu, po tym, jak wzbogaciła swą perspektywą poznawczą udziałem w życiu społeczeństwa demokratycznego i przynajmniej w pewnej mierze starającego się respektować jednostkowe prawa i wolności. Daleka od mitologizacji i pseudomistycznych uniesień, wypowiada się w sprawach zasadniczych, porusza świadomość czytelników. Nie kieruje się marzeniem o samorozwoju, ale jak najlepiej rozumianym interesem zbiorowym. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przywołajmy słynne słowa bell hooks dotyczące akademickich narracji werbalizujących przeżycia podmiotów podporządkowanych obcej sobie władzy ekonomicznej, przekształcającej się we władzę retoryczną i ideową: „No need to hear your voice when I can talk about you better than you can speak about yourself”*. Xinran nie ukazuje „dobrych kobiet z Chin” z pozycji swej wyższości. Jest jedną z nich, jej własna historia jest również wstrząsająca. Dostała szansę, by stać się rzeczniczką „głosów z ukrycia” (tak – przypomnijmy – brzmi podtytuł książki), i szansę wykorzystała.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Paulina Szkudlarek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Xue Xinran, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia&lt;/span&gt;, przeł. z angielskiego Katarzyna Kulpa, W.A.B., Warszawa 2008.&lt;br /&gt;Fabienne Verdier, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach&lt;/span&gt;, przeł. Krystyna Arustowicz, W.A.B., Warszawa 2007.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*Cytowany artykuł bell hooks ukazał się pod tytułem &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Margines jako miejsce radykalnego otwarcia&lt;/span&gt; w przekładzie Ewy Domańskiej, w "Literaturze na Świecie" nr 01-02/2008.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-6400452507713019076?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/6400452507713019076/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/11/xue-xinran-dobre-kobiety-z-chin.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/6400452507713019076'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/6400452507713019076'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/11/xue-xinran-dobre-kobiety-z-chin.html' title='Xue Xinran, „Dobre kobiety z Chin”, Fabienne Verdier, „Pasażerka ciszy”'/><author><name>Paulina Szkudlarek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07806571691844060258</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-5607851194362199404</id><published>2011-11-22T13:40:00.000-08:00</published><updated>2011-11-22T13:45:06.746-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kobiety'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kaprysik'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='reportaż'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Mariusz Szczygieł'/><title type='text'>Kaprysik. Różą haftowana recenzja (Mariusz Szczygieł, „Kaprysik. Damskie historie”)</title><content type='html'>Kaprysik to taka mała odskocznia od rzeczywistości. Coś, co pozwala nie tylko wytrzymać trudy i cierpienia dnia codziennego, ale też coś, co wg stereotypów płciowych niejako ucieleśnia kobiecość. Kaprysik to domena istoty nieobliczalnej, irracjonalnej, a także -  kogoś, kto nie jest traktowany poważnie przez otoczenie i najbliższych, kogo ewentualny bunt przeciwko jakiejś formy opresji nie będzie brany pod uwagę. Kaprysik to zatem autoterapeutyczny gest osoby całkowicie zrezygnowanej, a może raczej pogodzonej z faktem, że z rzeczywistością nie wygra.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Książka Mariusza Szczygła wygląda jak mały pamiętnik nastolatki, ale takiej z początku dwudziestego wieku - różowy tomik w róże wyglądające na wyhaftowane na materiale. Chciałoby się powiedzieć, że to infantylny, kiczowaty, pseudoromansowy look, ale to zdecydowanie gra z konwencją. Przecież od dawna mamy świadomość, że niewinni, niesplamieni kulturą popularną i przyjemnością kiczydeł, co to oddychają tylko kulturą wysoką, nie istnieją. A jeśli nawet, brokat im na drogę. Poza tym Mariusz Szczygieł nigdy nie dyskryminuje żadnej formy autoekspresji, żadnej narracji. Być może to porównanie wyda się komuś nadużyciem, ale pomyślałam sobie, że Szczygieł jest Michaśką Literatką reportażu, a dokładniej, odwróceniem, którego wymaga serce mistrza gatunku. Tam gdzie Michaśka błyszczy i lśni cudowną ironią, cynizmem, autokreacją, Mariusz Szczygieł doprowadza własną przezroczystość i empatię do poziomu, w którym myślę, że albo ma serce z kamienia, skoro się nie roześmiał, albo może to ja już jestem taka straszna, że sikam na wszystkie groby i zastrzeliłam matkę Bambiego. Szczygieł do absolutnej perfekcji doprowadził swoją umiejętność słuchania i zadawania pytań, które zachęcają rozmówcę czy rozmówczynię do kontynuowania opowieści o życiu choćby najbardziej szalonej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym krótkim tomiku mamy 6 opowieści o kobietach, 6 historii czyichś tajemnic i osobistych kaprysików. Wszystkie ukazały się pierwotnie w różnych numerach „Wysokich Obcasów”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobno pomysł na zredagowanie „Kaprysiku” powstał, gdy autor poznał dzieło pani Janiny Turek, której rodzina po jej śmierci odkryła ponad 700 zeszytów z drobiazgowo i obiektywnie opisanymi faktami z każdego dnia – kto kogo spotkał (z pełnymi nazwiskami), kto kogo odwiedził, jakie było menu, jaki prezent otrzymało się od kogoś lub komuś podarowało, etc. Absolutnie fascynująca wyliczanka samych faktów, nie zawierająca żadnych informacji o politycznych aktualnościach, zero wzmianki o emocjonalnych przewrotach czy ważnych zmianach w życiu pani Janiny. Same skrupulatnie posegregowane dane, liczby, rzeczowe opisy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już przy pierwszym reportażu pięknie rozkwita cecha charakterystyczna pisarstwa Szczygła. Nie definiuje, nie ocenia opisywanych zjawisk, fenomenów, zawsze pozostawia to czytelnikowi. Robi to nie sugerując niczego, raczej – dyskretnie i niemal niezauważalnie prowadzi całą opowieść tak, by i czytelnik powstrzymał się od krytyki. Prowadzący talk show „Na każdy temat” wiele lat temu umieścił poprzeczkę na tyle wysoko, że żaden inny polski talk show do tego poziomu nawet się nie zbliżył. Szczygieł poruszał tematy tabu dla polskiego społeczeństwa i robił to z wielkim taktem, okazując empatię rozmówcom. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;…Kaprysik kaprysikowi nierówny. W niektórych reportażach kaprysik przejawia się jako niegroźne hobby w postaci pozowania do zdjęć w odpowiednio wymyślonej i zaprojektowanej scenografii, w innych to niemal metodyczna autoterapia pozwalająca znieść trudy codziennego życia. Szczygieł właściwie zawsze jako komentarz, na który sobie pozwala, wybiera albo słowa bohaterki danego tekstu, albo opis kolejnego faktu, który w jakiś sposób podsumowuje całość. Wszystkie teksty są zilustrowane fotografiami z prywatnych archiwów bohaterek reportaży. Wśród zdjęć znajdujemy niezapomniane ujęcie portretujące Mariusza Szczygła z jedną z pań, jako leśnego, bardzo zielonego elfa. Bardzo dla dorosłych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Słuchać - prosta rzecz. Wystarczy nie krzywić się, że czyjeś życie nie jest takie, jakbyśmy chcieli.&lt;br /&gt;(Pisanie – czyli zajmowanie ludziom czasu – jest już o wiele trudniejsze), &lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;pisze Szczygieł na stronie ósmej. Stara się zatem jak najpełniej oddać głos swoim rozmówczyniom. Chyba najwięcej pracy wymagał od niego ostatni reportaż „Serial na dwa długopisy”, w którym przedstawia czytelnikom i czytelniczkom wybrane fragmenty ponad pięćdziesięcioletniej korespondencji dwóch przyjaciółek. Wychodzi z tego nie tyle dialog bliskich sobie osób, które zwierzają się zarówno z drobiazgów, jak i najtrudniejszych przeżyć, ale dwa monologi, które kończą się zupełnie różnym spojrzeniem na przyszłość i gorzką konstatacją, iż ich życie niejako zostało zmarnowane przez oddanie się bliskim.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najciekawszym dla mnie tekstem, jest pierwszy reportaż zatytułowany „Reality” i dotyczy wspomnianej już, nieżyjącej krakowianki, pani Janiny Turek. Opisując pozostawione przez nią dzieło, czyli kilkaset zeszytów z drobiazgowym opisem najbardziej namacalnych fragmentów codzienności, Szczygieł zastanawia się nad jego możliwymi interpretacjami. Odrzuca od razu narzucającą się niemal i prostacką w swej brutalności diagnozę, iż podłożem powstania tak niesamowitej liczby zapisków była nerwica natręctw, ponieważ zachowanie i osobowość pani Turek przeczyła jej. Przypomina sobie pisma Jolanty Brach-Czainy, która w „Szczelinach istnienia” (PIW, Warszawa 1992) upatruje w codziennej krzątaninie twórczą pracę okiełznania chaosu i przemijania. Być może to jest jeden z lepszych tropów dla zrozumienia treści zeszytów pani Turek, która nigdy nie pisała o sobie ani o swoich czy cudzych emocjach, ale Szczygieł tego nie przesądza. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Ludzie pisali dzienniki z różnych powodów. Lechoń notował wydarzenia dnia w celu autoterapii. Tomasz Mann – gdyż lubił „przytrzymać uciekający dzień”. Fernando Pessoa – bo chciał „swoje życie uczynić własnością ludzkości”, a jego bohater księgowy Soares – bo „lepiej jest pisać, niż odważać się żyć”. Gombrowicz pisał dziennik, by „rozwiązać swój największy problem – ja”. Tyrmand chciał poprzez dziennik „sprawdzenia siebie, co jest klasycznym pożądaniem wyrzuconych na margines życia”. Dla Pascala zaś skrupulatne notowanie codziennych zdarzeń było „stylem, w jakim powoli umiera przeszłość”. &lt;br /&gt;Powodu, dla którego pisała Janina Turek, nie znamy (s. 27).&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z czasem, w którym córka pani Turek, pani Ewa, przekopywała się przez literacką spuściznę po matce, wyszło na jaw, że autorka ponad siedmiuset zeszytów pisała o sobie, w osobistym tonie w pocztówkach, widokówkach, nigdy nie wysłanych, zachowanych tylko dla niej samej. Krótkie, starannie wyważone zdania, pełnie niewyrażanych w żaden inny sposób emocji, są precyzyjnymi kreskami w autoportrecie Polki melancholijnej, która czarną żółć przeznaczyła na zapisanie jednocześnie najbardziej i najmniej trwałych okruchów życia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mariusz Szczygieł w krótkim wstępie do sześciu reportaży składających się na „Kaprysik” napisał, że jego przyjaciółka Zofia Czerwińska doskonale opisała ludzką nieskończoną żądzę zmiany swojego życia jednym zdaniem - „Najlepsze miejsce na namiot jest zawsze trochę dalej” (s. 8). Brzmi jak trawestacja powiedzenia, iż trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie miedzy.  Kaprysiki bohaterek reportaży pokazują raczej, że kobiety nawet jeśli widzą, że lepsze miejsce na namiot jest trochę dalej, to potrafią zmienić się na tyle, by dane im miejsce stało się najlepszym z możliwych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sławomira Raczyńska&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mariusz Szczygieł, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Kaprysik. Damskie historie&lt;/span&gt;, Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2010. Wszystkie cytaty i odniesienia pochodzą z tej edycji.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-5607851194362199404?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/5607851194362199404/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/11/kaprysik-roza-haftowana-recenzja.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/5607851194362199404'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/5607851194362199404'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/11/kaprysik-roza-haftowana-recenzja.html' title='Kaprysik. Różą haftowana recenzja (Mariusz Szczygieł, „Kaprysik. Damskie historie”)'/><author><name>Sławomira Raczyńska</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11376808583402982279</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-1085411129102089437</id><published>2011-11-14T10:30:00.000-08:00</published><updated>2011-11-14T10:44:23.062-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kobiety'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='USA'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Julia Child'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='podróże'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='jedzenie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='biografia'/><title type='text'>Julia Child, współpraca: Alex Prud’Homme, „Moje życie we Francji”</title><content type='html'>Kiedy na początku najnowszego filmu Woody Allena &lt;span style="font-style:italic;"&gt;O północy w Paryżu&lt;/span&gt; poznajemy Strasznych Amerykańskich Przyszłych Teściów głównego bohatera (granego przez Owena Wilsona), miałam wrażenie, że rozpoznaję w nich współziomków Julii Child, których spotykała podczas swoich pobytów w Europie. Autobiograficzną książkę Julii Child (autorki żyjącej w latach 1912-2004) i najnowszy film Allena łączy nie tylko to, że akcja obu opowieści dzieje się w Paryżu. Oboje autorzy za pomocą swoich dzieł niewątpliwie starali się choć trochę przełamać stereotyp prowincjonalnego Amerykanina zapatrzonego w swoją ojczyznę jako raj kompletny i ostateczny. Część bohaterów Allena to  ludzie aroganccy, nieprawdopodobnie ignoranccy, niewidzący niczego poza ukochanymi Stanami Zjednoczonymi, niemający kompletnie pojęcia o jakichkolwiek ideach intelektualnych - bardzo przypominali niektórych znajomych Julii, a także jej ojca, z którym Julia przez całe życie nie była w najlepszych stosunkach. O ile Allenowi nie udaje się jednak wyjść poza pretensjonalne uniki i popadanie w jeszcze gorsze stereotypy, Child znakomicie prezentuje się jako otwarta i chłonąca nowości nowoczesna kobieta. Co istotne, widzimy, jak ona sama wyzbywała się stereotypowych przedsądów: „(…) za sprawą artykułów w „Vogue” i hollywódzkich filmów, skłonna byłam sądzić, że Francja to kraj elegantów, gdzie wszystkie kobiety są filigranowymi i wytwornie ufryzowanymi złośliwymi stworzeniami, a wszyscy mężczyźni dandysami à la Adolphe Menjou, którzy raz po raz podkręcają wąsa, podszczypują dziewczęta i spiskują przeciwko amerykańskim prostaczkom” (s. 21, pisownia oryginalna).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale skąd w ogóle wspomnienia Julii Child w moich lekturach?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;...Kiedy tylko poczujemy zmęczenie myślą, że jedzenie stało się gigantycznym przemysłem, w którym przyjemność smakowania, biesiadowania zanika na rzecz wyliczania wartości odżywczych przez dietetyków i gaży dla gwiazd kucharzenia, które nie zawsze gotują naprawdę, warto spojrzeć na początki obecności programów kulinarnych w telewizji, na czas, gdy przepisy kuchenne były często tajemnymi recepturami, i jedynie kucharze i kucharki znali i przekazywali sobie sekrety odpowiednich proporcji, przypraw, ingrediencji i składników. Warto przypomnieć sobie o kimś, dla kogo gotowanie było prawdziwą przyjemnością, pasją, sposobem życia, a nie tylko dochodowym biznesem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Książki Julii Child nie napisała Julia Child. Za olbrzymi sukces wspomnień Julii odpowiada redaktor jej wspomnień i krewny, Alex Prud’Homme (Julia to jego cioteczna babka).  W 2004 roku Julia i Alex zaczęli spotykać się, by spisać wspomnienia Julii z jej ulubionego okresu w życiu,  gdy razem z mężem, Paulem Childem, w latach 1948 – 1954 mieszkali w Paryżu i w Marsylii. „Jest to książka o największych miłościach mojego życia: moim mężu, Paulu Childzie, la belle France oraz rozlicznych przyjemnościach gotowania i jedzenia”, czytamy we wstępnych partiach. Początkowo Prud’Homme próbował nagrywać słowa Julii na magnetofon, ale urządzenie rozpraszało ją. Skupił się zatem na spisywaniu jej opowieści, czytaniu listów, które Julia pisała do rodziny i przyjaciół, pracował również z wieloletnią redaktorką książek Julii, Judith Jones, która jako pierwsza dostrzegła potencjał bestsellerowy w projekcie Julii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moja pierwsza myśl o książce zredagowanej przez krewniaka Julii sprowadzała się do westchnienia: no tak, spadkobiercy do praw autorskich jej książki zauważyli, że produkt „Julia Child” jest już jedynie kuchennym dinozaurem. Należy więc coś wymyślić, aby produkt stworzyć na nowo, ładniej opakować i sprzedać ponownie. Nie da się wypromować ponownie Julii jako mistrzyni francuskiej kuchni, warto więc przedstawić to, co do tej pory chroniła, czyli prywatność i wspomnienia, pokazać Julię jako człowieka. Hurra, udało się! Kupiłam! Książka, która stanowi efekt współpracy z Prud’Homme, jest znakomitą, napisaną niezwykle lekkim piórem, sympatyczną, ciepłą, pełną ciekawostek i oczywiście przede wszystkim – pasji, opowieścią o szalonym życiu jeszcze bardziej szalonej młodej Amerykanki w Paryżu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem zatem pod wielkim wrażeniem tego, co wykreował Prud’Homme. Podczas lektury miałam wrażenie, że słyszę głos narratorki – upozowanej po trochę na idealną panią domu z reklam z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych a troszkę na towarzyszkę imprez Holly Gholightly. Zwariowana i jednocześnie świetnie zorganizowana. Pełna energii, z którą przemierza europejskie miasta z uśmiechem, gotowa na niespodzianki, które okiełzna poczuciem humoru i dystansem. Jak jednak było naprawdę? Według Julii Child, kobiety w jej czasach, głównie Amerykanki należące do klasy średniej, nie miały pojęcia o gotowaniu, które w ogóle nie leżało w polu ich zainteresowań. Kupowanie produktów spożywczych i przygotowywanie posiłków to było zajęcie służących i kucharzy. Wiele amerykańskich rodzin w czasach przedwojennych i powojennych, jak wspomina Julia, zatrudniało europejskich kucharzy, którzy często wzorowali się na ideale francuskiej kuchni. Niezdrowe, tłuste i wysokokaloryczne, smażone w dużej ilości tłuszczu jedzenie, które pojawiało się na amerykańskich stołach, wg Julii pochodziło od kucharek afroamerykańskich. Z taktem należnym pogodnej i w miarę beztroskiej rozrywce, w książce nie wspomina się, dlaczego akurat te kobiety znały przepisy głównie na potrawy dostarczające energii ludziom pracującym bardzo ciężko fizycznie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wspomnienia Julii Child są absolutnie rozkoszne. Bawi nawet stopień zafałszowania i „słodzenia” obrazów, które - jak sądzę - są dziełem głównie redaktora książki. Przypominam: oto Julia zjawia się z mężem we Francji zaraz po drugiej wojnie światowej, jednak niewiele tam refleksji na temat potworności światowego konfliktu zbrojnego. Właściwie tamta wojna była dla Julii i jej męża egzotyczną przygodą, pracowali razem w Azji (dla armii amerykańskiej na Cejlonie), a potem zjawili się w Paryżu, by nieść Europie pozytywne przesłanie na temat globalnej roli i zasług Stanów Zjednoczonych. Paul, pracownik amerykańskiego urzędu propagandy, był odpowiedzialny za popularyzację i utrwalanie jak najbardziej afirmatywnego obraz swej ojczyzny wśród alianckich sojuszników. Biorąc pod uwagę wspomnienia Julii, w Paryżu na pewno wybrali dobrą drogę zacieśniania przyjaźni amerykańsko–francuskiej zapoznając się z wyśmienitą kuchnią francuską i imprezując z interesującymi osobami. Poznali m. in. małżeństwo Baltrusatisów, zaglądała do nich Alicja B. Toklas, spotykali się z krewnym Hemingwaya, wpadali w restauracjach na Colette, etc.,  jednak to żadna rewia znanych nazwisk, a wspomnienie autentycznych przyjaciół. Niemal cukierkowa tonacja książki staje się groteskowa, gdy Julia i Paul po pobycie w Paryżu i Marsylii zostają przeniesieni z racji awansu pana Childa do Niemiec – Plittersdorfu. Julia zręcznie omija wszelkie smutne i poważne tematy, skupiając się na słusznej skądinąd uwadze, że absolutnym koszmarem było życie w kopii amerykańskiej prowincji, i że niesłusznie Amerykanie ignorowali miejscową kuchnię, sprowadzając absolutnie wszystko z USA. To zresztą nie był jedynie wybryk starych dobrych czasów. Kiedy czytałam – mniej więcej miesiąc temu – o jakiejś amerykańskiej jednostce stacjonującej w małym polskim mieście, dowiedziałam się, że olbrzymią popularnością wśród Amerykanów cieszyły się pierogi – ich kucharz używał na miejscu w jednostce… amerykańskich jajek w proszku. Nie zdziwiłabym się gdyby sprowadzali ze Stanów również wodę pitną!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Julia na początku boi się „życia w kraju potworów”, jak określa Niemcy. Ale kiedy próbuje miejscowego piwa w Plittersdorfie, a potem wędzonej kiełbasy i kiszonej kapusty, dochodzi do wniosku, że tam, gdzie jest tak dobre jedzenie, zło jest niemal niemożliwe. „Znów nas zaskoczyło, jak bardzo sympatyczni są Niemcy. Usiłowałam pogodzić jakoś obrazy Hitlera i obozów koncentracyjnych z tymi miłymi obywatelami. Czy to naprawdę ci sami ludzie, którzy kilka lat temu pozwolili Hitlerowi sterroryzować świat?” (s. 296). I to mimo pysznej kiełbasy i kiszonej kapusty, sacrebleu! Jednakże fragmenty o pobycie w Niemczech nie są, wbrew pozorom, świadectwem totalnej naiwności czy głupoty Julii. Wydaje się raczej, że na siłę próbowała wydobyć wszystkie pozytywne strony przebywania w małym miasteczku, klonie amerykańskiej „dziury zabitej dechami”. Pobyt w dość smutnym, nudnym i brzydkim miejscu, które na dodatek nie obfitowało w sympatyczne towarzystwo (Julia unikała przebywających tam Amerykanów jak tylko mogła), był niewątpliwie przygnębiającym doświadczeniem. W innych fragmentach książki powściągliwie, ale zdecydowanie krytykuje makkartyzm i „polowanie na czarownice”, które rozpoczęło się w Ameryce w 1950 roku (o tym niżej), chwali liberalizm i ubolewa nad przemianami w amerykańskiej polityce, które doprowadziły wedle niej do pogorszenia stosunków USA z państwami Europy Zachodniej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciekawe są opinie Julii o zatrudnieniu Paula, który jako pracownik propagandy dbał o PR USA w Europie i przygotowywał grunt do wprowadzenia Planu Marshalla. Kiedy organizował z amerykańskim attaché kulturalnym rozmaite wystawy sztuki współczesnej, „musiał być zarazem dyplomatą, panienką lekkich obyczajów i łobuzem, bo tylko taka kombinacja pozwalała skutecznie lawirować między diametralne różnymi stylami francuskiej i amerykańskiej biurokracji” (s. 144). Paul nazywał Amerykanów „panienkami Planu Marshalla”. Czytamy o zderzeniu dwóch zupełnie innych podejść do życia i organizacji. Właściwie do opisu Francuzów pasuje zestaw cech: indywidualizm, lekceważenie procedur, przepisów, opór stawiany dyktatowi „produktywności i zyskowi”. Według Julii typowy Francuz na sugestie Amerykanów „jak podkręcić kapitalizm”, reagował następująco:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;wzruszał ramionami, jakby chciał powiedzieć: „Te wasze pomysły są niezwykle fascynujące, bez wątpienia, ale pracuje nam się dobrze, i to nam wystarcza. Wszyscy zarabiają przyzwoite pieniądze, nikt nie choruje na wrzody. Ja mam czas, żeby pracować nad monografią o Balzaku, a mój brygadzista z pasją hoduje grusze na treliarzu. Właściwie nie mamy ochoty wprowadzać zmian, które nam proponujecie” (s. 144, 145).&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I dalej: „Amerykanie nie potrafili nawet wystraszyć Francuzów na tyle, aby ci zmienili swoje stare obyczaje” (s. 146). Tu zapachniało [neo]kolonializmem idźmy więc dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Choć Child wspomina jako najszczęśliwszy okres w życiu czas spędzony w Paryżu i Marsylii, nie zatrzymuje się jedynie na przeszłości i akcentuje, że gdy z różnych przyczyn stało się niemożliwe życie we Francji, poszli z Paulem do przodu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co się stało? Praca dla rządu z upływem czasu stawała się dla małżonków Child coraz trudniejsza i coraz bardziej męcząca. Ich cierpliwość wyczerpała się, gdy za McCarthy’ego nastały czasy „polowań na czarownice”, i Paul został wezwany do Waszyngtonu, by zostać poddanym ocenie, czy przypadkiem nie jest homoseksualistą. Wieloletni pracownik wydziału propagandy wybrał się do USA licząc na merytoryczną dyskusję, informację o awansie – cokolwiek, co ma związek z jego pracą. Zamiast tego kazano mu ściągnąć spodnie. Odmówił. W 1955 roku, kiedy przebywali na placówce w Niemczech, Paul dostał nagłe wezwanie do Waszyngtonu. Na miejscu okazało się, że wezwano go na przesłuchanie, które trwało cały dzień i część wieczoru – przesłuchiwali go agenci z Biura Bezpieczeństwa USIA (The United States Information Agency). Jak się wyjaśniło, ktoś napisał donos oskarżający Paula o zdradę i homoseksualizm. „(…) ten haniebny epizod zostawił niesmak i na zawsze zapadł w pamięć. Co się stało z Ameryką? Skutki polowania na czarownice nie ominęły naszych przyjaciół i kolegów z pracy. McCarthy rujnował ludziom kariery, a nieraz całe życie” (s. 302).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pomijając towarzyskie i polityczne tło książki Prud’Homme’a i Julii, bardzo interesujące jest podejście Julii do tematyki kulinarnej. Jak już wspomniałam wyżej, pani Child podkreśla niejednokrotnie, że jej rówieśnice i znajome z Ameryki w ogóle nie interesowały się gotowaniem, ani dobrą kuchnią, bazującą na produktach dobrej jakości, które wybrało się samo, najlepiej na pobliskim targu. Kiedy Julia postanowiła, że nauczy się gotować, zrobiła wszystko. by swoje marzenie urzeczywistnić. Zdecydowała się na podjęcie nauki w słynnej od wieków (a dokładniej – od wieku XVI!) szkole Cordon Bleu, została potraktowana jak intruz i amerykański barbarzyńca, i z racji tegoż nie włączono jej do głównej grupy uczniów a dołączono do grupki mężczyzn która chciała poznać głównie podstawy gotowania. Niemniej jednak szkoliła się pod okiem mistrza kuchni, Maxa Bugnarda. Nie wspomina, by udało się jej wtedy zwerbować swoje amerykańskie znajome do wspólnego gotowania. Sama nauka bywała frustrująca głównie z powodów organizacyjnych. Złe zarządzanie finansami i brak chęci zainteresowania szkołą szerszego grona, które wykazywała ówczesna szefowa Cordon Bleu, sprawiały liczne nieprzyjemności. Niemal codziennie szwankowało zaopatrzenie i brakowało podstawowych produktów gastronomicznych na zajęciach (jak np. pieprz i sól!). Brak dbałości o stan budynku, w którym odbywały się zajęcia szkoły Cordon Bleu przyczynił się do tego, że psująca się kuchenka czy brak prądu bywały tam częstymi atrakcjami. Kolejną przeszkodą, której Julia musiała stawić czoło, była niechęć szefowej szkoły do niej jako Amerykanki. Dyrektorka Cordon Bleu wymyślała rozmaite przeszkody, by tylko Julia nie podeszła do egzaminu końcowego – ostatecznie Julia zdała go za drugim podejściem, tylko i wyłącznie dzięki swojej determinacji i licznym listom krytykującym postawę prowadzącej szacowną placówkę edukacji kulinarnej. Trzeba przyznać, że to bardzo interesujący opis słynnej obecnie na cały świat szkoły, która wtedy z całą pewnością potrzebowała reorganizacji w duchu nowego kapitalizmu. Z całą pewnością obywatelstwo jakiegokolwiek kraju nie jest obecnie przeszkodą, by podjąć tam naukę – najważniejsze, by uiścić opłaty. &lt;a href="http://www.cordonbleu.edu/about/en"&gt;Obecnie Cordon Bleu&lt;/a&gt; szczyci się tym, że szkoliła się u nich Julia Child! &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czyż nie jest to najlepsza zachęta dla pasjonatów gotowania z USA? &lt;br /&gt;Dla Julii chęć poznania francuskiej szkoły gotowania było częścią jej ogólnego, otwartego, liberalnego podejścia do świata. Przybyła do Europy karmiona nieprawdopodobnymi opowieściami na temat jej mieszkańców, jakie snuł jej ojciec (Europejczycy są ciemni i brudni, w dużym skrócie), zagorzały republikanin, filantrop, niestety o bardzo ograniczonym horyzoncie poznawczym. Julia wspomina go często jako bardzo hojnego i dobrego człowieka, ale też jako swego adwersarza światopoglądowego pod niemal każdym względem. Cierpiała nie mogąc zarazić go swoją radością życia i poznawania nowych miejsc i smaków. Julia przybyła z Paulem po to, by poznawać Paryż, Francję, by mieszkać jak Francuzi – wynajęli mieszkanie we francuskiej kamienicy (zatrudnili francuską służącą głównie dlatego, że „tak wypadało”), walczyli ze wszelkimi niedogodnościami, jakie się z tym wiązały, by wspomnieć choćby o braku porządnego ogrzewania – zimą trzeba było siedzieć w mieszkaniu w kurtce, ciepłych butach i rękawiczkach. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zabawne są anegdoty o rozmaitych lapsusach językowych popełnianych przez Amerykanów we Francji. Od niewymawialnego paryskiego adresu państwa Child &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Zbitka słowna „rue de l’ Université 81” okazała się trochę za dużym wyzwaniem dla naszych narządów mowy, więc nasz nowy dom szybko stał się „Ru de Lu” (s. 48)&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;po perypetie siostry Julii, Dort, która &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;dla komunikacji międzyludzkiej zdolna była zrobić wszystko (…). Dort z całą powagą usiłowała zapytać (fryzjera – dop. S.R.): „Czy obetnie mi pan włosy przed myciem, czy potem?”, ale wyszło: „Czy obetnie mi pan konie przed grzybem, czy po nim?” (s. 72).&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy Julia ukończyła Cordon Bleu i spędziła trochę czasu w Marsylii, zaczęła myśleć o wydaniu na rynek amerykański książki o francuskiej kuchni. Przez kilka lat razem z dwiema współpracownicami – Simone Beck i na początku, z Louisette Bertholle, która później wycofała się projektu, opracowywała i doskonaliła przepisy. Warto odnotować, że wtedy, jak twierdzi Julia, praktycznie nie istniał spisany pewny przepis na np. majonez czy croissanty. Brakowało dokładnych wytycznych, określenia, jakie mają być dokładnie proporcje składników, jaką mają mieć temperaturę, co skąd brać. Dla Julii każdy przepis był potencjalnym polem doświadczalnym, ponieważ porównywała wszystkie składniki, których używała we Francji, i które można było dostać w Europie, z amerykańskimi. Odkrywała np. różnice w mące, oczywiście różnice w metryce, a także zetknęła się z tym, że w Ameryce wielu składników nie można było nigdzie dostać – np. ...śmietany! Nawet gdy w 1961 r. ostatecznie książka została opracowana jako grube, ponad 700-stronicowe tomiszcze, gdzie każdy przepis krok po kroku został sprawdzony, zmodyfikowany i bardzo dokładnie opisany, wydawcy, z którymi wtedy autorki prowadziły wstępne pertraktacje, nie kwapili się, by to wydać. Twierdzili, że to pozycja zupełnie anachroniczna i zbyt trudna dla przeciętnego amerykańskiego czytelnika. Według wydawców wszyscy chcieli prostych i szybkich przepisów, które w dodatku można było przygotować w cudzie nowoczesnej kuchni – mikrofalówce. Dopiero po kolejnej długotrwałej i pracochłonnej redakcji (przy której pracowała też wspomniana Judith Jones), &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Mastering the Art of French Cooking&lt;/span&gt;, dzieło Julii i jej przyjaciółek zostało wydane i szybko stało się wielokrotnie wznawianym bestsellerem. Julia, wysoka i elegancka (miała 187 cm wzrostu, na zdjęciach i filmach wygląda dość komicznie, kiedy nachyla się nad współpracownikami niczym żeńska wersja Guliwera w krainie Liliputów) trafiła też do telewizji – były to pierwsze show kulinarne w historii! Nikt nie miał pojęcia, jak to powinno wyglądać. Programy emitowano na żywo! Bardzo często gdy Julia przybywała na plan zdjęciowy, odkrywała, że nie przygotowano niczego, o co prosiła – często musiała radzić sobie w dość ekstremalnych warunkach np. z niemal niedziałającą kuchenką, czy bez produktów kulinarnych. W przeciwieństwie do tego, co znamy z dzisiejszych programów kulinarnych, telewizyjna kuchnia nie przypominała sterylnego laboratorium ani pomieszczenia w salonie meblowym. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie znam filmu &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Julie i Julia&lt;/span&gt; Nory Ephron (2009), gdzie w naszą bohaterkę wcieliła się Meryl Streep. Jednak na YouTube można obejrzeć archiwalne audycje &lt;span style="font-style:italic;"&gt;The French Chef&lt;/span&gt; (polecane linki znajdują się poniżej!). Kiedy je oglądałam, zastanawiałam się, czy razi mnie oczywista anachroniczność i rozbrajająca spontaniczność powiązana z epizodami kiedy pasja przerosła możliwości bohaterki (można być pewnym, że dziś nikt nie zaangażowałby biednej Julii do telewizji!), czy raczej fakt pokazania, jak gotowanie „tak po prostu” wygląda. Nie jest czynnością sterylną, zupełnie prostą i nie wychodzi doskonale, jak widzimy to w dzisiejszych programach. W gotowaniu bądź co bądź chodzi też o wiedzę i mnóstwo pożytecznych informacji, a te Julia zawsze przekazuje. Aktualnymi pozostaje wiele jej rad, choćby ta, by zaopatrywać się w warzywa, nabiał czy nawet mięso na lokalnym targu, by popierać miejscowych wytwórców żywności, a także by w miarę możliwości założyć własny mały ogródek z warzywami! Poza tym jak mawiała „nigdy nie przepraszaj w kuchni” – nawet jeśli coś się nie uda, pozostali powinni docenić trud gotującej osoby!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prywatna kuchnia Julii była urządzona i zaopatrzona po stokroć lepiej, niż ta, z której zmuszona była korzystać w studio telewizyjnym. We Francji podczas nauki w Cordon Bleu Julia nabyła niesamowitą ilość gadżetów kuchennych. „Tu i tam poupychane były moje narzędzia specjalistyczne: miedziany rondel do rozpuszczania cukru, długie igły do natłuszczania pieczeni, owalna, szylkretowa łopatka do przecierania składników przez tamis, sito, stożkowe sitko nazywane chinois, patelenki używane wyłącznie do smażenia naleśników, formy do tart, rzeźbione z drewna klonowego łopatki do mieszania i niezliczone ciężkie miedziane pokrywki z długimi żelaznymi rączkami. Moja kuchnia dosłownie lśniła od gadżetów. A ja nigdy nie miałam dość” (s. 111). Wśród wyjątkowo rzadko spotykanych przyborów królował na pewno wielki i potwornie ciężki marmurowy moździerz służący do przygotowania jednego tylko dania – quenelles de brochet, utłuczonego i ugotowanego szczupaka, przetartego następnie przez sito i ubitego ze śmietaną nad miską z lodem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Julia doskonaląc się jako we francuskiej kuchni (na marginesie: jej mąż Paul też dobrze gotował, w dodatku doskonale znał się na winach) oczywiście nie przejmowała się jakimiś tam dietetycznymi ograniczeniami. W ich menu masełko, pieczone mięsiwa i orgiastyczne desery przybierały gargantuiczne rozmiary, co nierzadko odbijało się na ich zdrowiu. Czasem nawet wspominali coś o konieczności walki z brzuszkami. Nigdy jednak nie poświęcili się bezużytecznej ascezie i kiedy tylko mogli, oddawali hołd pysznościom.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co ciekawe, (jak zauważa choćby &lt;a href="http://www.filmweb.pl/reviews/Pochwa%C5%82a+wyrafinowanego+ob%C5%BCarstwa-8685"&gt;recenzent filmu&lt;/a&gt; na stronie Filmwebu, Julia Child ze swoją pasją, która w tradycyjnym ujęciu świata jest zajęciem typowo kobiecym, wkroczyła w świat praktycznie zarezerwowany dla mężczyzn. To mężczyźni byli i najczęściej nadal są utytułowanymi kucharzami, mężczyźni są smakoszami i recenzentami kulinarnymi, ogólnie rzecz ujmując, są na stanowiskach gdzie jest kasa i szacunek, a reszta może zmywać gary po gotowaniu. To zabawne, i już dawno odnotowane przez feministki choćby z pokolenia Julii, że tradycjonaliści chcą widzieć miejsce kobiety w domowej kuchni, ale już kobieta zarządzająca np. restauracją, jest już mniej mile widziana, a przynajmniej było tak w czasach prezenterki &lt;span style="font-style:italic;"&gt;The French Chef&lt;/span&gt;. Jednak Julia w ogóle o tym nie wspomina. Mam wrażenie, że jako żona liczącego się dyplomaty amerykańskiego, w czasach gdy międzynarodowa sytuacja polityczna USA była bez porównania silniejsza niż obecnie, pokonywała wiele przeszkód – formalnych i nieformalnych – dzięki swojej pozycji. Nie wyobrażam sobie, by np. jej przyjaciółki, z którymi współtworzyła książkę, były zaproszone do telewizji, by poprowadzić program kulinarny. Co zabawne, kiedy razem z Simcą, jedną ze współautorek książki udzieliły razem wywiadu, Julia wspominając go podkreśliła, iż Simca źle radziła sobie w telewizji. Jak niewiele trzeba, by poczuć się celebrytką!&lt;br /&gt;Z całą pewnością Prud’Homme’owi udało się wykreować portret Julii, którą chyba każdy chciałby poznać, i z którą chciałby porozmawiać, o wspólnym gotowaniu nie wspominając! Jej energia, pasja życia i zaangażowanie w tematy kulinarne sprawiają, że książkę czyta się z dużą przyjemnością, choć zgrzytem jest końcówka, w której wyraźnie czuje się, że wiele ze wspomnianych epizodów najchętniej nie byłoby w ogóle poruszanych, przede wszystkim – choroba i śmierć Paula, najbliższego jej człowieka czy dość burzliwa przyjaźń z jedną z współautorek książki – Simone Beck. Bon apetit, którego życzyła często Julia na zakończenie swoich programów kulinarnych, na pewno nie dotyczy tylko jedzenia, ale przede wszystkim – życia!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sławomira Raczyńska&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Julia Child, współpraca: Alex Prud’Homme, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Moje życie we Francji&lt;/span&gt;, przeł. Anna Sak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010. Wszystkie cytaty i odniesienia pochodzą z tej edycji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=rPcGiLVp9Zw&amp;feature=related&amp;noredirect=1"&gt;Julia i homary&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=XfygewLUAmo"&gt;Julia i croissanty&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-1085411129102089437?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/1085411129102089437/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/11/julia-child-wspopraca-alex-prudhomme.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/1085411129102089437'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/1085411129102089437'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/11/julia-child-wspopraca-alex-prudhomme.html' title='Julia Child, współpraca: Alex Prud’Homme, „Moje życie we Francji”'/><author><name>Sławomira Raczyńska</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11376808583402982279</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-6977210632265301176</id><published>2011-11-06T13:10:00.000-08:00</published><updated>2011-11-06T13:19:06.325-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='społeczeństwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='USA'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Julie Otsuka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='dziecko'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Japonia'/><title type='text'>Julie Otsuka, „Kiedy cesarz był bogiem”</title><content type='html'>To był ich kraj, to były ich domy, tam wychowywali dzieci, pracowali. Niektórzy nie wyznawali wiary przodków ani nie kultywowali tradycji, inni – zupełnie inaczej – nie posługiwali się nawet językiem, w którym spisano konstytucję. Na swe nieszczęście wyróżniali się wyglądem. Gdy wybuchła wojna...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy Stany Zjednoczone włączyły się do II wojny światowej pod koniec 1941 roku, po japońskich atakach na bazę marynarki wojennej w Pearl Harbor na Hawajach, amerykańskich Japończyków internowano. Wstęp celowo sugeruje, że chodzi o Zagładę europejskich Żydów, jednak – jak się okaże – analogie są dość zwodnicze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W cenionej powieści Julie Otsuki przyglądamy się rodzinie Yamaguchi z kalifornijskiego Berkeley. Pan domu, jako szczególnie podejrzany, został szybko aresztowany przez FBI, potem zaś przetrzymywany gdzieś w Montanie. Jego żona i dwójka dzieci – starsza dziewczynka i nieco młodszy chłopiec – parę miesięcy później zostali przymusowo wysiedleni do obozu w Nevadzie... a może w Utah. Towarzyszymy rodzinie w wybranych momentach kilku wojennych lat: podczas przygotowań do ewakuacji, podczas długiej podróży, aklimatyzacji w nowym miejscu, i w trudnym czasie po powrocie do Berkeley.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rodzina była znakomicie zadomowiona w miejscu zamieszkania. Miała zaprzyjaźnionych sąsiadów, skonsternowanych koniecznością podporządkowania się restrykcjom narzuconym przez władze, nieprotestujących, umiejących wyrażać wsparcie drobnymi a przecież cennymi gestami. Dzieci nosiły amerykańskie imiona i posługiwały się wyłącznie językiem angielskim, co nie jest zadeklarowane, ale ukazane w momencie próby nawiązania kontaktu z przypadkowym współpasażerem przesiedleńczego pociągu (s. 22). W obozie one i matka zakwaterowani zostali z licznymi przedstawicielami japońskiej diaspory, a była ona różnorodna. Towarzysze  niedoli mogli być kimkolwiek: kwiaciarzami, kelnerami, pucybutami, rybakami, instruktorami judo, byłymi dyrektorami generalnymi jakiegoś &lt;span style="font-style:italic;"&gt;zaibatsu &lt;/span&gt;czy &lt;span style="font-style:italic;"&gt;keiretsu &lt;/span&gt;(może to za dużo powiedziane, jednak określenie, jakiego użyłam, jest parafrazą Otsuki, w innym zaś miejscu czytamy: „Pomywacz (...) był kiedyś kierownikiem działu sprzedaży w dużej firmie eksportowo-importowej” - s. 39), mnichami buddyjskim albo kapłanami shinto (s. 92), kultu, na które spadło szczególne odium. W jego ramach – i do tego odnosi się tytuł powieści – cesarzowi należała się boska cześć. Cesarz Hirohito był dla Amerykanów przywódcą państwa, z którym USA były w stanie wojny. Nie należało nawet wymieniać jego imienia, co rzecz jasna budziło niemal przymus, by to robić. Harryemu Yamaguchi cesarskie miano „czasem się wymykało” (s. 37). Był jednak dzieckiem, amerykańskim dzieckiem. Marzył o coca-coli z lodem, intensywniej jednak o tym, że jest bohaterem wojennym. „Zamknął oczy i wyobraził sobie, że (...) walczy na Wyspach Salomona. Albo leci na zwiad  nad Mindanao” (na Filipinach), i orderem odznacza go MacArthur (s. 54), słynny dowódca wojska alianckich na Pacyfiku, w 1945 roku triumfujący nad Japonią. Tymczasem Harry &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Biegał pośród baraków z innymi chłopcami bawiąc się w policjantów i złodziei albo w wojnę. „Zabij Szwaba!”, „Zabij Japońca!” (s. 38).&lt;br /&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;Obozowe braki nie były – dla czytelników pamiętających o realiach utworzonych przez hitlerowców gett, obozów koncentracyjnych i obozów zagłady – dotkliwe. Bez coca-coli i kremu do twarzy można żyć, stołówka natomiast nie dawała „żadnych dokładek... z wyjątkiem chleba i mleka” (s. 42, trzykropek pochodzi ode mnie – P.S.). Niekiedy elektryzujące internowanych groźby – że stworzone zostaną osobne obozy dla kobiet i mężczyzn, że nastąpi sterylizacja, a nawet rozstrzelanie (s. 48) – okazywały się tylko pogłoskami. Zresztą po podpisaniu odpowiedniej „lojalki” miejsce pobytu można było opuścić... i wstąpić ochotniczo do US Army.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Otsuka eksponuje lojalność internowanych wobec Stanów Zjednoczonych i ich brak zainteresowania „starym krajem”. Niemal w nawiasie wspomina osoby posługujące się wyłącznie językiem japońskim, wierne nie tylko tradycji, ale i cesarzowi. Tymczasem dzięki wywiadom z japońskimi jeńcami wojennymi i właśnie osobami internowanymi antropolożka Ruth Benedict pozyskała materiały do swej słynnej książki &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Chryzantema i miecz.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po kapitulacji, czy z drugiej strony rzecz ujmując, po zwycięstwie aliantów Japończycy i Amerykanie japońskiego pochodzenia mogli wrócić do domów. Yamaguchi zastali swoją posesję zaniedbaną przez wojennych lokatorów, okradzioną z pewnych rzeczy, jednak budynek był jak najbardziej możliwy do zamieszkania, a ukryte pamiątki i inne istotne dla rodziny przedmioty okazały się bezpieczne – nietknięte.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najboleśniejszym problemem okazał się społeczny ostracyzm. Zapowiedzią tego stanu był fakt, iż wychodząc z obozu, poza biletem kolejowym internowani otrzymywali kwotę 25 dolarów (s. 77). „Potem dowiedzieliśmy się, że tyle samo dostawali przestępcy zwalniani z więzienia” (s. 78). Zostali napiętnowani niczym próbujący wrócić do dawnego życia przestępcy. Przecież dla sąsiadów właśnie nimi byli, ba! byli zbrodniarzami. Wracający z azjatyckich frontów amerykańscy żołnierze opowiadali o koszmarach wojny z Japończykami, np. o wypadkach na polu walki („Okrążonych Jankesów oblano benzyną i podpalono, zamieniając ludzi w żywe pochodnie” – s. 79) czy torturach w obozach jenieckich („Wbijali nam pod paznokcie bambusowe drzazgi” – s. 78).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na gwałtowności i zapalczywości żołnierzy w okrutnych starciach czy bezwzględności obozowych oprawców problem się nie kończył. „Ze wszystkich wrogów, z którymi Stany Zjednoczone kiedykolwiek toczyły wojnę totalną, Japończycy byli najbardziej Amerykanom obcy” to pierwsze słowa &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Chryzantemy i miecza&lt;/span&gt; Benedict, wskazujące na kulturowe niezrozumienie – i jego wielką potrzebę. Chęci „odkrycia przesłanej japońskiego stylu życia, sposobów postępowania” zabrakło berkeleyskim sąsiadom bohaterów powieści Otsuki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wciąż czekająca na powrót męża pani Yamaguchi z trudem znalazła nędzne zatrudnienie, nieadekwatne do jej przedwojennego statusu. Sytuacja była szczególnie bolesna dla dzieci. Nie chciały być brane za wrogów, zastanawiały się, co zrobić, by znów stanowić część amerykańskiej wspólnoty. Przechodząc w pierwszoosobową narrację przedstawicielki skrzywdzonego pokolenia, Otsuka pisze: „Zmienimy imiona, żeby brzmiały tak jak ich. A jeśli matka na ulicy zwróci się do nas po staremu, odwrócimy się, jakbyśmy jej nie znali” (s. 75). Zauważmy, że mały bohater ma na imię Harry, jak urzędujący od początku 1945 roku prezydent Stanów Zjednoczonych, który w historii zapisał się m. in. rozkazem zrzucenia bomb atomowych na japońskie miasta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W szkole, deklaruje autorka, „zawsze byliśmy grzeczni” (s. 80). Zaznawali prześladowań ze strony koleżanek i kolegów, choć za wszelką cenę unikali nawet nie konfliktów, co konfrontacji: „przepraszam, że na ciebie patrzę, przepraszam cię, że tutaj siedzę, wybaczcie mi, że znów tu jestem” (s. 81). Nieznające tradycji kraju przodków dzieci potwierdzają tu nieświadomie stereotyp dotyczący japońskich inklinacji do ceremonialnych i przesadnych przeprosin, czy innego rodzaju zachowań „z pokorą i uniżeniem”. Weryfikują też tezę Ruth Benedict o kulturze winy i kulturze wstydu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powracający byli niemile widziani. Nieodróżnialni dla Amerykanów („wszyscy są tacy sami” – s. 92), co gorsza, przed wojna myleni z Chińczykami i innymi Azjatami – teraz już nie do pomylenia, ponieważ wiadomo było, kto wrócił z internowania – stali się adresatami rasistowskich (czyli raczej kojarzącymi się z Osią) obelg: żółtek, skośnooki, małpa (również s. 92). A przecież ci, których opisuje Otsuka, sami byli Amerykanami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wydaje się, że powieść Otsuki prezentuje – by tak rzec – lżejszą wersję historii europejskich, a szczególnie polskich Żydów. Fazy narastających prześladowań. Obostrzenia dot. działalności gospodarczej*. Koncentracja. Piętno, niechętne powitanie po powrocie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Właściwym jednak kontekstem historycznym dla tej opublikowanej w 2002 roku książki jest nie Zagłada, a amerykański 11 września (2001 r.). Na myśl przychodzą nieprzyjemności, jakie ze strony sąsiadów spotykały wówczas amerykańskich muzułmanów, ale przede wszystkim represje ze strony władz, poniżające praktyki stosowane wobec aresztantów podejrzewanych o nielojalność czy wręcz antypaństwową przestępczość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Krótka powieść przestrzega przed krzywdzącymi sankcjami społecznymi i wymuszaniem odpowiedzialności zbiorowej. Nie znajdziemy jednak u Otsuki socjologizującego namysłu nad długofalowymi konsekwencjami tych prześladowań na japońską diasporę w USA. Powieść Kiedy cesarz był bogiem jest raczej skargą, wyrazem żalu wobec kraju, który nie był dla emigrantów ziemią obiecaną. Nie był nią przez kilka lat, odebrał część dzieciństwa. Tylko tyle czy aż tyle?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paulina Szkudlarek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Julie Otsuka, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Kiedy cesarz był bogiem&lt;/span&gt;, przeł. Witold Nowakowski, Amber, Warszawa 2004. Cytaty pochodzą z tego wydania. Odniesienia do Ruth Benedict: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Chryzantema i miecz. Wzory kultury japońskiej&lt;/span&gt;, przeł. Ewa Klekot, PIW, Warszawa 1999, odpowiednio s. 13 i 27.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* Mając pretekst, by zachęcić do szerszej lektury dopowiem, że na tym tematom  Barbara Engelking poświęciła pracę &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Zagłada i pamięć. Doświadczenie Holocaustu i jego konsekwencje opisane na podstawie relacji autobiograficznych&lt;/span&gt;, Wydawnictwo Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, Warszawa 1994.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-6977210632265301176?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/6977210632265301176/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/11/julie-otsuka-kiedy-cesarz-by-bogiem.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/6977210632265301176'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/6977210632265301176'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/11/julie-otsuka-kiedy-cesarz-by-bogiem.html' title='Julie Otsuka, „Kiedy cesarz był bogiem”'/><author><name>Paulina Szkudlarek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07806571691844060258</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-8337418224211834564</id><published>2011-10-24T13:13:00.000-07:00</published><updated>2011-10-24T14:28:06.924-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kawabata'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='starość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Japonia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='seks'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='sny'/><title type='text'>Cienie zakwitających dziewcząt, noce więdnących starców. Kawabata Yasunari, „Dom śpiących piękności”, cz. 1</title><content type='html'>Przyjaciel i protegowany pierwszego japońskiego noblisty w dziedzinie literatury, Yukio Mishima, nazywał go „mistrzem pogrzebów”. Kawabata Yasunari (1899 – 1972), o którym mowa, z lat dzieciństwa i wczesnej młodości właśnie ten ceremoniał zapamiętał najlepiej. Kiedy w latach trzydziestych dwudziestego wieku wydawał w odcinkach swoje „Listy do rodziców”, wyznał w nich, że nie chciał nigdy mieć dzieci, ponieważ bał się, że je osieroci. Strach i smutek towarzyszący życiu osamotnionego dziecka poznał bowiem aż za dobrze. Jego rodzice zmarli, gdy był kilkulatkiem – rozdzielony z jedyną siostrą, pod opieką dziadków najpierw przeżył śmierć babki, a niedługo później – siostry oddanej do ciotek. Jako dorosły człowiek napisał, że byłoby mu wtedy lepiej między zwierzętami niż między ludźmi. Wspominał też trud opieki nad ślepym i niemal sparaliżowanym dziadkiem, od którego noc w noc uciekał z domu. Lata później świadomość, że przysparzał tym dodatkowych mąk ukochanej osobie (jedynej, która pozostała z całej rodziny), straszliwie go męczyła. Smutek opuszczenia, trud starości, żal i tęsknota za ciepłem matczynej miłości przeniknęła do jego pisarstwa, nadając powieściom głęboko osobisty, intymny ton.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Warto wspomnieć, że początki jego twórczości przypadły na trudne, przedwojenne lata trzydzieste XX w., w których rosnące głównie w Europie wpływy polityczne ideologii faszystowskiej nie ominęły Japonii. Chociaż Paul Varley w swojej książce o kulturze japońskiej podkreśla, że Japonia „nie miała swojego Hitlera czy Mussoliniego” (s. 290), trudno zaprzeczyć, że na jej politycznej i militarnej scenie znalazły się równie charyzmatyczne i kontrowersyjne postaci (warto tutaj zajrzeć do &lt;a href="http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/07/patrick-smith-japan-reinterpretation.html"&gt;recenzji Pauliny Szkudlarek&lt;/a&gt; książki „Japan. A Reinterprtation” Patricka Smitha) jak cesarz Hirohito, premier - generał Hideki Tojo (sprawujący ówcześnie faktyczną władzę w Japonii) czy premier Koki Hirota. Japonia była w istocie państwem policyjnym, w którym armia sprawowała niepodzielną władzę również nad artystami: „(...) militaryści doszli do władzy nie przez zdobycie masowego poparcia dla swoich działań przeciwko rządowi, ale po prostu zastępując parlamentarzystów (to znaczy partie polityczne) jako najbardziej wpływowa grupa w narodowej polityce” (s. 290). Choć politycznie najmilej widziano „dzieła sztuki” sławiące japońską armię jako skarbnicę cnót narodowych, a także gorące nawoływania do „powrotu do źródeł” i odrzucenia „zgniłych moralnie treści Zachodu”, cenzura oszczędzała twórczość Kawabaty Yasunariego, który omijał propagandowe hasła w swych powieściach - czasem jedynie wykreślano parę słów. Co więcej, w 1937 roku, kiedy otrzymał rządową nagrodę za powieść „Kraina śniegu” – nie odrzucił jej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To neutralne, a może raczej: ambiwalentne stanowisko pisarza sprawiło, że choć gdy dziesięć lat później, po nadejściu amerykańskiej okupacji bardzo istotne stały się polityczne preferencje każdego liczącego się w swoim kraju Japończyka, nie doznał on żadnych restrykcji czy szykan ze strony nowych władz. Z jednej strony kojarzono Kawabatę z prawicowym skrzydłem liderów „renesansu literackiego”, z drugiej zauważano i podkreślano, że przez lata wojennej zawieruchy poglądy samego Kawabaty niewiele się zmieniły. Nie pisał o nacjonalizmie, militaryzmie, głosił raczej liberalne poglądy (szerzej wyjaśnia to Donald Keene, uczony wyspecjalizowany w literaturze i sztuce japońskiej, jej tłumacz na język angielski i popularyzator). Cytowany już Varley pisze:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Kawabata Yasunari chyba najbardziej przejmująco ze wszystkich wyraził wszechogarniającą rozpacz, którą tak wielu Japończyków odczuwało pod koniec wojny: „Mam silne, nieodparte przeczucie, że moje życie dobiegło już końca. Pozostał mi już tylko samotny powrót do gór i rzek przeszłości. Od tej chwili, jako już umarły, zamierzam pisać tylko o nieszczęsnym pięknie Japonii, ani słowa o czymkolwiek innym”. Choć Kawabata twierdził, że przywiodła go do tego klęska wojenna, naprawdę do pisania o „nieszczęśliwym pięknie Japonii” – zarówno kraju, jak i jego ludzi – pchał go artystyczny temperament. Pomimo związków z neosensualizmem pod koniec lat dwudziestych i w latach trzydziestych XX wieku, był on chyba bardziej japoński w tradycyjnym tego słowa znaczeniu niż którykolwiek z pozostałych pisarzy współczesnych. Jak wspomniano w poprzednim rozdziale, często mówi się o nim jako o autorze prozy haiku, która używa oszczędnego, wyrafinowanego estetycznie języka poezji, by nakreślać tło i wywołać nastrój. Czytając powieść Kawabaty, tak samo jak czytając wiersze starożytnych dworskich poetów, cały czas jesteśmy świadomi stanu natury i zmian pór roku, a ściślej rzecz biorąc – szczególnej natury i jedynych w swoim rodzaju pór roku w Japonii, które ukształtowały temperament jej mieszkańców (s. 305).&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy w 1968 roku sztokholmska komisja przyznała literacką nagrodę Nobla po raz pierwszy Japończykowi -  Kawabacie Iasunariemu, jego rodacy nie mogli się nadziwić, dlaczego akurat jemu, takiemu „japońskiemu”, niemal „rdzennie ich”. Zastanawiano się, czy na pewno został właściwie i w pełni zrozumiany na tym dziwnym i dalszym niż najdalszy horyzont Zachodzie. Z kolei Donald Keene w „Five Modern Japanese Novelists” (2002) sugeruje, że podczas toczących się w kuluarach negocjacjach co do tego, którego z wybitnych japońskich pisarzy wybrać, Tanizaki odpadł ponieważ nie żył, Mishima z kolei podpadł swoimi prawicowymi i antyamerykańskimi sympatiami, pozostał więc Kawabata Yasunari, wobec którego wysunięto nadzieję, że jego zaawansowany wiek nie pozwoli mu już na żadne skandaliczne wyskoki... Jednak z całą pewnością Kawabata nie dostał swojej nagrody jedynie za grzeczną postawę podczas burzliwych czasów przedwojennych, wojennych i powojennych. Podczas noblowskiego przemówienia, ten znawca klasycznej literatury japońskiej i piewca tradycyjnej estetyki mono no aware, chwalił klasyczny utwór – prawdopodobnie pierwszą powieść na świecie w historii literatury w ogóle, „Genji Monogatari”, a także tradycje kulturalne i literackie dworskiej epoki Heian. To właśnie one były dla niego inspiracją. Pełen nostalgii podziw nad przemijającym pięknem natury, nieustająca świadomość kruchości wszelkich relacji międzyludzkich i samego życia, wydestylowane w krystalicznie świetlisty smutek będący językiem Kawabaty. Varley przytacza fragment noblowskiego przemówienia pisarza:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;br /&gt;W świecie Orientu w słowie oznaczającym pejzaż, dosłownie „góra – woda”, przywołującym na myśl malarstwo pejzażowe i kamienne ogrody, zawiera się element tego, co zwiędłe i zmarniałe, a nawet smutne i zużyte. Jednak w smutnych, surowych, jesiennych wartościach, tak cenionych przez ceremonię herbacianą, którą można opisać jako „pełną łagodnego szacunku, niezakłócającą ciszy”, kryje się wielkie bogactwo ducha, a w pawilonie herbacianym, tak niewielkim i prostym, jest bezkresna przestrzeń i nieograniczona elegancja (306 s.).&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;O ile kultura zachodnia umiejscawia melancholię w duchowej krainie ruin i zniszczenia, przez którą płynie tylko czarna rzeka atramentu, dla japońskiej poczucie przemijalności jest niezbywalną częścią postrzegania świata i zmysłu estetycznego. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Varley pisze dalej: „Jest w tym coś niesamowitego, że podczas gdy Japonia jak feniks odradzała się z popiołów wojny, by wznieść się na niewyobrażalne wyżyny rozwoju gospodarczego, Kawabata, czołowy powieściopisarz tego kraju, śpiewał światu rapsod o innej, niezwykle pięknej Japonii – Japonii, która mogła się okazać zbyt krucha, by przetrwać pogoń za bogactwem i kupiecki wyzysk, a także środowiskowe i kulturowe zanieczyszczenia, które umożliwiły ekonomiczny sukces” (s. 306).  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I jeszcze tenże:&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Według Kawabaty świat przyrody i życie w nim rządzą się swoimi prawami, rzeczy, które się nam przydarzają i dzieją się wokół nas, są nieskończenie różne i zawsze zmienne, a wszelkie próby narzucenia im zbyt silnych pęt racjonalizmu są skazane na niepowodzenie, będące fałszem bądź nieuczciwością ze strony artysty. Takie podejście umożliwiło Kawabacie zachowanie uderzającej „wrażliwości na świat”, a w szerszym sensie było ogniwem łączącym go z estetyczną tradycją mono no aware, przenikającą całą klasyczną literaturę, którą  tak jak Tanizaki – bardzo dobrze znał (s. 306).&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powyższy krótki opis twórczości Kawabaty nie ma jednak pełnego zastosowania w odczytaniu jego „Śpiących piękności”, wg mnie pasuje raczej tutaj opinia Joanny Bator o japońskiej kulturze, iż jest ona spełnionym snem (fantazją erotyczną) mężczyzny. Próbowałam wyobrazić sobie, że utwór mówi o starej kobiecie, a nie o starym mężczyźnie, ale nie dało się, z bardzo wielu względów, w których braki mojej wyobraźni grają najmniejszą rolę. Dodam, gdyż to istotne, że Kawabata odebrał sobie życie w podeszłym wieku – po śmierci jego najzdolniejszego ucznia, Mishimy Yukio, pisarz, którego życie nagroda Nobla niewiele zmieniła, borykając się z biedą, samotnością i świadomością ciężkiej choroby – wykryto u niego chorobę Parkinsona – Kawabata wolał odkręcić kurek w piecyku gazowym, niż umierać w niedołężności i osamotnieniu. Choć niektórzy, jak Donald Keene, sugerowali, że Kawabata zmarł przez przypadek, trudno uwierzyć, że ktoś, kto był świadkiem męczarni, jaką może być starość (pisarz na pewno doskonale pamiętał, co przeżywał jego dziadek, którym opiekował się przez kilka bardzo trudnych lat), i kto być może coraz silniej odczuwał brak obecności bliskich osób w życiu, nie rozważał samobójstwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Śpiące piękności” nie jest tylko japońską „baśnią zimową – baśnią o starości”, ale również swego rodzaju autoportretem starzejącego się człowieka, którego horyzont emocjonalny zawęża się do jedynie cieniutkiej kreseczki pozwalającej widzieć tylko siebie. Wiele lat temu czytałam książkę Ryszarda Przybylskiego i pamiętam uderzający opis postępującej izolacji od świata i ludzi przez słabnące zmysły, przytępienie zmysłu społecznego. W refleksjach narratora – starca, w „Baśni zimowej – eseju o starości” (Sic!, Warszawa 1998) niewiele było troski o innych, czy empatycznego spojrzenia na swoich współtowarzyszy. Książka Przybylskiego to raczej rozprawienie się – okrutne w swej szczerości – z mitem starości jako wieku zmagazynowanej mądrości, którą można przekazywać z pożytkiem dla innych i szacunkiem dla siebie. Wręcz przeciwnie – starość to postępujące ogłupienie, przytępienie wszelkich zdolności intelektualnych, a co za tym idzie – emocjonalnych, ponieważ nie ma intelektu bez emocji. Starzec to ruina, irytująca i zrzędliwa. Mający cechy autobiograficzne esej Przybylskiego pozostawia po sobie pewien niedosyt, że tylko taki aspekt starości autor zdecydował się pokazać, bez wskazania jak można pewne negatywne zjawiska przełamywać, choćby nie zaniedbując kontaktów z ludźmi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W powieści Kawabaty główny bohater, starzec Eguchi, trafia do sekretnego „domu śniących piękności”, w którym płaci się za spędzenie nocy z uśpioną, nieświadomą niczego, dziewczyną. Dom ma swoje zasady, o których przestrzeganie prosi się klientów – aby nie stosowali przemocy wobec bezbronnych nagich dziewczyn, w tym przemocy seksualnej. Owe zasady mają pomóc raczej właścicielom i organizatorom tejże rozrywki w uniknięciu ewentualnego skandalu, bowiem trudno odczytać to jako przejaw empatii, gdy używa się młodych dziewczyn usypianych niebezpiecznymi lekami tylko po to, by starcy mogli zabawiać się nimi w nocy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stary człowiek pragnie spędzić noc z pięknością, która jest uśpiona twardym, nienaturalnym, farmakologicznym snem i chce się przy niej ugrzać, chce zaznać towarzystwa pięknej młodej kobiety, która nie może go wyśmiać, natrząsać się z jego starości, jego niedołężności i brzydkiego ciała. Eguchi chce się też przy niej wyspać. Pierwsze pragnienie to jakby chęć powrotu do towarzystwa matki – podobno często Japończycy wspominają jako najszczęśliwszy w życiu okres, gdy jako małe dzieci tkwią przy matczynej piersi. Biada temu, który jest pozbawiony tych szczęśliwych wspomnień! Eguchi pragnie, by towarzysząca mu dziewczyna była piękna, ponieważ nie chce, by jego towarzyszka przypominała mu dodatkowo o jego własnej starczej brzydocie. Eguchi chełpi się jeszcze seksualną potencją, ale zobowiązuje się do nieuprawiania seksu z śpiącymi pięknościami. Pokój, w którym śpi, ma karmazynowe zasłony z aksamitu, na wszystkich ścianach, przez co stwarza wrażenie, jakby był niejako nierealną przestrzenią marzeń lub wnętrzem ciała. Uśpione kobiety leżą zupełnie nagie i nieświadome tego, co się z nimi dzieje. Towarzyszący im starzec musi odejść rano zanim się przebudzą. „Nie ma takich rzeczy jak żywe lalki, więc nie zamieniła się ona w żywą lalkę, ale żeby nie zawstydzać starego człowieka, który przestał być mężczyzną, została przeistoczona w żywą zabawkę, gdyż dla tego rodzaju starych mężczyzn jest ona mimo wszystko samym życiem. Żywą istotą, której mogą dotykać z ufnością” (s.190).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ten dom to również dom tajemnicy. Znajomy głównego bohatera ujmuje to jako „spanie z tajemnym Buddą”, istotą pełną miłości, wybaczenia, której można bezgranicznie zaufać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwsza kobieta pachnie mlekiem przez co nasuwa skojarzenia z macierzyństwem i Eguchi przypomina sobie też swoje własne dzieci, córki, ich dzieciństwo i dorastanie, a także  wnuki. Wspomina poza tym burzliwy romans z dziewczyną, której podczas namiętnego spotkania pogryzł piersi do krwi. „Może to zabrzmi banalnie, ale ta właśnie dziewczyna, z której piersi spijał krew, nauczyła go, że wargi mężczyzny mogą krew wycisnąć z każdej cząstki ciała kobiety (...)” (s.195).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Eguchi wraca też wspomnieniami do dawnej, wielkiej miłości z młodych lat. Potem śni koszmar, w którym jego córka rodzi kalekie dziecko. W książce powtarza się kilkakrotnie zestawienie kalectwo i brzydota, szczególnie połączone ze starością, są złem, demoniczną siłą, stąd strach przed nimi. Eguchi dopowiada sobie charakter dziewczyn w zależności od wyglądu, przypisując każdej cesze fizycznej, która nie przypadła mu do gustu jakąś wadę, skazę osobowości. W innym utworze autora, w „Tysiącu żurawi” niemal demoniczne cechy podstępnej manipulatorki posiada dawna kochanka ojca bohatera opowiadania, która ma fizyczną skazę w postaci wielkiego włochatego znamienia na piersi, które wg bohatera, jest znakiem oszpeconej duszy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;część 2 i informacje bibliograficzne &lt;a href="http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/10/cienie-zakwitajacych-dziewczat-noce.html"&gt;tu&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-8337418224211834564?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/8337418224211834564/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/10/cienie-zakwitajacych-dziewczat-noce_24.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/8337418224211834564'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/8337418224211834564'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/10/cienie-zakwitajacych-dziewczat-noce_24.html' title='Cienie zakwitających dziewcząt, noce więdnących starców. Kawabata Yasunari, „Dom śpiących piękności”, cz. 1'/><author><name>Sławomira Raczyńska</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11376808583402982279</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-6477253262723302868</id><published>2011-10-24T13:08:00.000-07:00</published><updated>2011-10-24T13:21:27.425-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kawabata'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='starość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Japonia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='seks'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='sny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='mężczyźni'/><title type='text'>Cienie zakwitających dziewcząt, noce więdnących starców. Kawabata Yasunari, „Dom śpiących piękności”, cz. 2</title><content type='html'>część 1 &lt;a href="http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/10/cienie-zakwitajacych-dziewczat-noce_24.html"&gt;tu&lt;br /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Eguchi zjawia się po raz kolejny w tajemnym domu po jakimś czasie, bowiem nie planował regularnych wizyt, ba, może nawet nie przypuszczał po pierwszej spędzonej tam nocy, że w ogóle powróci do „śniących piękności”. Jego pierwsza towarzyszka bardzo przypadła mu do gustu i kiedy obudził się rano, ciężko było mu ją opuścić. „Kiedy starca przepełniło uczucie głębokiej tkliwości, a w sercu zawitało też dziecinne złudzenie, że dziewczyna go pieści, zapomniał nawet o sennych koszmarach. Przesunął rękę i delikatnie ujął w dłoń jej pierś. We wrażeniu dotyku migotało coś tajemniczego, wydawało mu się, że dotknął piersi własnej matki, gdy jeszcze znajdował się w jej łonie” (s. 204, 205).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zatem kiedy Eguchi pojawia się po raz kolejny, pyta prowadzącej domu, czy nie może spędzić nocy z tą samą dziewczyną, okazuje się to jednak niemożliwe. Dialogi Eguchiego z „recepcjonistką” – choć owa kobieta na pewno jest kimś więcej dla tego „biznesu”, zawsze przysparzają bohaterowi przykrości, bowiem odbiera jej słowa jako kpiące z jego grzecznie sugerowanych postulatów – by spać znów z tą samą dziewczyną. Prowadząca dom nielegalnych przyjemności kpi z jego „stałości” i z tego, że spanie z inną dziewczyną to „niestałość”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;- Pan myśli, że to niestałość, a przecież kobieta śpi i nie wie, z kim spędza tę noc. Ta poprzednia i ta dzisiejsza nic nie będą wiedzieć o panu, więc mówić tu o niestałości to trochę...&lt;br /&gt;- Rzeczywiście. To nie są stosunki międzyludzkie.&lt;br /&gt;- Co pan przez to rozumie?&lt;br /&gt;Brzmi to zabawnie, gdy starzec, który przestał być mężczyzną, nieludzkimi nazywa stosunki z uśpioną dziewczyną przychodząc do niej z własnej woli (s. 206, 207).&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obrażony starzec – tak przynajmniej czuł się Eguchi – zastanawia się czy nie zgwałcić swej śpiącej i bezbronnej towarzyszki w ramach zemsty za siebie i „Za wszystkich pogardzanych i obrażanych tu starców” (s. 207) – ale tak naprawdę to nie jest słuszny głos oburzenia na pogardę okazywaną ludziom starym. To cichnący ryk władcy życia, mężczyzny, pana losu rodziny, bliskich, kobiet, to wściekłość zdetronizowanego króla. Właśnie to poczucie utraty władzy społecznej powtarza się w opisie uczuć starca – co znamienne, ponieważ tę władzę właściwie zawdzięczał jedynie swojej płci; nie wiemy kim jest czy był Eguchi „z zawodu”, ale sądząc po jego wspomnieniach, nie żył w niedostatku, nie musiał rozpaczliwie walczyć o pieniądze na utrzymanie rodziny i siebie. Jednak nie tylko aspekt władzy finansowej jest tu istotny. Ta obraza, prawdziwa czy urojona, budzi w Eguchim demona.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Brzydota starości tych biednych ludzi, którzy przychodzą do tego domu, w końcu nie ominie za parę lat Eguchiego. Obraz seksu jest niewymierny, głębia seksu jest bezdenna – jaką z tego cząstkę poznał Eguchi w swej sześćdziesięciosiedmioletniej przeszłości? Dokoła starych mężczyzn rodzą się nadal, rodzą bezustannie nowe ciała kobiet, młode ciała pięknych dziewcząt. Czyż w tym tajemniczym domu nie skupiały się właśnie tęsknoty i nie spełnione sny żałosnej starości, żale za dniami, które utracili bezpowrotnie? Śpiące i nie budzące się dziewczęta są właśnie dla starców ucieleśnieniem wolności poza czasem (...). Śpiąca i milcząca dziewczyna jednak mówi, mówi właśnie to, czego oczekują od niej starzy mężczyźni (s. 207, 208).&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Eguchi z kolejną dziewczyną zabawia się niczym z manekinem, pragnie również zgwałcić uśpioną i bezbronną – ponieważ opiekunka domu powiedziała o niej, że jest „doświadczona”, Eguchi doznaje szoku gdy odkrywa (!), że dziewczyna jest dziewicą. Zaprzestaje gwałtu z zaskoczenia: przecież uważał tą dziewczynę za prostytutkę: „(...) teraz tym bardziej zdał sobie sprawę z tego, wiedział, że starzy mężczyźni, goście tego domu, przychodzą tutaj i z większą żałosną radością, mocniejszym pragnieniem i ze znacznie większym smutkiem niż sądził Eguchi. Mimo, że była to na starość łatwo osiągalna igraszka, prosty sposób powrotu do młodości, to jednak na samym dnie kryło się coś, co mimo najgłębszego żalu już nigdy nie mogło powrócić; nie dałoby się wyleczyć, mimo walki o nie na śmierć i życie. To, że ta „doświadczona”, a przecież nierządnica, pozostała do dzisiejszej nocy dziewicą, jest bez wątpienia bardziej dowodem okrutnego upadku starych mężczyzn niż ich czci dla niej i dotrzymywania obietnicy. Przeciwnie, czystość tej dziewczyny jest wyrazem brzydoty tych mężczyzn” (s. 211). Eguchi zaczyna nawet martwić się o jej przyszłość, o dalsze losy, i czuje, że te ojcowskie instynkty to oznaka starzenia. Zaczyna na nowo myśleć o innych klientach tego domu i dochodzi do wniosku, że „(...) leżenie obok takiej dziewczyny daje na pewno radość płacącym starcom, radość nieosiągalną w inny sposób na tym świecie. Ponieważ wykluczone, żeby dziewczyna się obudziła, jej goście nie muszą się wstydzić swej starczej niedołężności, wolno im swobodnie, bez ograniczenia snuć szalone marzenia i wspominać. Może właśnie dlatego nie żałują, płacą więcej niż za kobiety czuwające przy nich? Czują się bezpieczni, ponieważ dziewczyna się nie obudzi i nie będzie w ogóle wiedziała jacy oni są. Starcy również nic nie wiedzą o dziewczynie, ani w jakich warunkach żyje, ani jaki ma charakter. (...) Chyba nie chodzi tu tylko o tak prostą sprawę, jak nienarażanie gości na późniejsze komplikacje. Są one tajemnym światłem na dnie głębokiego mroku” (s. 212, 213).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zatem Eguchi znów wspomina. Swoje romanse, swoje kontakty z trzema córkami (o żonie nie pisze prawie w ogóle). Trudno nazwać jego uczucie tęsknotą, raczej – oglądaniem znanych obrazów w nowym, czy raczej, intensywniejszym, świetle. Wiele spotkań z bliskimi mu kobietami obfitowało w piękno otoczenia – czy to krajobrazu, w którym podziwiał pierwszy zimowy śnieg, czy kwiaty kamei w świątyni.. Uderza pewien brak metaforyzacji, kobiety nie są porównywane do kwiatów, ale są bramami wyobraźni i emocji. Kobieta, choć wyraźnie podległa w strukturze społecznej i zawsze postrzegana przez bohatera jako ta, która powinna ulec jego woli i żądaniom, jest jednak źródłem najintensywniejszych pragnień i najwspanialszego ukojenia mężczyzny. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prowadząca dom schadzek doradza Eguchiemu: „Najlepiej po prostu dotrzymać towarzystwa śpiącej dziewczynie i nie poddawać się nierozsądnym namiętnościom. Ponieważ ona w ogóle nie wie, że śpi z panem, nie sprawi panu potem żadnych kłopotów. (...) śpiącą dziewczynę proszę jako śpiącą miłować i otaczać opieką” (s. 223).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale młode kobiety są takie kuszące... Powieść jest pełna opisów prób fizycznego zbliżenia Eguchiego z towarzyszkami nocy. Kobieta opiekująca się nimi przestrzega Eguchiego przed robieniem im krzywdy, głupich figli, prosi, by pilnował, by było im ciepło – bowiem są nagie. Ale oczywiście nie robi tego z dobrego serca,  po prostu chce uniknąć ewentualnych kłopotów, bowiem cały proceder jest nielegalny. Młode kobiety nie poznają starców, którzy je odwiedzają, istnieje też ryzyko, że mogą się nie obudzić z farmakologicznego snu. Są ciałami zamieszkiwanymi przez pragnienia odwiedzających ich starców.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzecia towarzyszka nocy Eguchiego okazuje się bardzo młoda, być może dopiero szesnastoletnia. „Miał wrażenie, że smakuje gorycz niedojrzałego życia” (s. 225), „Ciało młodej dziewczyny skrywało w sobie cień smutku, rozbudzający u starca myśl o śmierci” (s. 225). „Czuł nieodpartą pokusę, chciał zasnąć jak zabity razem z dziewczyną śpiącą snem umarłej” (s. 226) – pod poduszką Eguchiego są zawsze dwie tabletki środku nasennego i choć on chciałby tego samego, co podaje się dziewczynom, dostaje inne leki. Są niczym jak zaproszenie do snu, ale i do śmierci, jednak Eguchi nie poddaje się pokusie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za to kiedy ogląda trzecią śniącą piękność, odczuwa nagłą chęć zrobienia jej krzywdy: „Eguchi zajrzał w (jej – dop. S.R.) otwarte usta. Ciekawe, czy zaczęłaby drgać konwulsyjnie, gdyby ścisnął ją za szyję. Przypomniało mu się z dawnych lat spotkanie z nieletnią prostytutką, młodszą nawet od tej dziewczyny. Nie gustował w takich, ale tym razem podsunął mu ją pewien znajomy, u którego gościł” (s. 231); notabene wspomniana dziewczyna z przeszłości miała 14 lat. Eguchi zaczyna czuć coraz silniejszą pokusę, by włożyć dziewczynie palce w gardło i dotknąć jej języka. „Lecz zła pokusa nie przekształciła się w duszy Eguchiego w okrucieństwo i towarzyszący mu lęk. Co jest największym złem, jakie popełnić może mężczyzna wobec kobiety? (...) Poślubienie kobiety, wychowywanie córek uchodzi za coś dobrego, a przecież przez ten długi okres ich życia Eguchi sprawował nad nimi kontrolę, wiązał ich swobodę, a może nawet przyczynił się do skrzywienia charakterów. Może to właśnie jest największym złem. Niewykluczone, że kryteria zła, zatarte przez zwyczaje i porządek społeczny, uległy stępieniu. Leżenie obok uśpionej dziewczyny jest z pewnością złem. Tym bardziej złem byłoby jej zamordowanie. Powieszenie, zatkanie ust i nosa i powstrzymanie oddechu nie byłoby trudne. Mała kobieta śpi z otwartymi ustami. (...) Może właśnie dlatego, że dziewczyna jest zbyt młoda, w sercu Eguchiego zamigotały ogniki zła, natomiast starcy odwiedzający po kryjomu dom „śniących piękności” nie tylko smucili się i ubolewali nad młodością, która minęła, lecz także niektórzy z nich przychodzili po to, by zapomnieć zło, jakie popełnili w ciągu całego życia. (...) Z potocznego punktu widzenia byli to zapewne ludzie sukcesu, a nie przegrani. Lecz wśród nich musieli być tacy, którzy zdobyli powodzenie czyniąc zło, i ze swoich złych uczynków ustawicznie ciągnęli zyski. Targani niepokojem jednak stali się raczej rozbitkami żyjącymi w ustawicznym lęku. Kiedy leżeli tu dotykając nagiego ciała młodej dziewczyny, serca ich ogarniał nie tylko lęk przed zbliżającą się śmiercią, lecz także bolesny żal za utraconą młodością. Być może ukrywali głęboko niepowodzenia rodzinne, tak częste dla tych, którzy odnieśli sukces, ukrywali żal z powodu popełnionych przez siebie nikczemności. Ci starzy mężczyźni nie mają swojego Buddy przed którym mogliby ugiąć kolana i pomodlić się. Nagie piękności o niczym nie będą wiedzieć, oczu w żadnym wypadku nie otworzą, nawet jeśli mężczyźni będą trzymać je mocno w objęciach, oblewać zimnymi łzami albo łkać i szlochać. Starzy nie czują wstydu i nie ranią swej godności osobistej. Mogą do woli żałować, do woli się smucić. Czyż więc „śpiące piękności” nie są dla nich czymś w rodzaju Buddy? Są przy tym żywe” (s. 232, 233).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiadomo, jak długo jeszcze żywe. Gdy Eguchi zadaje prowadzącej dom pytanie „A co jest największym kaprysem, na który można sobie pozwolić w tym domu?”, w odpowiedzi „Kobieta spojrzała na starca potępiającym wzrokiem i uśmiechnęła się wątło”(s. 236) – i już samo to niemal wystarcza za niepokojącą odpowiedź.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Próbowałam podczas lektury tego opowiadania zmieniać perspektywę na kobiecą – oto staruszka przychodzi do domu przytulić się w nocy do młodych uśpionych pięknych mężczyzn... Ale czy można sobie ją wyobrazić? Mnie przychodzi raczej na myśl ktoś, to po prostu woli ciało doświadczone życiem, a nie nieskażone przeżyciami, gładkie i bezmyślne. Przychodzi mi jeszcze na myśl prawicowa polska prasa (oczywiście nie tylko polska) która uwielbia od czasu do czasu wrzucać „kontrowersyjne” artykuły w rodzaju „studentka szuka sponsora”, czy „zwierzenia luksusowej dziwki” – przykładem takiego myślenia jest także film „Galerianki” (reż. Katarzyna Rosłaniec, 2009), ponieważ zawsze zwraca się uwagę na kobiety. To ich moralność, prowadzenie się, styl życia, zostają ocenione, zbadane i zanalizowane. To ich stan ducha może być „sygnałem alarmowym” tak zwanej „moralności narodu” (to jedno z określeń przy których istnienie jednorożców nabiera fascynującego prawdopodobieństwa). .Nikt nie pyta o klientów, o mężczyzn, którzy są „usługobiorcami”, czy sponsorami nastolatek w galeriach, nikt się nie zastanawia czyimi są tatusiami czy wujkami. W pewnym sensie opowiadanie o śpiących pięknościach jest o tyle interesujace, bo właśnie taką perspektywę odwraca, pokazuje kim jest kupujący „usługę erotyczną”. Powracając jednak do powieści Kawabaty…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Eguchi ponownie pojawia się w domu tajemnych uciech. Tym razem wdaje się w dłuższą i zaskakującą pogawędkę z prowadzącą przybytek. Zadaje jej znowu pytanie o największy kaprys, który można spelnić w tym domu. Słyszy odpowiedź „śpiąca dziewczyna”, zadaje więc pytanie inaczej „co jest największym złem, które starzec może wyrządzić?” (s. 239).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kobieta odpowiada jednak „W tym domu nie ma zła”. Eguchi prowadzi jednak dalej swoje rozważania. Zastanawia się, czy zabicie uśpionej dziewczyny nie jest „znakomitą okazją do wymuszonego samobójstwa we dwoje” (czynu dobrze w japońskiej obyczajowości znanego). Kiedy jednak wchodzi do pokoju, w którym leży uśpiona dziewczyna, zaczyna interesować się kobietą na tyle, że zastanawia się co by było, gdyby zapłodnił ją, zupełnie nieświadomą, co by było, gdyby w wieku 67 lat pozostawił po sobie jeszcze jedno dziecko. „Ciało kobiety wiedzie mężczyznę ku najdalszym regionom piekieł”, konstantuje Eguchi (s. 242). Jej bezbronność rozbraja jednak i jego. „Eguchi poczuł litość dla niej, przejmującą go bólem do głębi serca, i powiedział w duchu ku własnemu zaskoczeniu: dla starych – śmierć, dla młodych – miłość, śmierć zdarza się tylko jeden raz, miłość po wielokroć się powtórzy” (s. 242). Ale pragnienie zabawy bezbronną istotą znowu się odezwało silnym głosem. Eguchi znowu się zastanawia, co mogłoby obudzić śpiącą. „Jak silna musiałaby być podnieta, a przy tym jakiego rodzaju podnieta, żeby uśpiona dziewczyna odzyskała przytomność i spojrzała choćby tylko przez mgłę? Na pewno nie mogłaby spać, gdyby na przykład ucięto jej rękę, przekłuto pierś albo brzuch” (s. 244).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podczas kolejnych tygodni Eguchi dowiaduje się od znajomego o śmierci jednego ze starców w domu śpiących piękności. Aby uniknąć skandalu, był bowiem wysoko sytuowanym w społecznej hierarchii prezesem Ważnej Dużej Firmy, przeniesiono jego zwłoki do sąsiedniego hotelu. Jednakże dziennikarze odkryli, że w noc śmierci była z nim dziewczyna. Tym razem udało się zatuszować skandal, rodzina zmarłego nie dowiedziała się o niczym, ale prowadzący dom „śniących piękności” wiedzieli, że jeszcze jeden taki wypadek i nie uda się utrzymać istnienia tego przybytku w bezpiecznej tajemnicy. Znajomi zmarłego podejrzewali, że popełnił on samobójstwo. Eguchi trochę zazdrości zmarłemu śmierci w towarzystwie pięknej dziewczyny. Podczas wizyty po tym feralnym wydarzeniu. dostaje do towarzystwa dwie kobiety, w tym jedną, którą autor określa jako „czarną”, jednak nie wiadomo, czy chodzi o ciemniejszy odcień skóry, czy rzeczywiście dziewczyna pochodziła spoza Japonii i nie była Azjatką. Jest opisywana raczej w kategoriach ciekawostki przyrodniczej, niż jako atrakcyjna kobieta. Skontrastowana z nią towarzyszka jest odmalowana jako piękność rodem ze starych japońskich obrazów, delikatna, krucha i jasna. Duża, silna, ciemna dziewczyna ma się kojarzyć ze zwierzęciem, jednak kiedy Eguchi próbuje wysłuchać bicia jej serca, ma wrażenie, że bije ono nierówno, ale składa to na karb swojego niedoskonałego już słuchu. Eguchi zaczyna się zastanawiać, czy nie popełnić samobójstwa, ale ostatecznie jak podczas poprzednich nocy, połyka nasenne tabletki i zapada w sen, majacząc o swojej matce jako swej pierwszej kobiecie, jednak koryguje myśli i przypomina sobie żonę. „Naprawdę jego pierwszą kobietą była chyba jednak żona. To dobrze, lecz jego stara żona, która wydała już trzy córki za mąż, tej nocy zimowej śpi samotnie. Nie, może jednak nie śpi? Tam nie ma fal jak tutaj, ale chłód zimowy jest pewnie ostrzejszy” (s. 261). To chyba najokrutniejsze zdanie całego opowiadania.  Trudno bowiem litować się nad uśpionymi dziewczynami, które dla zysku, i zapewne z głupoty, wystawiają się na niebezpieczne noce bez świadomości tego, co się dzieje – ryzykują podwójnie, bowiem zarówno środek, jakim są usypiane może je zabić, jak i ich towarzysze mogą mieć nienajprzyjemniejsze dla nich pomysły na spędzenie nocy. Trudno również litować się nad starym Eguchim, choć można zrozumieć jego uczucia i smutek starości. Jednak świadomość, że w jego domu pozostaje ktoś o wiele bardziej kruchy i bezbronny niż on, któremu nie jest dane żadne towarzystwo mroźnej zimowej nocy, ktoś, kto spędza samotnie czas, podczas gdy Eguchi rozczula się nad sobą w sekretnym domu „uciech”, poraża, bowiem dlaczego starzec pragnie opieki, szacunku i słodkich uczuć dla siebie, gdy nie potrafi je przekazać komuś, kto dzieli z nim życie rodzinne i starość? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tymczasem Eguchi budzi się po nieprzyjemnym i dziwnym śnie – „Potrząsnął dziewczyną za szyję, lecz nadal czul się zamroczony. Leżal zwrócony w stronę ciemnoskórej. Jej cialo było zimne. Drgnął ze strachu. Położył rękę na sercu, lecz nie wyczuł bicia. (...) – Czy udusiłem ją w czasie snu, nic o tym nie wiedząc?” (s. 262). Kiedy wzywa prowadzącą przybytek, ona stwierdza, że kobieta żyje, ale wynosi ją, ciągnąc ciało po schodach, do pomocnika, który pomoże jej podrzucić gdzieś zwłoki. Każe Eguchiemu zostać do końca nocy, by nie uciekał i nie wzbudzał podejrzeń. Eguchi przypomina sobie, że faktycznie, została jeszcze jedna dziewczyna i wraca do pokoju, gdzie biała dziewczyna kusi swoją olśniewającą pięknością. Słyszy jeszcze warkot samochodu i zastanawia się, czy dziewczynę wywożą do tego samego hotelu, co zmarłego dyrektora. Na tym opowiadanie się kończy, a my nie dowiadujemy się, czy był to koniec tajemnego domu śpiących piękności, ani jak resztę nocy spędził Eguchi…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciekawe też jest to, że Kawabata pokazuje, że Eguchi raczej zwalczał z powodzeniem kuszące myśli o samobójstwie. Towarzystwo niewinnych piękności pozwalało mu kierować myśli i uczucia ku jaśniejszym stronom życia?... Można jedynie spekulować czy Kawabata marzył o podobnym domu dla siebie. Wzmianka pisarza o samotnej starej żonie bohatera być może sugeruje, że identyfikował się bardziej z osobą, której poznajemy jedynie wątły cień niż z głównym bohaterem Eguchim. „Był delikatny i kruchy, w kontakcie z dziennikarzami przypominał jelenia oślepionego reflektorami”, pisał Keene. Pozostaje jedynie domniemywać, czy oślepiała go również śmierć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sławomira Raczyńska&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kawabata Yasunari, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Tysiąc żurawi. Śpiące piękności&lt;/span&gt;, przeł. z japońskiego Mikołaj Melanowicz, PIW, Warszawa 1987. Nieoznaczone cytaty i odwołania pochodzą z tego wydania. Odwołania do Paula Varleya za tegoż: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Kultura japońska&lt;/span&gt;, przeł. Magdalena Komorowska, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2006.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-6477253262723302868?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/6477253262723302868/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/10/cienie-zakwitajacych-dziewczat-noce.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/6477253262723302868'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/6477253262723302868'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/10/cienie-zakwitajacych-dziewczat-noce.html' title='Cienie zakwitających dziewcząt, noce więdnących starców. Kawabata Yasunari, „Dom śpiących piękności”, cz. 2'/><author><name>Sławomira Raczyńska</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11376808583402982279</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-8404319922141435845</id><published>2011-10-23T13:50:00.000-07:00</published><updated>2011-10-24T03:14:26.503-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Niemcy'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kazuo Ishiguro'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Niepocieszony'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Japonia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='sny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='muzyka'/><title type='text'>Kazuo Ishiguro, "Niepocieszony"</title><content type='html'>Nie zdarzyło się dotąd na tym blogu, byśmy opisywały osobno dwie powieści tego samego autora. Dzisiaj jednak postanowiłam &lt;a href="http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/07/moje-cudze-wspomnienia-kazuo-ishiguro.html"&gt;wrócić do Kazuo Ishigury&lt;/a&gt;, i zachęcić do lektury jego &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Niepocieszonego&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Główny bohater tej opublikowanej w 1995 roku powieści (pierwsze wydanie polskie jest o rok późniejsze) to wybitny angielski pianista, Ryder, który przylatuje do niedużego, „typowo” bogatego w historię prawdopodobnie niemieckiego miasteczka dać recital fortepianowy. Ciekawy jest wybór miejsca – Niemcy uznawane są za kraj, w którym żywa i dość powszechna jest kultura muzyczna, umiejętność gry na instrumentach i chęć, by muzyki słuchać, uczęszczać do filharmonii i na koncerty kameralne. Zauważmy bowiem, jak pisał Edward W. Said, że „ludzie najmniej wiedzą dziś o muzyce, znacznie więcej o innych dziedzinach sztuki”, na przykład filozofowie chętniej kierują się ku literaturze czy fotografii, zaś muzyka „wysokoartystyczna” posługuje się językiem wysoce specjalistycznym. W przeszłości była „częścią bieżącego dyskursu intelektualnego ludzi wykształconych”, uczono się jej i o niej, rozumiano ją i jej używano. Współcześnie – jak za Theodorem Adorno mówi Said – muzyka stała się trudna i nieprzystępna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W miasteczku od lat mieszka Boris Brodsky, zapijaczony włóczykij, który w przeszłości był cenionym dyrygentem. Zdaje się, że ma pochodzenie żydowsko-ukraińskie; w przeszłości mieszkał i pracował w Polsce (pojawia się sugestia, że z angielską żoną wyemigrował w 1968). Część społeczności miasteczka, wbrew innej frakcji socjety, chce postawić dyrygenta do pionu, aby znów objawił on swój geniusz, ciesząc obywateli miasteczka i rozsławiając je. Prym wiedzie tu Hoffman, lokalny mecenas sztuki, właściciel najlepszego hotelu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już o momentu przybycia od zakwaterowanego właśnie tam pianisty wszyscy czegoś wymagają. Stephen, syn hotelarza prosi o wysłuchanie jego gry (i historii jego życia), Gustav, nieformalny przywódca miasteczkowych boyów hotelowych chce, by artysta publicznie wypowiedział się ciepło o ich profesji, Christoff, muzyk, który ma być zdegradowany na rzecz Brodskyego, domaga się wysłuchania jego racji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Narratorowi na głowę wchodzą osoby, które zna, lub które poznaje. Mają niezrozumiałe roszczenia, uznają, że dla Rydera ich sprawy powinny być nie dość, że oczywiste, to jeszcze priorytetowe. Pianista jest ciągle wzywany, by gdzieś jechał, czymś lub kimś się zajął. Z trudem udaje mu się zyskać dostęp do fortepianu, przy którym planował poćwiczyć. Wydzieranie sobie przez wszystkich tego mężczyzny jest wpierw kompletnie niezrozumiałe. W końcu możliwym okazuje się odtworzenie, o co chodzi z projektem triumfalnego powrotu Brodskyego i pogrążenia Christoffa, dotychczasowego króla miasteczkowej muzyki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Komentarze dotyczące &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Niepocieszonego &lt;/span&gt;często odnoszą świat powieści do Kafkowskiego &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Procesu&lt;/span&gt;, a by pogłębić to skojarzenia, przywołuje się inne dzieła tego autora (na przykład Gustav ma być odpowiednikiem &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Hungerkünstlera&lt;/span&gt;, kafkowskiego głodomora). Trop, którym ja chętniej bym poszła, kieruje ku snom. Japońskie spojrzenie na uniwersum marzeń sennych bardzo trafia mi do przekonania. Horrorem, który wywarł na mnie szczególne wrażenie, jest japoński film telewizyjny z 2000 roku, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Nagai yume&lt;/span&gt;. To historia o szalonym naukowcu, doktorze Kurodzie, i szpitalnym pacjencie, Mukodzie Tetsurou, którego dręczą długie sny. Sny coraz dłuższe. Jego noce to sny, jego dni to strach przed nocami i fabułami snów, które obejmują wciąż rosnący zakres czasu. Sen o akcji trwającej tydzień, sen o akcji trwającej rok, sen o akcji trwającej całe życie, sen, w którym bohater jest postacią żyjącą nadnaturalnie długo. Każde poranne przebudzenie jest dla mężczyzny wstrząsem, coraz silniejszym, ponieważ o poranku dla jego świadomości realne dopiero co były dekady wyśnionego życia, nie zaś tego przeżytego na jawie, i póki co kończącego się w szpitalnym łóżku. Pożywkę dla snów Mukoda czerpie z otoczenia, które urozmaicone nie jest. Na przykład pewnego poranka mężczyzna o mało nie popada w szaleństwo na widok dziewczyny leżącej w sali obok. Widziana poprzedniego dnia, we śnie została jego żoną, żyli razem przez lata i wieki jako byty nadludzkie. Nie dziwi zatem reakcja Mukody budzącego się z takiego snu i (ponownie) widzącego młodą współpacjentkę. Film jest dla mnie bardzo sugestywny, a przez to przerażający. Ishiguro, Japończyk „tylko” z pochodzenia, snuje narrację &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Niepocieszonego &lt;/span&gt;tak, jak ja  śnię, jak zapamiętuję własne sny. Senne przejścia burzące relacje przestrzenne, przyjmowane za normalne nieprawdopodobne związki, obecności, uczestniczenie w dziwnych sytuacjach – ten aspekt omawianej powieści przemawia do mnie znacznie bardziej, niż w jakiejkolwiek innej prozie fragmenty, które są wydzielonymi (np. jako podrozdziały) zapisami marzeń sennych bohaterów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zwykle czytając omówienia rozmaitych dzieł, głównie książek, jestem zdumiona tym, w jaki sposób interpretatorki i interpretatorzy widzą szczególne elementy kompozycji dzieł. Oczywiście niektóre utwory się autodefiniują i autodemaskują (&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Jeśli zimową nocą podróżny&lt;/span&gt; Italo Calvino), niektóre są wzbogacone w autorskie eksplikacje (&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Filozofia kompozycji&lt;/span&gt; E. A. Poego o &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Kruku &lt;/span&gt;tegoż), inne mają pretensje przekraczające realizację zamierzonego pomysłu (&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Kanon w odwróceniu&lt;/span&gt; Paolo Maurensiga), a teorie interpretacji i nadinterpretacji z pewnością nie są tym, czym chciałabym się tu zajmować, jednak przypadek &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Niepocieszonego &lt;/span&gt;był dla mnie zaskakujący. Otóż struktura tej powieści odmalowała mi się dobitnie, od razu, a w toku lektury diagnoza zyskiwała potwierdzenia. Niepocieszony to spiralny świat snu. Bohater porusza się koliście, a koła na siebie nachodzą. Osiedle, na którym mieszka jego partnerka, Sophie, i ich syn, można obchodzić dookoła. Tramwaj, do którego Ryder wsiada, okazuje się być linią okrężną (a w wagonie znajduje się bufet – jazda zmienia się w spotkanie towarzyskie). Inny przykład: Ryder idzie z synkiem do kawiarni, zostawia go tam, gdyż nagabują go dziennikarze. Mając za nic protesty, wywożą mężczyznę gdzieś daleko, następnie wspinają się, by dotrzeć do gmachu Sattlera, na tle którego koniecznie chcą robić zdjęcia. Tam pianista spotyka Christoffa, razem idą na lunch. Rydera ciut niepokoi upływ czasu; na szczęście tylne wyjście z baru prowadzi na zaplecze kawiarni, w której siedzi synek i kończy zamówiony przez ojca deser. To nie topografia, to sen. Rozmaite dziwne, właściwe snom rzeczy dzieją się z czasem, na przykład noc się cofa, stając się poprzednim dniem. Poza onirycznością w powieści są świetne opisy miasteczkowości, niby nie karykaturalne, ale na granicy śmieszności i absurdu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gustav, (old) boy hotelowy, to ojciec Sophie i dziadek wnuka Rydera. Gdy artysta przybywa do hotelu, nie rozpoznaje tego człowieka. Gdy Gustav prosi o rozmowę ze swoją córką, przybysz wzdraga się przed ingerencją w cudze życie rodzinne. Spotykając Sophie, nie wypiera się jej, lecz też i nie zachowuje się jak partner. Potem wprawdzie niczego sobie nagle nie przypomina, lecz płynnie wślizguje się w miejsce, gdzie czeka na niego luka, i niespostrzeżenie jest ojcem rodziny, ma wspomnienia z przeszłości, np. wie, jak Sophie zachowuje się na oficjalnych bankietach, w których musi towarzyszyć słynnemu wirtuozowi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oryginalny tytuł powieści brzmi &lt;span style="font-style:italic;"&gt;The Unconsoled&lt;/span&gt;, i w jego świetle oczywistym jest, iż Ryder nie jest bynajmniej – jak chce polski wydawca – niepocieszonym, a pocieszycielem. Do jego zadań w miasteczku należy naprawa panujących tam stosunków i pohamowanie postępu chaosu, tu rozumianego jako przestrzeń królowania nieporządku, społecznej niesprawiedliwości i (by użyć muzycznego terminu) dysharmonii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W miasteczku Ryder widzi ponadto osoby ze swej przeszłości, np. szkolnego kolegę z Anglii, który tłumaczy się z zachowania innych chłopców, dokuczających przyszłemu cenionemu artyście, gdy ten grzecznie się uczył czy ćwiczył grę na pianinie. Takie spotkania, izolacja miejsca akcji, czy niepodanie nazwy miasteczka, dają podstawy do innego przypuszczenia. Może bohater trafiający na ludzi ze swojej przeszłości, trafia i na siebie – Stephen i Boris to on sam. Ryder w przeszłości to Stephen, czyli aspirujący i obiecujący muzyk, nie do końca rozumiany czy wspierany przez rodziców. W powieści zwraca uwagę wątek planów przyjazdu na recital rodziców Rydera, co jest dla bohatera źródłem trosk i stresów – starsi państwo nigdy dotąd nie słyszeli występu syna, uznawanego wszak za najwybitniejszego pianistę XX wieku. Stephen zaś występuje na początku koncertu, w którym później wziąć udział mają Ryder i Brodsky – rodzice młodzieńca, państwo Hoffman, ostentacyjnie wręcz, i ku wielkiemu rozczarowaniu Stephena, opuszczają na ten czas salę. Boris, wypalony, schorowany, osamotniony i pozbawiony szacunku bliźnich starzec, to wizja przyszłości Rydera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co będzie ze scenicznym &lt;span style="font-style:italic;"&gt;comebackiem &lt;/span&gt;Brodskyego? A co z recitalem Rydera? Odpowiedź, jaką da Ishiguro, wcale nie jest oczywista. Tymczasem warto odnotować, iż pianista planuje na scenie zaprezentować pewien utwór postmodernistyczny, wymagający wyrobienia słuchaczy – dużych kompetencji odbiorczych. Nieprzystępność nie odstrasza jednak miasteczkowej publiczności. Nie chce ona tego, co w koncertowym repertuarze najpopularniejsze (czyli muzyki klasycznej lub romantycznej). Z drugiej strony elita mieszkańców pragnie, by czas się u nich zatrzymał, by nie stali się „nowocześni i zimni”. Ucieleśnieniem obawy o to jest kontrowersyjny dla wielu budynek Sattlera. Fakt, iż Ryder pozuje przy nim do zdjęć, odbierany jest jako ważna deklaracja światopoglądowa. Tymczasem fotografie ukazują artystę jako tragicznego romantycznego buntownika, kogoś w stylu Beethovena. To istotne przemieszanie konwencji: klasyki, nowoczesności i postmodernizmu jest kolejnym elementem sennego zapętlenia. Życie Rydera, podobnie jak filmowego Mukody, trwa i rozstrzyga się we śnie – życie trudniejsze, aniżeli najbardziej dziś hermetyczna z dziedzin artystycznych. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paulina Szkudlarek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kazuo Ishiguro, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Niepocieszony&lt;/span&gt;, przeł. z angielskiego Tomasz Sikora, Rebis, Poznań 1996. W 2010 roku powieść wznowiono nakładem wydawnictwa Albatros – Andrzej Kuryłowicz. Odwołania do Saida za: Daniel Barenboim, Edward W. Said, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Paralele i paradoksy: rozmowy o muzyce i społeczeństwie&lt;/span&gt;, przeł. Aleksander Laskowski, PIW, Warszawa 2008, s. 133.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-8404319922141435845?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/8404319922141435845/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/10/kazuo-ishiguro-niepocieszony.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/8404319922141435845'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/8404319922141435845'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/10/kazuo-ishiguro-niepocieszony.html' title='Kazuo Ishiguro, &quot;Niepocieszony&quot;'/><author><name>Paulina Szkudlarek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07806571691844060258</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-1947378714377686574</id><published>2011-10-15T12:13:00.000-07:00</published><updated>2011-10-16T13:28:27.416-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='społeczeństwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Japonia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Taichi Yamada'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='mężczyźni'/><title type='text'>Taichi Yamada, „W pogoni za dalekim głosem”</title><content type='html'>&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;(Omówienie ujawnia znaczną część fabuły).&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taichi Yamada jest bardzo zapracowanym – sądząc po liście jego osiągnięć – scenarzystą, dramato- i powieściopisarzem starszego już pokolenia. W Polsce wydano dotąd dwie jego książki. Opublikowana wcześniej powieść &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Obcy &lt;/span&gt;(przeł. Anna Horikoshi, Muza, Warszawa 2007, wydanie oryginalne: 1987) mówi o mężczyźnie, który odwiedza niekiedy swoich rodziców, stopniowo orientując się, że oni nie żyją. Jednocześnie próbuje sobie ułożyć życie z pewną dziewczyną z sąsiedztwa. Elementy niesamowite nie są „kwaidanowe” (kwaidan, albo kaidan to gatunek klasycznych japońskich opowieści o duchach, spopularyzowanych na Zachodzie dzięki adaptacjom pióra Lafcadio Hearna*), bohaterem jest współczesny, myślący racjonalnie mężczyzna. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;W pogoni za dalekim głosem&lt;/span&gt; jest fabularnie słabsze, jednak wielkim atutem powieści są obserwacje japońskiej codzienności, będącej rzecz jasna oczywistym punktem odniesienia dla autora. Bohater, Kasama Tsuneo, to mężczyzna stosunkowo młody. Przed laty dwukrotnie nie dostał się na studia (japoński system edukacji jest okrutny: wyścig szczurów-juniorów, wielogodzinne zajęcia uzupełniające, by lepiej zdawać testy... brzmi wystarczająco znajomo? Wnioskując ze znanych mi opisów rozumiem, iż w Japonii jest pod tym względem gorzej, aniżeli w Polsce, jednak nie pora na szczegóły), po czym wyemigrował na USA. Od razu wiemy, że podczas w większości nielegalnego pobytu za Pacyfikiem, kariery tam nie zrobił i wrócił do ojczyzny. Przed trzydziestką, głównie dzięki znajomości języka angielskiego, pracuje w policji imigracyjnej, czyli policyjnej jednostce zajmującej się – o ironio – nielegalnymi emigrantami (którzy zresztą w Japonii zwykle nie są anglojęzyczni), i próbuje poukładać sobie życie osobiste z „zeswataną” kobietą, Yoshie. Detale są tyle fascynujące, co przerażające. Na przykład z napomknień wiemy, że o ludziach bez formalnego prawa do pobytu w Japonii władze powiadamiane są przez sąsiadów albo współpracowników. Poza tym i donosiciele, i policja, dzielą przekonania o katastrofie, która musiałaby nadejść, gdyby Japonia otworzyła granice (np. dla Filipińczyków). Pozostawiając domenę pracy Tsuneo, być może zadziwienie przynosi opis tego, jak podczas ceremonii zaręczyn omawia się jawnie punkty kwestionariusza wypełnianego przez parę przyszłych narzeczonych, dotyczącego choćby upodobań muzycznych czy filmowych (akurat Taichi Yamada nie wspomina o „groźbie” posiadania koreańskiego pochodzenia – o tym, na czym tu polega problem, &lt;a href="http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/07/patrick-smith-japan-reinterpretation.html"&gt;pisałam w omówieniu&lt;/a&gt; książki Patricka Smitha). Bohater jest o tyle nietypowym mężczyzną, że chce zachować „czystość” aż do ślubu, i najwyraźniej mu do seksu się nie spieszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli chodzi o fabułę, zawiązuje się ona, gdy podczas nalotu na mieszkanie grupy nielegalnych emigrantów (których okazało się być więcej, niż wynikało z donosu) dowodzącemu akcją Tsuneo ucieka jeden młodzieniec. Mężczyzna goni go i dopada na cmentarzu, gdzie poraża go dziwna siła. Tsuneo klęka, ma wzwód i wytrysk, wbrew swej woli puszcza emigranta wolno. Przed kolegami pozoruje skręcenie nogi, pobrudzone spodnie dodatkowo maże błotem. W drodze powrotnej na komisariat pozostali funkcjonariusze przekonują go, że powinien zmilczeć tę porażkę. Wybierali się po sześciu aresztantów, mają siedmiu, szefowie nie wiedzą i nie muszą wiedzieć o ósmym. Tsuneo się nie zgadza. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tymczasem okazuje się, że bohatera zaczyna nawiedzać głos. Głos dowodzi, że nie jest wytworem psychiki słyszącego, tylko autonomiczną osobą, która chce porozmawiać. Prowadzą zatem rozmowy o &lt;a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Funkcja_fatyczna_j%C4%99zyka"&gt;funkcji fatycznej&lt;/a&gt;: dużo czasu zajmuje im na przykład potwierdzanie tego, czy się wzajemnie słyszą. Na Tsuneo spadają też niespodziewane i niechciane „cudze” uczucia i odczucia. Mężczyzna z pierwszego incydentu (zadziałanie przemożnej, wpływającej na wolę siły na cmentarzu) zwierza się przyjacielowi, po drugim (pojawienie się głosu) idzie do lekarza. Tymczasem mają się odbyć jego oczekiwane zaręczyny z Yoshie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiemy, że coś jest nie tak z przeszłością Tsuneo. W pewnym momencie oskarża on głos, że ten nie należy do kobiety, a do mężczyzny, i płynie z USA. Epizod, w którym poznajemy amerykańską tajemnicę Tsuneo wydaje się najciekawszy, to kulminacja powieści. Ceremonia zaręczyn oczywiście okazuje się katastrofą. Niedoszła narzeczona, płytka, banalna materialistka i tak nie poruszała serca Tsuneo. Ten w najmniej odpowiednim momencie dostał ataku śmiechu, wywołując wpierw kłótnię rodziny swatów z rodzicami swatanej kobiety, potem jeszcze bardziej ceremonialny od samych zaręczyn rytuał Japońskiego Przepraszania (kapitalna scena). Nie koniec na tym: później Tsuneo zaczął niepohamowanie płakać. W efekcie para się rozstała. Po kilku miesiącach Yoshie związała się z kimś innym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Głos zarzuca Tsuneo, że mężczyzna nie ma marzeń. Istotnie, np. o małżeństwie myślał w kategoriach: miłość przyjdzie potem... albo i nie przyjdzie. Tsuneo, zyskawszy obietnicę głosu, że się realnie spotkają, opowiada o swoim życiu w Ameryce. Na miejscu umówionego spotkania głos wywodzi nieszczęśnika w pole. Każe za sobą gonić to tu, to tam, wskazuje na osoby trzecie, że „to ja”, by on zagadał zgodnie ze zwyczajami, czyli udawał, że podchodzi do obcej osoby. Te osoby naprawdę są obce, a Tsuneo bynajmniej nie chce nikogo podrywać. Koledzy z policji imigracyjnej wiedzą, że z ich współpracownikiem się coś dzieje, zwłaszcza, że wspomnianym swatem był skądinąd życzliwy komisarz policji, pan Saito. Tsuneo niekiedy bywa na zwolnieniach, wszyscy podchodzą doń ze zrozumieniem, mniemając, że to naturalna reakcja na zajęcie: polowania na ludzi. Tsuneo był tymczasem zadziwiająco nieczuły – nieczuły, ponieważ nie musiałby uruchamiać empatii, od doskonale wiedział, „jak to jest”. W USA przebywał nielegalnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Książka kończy się sceną, w której głos po raz kolejny zwodzi mężczyznę w miejscu spotkania. Po pierwszym razie przypadkowy policjant powiedział bohaterowi, że widział oddalającą się kobietę... gdy stała ona przed Tsuneo w jakiś sposób go oślepiła. Nie widział jej twarzy. W ostatniej zaś scenie okazuje się, że nasłała w umówione miejsce młodą, uderzająco piękną dziewczynę, która była niewidoma. Poinstruowała ją, co ma powiedzieć do mężczyzny, który podejdzie, i hojnie ją opłaciła. Dziewczyna rzecz jasna nie jest w stanie opisać kobiety.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To, co nadnaturalne, jest tu skrajnie irracjonalne: niezwiązane z imaginarium religijnym i parareligijnym Japończyków. (Zresztą trzeźwość przekonań i brak &lt;span style="font-style:italic;"&gt;sacrum &lt;/span&gt;w życiu bohatera i jego rodziny jest podkreślone przy wspomnieniu, jakże egzotycznym, dziadka czytającego sutry przy domowym ołtarzyku). Nie znajduje wyjaśnienia ani nadnaturalnego (magicznego, boskiego, demonicznego), ani zdroworozsądkowego to, dlaczego głos się pojawił, jak to możliwe. Właściwie niektóre elementy kontaktów Tsuneo z głosem kojarzą się z telefonowaniem pod nieznany numer i igranie z tym, kto przypadkowo odebrał. Głos nie ma pojęcia, czemu to Tsuneo ją/go słyszy. Widać, że ta warstwa powieści jest dość mętna. Wielką siłą autora, i zapewne atutem w sprzedaży książek na pozajapońskie rynki, są sceny obyczajowe. W wielu momentach bardzo się śmiałam, w innych chwytałam się za głowę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co z opowieścią amerykańską? Owdowiały lata wcześniej ojciec Tsuneo próbuje ułożyć sobie życie z inną kobietą, pomaga więc synowi w sfinansowaniu lotu do USA. Tam młodzieniec podejmuje nędzne prace. Nagania japońskich turystów, zmywa w restauracjach. Pobity i okradziony, nawiązuje kontakt z mężczyzną, który okazuje mu minimum zainteresowania. Konkretnie, wpierw go zbywa, potem goni, żali się, w efekcie czego dostaje pracę w jego sklepie z antykami, i dach nad głową w jego mieszkaniu. Mężczyzna, Eric, okazuje się erudytą, chętnie opowiadającym o sztuce, zapoznającym młodego Japończyka z muzyką, malarstwem, poezją. Okazuje się też gejem. Dodam tu, że partie w tym akapicie opisywane stanowią narrację pierwszoosobową. Tsuneo w jednym zdaniu oburza się pocałunkiem, opisuje, jak mył i wycierał usta, w kolejnym oznajmia, że następnego dnia uprawiali seks, nie kryjąc, jaki konkretnie (szczegóły na stronie 129 powieści). Wspominam o tym, aby przypomnieć to, na co wskazałam wyżej: „czystość” aż do ślubu. Tsuneo był penetrowany, ale nie wspomina o tym, by on dokonał penetracji Erica. W tradycji japońskiej oznacza to odegranie przez Tsuneo roli kobiecej**. W owej tradycji zwanej &lt;span style="font-style:italic;"&gt;nanshoku &lt;/span&gt;penetrującym powinien być ważniejszy z partnerów, starszy, bogatszy (np. kupujący usługę seksualną). Ten jest mężczyzną, bo wg tego spojrzenia pełni aktywną rolę męską (to nie tylko japońskie! by wskazać śródziemnomorski antyk czy rytuały więzienne). W tym układzie rola Tsuneo byla poślednia, niższa. Nic dziwnego, że tak się wzbraniał, odsuwał od siebie myśl, że mógłby być gejem – lub zakochać się w mężczyźnie. Gwoli sprawiedliwości, Eric liczył na zmianę stron, czy też wzajemność. Nie doczekał tego jednak. Tsuneo miotał się od wielkiej „typowo japońskiej” wdzięczności za to, że Eric podał mu pomocną dłoń w krytycznym momencie, i był jego dobroczyńcą, protektorem, nauczycielem i przyjacielem przez kolejne miesiące, do wstrętu i samoobrzydzenia. Postanowiwszy „zepsuć Ericowi weekend”, nasłał na niego oddział policji antynarkotykowej. Mężczyzna zginął od niemal przypadkowego wystrzału, co skądinąd dużo by mówiło o amerykańskich procedurach dotyczących ładowania broni różnymi typami nabojów. Otóż gdy Tsuneo anonimowo zadzwonił na policję, podając nazwisko Erica, został od razu uznany za wzgardzonego lub skłóconego kochanka. Dyżurny policjant nie wierzy w historię o dzieleniu na porcje narkotyków przyniesionych w wielkiej torbie, o czym Tsuneo bardzo stara się go przekonać. Mimo to podczas akcji funkcjonariusze mają odbezpieczoną broń mogącą zabić. Po śmierci Erica Tsuneo chwycił wszystkie pieniądze, jakie jest w stanie znaleźć w pośpiechu, uciekł z miasta i udał się do Japonii. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poczucie porażki, zgoda na pracowniczą rutynę (mężczyzna mieszka w hotelu dla personelu bodaj MSW), poskromienie i wygaszenie marzeń mogą być związane z tym, że epizod najlepszego czasu w życiu był taki szczególny. Tsuneo przedtem przeżywał egzaminacyjne niepowodzenia (dwa lata pod rząd nie dostał się na uczelnię), potem tułaczkę, prace na miarę nielegalnego emigranta, strach przed deportacją. Po owym epizodzie życia z Ericiem znów „gaśnie”. Świat antykwariusza z jednej strony odpowiada zachodniemu stereotypowi geja (choć Amerykanin, to po europejsku wysublimowany kulturalnie, itp.), z drugiej wzbudził we mnie skojarzenia z japońską tradycją przednowoczesną – ukiyo, przepływającym światem, przez co miesiące, jakie Tsuneo spędził z Ericiem są potrójnie wycięte: w narracji powieściowej wyróżnione formą gramatyczną, ale też pozbawione czasu (współczesność odsyłająca do czasów przednowoczesnych) i umiejscowienia (banalne Portland  jako utopia Europy, do której Japończykom co najmniej równo daleko, jak Amerykanom). Mentalnie, w swoim japońskim życiu policjanta imigracyjnego, Tsuneo robi wszystko, by nie wspominać tego „samowygnania z raju”. Katalizatorem akcji jest głos. Jednak gdy Tsuneo opowiada swą największą tajemnicę, głos milczy. Tajemnica z nim związana marnieje przy tej, którą krył Tsuneo. Czy mężczyzna bał się „być gejem”? Od czasów popularności &lt;a href="http://www.ipce.info/library_3/files/nanshoku_en.htm"&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;nanshoku &lt;/span&gt;&lt;/a&gt;wiele się w Japonii zmieniło. Nie jest to kraj o homofobii wyższej, niż gdzie indziej, jednak jako forma opresji społecznej jest ona poddawana wyjątkowo słabej krytyce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli chodzi o związany z istotą tego, co nadnaturalne, suspens, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Obcy &lt;/span&gt;są bardziej klasyczną historią z dreszczykiem. We &lt;span style="font-style:italic;"&gt;W pogoni za dalekim głosem&lt;/span&gt; straszy zwyczajność mroku czającego się w normalnym człowieku (określenie nieprzypadkowe: na samym początku trafiamy na stwierdzenie, że Tsuneo dąży przede wszystkim do normalności). Może to żałośnie banalny wniosek, ale powieść pod pozorem banalności i kuszenia „niesamowitym” wątkiem oferuje zaskakująco dużo, więc naprawdę warto przeczytać. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paulina Szkudlarek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taichi Yamada, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;W pogoni za dalekim głosem&lt;/span&gt;, przeł. Anna Horikoshi, Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza, Warszawa 2008.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Przypisy&lt;/span&gt;: &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* Lafcadio Hearn, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Kwaidan, czyli opowieści niesamowite&lt;/span&gt;, przeł. z angielskiego Jerzy A. Rzewuski, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1984. Godna polecenia jest książka Marcina Tatarczuka, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Kaidan: japońskie opowieści niesamowite epoki Edo&lt;/span&gt;, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2011.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;** Więcej na ten temat np. w: Timon Screech,  &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Erotyczne obrazy japońskie 1700–1820. Przestrzeń przepływającego świata&lt;/span&gt;, przeł. Beata Romanowicz, Wioletta Laskowska, Joanna Wolska-Lenarczyk, Universitas, Kraków 2006, czy Gary P. Leupp, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Male Colors. The Construction of Homosexuality in Tokugawa Japan&lt;/span&gt;, University of California Press, Los Angeles 1995.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-1947378714377686574?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/1947378714377686574/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/10/taichi-yamada-w-pogoni-za-dalekim-gosem.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/1947378714377686574'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/1947378714377686574'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/10/taichi-yamada-w-pogoni-za-dalekim-gosem.html' title='Taichi Yamada, „W pogoni za dalekim głosem”'/><author><name>Paulina Szkudlarek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07806571691844060258</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-4560513723136869729</id><published>2011-09-28T12:31:00.000-07:00</published><updated>2011-09-29T08:29:21.242-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='społeczeństwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kobiety'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='USA'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Elizabeth Strout'/><title type='text'>Elizabeth Strout, "Okruchy codzienności"</title><content type='html'>Liczne powieści wyróżnione Pulitzer Prize for Fiction nie trafiają wcale na polski rynek wydawniczy, z tym większą więc ciekawością sięgnęłam po nagrodzoną w 2009 powieść &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Okruchy codzienności&lt;/span&gt; Elizabeth Strout, opublikowaną rok później nakładem... Naszej Księgarni, oficyny &lt;a href="http://www.nk.com.pl/page,o_nas/index.html"&gt;niebezzasadnie &lt;/a&gt;kojarzącej się z literaturą dla dzieci, ewentualnie dla młodzieży.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co przynosi lektura? Mieszkająca w miasteczku Crosby w stanie Maine kobieta, Olive Kitteridge to nauczycielka matematyki, żona farmaceuty, matka jedynaka. Poznajemy jej wiek średni i starość. Wpierw, jak uchodzi za oschłą i wyniosłą, w odróżnieniu od swego pogodnego i lubianego przez wszystkich męża, Henry’ego. Olive podejrzewa go o romans z Denise, pracownicą apteki, sama zaś zbliża się do kolegi z pracy, który potem ginie w wypadku samochodowym. Później kobieta przeżywa boleśnie ślub syna Christophera z niepodobającą się jej wybranką, lekarką o imieniu Suzanne (zwaną przez Olive Dr Sue), ubolewa nad jego wyjazdem z miasteczka na drugi koniec kontynentu, do Los Angeles, nad brakiem wnuków i rozwodem. W tych epizodach istotnie jawi się – by użyć określeń z opisu wydawniczego – jako arogancka, surowa i despotyczna. Nie da się zaprzeczyć, iż Olive zdarza się robić okropne rzeczy. Zwraca uwagę scena złośliwej kradzieży dwóch drobnych elementów garderoby  synowej, Dr Sue, ale nawet ten akt nie jest patologiczny, nie zbliża bohaterki do Eriki, tytułowej &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pianistki &lt;/span&gt;ze słynnej powieści Elfriede Jelinek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lata mijają. Emerytowana już Olive jest z mężem wzięta jako zakładniczka przez kilku zdesperowanych narkomanów na głodzie, napadających na szpital, w którym ona chciała jedynie skorzystać z ubikacji. Jeszcze później jest świadkinią wylewu męża. Po nim mężczyzna jest sparaliżowany, traci wzrok i umiejętność mowy, staje się również niepełnosprawny umysłowo. Olive musi pogodzić się z kolejną wielką przeprowadzką syna (z LA do Nowego Jorku) i z tym, że „w drugim podejściu” poślubił on prostą kobietę, na dodatek mającą dwoje dzieci z wcześniejszych przygodnych związków. Po śmierci męża Olive stara się zorganizować sobie czas, angażuje się w rozmaite przedsięwzięcia, na przykład jest wolontariuszką w lokalnym muzeum. Poznaje Jacka, wdowca w zbliżonym do swojego wieku. Za życia męża uważała owego mężczyznę za snoba i aroganta, jako wdowa znajduje w Jacku nie tylko partnera do rozmów i do marszów wzdłuż wybrzeża, ale także innego rodzica rozczarowanego i zranionego życiowymi ścieżkami, na jakie wstąpiło jego dziecko. Mimo odczuwanej miłości (i przemożnego dążenia do zbliżenia fizycznego), nie ma tu happy endu – starsi ludzie są zbyt różnymi i zbyt silnie „ukształtowanymi” przez bagaże swych doświadczeń osobowościami. By ograniczyć się do jednego przykładu, Olive jest zbulwersowana homofobicznym zacietrzewieniem Jacka, przez które mężczyzna cierpi powstrzymując się od wszelkich kontaktów z córką – lesbijką.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Swoją drogą Olive z wiekiem wydaje się łagodnieć, bynajmniej nie jest oschła, zasadnicza czy arogancka. Może jedynie odnosimy takie wrażenie, ponieważ w pierwszych rozdziałach poznajemy ją poprzez narrację jej męża – rozczarowanego etapem życia, do którego wówczas doszli, czy wychowawczymi metodami, jakie wobec dorastającego syna stosuje matka. Henry był wtedy również pod silnym wpływem alternatywnego modelu życia małżeńskiego, jaki widział u Denise i jej małżonka, a swego – co znaczące – imiennika. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W kolejnych latach Henry znów stopniowo zbliżał się do Olive. Okazuje się też, że w czasach pracy nauczycielskiej tej kobiety uczniowie ją cenili i szanowali. Olive ma zwyczaj wypowiadać się wprost, niekiedy dosadnie, ale i nie bez humoru – zwykle czarnego. Nie ucieka od problemów, wyrażając je inaczej (czego powieściowym przykładem jest znamionująca problemy z matką anoreksja pewnej dziewczyny, której Olive stara się pomóc), tylko je artykułuje bezpośrednio, co jest bardzo cenne, znajduje bowiem słowa nie tylko celne, lecz często pomagające, niczym klucze – tu określenie „słowo-klucz” nabiera nieco odmiennej treści – otwierające nowe perspektywy czy drzwi do zrozumienia i porozumienia. Poza tym jest otwarta, zaskakująco niezaściankowa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W powieści Strout kolosalne wrażenie robi banalność życia, nieważność bytów jednostek, z których każda boryka się ze swoim małym, niehistorycznym losem, najważniejszym dla niej samej i niewielkiego, rzednącego w miarę poszerzania, kręgu bliskich i znajomych. Bohaterowie, dodajmy, w zdecydowanej większości nie dążą do opuszczenia miasteczka. Wyprowadza się Christopher, wyprowadza się owdowiała przedwcześnie Denise – to trochę mało jak na kraj niemal definiowany ogromną mobilnością swoich obywateli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W niektórych z trzynastu rozdziałów Olive dominuje, ale większość książki stanowią miasteczkowe &lt;span style="font-style:italic;"&gt;side stories&lt;/span&gt;, w których na małżeństwo Kitteridge, a później wdowę Kitteridge patrzą inni. Życie w Crosby na Wschodnim Wybrzeżu bynajmniej nie kręci się wokół tej pary, ale w strategii narracyjnej Strout Olive i Henry niekiedy pokazywani są jako marginalne postaci w historiach sąsiadów i współmieszkańców – marginalne, ale interesujące, godne uwagi, stanowiące punkt odniesienia, a niekiedy obiekt plotek. Jedni ludzie przebiegający przez scenę życia innych ludzi. To, co dla kogoś jest pogłoską, dla kogoś drugiego anegdotą, jaką dzieli się ze swym towarzystwem, dla kogoś trzeciego jest najistotniejszą kwestią, wydarzeniem reorganizującym egzystencję. Autorka w żaden sposób tego nie deklaruje, być może powieść miała być raczej zwielokrotnionym portretem Olive.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Konieczne jest wyjaśnienie tytułu – w oryginale stanowi go imię i nazwisko bohaterki, polska „innowacja” jest niefortunna. Zaproponowano nam tytuł typowy, banalny, odwołujący się do sprawdzonego schematu, który przy powtórzeniu pewnej wariacji sugeruje konwencję romansową lub melodramatyczną w kiepskim wydaniu. Strout &lt;span style="font-style:italic;"&gt;nie pisze&lt;/span&gt; o okruchach codzienności. To, co oświetla w swej prozie, to potężne głazy. Okruch można strzepnąć... o ile się go zauważy. Głaz przygniata, obciąża. Czy w powieści są jednak literackie okruchy: drobiazgi, miniatury, impresje? Strout daje nam liczne pełne portrety, kompletne charakterystyki. Rzecz jasna bez wyliczania cech po przecinku, a poprzez życie, działania postaci. Książka jest też bardzo smutna, wiele mówi o rozczarowaniach i niespełnionych nadziejach, rozwiewających się z upływem czasu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatnie – zadziwia poczciwość bohaterów, amerykańskich &lt;span style="font-style:italic;"&gt;grass roots&lt;/span&gt;. Być może to element sukcesu autorki – zrozumienie dla zwyczajności, przeciętności. Istnieje zło, ale „normalni ludzie” są dobrzy. Nie w taki sposób, jak w familijnym serialu; ambicja Strout sięga dalej. Nienachalnie waloryzowane są kwestie ważne szczególnie dla osób dojrzałych: baczenie na rozwój rodziny, ochrona domowego ogniska, wolontariat kościelny i pozakościelny, czy w tym pierwszym, czy w drugim wydaniu – dla dobra naszej lokalnej społeczności. To „nieważni” ludzie, i mała jest skala ich działania, ale tacy właśnie, we wszystkich mniej lub bardziej podobnych do Crosby miasteczkach, są solą tej ziemi. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paulina Szkudlarek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Elizabeth Strout, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Okruchy codzienności&lt;/span&gt;, przeł. Ewa Horodyska, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2010.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-4560513723136869729?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/4560513723136869729/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/09/elizabeth-strout-okruchy-codziennosci.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/4560513723136869729'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/4560513723136869729'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/09/elizabeth-strout-okruchy-codziennosci.html' title='Elizabeth Strout, &quot;Okruchy codzienności&quot;'/><author><name>Paulina Szkudlarek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07806571691844060258</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-5958420392957874868</id><published>2011-09-05T13:58:00.000-07:00</published><updated>2011-09-05T14:07:44.147-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='społeczeństwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kobiety'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='dziecko'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Marie Hermanson'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Skandynawia'/><title type='text'>Trup w każdej szwedzkiej szafie. Marie Hermanson, „Plaża muszli”</title><content type='html'>W &lt;a href="http://ksiazki.wp.pl/tytul,Marie-Hermanson-czytanie-i-pisanie-sa-dwiema-stronami-tej-samej-monety,wid,12388,wywiad.html"&gt;wywiadzie&lt;/a&gt;, jakiego po publikacji &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Plaży muszli&lt;/span&gt; portalowi Wirtualna Polska udzieliła Marie Hermanson, padło pytanie, co jest współcześnie (rozmowa miała miejsce trzy lata temu) rysem charakterystycznym w literaturze szwedzkiej. Pisarka odpowiedziała:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;blockquote&gt;Kiedy odwiedzasz szwedzką księgarnię, nie możesz nie zauważyć powieści kryminalnych. Są one bardzo popularne i dominują na listach bestsellerów. Prawnicy, lekarze i dentyści odnoszą sukces jako autorzy kryminałów, ale również autorzy z dużym dorobkiem zaczynają tworzyć taką literaturę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Jest wiele powieści, które w sposób realistyczny – czasem zabawny, czasem bardziej poważny – opisują trudności w połączeniu pracy zawodowej, życia rodzinnego i równouprawnienia w relacji kobiety i mężczyzny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Innym nurtem jest literatura dokumentu osobistego. Autor jest jej głównym bohaterem, pozostałymi bohaterami są wydawcy, inni autorzy, dziennikarze itp., ludzie, którzy naprawdę istnieją, często dobrze znani czytelnikom.&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak we wskazane przez siebie nurty wpasowuje się sama Hermanson? Wprawdzie poniżej  ujawniam dość znaczące detale z fabuły, jednak wbrew pozorom nie przekreślam celowości lektury &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Plaży muszli&lt;/span&gt;, ani nie odbieram czytelniczej przyjemności – największym atutem powieści jest sfera obyczajowa i charakterologiczna, co spycha okoliczność „rzucania nowego światła na tajemnicę sprzed lat” – jak głosi wydawnicza zachęta na okładce – do roli kwestii trzecioplanowej. Zgodnie z blogowymi zwyczajami, to stwierdzenie można jednak traktować jako &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;ostrzeżenie przed spoilerami&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przez książkę prowadzi nas przede wszystkim narratorka, Urlika. Jest ona rozwiedzioną etnografką, utrzymuje wzorowe stosunki z byłym mężem, Andersem, w imię dobra dwóch synów. Nie wydaje się stać w punkcie zwrotnym, nie dąży do zmian.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W dzieciństwie zaprzyjaźniła się z dziewczynką Anne-Marie, której rodzina, Gottmanowie, mieli domek letniskowy w tej samej okolicy. Urlika lgnęła do nich, i wstydziła się swoich rodziców: nastawionych prawicowo, stawiających na ciężką pracę stanowiącą kartę wstępu do klasy średniej. Ojciec, wychowany przez przypadkowych krewnych i owdowiałego stosującego przemoc ojca–alkoholika, był człowiekiem awansu, dentystą z doktoratem. Matka Urliki, wpierw opiekująca się domem i małą córką, później pracowała na część etatu jako pomoc dentystyczna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rodzice Anne-Marie byli zaś lewicującymi intelektualistami – Åke i Karin, pisarz i dziennikarka "Dagens Nyheter", pozwalający, by dzieci: Eva, Jens i Anne-Marie, mówiły im po imieniu. Przyjaźń dziewcząt przetrwała lata. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, progu dorosłości, latem, kiedy mają miejsca kluczowe zdarzenia, Anne-Marie imponowała urodą, a Urlika, pełna kompleksów, zafascynowana była Jensem, bratem Anne-Marie. Karin podczas dziennikarskiej podróży do Bangalore trafiła do sierocińca, który zrobił na niej takie wrażenie, że wraz z mężem adoptowała dziewczynkę z problemami rozwojowymi, Maję. Maja nie była zwykłym dzieckiem. Nigdy nie nauczyła się mówić, uwielbiała, chować i odnajdywać przedmioty, pływać i rysować według obieranych przez siebie konwencji... rysować rzeczy niepokojące. Nie pokochała też swoich rodziców adopcyjnych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W następnym roku, gdy Gottmanowie wraz z gośćmi bawili na letnisku, Maja – szczególnie przywiązana do Anne-Marie, która wtedy właśnie sposobiła się do wypłynięcia łodzią – wymusiła na młodzieży zabranie jej na wyspę, na której zaplanowano obchody Midsommar (nocy świętojańskiej). Imprezowicze pili, łączyli się w pary, przeżywali swe olśnienia i rozczarowania, a rano Anne-Marie odkryła, że Maja znikła. Długie miesiące bezowocnych poszukiwań rozbiły idealną rodzinę. Ojciec przestał pisać i strasznie się rozpił, Anne-Marie, obwiniając się, popadła w patologiczne odrętwienie. Pozory normalności, poprzez trzymanie się codziennej rutyny, zachowywali dziadkowie – rodzice Åkego, Tor i Sigrid, oraz starająca się wspierać przyjaciółkę, wciąż przebywająca na letnisku Gottmanów Urlika.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po długim czasie Maja została odnaleziona – cała, zdrowa, niezagłodzona, w tym samym, co w Midsommar stroju stała na dziwnej, niedostępnej półce skalnej. Zabrano ją do domu, co przyśpieszyło rozpad rodziny Gottmanów. Dziadkowie spali, gdy Maja wróciła. Po tak długim czasie nikt się nie spodziewał nagłego rozwiązania. Następnego ranka starsi państwo, podobnie jak dziewczynka, wstali wcześnie – skonfrontowany z niespodziewanym widokiem Mai Tor dostał wylewu. Karin i Åke się rozwiedli. Ojciec wszedł w inny, nieudany związek. Pił, miał zawały, skończył dosłownie (!) w rynsztoku. Matka zrezygnowała z etatu w dzienniku, pracowała jako wolny strzelec, poświęciła się Mai. Nigdy nie określono, czym była choroba dziewczynki, być może specyficzny przypadek autyzmu. Po latach Maja trafiła do domu opieki, w którym przy minimalnej zewnętrznej ingerencji mieszkała grupa osób o różnym stopniu niepełnosprawności umysłowej. Anne-Marie wyemigrowała do USA upadek piękności, brak sukcesu). Poza tym stateczna opinia publiczna uosabiana przez rodziców Urliki, nigdy nie uwierzyła w opisywaną wersję zdarzeń – że Maja po prostu znikła z imprezy i niespodziewanie się pojawiła. Urlika jest uznana za zbyt zafascynowaną Gottmanami. Porządni ludzie myślą co innego, doszukują się w swoim mniemaniu bardziej racjonalnych wyjaśnień – ot, Åke i Karin byli ze sobą skonfliktowani, i bądź ona ukryła dziecko przed nim, bądź on przed nią, np. u kochanki w Göteborgu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystkiego, co dotyczyło owych późniejszych losów rodziny Gottmanów, Urlika dowiedziała się z prasy i od spotkanego po latach Jensa, żonatego pracownika branży reklamowej, z którym przeżyła emocjonalno-seksualną przygodę. Ona sama – przypominam, etnografka – wyspecjalizowała się w ludowych opowieściach (i ich młodszych siostrach: urban legends) o „uprowadzeniu przez trolle”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Konstrukcja książki podpowiada nam, że historia kryje w sobie jakąś tajemnicę. Przez większą część Urlika jest pierwszoosobową narratorką, cofającą się do czasów dzieciństwa i młodości. Inne rozdziały to trzecioosobowa relacja dotycząca niepełnosprawnej umysłowo, a może niedostosowanej do społecznych norm Kristiny. To mądra, ale zawsze milcząca uczennica, studentka, która uciekła z uczelni, by zostać sprzątaczką w szpitalu, później pensjonariuszka, dla której opieka społeczna znajduje doskonałe, choć kontrowersyjne rozwiązanie. Kristina zajmuje pozbawiony wszelkich wygód wiejski (nie mylić z letniskowym!) domek, urządza go po swojemu – zamiast łóżka ma barłóg, resztę przestrzeni wykorzystuje jako przedziwną pracownię do modyfikowania przedmiotów, które znajduje w okolicy – w lesie i na plaży. Ma to dla niej wymiar terapeutyczny, i tu zaskoczenie. Takie niekonwencjonalne rozwiązanie życiowych problemów kobiety to coś zgoła innego, niż siłowe normalizowanie, jakie znamy z innych powieści (np. Majgull Axelsson). Kobieta jest akceptowana przez miejscowych. Nie integruje się z nimi, jednak robi niezbędne zakupy, od czasu do czasu bywa kontrolowana przez swoją kuratorkę. Ta nabiera wyrozumiałości, nie upiera się już przy spaniu w łóżku i jedzeniu przy stole. W osadzie bywają też rodzice Kristiny, starający się doceniać plusy sytuacji: ich córka ma swe miejsce na świecie, tworzy sztukę, nawet... bierze leki. Okazuje się, że to właśnie Kristina, przypadkowo zadomowiona w okolicy (bez tego zbiegu okoliczności nie byłoby opowieści) i pływająca kajakiem w noc letniego przesilenia, porywa Maję i przez miesiące kryje ją przed światem. Gdy przygodni ludzie znajdują niemą dziewczynkę na skalnej półce, znanej tylko wtajemniczonym, widocznej tylko z wody, ukryta w rozpadlinie Kristina załamuje się, i choć wraca do domu i do swego samotnego życia, niedługo potem popełnia samobójstwo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Opowieść Urliki rozpoczyna się, gdy kobieta odwiedza z synami plaże swego dzieciństwa. Na jednej, szczególnie trudno dostępnej, chłopcy znajdują szkielet w labiryncie wśród skał. Są przeszczęśliwi, że odkryli człowieka jaskiniowego, jednak zagadka zwłok jest zdecydowanie świeższej daty. W nawiązaniu do wypowiedzi Hermanson zacytowanej na początku: typowy dla tego, co kojarzę ze szwedzką literaturą XXI wieku, jest trup w każdej szafie z Ikei. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Młoda para, znana później jako małżeństwo Gottmanów, oddaje swe pierwsze nieplanowane dziecko, dziewczynkę, do adopcji. Ta, wedle wiedzy Jensa, umiera w wieku przedszkolnym. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przeżycia z młodości naznaczają naukowe zainteresowania Urliki mitem motywem porwania przez trolle. Znane jej głównie z dawnych przekazów relacje, które opowiada na otwartych wykładach, brzmią dość banalnie, szczególnie w porównaniu ze &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Nie przed zachodem słońca&lt;/span&gt; &lt;a href="http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2010/04/johanna-sinisalo-nie-przed-zachodem.html"&gt;Johanny Sinisalo&lt;/a&gt;. Być może autorka celowo nie pokazuje Urliki na uczelni – poziom pogadanek dla „młodych dziewczyn gustujących w New Age i starszych pań zainteresowanych swoim regionem” (s. 32) nie musi być akademicki. To jednak, co mówi „nastawiona na efekt” prelegentka sugeruje, że jej wiedza jest szeroka i dogłębna, a przede wszystkim wystarczy, by w tym kontekście wątek zaginięcia Mai miał posmak tajemniczości. Uważnie śledząca reakcje swego audytorium Urlika nie pomija przyziemnych i niekiedy brutalnych wyjaśnień, jak to z tymi rzekomymi uprowadzeniami bywało. Częstymi ofiarami były dzieci matek zbierających w lasach grzyby, jagody czy chrust... ofiarami niedopilnowania, nie uprowadzenia przez istotę nadprzyrodzoną, oczywiście. Łatwiej było opowiedzieć wspólnocie, np. sąsiadom z wioski, o winie trolli porywaczy, aniżeli ujawnić pragnienie pozbycia się własnego dziecka. Tu metafora skonstruowana przez Hermanson tanieje: rówieśnica pierwszej córki Gottmanów, niepasująca do swych rodziców Kristina staje się dzikuską, najlepszym możliwym odpowiednikiem trolla, i bez złych intencji, jako wcielenie woli mściwego fatum, porywa najmłodszą ukochaną córeczkę, rozbija rodzinę, dotkliwie karze wszystkich jej członków. W to zresztą wierzyła Karin.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Książka jest bardzo sprawnie napisana. Najciekawsze jest ujęcie tego, co dzieje się z mrzonkami, jakie na temat społecznego współżycia żywimy w dzieciństwie i młodości. To gorzkie i sentymentalne zarazem. Nie podoba mi się jednak kompletna niewiara w zbudowanie dobrego związku. Być może w takim żyją dziadkowie, Tor i Sigrid, lecz należą oni do innego pokolenia. Rodzice się rozwodzą, rozwodzą się Urlika i Anders, Jens zdradza z Urliką żonę. Nie, nie ubolewam nad rozpasaniem czy upadkiem moralności, dziwi mnie jedynie kompletna nieumiejętność ułożenia sobie życia – nie powiem: odpowiedzialnie, powiem: szczęśliwie. Obraz jest przygnębiający, ale pasuje do – by tak rzec – skandynawskiej ideologii social awareness. Idea rodziny – choćby była to rodzina rozbijana, rekonstruowana, niemniej zawsze normatywna – triumfuje. System wspomaga rozwiedzionych w taki sposób, by mogli bezkonfliktowo dzielić się opieką nad dziećmi. Co więcej, w młodości Karin bynajmniej nie chciała zrzekać się praw do opieki nad swym pierwszym dzieckiem. Została do tego nakłoniona. W dalszej konsekwencji jej ówczesna zgoda i podporządkowanie się woli lekarzy pozwoliły jej i Åkemu stworzyć rodzinę i przez wiele lat żyć w spokoju i dostatku. Jako zwolennicy, a przynajmniej – pragmatycznie – wyborcy SAP (Szwedzkiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej), przez wiele dziesięcioleci należeli do politycznego mainstreamu, popierali tak zwany progresywizm, który był &lt;span style="font-style:italic;"&gt;de facto&lt;/span&gt; polityką państwową. Życiowa sielanka skończyła się, gdy lepsze stało się wrogiem dobrego: szlachetna decyzja o adopcji dziewczynki z „zacofanego” kraju była zarazem kaprysem i zadośćuczynieniem za niegdysiejszą krzywdę wyrządzoną – jak mniemała Karin – pierwszemu dziecku małżeństwa Gottmanów. Zauważmy jeszcze, że takie „fanaberie” miały miejsce w drugim pokoleniu beneficjentów &lt;span style="font-style:italic;"&gt;welfare state&lt;/span&gt; (pierwsze stanowili również lewicowi Tor i Sigrid), ludzi mających wykształcenie humanistyczne, tu na swój sposób utożsamiane z dobrobytem. W rodzinie Urliki to ona jako pierwsza mogła sobie „pozwolić” na niepraktyczny, niemal hobbystyczny zawód. Ostatnie lata natomiast przewróciły wszystko do góry nogami. Popularnymi powieściopisarzami są prawnicy, lekarze i dentyści.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wpierw &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Plaża muszli&lt;/span&gt; zdaje się powielać liczne schematy fabularne, jakie stały się już rozpoznawalnymi znakami firmowymi w literaturze skandynawskiej, odcinać kupony od konwencji niemal gwarantujących poczytność. Dalszy namysł ujawnia przewrotność powieściowej wizji, głębszą krytykę społeczną nieodnajdywalną wśród bezpośrednich deklaracji Hermanson. W ten sposób literatura piękna dowodzi swej przewagi nad teoriami i analizami socjopolitycznymi – mówi więcej, przystępniej, i nie obciąża się nachalną retoryką.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paulina Szkudlarek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Marie Hermanson, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Plaża muszli&lt;/span&gt;, przeł. Bratumiła Pawłowska, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2008. Cytat i  nieoznaczone odwołania pochodzą z tego wydania. Kontekstem dla lektury może być opracowanie zbiorowe &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Szwecja. Przewodnik nieturystyczny&lt;/span&gt;, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2010.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-5958420392957874868?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/5958420392957874868/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/09/trup-w-kazdej-szwedzkiej-szafie-marie.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/5958420392957874868'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/5958420392957874868'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/09/trup-w-kazdej-szwedzkiej-szafie-marie.html' title='Trup w każdej szwedzkiej szafie. Marie Hermanson, „Plaża muszli”'/><author><name>Paulina Szkudlarek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07806571691844060258</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-3610102069731992963</id><published>2011-08-29T10:56:00.000-07:00</published><updated>2011-08-29T11:04:01.671-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='społeczeństwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Chiny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='humanistyka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='etyka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kolonializm'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Simon Leys'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Australia'/><title type='text'>Czy rybki są szczęśliwe, gdy pływa z nimi trup? Simon Leys, „Szczęście małych rybek”</title><content type='html'>Tytułowe szczęście małych rybek to temat anegdoty opowiadanej przez autora w pierwszym z felietonów składających się na tomik. W tej opowiastce dwóch chińskich uczonych przechadza się po moście nad rzeką i rozprawia o szczęściu małych rybek, wesoło pluskających w wodzie. Szybko jednak zaczynają dyskutować o słuszności takiego stwierdzenia – skąd mają wiedzieć, czym owo szczęście małych rybek jest? Dialog kończy się, moim zdaniem, raczej dwuznaczną konstatacją – iż samo sformułowanie takiego pytania sugeruje, iż zapytany zna odpowiedź, a ponadto, że nawet tak abstrakcyjne pytanie jak to: czym w ogóle jest „szczęście małych rybek”, może być rozstrzygnięte dzięki doświadczeniu. W moim odczuciu nie jest to jednak pochwała empirii, ale stwierdzenie, iż rozważanie pewnych problemów jest błędnym kołem – wychodzimy bowiem od niewiedzy i w niej pozostajemy, ponieważ nasze odpowiedzi są czystym zmyśleniem. Nie są korygowane przez doświadczenie, jest ono jedynie „wartością dodaną” do przypadkowych ustaleń. Króciutka anegdota, od której wziął się tytuł całego tomiku, może być uznana za swego rodzaju motto dla podejścia autora wobec poruszanej tematyki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Simon Leys to pseudonim literacki Pierre’a Ryckmansa, „belgijskiego sinologa, pisarza i krytyka literackiego. Studiował prawo na Katolickim Uniwersytecie w Leuven, a następnie język, literaturę i sztukę chińską na Tajwanie. W 1970 roku osiedlił się w Australii”, czytam na skrzydełku okładki. Ach, cudownie, myślę sobie, oto literacki obieżyświat, który na dodatek jest z wykształcenia sinologiem i mieszka na kontynencie, na którym wszystko stoi do góry nogami. Pociągający lekkoduch, który swobodnie kojarzy klasyków myśli zachodniej z myślicielami chińskimi. Znawca filozofii i literatury, który nie wykorzystuje swojej wiedzy do tworzenia żelaznego gorsetu sztywnego systemu, w który ujmie posiadane informacje i w które zakuje rozmówców. Przyjemność czytania, przyjemność pisania, mogłoby się wydawać, że nieskażona polityką, rzeczywistością, prozą życia; jej jedynym celem jest rozkoszowanie się lekkością myśli. Już niemal widziałam musicalową wstawkę w moim czytelniczym życiu, w której niesiona entuzjazmem polatuję przez piękny ogród by zatrzymać się nad cudnym oczkiem wodnym migoczącym złotem rybich łusek, kiedy kolejne strony książki uświadomiły mi, że w tym uroczym stawie pływa wzdęty od rozkładu trup.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na początku czytałam „Szczęście małych rybek” z wielką przyjemnością, która jednak nie uśpiła mojego wrodzonego i męczącego zarówno mnie, jak i innych, krytycyzmu. Krótkie felietony były sympatyczną lekturą ciekawych spostrzeżeń rzucanych jakby od niechcenia, niczym w rozmowie, której nie dokończyło się, ponieważ rozmówca nie chce przesądzać ani kończyć namysłu nad żadną z poruszanych kwestii. Tu i ówdzie pojawiły się co prawda „żelazne punkty programu każdego erudyty” (Goethe, Proust, Swift, Wagner, etc. – tak na wszelki wypadek, by nie dać umrzeć tym nazwiskom), jednak całość nie jest powtórką z rozrywki. Niejaki brak planu, nienarzucanie jedynej koncepcji widzenia tematów, to wielkie plusy. Styl niemal potoczny, lekki, bezpośredni, ale jednocześnie dość bezosobowy, przeskakiwanie z cytatu na cytat chwilami zaskakuje doborem przywoływanych autorów, a chwilami zastanawia, na ile to jeszcze erudycja, a na ile myślotok, dziki bluszcz, którego nie przycina ani nie ogarnia ogrodnik. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niefortunnie brzmią słowa autora potępiające rasizm i seksizm, ponieważ zdarzają mu się seksistowskie komentarze, niewinnie przemycane w cytatach, najchętniej puentujących dany fragment rozważań (recenzja jest jak naga kobieta, zakonnicy życzy się, by jej synowie zaszli wysoko w kościelnej hierarchii, na karierze instrumentalistki najbardziej zaważyło to, iż niegdyś zwrócono się do niej „proszę pana”, etc.). Tymczasem być może za rasizm można uznać to,f co chyba najbardziej wstrząsające – pomijanie, niedostrzeganie aktualnych problemów społecznych i kulturowych, o czym piszę niżej. O ile więc miałam ochotę przymknąć oko na ewidentne wpadki rodem z repertuaru „dżentelmena” z początku dwudziestego wieku, niektóre rozważania autora niestety zaliczam raczej do utyskiwań w rodzaju nieszczęsnych „refleksji” Jana Turnaua &lt;span style="font-style:italic;"&gt;aka &lt;/span&gt;„Jonasza” w „Gazecie Wyborczej”. Leys wstrząśnięty sytuacją Chin podczas maoistowskiej rewolucji kulturalnej (krótko o tym można przeczytać &lt;a href="http://www.chinaheritagenewsletter.org/tien-hsia.php?searchterm=026_ryckmans.inc&amp;issue=026"&gt;tutaj &lt;/a&gt;i &lt;a href="http://davidwarrenonline.com/index.php?id=741"&gt;tutaj&lt;/a&gt;) nie otworzył jednakowoż swych mądrych ocząt na tyle, by dostrzec dwuznaczność swoich pasji intelektualnych. W wywiadzie z 2011 roku dla „China Heritage Quarterly”, Leys opowiada o swoich aktualnych lekturach – dowiadujemy się, że czyta niejakiego „Leszka Kolekowskiego” (ale może ta literówka nie jest winą jego, tylko internetowego dziennika), ale również eseje Ciorana. Biorąc pod uwagę fakt, że posługuje się językiem francuskim, a także wydaje się żywo zainteresowany ideą „docierania do prawdy”, szkoda, że nie przeczytał na temat autora sardonicznych maksym znakomitej książki Alexandry Laignel–Lavastine „Cioran, Eliade, Ionesco: o zapominaniu faszyzmu. Trzech intelektualistów rumuńskich w dziejowej zawierusze” (przeł. Ireneusz Kania, Universitas, Kraków 2010), która wyszła we Francji w 2002 roku. Być może nie byłby tak entuzjastyczny wobec ideologa rumuńskiej faszystowskiej Żelaznej Gwardii, który nigdy – co bardzo przekonująco udowadnia Laignel–Lavastine – nie odciął się od swojej przeszłości, wręcz przeciwnie, na emigracji robił, co tylko możliwe, by uniknąć spotkania z rodakami, którzy uciekli z Rumunii z innych niż on powodów, i doskonale pamiętali, kogo swego czasu czcił i wychwalał błyskotliwy Emil. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powrócę raz jeszcze do tytułowej anegdotki, która się pojawia w felietonie otwierającym tomik „Szczęście małych rybek. Wiedza z wysokości mostu”. Subtelna przypowieść chińska może być odczytana tak: nikt nie jest w stanie stać się szczęśliwą rybką, ale każdy zna prawdę o jej samopoczuciu/stanie. Ale uczony może opowiedzieć o swojej próbie zrozumienia czy wyobrażenia sobie tego stanu. Leys opowiada się przy okazji przeciwko rugowaniu z nauczania instytucjonalnego sądów wartościujących jako bezprawnych. Według niego byłoby to równoznaczne ze zgonem samej idei uniwersytetu. Ironicznie cytuje w tym kontekście Wiktora Hugo „Każdy uczony jest trochę trupem” (s. 11), co w przypadku Leysa muszę niestety potwierdzić, iż jest może nie tylko „trochę” trupem intelektualnym. Dlaczego? Wielokrotnie lamentuje nad zwycięstwem poprawności politycznej, która przyczynia się nie tylko do usuwania pewnych „idei” z przekazywanych na uczelniach treści, ale również podważa prawo i reguły ocen, które niegdyś funkcjonowały i dominowały. W kontekście osobistych doświadczeń Leysa można by doszukiwać się w jego obronie swego rodzaju oporu wobec czegoś, co mu się kojarzy z kulturalną rewolucją maoistowskich Chin, której przez pewien czas był bezpośrednim świadkiem. Jednak Leys nie odwołuje się do swojej biografii. Moim zdaniem Leys nie potrafi diagnozować przemian współczesnego świata i myśli humanistycznej, o czym świadczy nie tylko wybierana przez niego tematyka, ale uporczywe niedostrzeganie przyczyn tego, co łatwiej mu nazwać „upadkiem”, niż próbować zrozumieć. Nie chce zauważyć, że ów zgon idei uniwersytetu (s. 11) następuje również z powodu braku odpowiedzialności i wyobraźni moralnej intelektualistów zachodnich. Społeczeństwo, a raczej siły konserwatywne kładące nacisk na wagę i powagę autorytetu, wskazując jego źródła, skrajnie nieodpowiedzialnie skazują strony mające owych autorytetów słuchać, na powtarzanie błędów i odklejanie się od zmian następujących w świecie. Rzecz nie w tym, że zmiany są na lepsze czy gorsze, one są zawsze; rewolty nastają, gdy udawanie, że tych zmian nie ma, posuwa się za daleko. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Opinie Leysa na temat współczesności charakteryzuje przede wszystkim brak wrażliwości społecznej – która przydaje się, gdy przemawia z wysokości uczonego Zachodu, chrześcijańskiego obrońcy platońskiej prawdy – na tematy społeczne właśnie. Pomijając wpadkę z chwaleniem mądrości Ciorana,  Leys przybiera pozy misjonarza niosącego kaganek oświaty, który zauważa tylko podobnych sobie na ziemi niczyjej. Spójrzmy np. na felieton „Wycieczka do Nowej Anglii”. Oto autor zauważa, że niesłusznie zarzuca się Ameryce (w domyśle: USA) bycie młodą, niedojrzałą kulturą, której brak wyrafinowania i doświadczenia pozwalającego na prowadzenie bardziej humanitarnej i niepozbawionej wyobraźni polityki zagranicznej. A przecież, zauważa Leys, „istniała również ‘stara’ Ameryka, której wyrafinowanie w niczym nie ustępowały wyrafinowaniu i humanizmowi jej europejskich kuzynów” (s. 13). „No jasne” – myślę sobie. – „Ponad 124 plemion Amerykanów rdzennych w samej Ameryce Północnej i wielkie kultury ludów Ameryki Południowej w czasach przed Kolumbem”, ale autor szybko rozwiewa moje naiwne podejście, bowiem pisze, że ma na myśli tzw. „Nową Anglię”, czyli region Stanów Zjednoczonych nazywany przez Amerykanów kolebką ich współczesnej kultury i świadomości odrębności kulturowej wobec Europy, z której przybyli oni bądź ich przodkowie. Ale może należy przyznać rację Leysowi, bo przecież ludność współczesnej Ameryki nie wyrosła na doświadczeniu i kulturze jej rdzennych mieszkańców: nie ma niemal żadnej kontynuacji, nie ma pełnoprawnego odniesienia; to kultura wyrosła na krwawym podboju, bezwzględnym rabunku w imię zamorskich imperiów chrześcijańskich. Słusznie, że wierzący i praktykujący katolik Leys – jak sam siebie opisuje - nie wspomina o jakichś tam brudnych poganach. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pochodzący z Belgii autor powinien coś niecoś słyszeć na temat problematyki kolonializmu i postkolonializmu, zwłaszcza, że na dodatek osiadł w Australii, gdzie dramatyczna sytuacja ekonomiczna i społeczna znacznej większości jej rdzennych mieszkańców jest szokującą i smutną codziennością. Lata siedemdziesiąte XX w., w których Leys zamieszkał na kontynencie Aborygenów, to czas, gdy potomkowie białych przybyszów ze „starego świata” zaczęli sobie stopniowo uświadamiać, że biedna, niedouczona, mająca problem z alkoholem, narkotykami i przemocą miejscowa czarna mniejszość etniczna, nie znalazła się w tak pożałowania godnym położeniu z własnej woli, z własnego wyboru, ale jest to konsekwencja agresji najeźdźców, którzy „odkryli” Australię w podobnym stylu, jak swego czasu Ameryki. Jednak w eseju o ciekawym w tym kontekście tytule „O kłamstwach, które mówią prawdę”, a który pierwotnie był referatem na doroczną konferencję australijskiego Sądu Najwyższego w 2007 roku (gdzie Leys wygłosił go pod innym tytułem: „Prawdy historyczne i inne”), autor nawet się nie zająknął o jak najbardziej aktualnym problemie australijskiego społeczeństwa, podzielonego i skonfliktowanego. Nie wierzę, że ta tematyka była mu zupełnie obca, że nie zetknął się z nią, choćby dlatego, że w tym czasie nie dyskutowano o tym w Australii, bowiem właśnie w 2007 roku ława przysięgłych w australijskim Townville, po trzyletnim procesie uznała sierżanta policji, Chrisa Hurleya za niewinnego w sprawie śmierci aresztowanego Aborygena Camerona Doomadgee w 2004 roku. Był to pierwszy w historii Australii proces oskarżający policjanta o spowodowanie śmierci aresztanta. Historia stała się bardzo głośna nie tylko na kontynencie australijskim, a sam proces, a także jak do niego doszło i co się stało bezpośrednio po nim, opisała we wstrząsającej książce „Wysoki. Śmierć Camerona Doomadgee” Chloe Hooper (przeł. Agnieszka Nowakowska, Czarne, Wołowiec 2010). W tej relacji nic nie jest czarno–białe; jak powiedziała autorka: „pewne jest jedno prawdę o tym, co tam się stało, zna tylko dwóch ludzi, z których jeden nie żyje” (całość wywiadu z Hooper &lt;a href="http://www.dwutygodnik.com/artykul/2482-elektryczne-napiecie.html"&gt;tutaj&lt;/a&gt;). W roku 2009 wznowiono śledztwo, analizujące po raz kolejny dowody i zeznania świadków. Hooper, laureatka wielu nagród, w Polsce nominowana do Nagrody im. Kapuścińskiego, opowiada w wywiadach o procesie tworzenia swojej książki i podkreśla, jak niewiele biali mieszkańcy Australii wiedzą o Aborygenach, jak mało interesują się ich sytuacją i dziejami, jak błogo nieświadomi są wzajemnych relacji i tego, w jaki sposób biali przybysze zdobyli supremację na „terra nulla”.  Śledztwo w sprawie śmierci Camerona Doomadgee to śledztwo w sprawie kłamstw, to bardzo skomplikowana historia, na którą składają się między innymi nigdy nie „przetrawiona” historia prześladowań kolonialnych, jakich doznali i doznają Aborygeni. Zresztą zwróćmy uwagę na samo nazewnictwo: Australijczycy – nie wymaga to dodatkowych opisów, Aborygeni – nie brzmi jak „Australijczycy”, przez sam rozdźwięk nazwy gdzieś pozostaje sugestia, że oni nie mają prawa do swojej ziemi.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednakże ta bulwersująca i nader aktualna sprawa nie doczekała się nawet najmniejszej wzmianki w referacie Leysa, a raczej – jeśli się doczekała, to o tym nie wiemy (Leys nie odnotowuje, na ile różne są wersje jego eseju – w książce i referatu, który wygłosił). Dowiadujemy się natomiast, ze autor uznał za stosowne wspomnieć o... stalinizmie i hitleryzmie. Jak wiadomo, Australia straszliwie wycierpiała podczas Zimnej Wojny, a Trzecia Rzesza jak tylko zajęła niemal całą Europę, planowała natychmiastowy desant na kontynent australijski. Pisarz nie ma oczywiście żadnego obowiązku być sprawozdawcą politycznym swoich czasów, niemniej jednak jeśli udaje skromnego, ale jednocześnie obytego intelektualistę, radego, by przedstawicieli australijskiej palestry uraczyć godnym zapamiętania referatem o dążeniu do prawdy i o naturze kłamstwa, przy jednoczesnym odwołaniu się do historii północnoatlantyckiej kultury, byłoby cudownie nie zapominać o tym, gdzie i kiedy o tym opowiada. Zbiór felietonów „Szczęście małych rybek” nie jest tylko przyznaniem się, że humanistyka mówi o rzeczach, na których nie ma prawa się znać – czyli dysponować jakimiś ostatecznymi odpowiedziami na prawidłowo postawione pytania. Czytelnik wie, że humanista to uroczy oszust, który zrobił ze śmietnika smoczą górę klejnotów. Problem w tym, że wybór tej tytułowej anegdoty świadczy o kierowaniu myśli i uwagi autora „zawsze gdzieś indziej, zawsze dalej”, nigdy tam, gdzie faktycznie przebywa. Ironicznie, lubując się w klasykach literatury zachodniej, Leys wybiera często cytaty doskonale go opisujące. Trochę niczym obywatel Laputy Swifta, trochę niczym trup z balzakowskiej metafory uczonego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sławomira Raczyńska&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Simon Leys, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Szczęście małych rybek. Listy z Antypodów. O literaturze i nie tylko&lt;/span&gt;, przeł. Wiktor Dłuski, Drzewo Babel, Warszawa 2011. Wszystkie nieoznaczone cytaty i odwołania pochodzą z tego wydania.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-3610102069731992963?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/3610102069731992963/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/08/czy-rybki-sa-szczesliwe-gdy-pywa-z-nimi.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/3610102069731992963'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/3610102069731992963'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/08/czy-rybki-sa-szczesliwe-gdy-pywa-z-nimi.html' title='Czy rybki są szczęśliwe, gdy pływa z nimi trup? Simon Leys, „Szczęście małych rybek”'/><author><name>Sławomira Raczyńska</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11376808583402982279</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-8691780626002633222</id><published>2011-08-23T11:37:00.000-07:00</published><updated>2011-08-23T11:50:48.836-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='USA'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='niewolnictwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='historia kultury'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Znany świat'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Coenowie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='etyka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='mężczyźni'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Edward P. Jones'/><title type='text'>Edward P. Jones, „Znany świat”</title><content type='html'>Z grafiki na utrzymanej w &lt;a href="http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/07/moje-cudze-wspomnienia-kazuo-ishiguro.html"&gt;kolorze sepii&lt;/a&gt;... pardon, w barwach ziemi okładce patrzy na nas trójka ludzi odjeżdżająca wozem. A może nie na nas, może odwracają się, by spojrzeć na pola rozciągające się po obu stronach drogi. Pod tytułem na zachętę wymienione są nagrody, jakich laureatem jest autor – Edward P. Jones. Objętość typowa dla ambitnej powieści obyczajowej. Gdy dodać, że książka to epickie zestawienie losów kilku pokoleń grupy żyjących po sąsiedzku rodzin naznaczonych doświadczeniem niewolnictwa, otrzymujemy zaangażowaną światopoglądowo lekturę dla cieszących się nadmiarem wolnego czasu intelektualistów. Zwłaszcza, że wyjątkowe są pewne okoliczności: przede wszystkim akcja &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Znanego świata&lt;/span&gt; dzieje się w USA przed zniesieniem niewolnictwa (skupiona jest wokół wydarzenia z 1855 roku). Wtedy po pierwsze, choć oczywiście liczni czarnoskórzy (lub osoby o pochodzeniu „międzyrasowym” – trudno używać takich określeń bez niesmaku, nie dość jednak, że były one stosowane, to pozostają zrozumiałe także dziś) byli wolni – wolni, póki nie trafiali na bariery społecznych podziałów, segregacji, w każdym jednak razie nie byli własnością panów, po drugie, zdarzało się, że... sami posiadali niewolników. Niektórzy wolni byli tym praktykom ogromnie przeciwni, i pewnie było to zjawisko o niewielkiej skali, jednak miało miejsce, i chyba rzadko się o tym mówi. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W posiadłości na farmie w miejscowości w południowym stanie Wirginia zmarł taki właśnie pan, Henry Townsend, u progu dorosłości wykupiony z niewoli, dekadę później stateczny mąż (bezdzietny), właściciel niedużej grupy niewolników, swego rodzaju protegowany, ulubiony sąsiad niegdysiejszego swego pana, Billa Robbinsa. Ów biały farmer w przeszłości pozwolił, by wykupili się od niego rodzice Henry’ego, z wielką niechęcią zgodził się później na wolność syna. Sam Robbins, obok białej prawowiernej żony ma czarnoskórą kochankę, również matkę jego dzieci. To tajemnica poliszynela, a wspominam o tym, by podkreślić – Robbins to mecenas „amerykańskiego snu”, nie sprawiedliwości i równości. Wierzy w konkurencję rynkową, dochodzenie do zamożności poprzez pracę (niekoniecznie własnoręczną). Jest człowiekiem Południa, i tyle. Odgrywa przede wszystkim rolę katalizatora niektórych zdarzeń, ale nie jest to postać pierwszoplanowa. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poznajemy środowisko ludzi „o nie czysto białym pochodzeniu”. Oznacza to, że często realny, widzialny kolor skóry nie jest istotny, przecież i tak cała społeczność wie, kogo ma porcelanolica kobieta w siódmym pokoleniu przodków... Jest zatem Henry i jego rodzice, jest jego żona, Caldonia, i jej brat, Calvin. Jest Fern, okoliczna nauczycielka, dzięki której byli i obecni niewolnicy mogą się wyrwać z analfabetyzmu. Są niewolnicy Henry’ego. Wszystko to, co dzieje się w życiu bohaterów, jest interesujące, ale nie porusza ani po części tak, jak np. losy bohaterek i bohaterów Toni Morrison. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skąd tytuł powieści? Autor podkreśla, że rozpadł się świat niewolników Henry’ego, im zaś było komfortowo w „znanym”. Kres życia ich pana ma sugerować zmiany, lecz zdaje się, iż ci niewolnicy Henry’ego nie byli jego własnością zbyt znów długo, poza tym dramaty wśród nich rozgrywały się niezależnie od zdrowia Townsenda. Jak wskazałam na początku, jego śmierć jest dość trafnie ustanowiona kompozycyjnym centrum powieści, jednak to, co wokół niego orbituje – przeszłość i przyszłość – to kontinuum; nie jestem przekonana o wielkiej zmianie, przewartościowaniu, utracie „znanego świata”. To nastąpiło chyba dopiero po wojnie secesyjnej! W samej zaś książce pojawia się wzmianka, że niewolnicy Townsenda mieli nadzieję, iż po śmierci Henry’ego wdowa ich uwolni. Ani to jej było w głowie, tym bardziej więc świat tych ludzi pozostał „znany”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fabuły powieści nie będę szczegółowo streszczać, zresztą byłoby to bezcelowe. Nie dziwią wysokie oceny wystawiane Znanemu światowi przez krytyków: trudno Jonesowi coś zarzucić. Wszystko jest spójne, z rozmachem, w miarę wciągające, niewątpliwie unikające nieudolności, imponujące zapleczem, jakiego autor potrzebował, by stworzyć opowieść o tak szczególnym etapie w historii amerykańskiego niewolnictwa. Są nawet fragmenty dość drastyczne – co podkreślam, by nie sugerować, że np. lektura Toni Morrison podnosi mi ciśnienie, a Edward Jones usypia. Jednak brak tu magii. Iskry. Nie umiałam się zaangażować w lekturę. Nie zależało mi, by noc zaczęła się nie wtedy, kiedy powinna, a wtedy, gdy ja przewrócę ostatnią stronicę (owszem, zdarza mi się czytać do skandalicznych godzin rannych). Niemal obojętnie doczytałam do końca, zresztą pod koniec narracja zdaje się zmierzać ku atrofii. Przeczy „dziejowemu” happy endowi (na który złożyło się zniesienie niewolnictwa, później polityka afirmacji), podkreślając wartość życia i osobistego doświadczenia, które tracone jest z każdą jednostkową śmiercią. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Istotne kwestie u Jonesa to m. in. obowiązkowa chyba współcześnie wrażliwość na praktyki niehumanitarne, pytania, czy posiadanie ludzi było oczywistością czy dylematem, oraz „cieniowanie”, relatywizowanie ocen zachowań we względu na odmienność sytuacji. Jeśli chodzi o długofalowe efekty pewnych osobistych wyborów, dowiadujemy się, co się z niektórymi osobami stało po latach: nic nie jest oczywiste. Na przykład najgorszy kobieciarz (seksista i być może seksoholik) z farmy Townsendów ustatkował się, wyjechał z żoną do Richmond. Tam oboje tak wsławili się pracą pedagogiczną, że po latach na ich cześć nazwano ulicę w mieście – z użyciem pełnych imion i dwuczłonowego nazwiska, by potomni nie mieli wątpliwości. Czy Jones jest honorowany i celebrowany za polityczną poprawność? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niedawno miałam okazję obejrzeć ostatni film braci Coenów, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Prawdziwe męstwo&lt;/span&gt; (&lt;span style="font-style:italic;"&gt;remake &lt;/span&gt;klasyka Henry’ego Hathawaya, a może raczej nowa adaptacja powieści Charlesa Portisa). Twórczość tego reżyserskiego tandemu jest znana i lubiana, jednak w kilku słowach streszczę opowieść. Akcja dzieje się w ostatniej ćwiartce XIX wieku. Handlujący bodaj bawełną ojciec rodziny, w tym 14-letniej Mattie, został zastrzelony i obrabowany. Morderca znany jako Tom Chaney umknął prawdopodobnie na terytorium Indian, a w miasteczku, w którym doszło do tragedii, nikt nie jest zainteresowany pościgiem. Mattie sama wynajmuje tropiciela, nadużywającego alkoholu i przemocy Roostera Cogburna, i mimo jego sprzeciwu, wraz z nim oraz teksańskim rangerem, LaBoeufem, rusza na poszukiwanie Chaneya. Dziewczyna jest rezolutna, inteligentna, silna, zdeterminowana, „po kobiecemu” meandruje pomiędzy rywalizującymi (bynajmniej nie o nią) Roosterem i LaBoeufem. Mężczyźni są bufonami, ich wizerunki twardych, nieustępliwych i znających się na swoim fachu ludzi zachodu są doprowadzone do granicy karykatury. Prawdziwym męstwem jest wziąć podczas galopu lejce w zęby, i oburącz strzelać z dwóch pistoletów. Prawdziwym męstwem jest zajeździć i dobić konia, by ratować ugryziona przez węża damę. Niestety brawurowa pomoc okazała się spóźniona – Mattie utraciła ramię. Przyszło jej wrócić do kantorka zostawionego przez ojca przedsiębiorstwa, i życie w staropanieństwie (kara za szaleństwa młodości).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy się czeka, by Coenowie swoim zwyczajem przekłuli ten nadmuchiwany przez półtora godziny projekcji balon, oni robią coś przeciwnego – kończą film ów balon patynując, umieszczając na cokole. Rezygnują z pozycji zdystansowanej, konsekrują świat przedstawiony. Niemal bezkrytyczne odwoływanie się do wartości reprezentowanych szczególnie przez Roostera, ale również przez LaBoeufa i Mattie, to anachronizm ślepy na fakt, że świat się zmienił od czasu podboju „Dzikiego Zachodu”. Motorem działań głównej bohaterki jest chęć doprowadzenia mordercy pod właściwy sąd (mężczyzna i tak jest zastrzelony wcześniej, podczas sceny mającej zapewne robić wrażenie słusznego aktu samoobrony), przez co w cieniu pozostaje pytanie, czy aby na pewno kara śmierci, Prawo zabijające w swym majestacie jest cywilizacyjnym ideałem. To narracja waloryzująca stanowisko amerykańskich tradycjonalistów. Niezależnie od opinii licznych krytyków filmowych, zachwyconych nie tyle odnowieniem przez Coenów formy westernu, co doprowadzeniem jej jednocześnie do skrajności i do wersji „anty”, dla mnie film sakralizuje rzekomą wolność obywatelską, której wyrazem jest np. dążenie do powszechnego prawa do posiadania broni palnej (o sprzeciwie wobec prób zniesienia w USA kary śmierci nie wspominając).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cóż, kiedy pomyślę o Coenowskiej apologii machoidów „Dzikiego Zachodu”, o zaserwowanym przez nich patosie powrotu do utopijnej przeszłości, w której męstwo było męstwem, kowboje mieli – za przeproszeniem – jaja, baby były zaradne, w której czarnoskórzy rezolutni stajenni połyskiwali białymi zębami, z uśmiechem mówiąc „Yes m’am”, a Indianie się poukrywali, i spokój.... zatem, kiedy o tym pomyślę, Jones prezentuje się po stokroć korzystniej. Wybieram bohaterów, których charakteryzuje – uwaga, modne słowo – sprawstwo. Coenowie ograniczyli się do eksploatacji historycznej już konwencji. Narracja Jonesa wprawdzie zdaje się być stylistycznie bardzo tradycyjna, niedekonstruująca, stonowana niczym kolorystyka okładki książki, lecz przekonuje, „przeciąga na swoją stronę” i nie razi anachronizmem. &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Znany świat&lt;/span&gt; może być pozbawiony fajerwerków, mimo to proponuje spojrzenie nań pod kątem &lt;span style="font-style:italic;"&gt;nieznanym&lt;/span&gt;, i poucza bez zbędnego dydaktyzmu. Będę oczekiwała kolejnych publikacji tego autora.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Edward P. Jones, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Znany świat&lt;/span&gt;, przeł. Witold Kurylak, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2005.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-8691780626002633222?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/8691780626002633222/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/08/edward-p-jones-znany-swiat.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/8691780626002633222'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/8691780626002633222'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/08/edward-p-jones-znany-swiat.html' title='Edward P. Jones, „Znany świat”'/><author><name>Paulina Szkudlarek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07806571691844060258</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-3650578634007267968</id><published>2011-08-10T08:56:00.000-07:00</published><updated>2011-08-10T14:32:19.553-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Engelking'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='religia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Zagłada Żydów'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='etyka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Żydzi'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Gross'/><title type='text'>Barbara Engelking, „Jest taki piękny słoneczny dzień... Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945”</title><content type='html'>Jak było, a jak jest nacechowane słowo Żyd? Czy to obelga? Określenie, którego należy unikać w imię szacunku (wszak obelgą nadal bywa), a może dumnie używać, ponieważ zostało poddane skutecznemu reclaimingowi, zmieniło swój wydźwięk z negatywnego, pogardliwego, a przez ludzi „na poziomie” unikanego, na neutralny i opisowy? Nie, nie sięgnę tu po &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Walczące słowa&lt;/span&gt; Judith Butler (przeł. Adam Ostolski, Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, Warszawa 2010)! Chcę tylko – pod pretekstem tego pytania – wskazać wagę kontekstów, intencji nadawczej i odbiorczej, oraz szerokiego spektrum interpretacji określonych wypowiedzi, zarówno prac naukowych, jak i apelatywów. Pozwoli to umotywować moją krytykę jednej książki, i aprecjację drugiej, gdzie obie poświęcone są dość zbliżonej tematyce: to &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów&lt;/span&gt; oraz &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Jest taki piękny słoneczny dzień... Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie miałam okazji sięgnąć po wcześniejsze prace Jana Tomasza Grossa. Rzecz jasna śledziłam publicystykę wokół nich, jeszcze w Poznaniu uczestniczyłam w poświęconej im dyskusji. Ponadto kwestią hamującą moje zainteresowanie tematyką żydowską jest podstawowa dystynkcja, tu ustanowiona przez wierzenia religijne – a mnie odrzucają wszelkie. Jednak ostatnio, &lt;a href="http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/07/jan-tomasz-gross-wspopraca-irena.html"&gt;podobnie jak współautorka tego bloga&lt;/a&gt;, sięgnęłam po &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Złote żniwa&lt;/span&gt;. Gross (jako współpracowniczkę w autorstwie podana jest jego żona, więc nie wiem, czy może należy pisać: Grossowie), pozyskał i zreprodukował zdjęcie, na którym widać ludzi siedzących wokół rozkopanych mogił. Ma być to fotografia spod Treblinki, ukazująca usankcjonowaną, uporządkowaną działalność hien cmentarnych. Gross nie opowiada, że tam i wtedy było właśnie tak, a nie inaczej, tylko bierze ów punkt wyjścia, by relacjonować grabieże (i nie tylko) – jak podpowiada podtytuł – „na obrzeżach zagłady Żydów”. W skrócie, albowiem &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Złotym żniwom&lt;/span&gt; poświęcony już jest poprzedni wpis, autorowi nie chodzi o hitlerowców, lecz o osoby zamieszkujące teren okupowanej Rzeczpospolitej: co mówiło narzucone prawo, co praktykowano, jak pomagano (Gross koncentruje się na niskich pobudkach, czyli: ukrywaniu czy dożywianiu za słonymi opłatami) i jak szkodzono: poprzez upokorzenia, donosy, tortury, przepędzanie, obławy, zabijanie. Jak zachowywano się po wyzwoleniu wobec tych, którzy przetrwali w obozach, tych, którym do końca udało się kryć, tych, którzy wracali w swe dawne miejsca zamieszkania. Gross poświęca rzecz jasna rozdział obojętności oraz antysemityzmowi kleru i Kościoła katolickiego. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Książka asekuracyjnie została przez wydawców nazwana esejem historycznym: dla uniknięcia oskarżeń, że to przecież nie jest „własna” praca badawcza. Zebrane i wykorzystywane są wyłącznie gotowe opracowania, z czego większość pochodzi z ostatnich lat, czyli odkąd problem polskiej odpowiedzialności za zbrodnie przeciw Żydom został nagłośniony w największej mierze przez Grossa właśnie: odkąd znani są jego &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka&lt;/span&gt; (Fundacja Pogranicze, Sejny 2000).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To mój kolejny zarzut: koniunkturalizm, odcinanie kuponów od wcześniejszych osiągnięć – i niejednoznacznej sławy. Gross zdaje się ukazywać siebie jako niezłomnego głosiciela gorzkiej i niewygodnej dla Polaków prawdy, napiętnowanego przez tych nietolerancyjnych antysemitów jako wróg publiczny (co potwierdza publicystyka reprezentująca skrajnie prawą stronę sceny politycznej). Wydawnictwu „Znak” nie przeszkadza otaczająca autora antykatolicka fama, wszak na Grossie można zarobić. Opublikowano już zresztą &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Wokół "Złotych Żniw". Debatę o ksiażce Jana Tomasza Grossa i Ireny Grudzińskiej-Gross&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Znak” to &lt;span style="font-style:italic;"&gt;mainstream &lt;/span&gt;w swojej branży, balans między zaściankowością a kontrowersyjnością, wydawnictwo aktualnie specjalizujące się we wznowieniach przekładów beletrystycznego kanonu współczesności. Publikuje Grossa znanego, zapoznanego, i po tym, jak jego &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Sąsiedzi &lt;/span&gt;zostali wchłonięci w społeczny krwioobieg. Pamiętajmy choćby o ówcześnie urzędującym Prezydencie RP w 2001 roku oficjalnie przepraszającym za zbrodnię w Jedwabnem. Jakkolwiek dla prawej strony tutejszej sceny politycznej był to skandal, upokorzenie Polaków, dowód na to, na czyjej smyczy chadza Kwaśniewski, do kogo się łasi i macha ogonkiem (do dzisiaj wypowiedzi krytyczne i antysemickie są na szczycie listy wyszukiwania frazy &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Kwaśniewski Jedwabne&lt;/span&gt;), i jakkolwiek mnie ten gest wydawał się spóźniony i niewystarczający, dziś należy podkreślać, iż był to rzadki moment, kiedy władze tego kraju zdobyły się na coś godnego szacunku, coś czego jako obywatelka nie muszę się wstydzić. Przez lata, które od tamtych przeprosin minęły, podobnie godne pochwały wydarzenie się nie powtórzyło. W każdym razie to dowód uznania Grossowych racji, mimo warsztatowych wątpliwości, jakie &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Sąsiedzi &lt;/span&gt;budzili. &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści&lt;/span&gt; (Znak, Kraków 2008) był już skazany na status bestsellera. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O ostatniej książce zaś z goryczą można rzec, iż „żniwa” to sobie Gross urządził, sięgając po wiele szczegółowych (lecz ze względu na charakterystyczny obieg literatury naukowej niemogących liczyć na dużą popularność) opracowań, na nich, na cudzym wysiłku badawczym opierając swój sukces wydawniczy. Nic wtedy dziwnego, że metodologii tu brak. Jest wzmianka o antropologicznym pojęciu opisu gęstego, ale to chyba jedynie retoryczny sztafaż mający zaimponować odbiorcom niezorientowanym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Problem, jaki mam ze Z&lt;span style="font-style:italic;"&gt;łotymi żniwami&lt;/span&gt;, to... obojętność. Nie ruszają mnie nienawistność, okrucieństwo, bezduszność, chciwość, bezmyślność czy antysemickie zacietrzewienie, o jakich w książce mowa, ponieważ opisy są z drugiej ręki, rzecz jasna, zamieszczone zgodnie z regułami cytowania. Rzekome „szkalowanie” Polaków przez autora również nie budzi mej pasji polemicznej – o świętym oburzeniu nie wspominając – gdyż nie dość, że jestem bardzo daleka od jakichkolwiek ideowych i retorycznych form gloryfikacji tej grupy (jako ofiar historii czy osobników szczególnie szlachetnych), to jeszcze niemiłe jest mi myślenie o pojęciu „naród” jako definiowalnej, adekwatnej (do czegokolwiek) kategorii poznawczej. Jedyna naprawdę istotna dla mnie rzecz: Gross domaga się przezwyciężenia prymatu liczb i statystyk, pragnie pamięci o każdej skrzywdzonej osobie jako indywiduum, kimś wyjątkowym, kto czuł, przeżywał, cierpiał, kogo udziałem był strach, głód, zimno, kogo raniło lekceważenie, obojętność, kogo pełne prześladowań ostatnie lata życia zakończyła anonimowa śmierć, czyje szczątki były porzucane gdziekolwiek bądź, przeszukiwane... Zaraz zaraz! Tak naprawdę mnie interesuje, wzrusza, bulwersuje to, co miało miejsce przed śmiercią, gdy człowiek – z pełnią szacunku dla nie-ludzkich form życia – jest człowiekiem. To, co się robi z zwłokami, jest istotne tylko dla żywych – ku ich pocieszeniu, satysfakcji, znieczuleniu sumienia, ba, z najbardziej przyziemnego punktu widzenia: dla odsunięcia groźby epidemiologicznej. A jednak to za mało: Gross mnie nie przekonuje na przykład dlatego, że jego wywody nie przewartościowują moich poglądów. Po drugie: nie wierzę, że przewartościowują  czyjekolwiek. Ci bowiem, którzy przyznają mu rację, badają, zgłębiają, dopowiadają, edukują, przepraszają już od lat. Osobom nastawionym indyferentnie przychodzi jedynie przełączyć kanał, gdy w telewizji pojawia się ten irytujący temat, gdzieś tam w końcu trafią się utalentowane gwiazdy tańczące na lodzie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zetknęłam się również z inną, opublikowaną bardziej „niszowo” (przez Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów) pozycją: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Jest taki piękny słoneczny dzień... losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942 – 1945&lt;/span&gt; Barbary Engelking. To już praca oparta na bogatych badaniach własnych, odwołująca się do źródeł historycznych: dokumentów sądowych (archiwa IPN, sprawy głównie z województw warszawskiego, kieleckiego, etc. – słowem, z hitlerowskiej Generalnej Gubernii), zbiorach warszawskiego ŻIH i jerozolimskiego Yad Vashem – by wymienić kilka, plus rzecz jasna literatura przedmiotu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Autorka chce ukazywać świat wojennego ukrywania się z perspektywy Żydów, i tych, którzy przetrwali, i tych, którzy zginęli. Obficie cytuje relacje jednych ukrywających się o innych, pamiętniki niekiedy odkrywane w gruzach, itp. Każda możliwa do zidentyfikowania osoba otrzymuje godność na kartach tej książki – a „godność” jest przecież staroświeckim synonimem „nazwiska” – tym samym Engelking spełnia najmocniejszy postulat Grossa – w kwestii dopominania się o indywidualizację ofiar więcej już zrobić nie można.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystko opisane jest bardzo systematycznie. Skąd się wzięli szukający pomocy ludzie? Uciekli z miast. Uciekli z gett. Uciekli z transportów. Albo już przed wojną mieszkali na wsiach. Jak się utrzymywali? Znów kilka grup, oczywiście niekoniecznie rozłącznych: spieniężyli przedwojenny majątek; nie spieniężyli, ale stopniowo upłynniali, by opłacić haracze za swe utrzymanie; pracowali nadal w swoich skromnych zawodach (np. krawcy); pracowali gdziekolwiek (np. na roli); byli w pełni zdani na swoich gospodarzy; byli zdani na swój spryt, szczęście i przyrodę. Czemu musieli ukrywać się nawet przed własnymi sąsiadami? Okoliczności wyzwalały najgorsze instynkty. Chłopi wzajemnie sobie zazdrościli – czemu on, a nie ja, się ma bogacić żydowskim złotem? Trzeba na niego donieść. Albo z zięciem sami załatwimy sprawę. (To akurat nie cytat; słowa osób autentycznie zamieszanych w opisywane procedery są po stokroć bardziej drastyczne). Równie dobrze budziły się zadawnione animozje: imperatyw kategoryczny szkodzenia bliźniemu. Kolejny powód: w wioskach niemieckie kontrole nie były częste, ale przed okupantami odpowiadali sołtysi i polska policja. Zaniechanie i niesubordynacja wszelkiego rodzaju dawały powody do karania. Tu uzasadnieniem był strach, owszem. Gross pisał w &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Złotych żniwach&lt;/span&gt;, że Polacy starają się forsować w świecie „usprawiedliwienie”, jakoby w okupowanej Polsce, inaczej niż np. we Francji, za ukrywanie Żydów groziła kara śmierci. Według Grossa to propaganda tuszująca winy. Tymczasem Engelking opowiada o właśnie takim zabijaniu ludzi niosących pomoc, pardon, przyłapanych na niesieniu pomocy. Kończyło się też puszczaniem z dymem gospodarstw. Przy tym potworną rzeczywistością było ochotnicze karanie, np. przez sołtysa albo wioskową grupkę brutalnych osiłków–terrorystów. Autorka mówi, że hitlerowcy byli „na służbie zła”, zaś ci Polacy byli jego „wolontariuszami” (s. 153), szkodzili, dręczyli, zabijali brutalnie, spontanicznie, chaotycznie, chętniej uprawiając „rękodzieło” albo wyszukując improwizowaną broń. Wskazane jest, że w – proszę wybaczyć to określenie – odmętach pamięci narodowej pozostali na powierzchni ci, którym pomagano (s. 17). Tych skrzywdzonych i pokrzywdzonych wyparto. W aktach oskarżeń polskich zbrodniarzy najczęściej bezimienne ofiary określane są jako mężczyźni lub kobiety N. N., ewentualnie dzieci. Oczywiście powojenne losy ocalonych też były dramatyczne, i choć Engelking zatrzymuje się na 1945 roku, cytowane dokumenty sądowe są powojenne. Tedy w przypadku wielu opisywanych procesów Żydzi – świadkowie nie oczekiwali wyroków (albo wyników apelacji): byli już w Izraelu. Ostracyzm czekał ich wybawicieli – wiemy o ludziach, którzy wstydzili się odznaczeń „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”, kryli się z nimi lub je wyrzucali. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W czasach wojny nie mówiono: Polacy i Żydzi, tylko zawsze: chrześcijanie i żydzi. Wydaje mi się, że wprowadzony później przepis ortograficzny „powiększający” wiadomą pierwszą literę jest proizraelski, w sensie politycznym (wskazuje wspólnotę etniczną), nie zaś honoryfikującym (czyli nie podkreśla wyjątkowego szacunku dla wiary religijnej). Przecież nie trzeba wyznawać judaizmu, by być Żydem. Żydem czy Izraelczykiem? Zauważyłam, że w historycznych dokumentach częstym synonimem &lt;span style="font-style:italic;"&gt;żyda &lt;/span&gt;jest &lt;span style="font-style:italic;"&gt;izraelita&lt;/span&gt;. W nawiązaniu do konstatacji otwierających dzisiejszego posta, myślę, że to swego rodzaju niegdysiejszy eufemizm, dzisiaj odbierany jako pogardliwy, obok typowo grubiańskich obelg, których przykładów nie będę jednak starała się sobie przypomnieć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Porzucając dygresję dodam, iż wiadomym jest, że w okupacyjnym antysemickim kontekście z żydowską identyfikacją było dokładnie odwrotnie. Osoby, które z obywateli wieloetnicznego państwa spadły do poziomu podludzi, w większości uważały się za Polaków (s. 154) – nie byli ani syjonistami optującymi za osobnym krajem dla swej wspólnoty krwi i wiary, ani odklejonymi od dowolnej rzeczywistości politycznej i gospodarczej ortodoksami. Celowo piszę w rodzaju męskoosobowym. Z nazistowskiego punktu widzenia Żyd był lepiej rozpoznawalny niż Żydówka. Niezależnie od płci można było mieć wygląd „dobry” bądź „ujemny” – ale to na pierwszy, niekiedy złudny rzut oka. Wydaje się, choć praca Engelking o tym milczy, że we wsiach semicka aparycja nie robiła tak wielkiej różnicy, jak w miastach. W większych skupiskach ludności anonimowość przechodniów, współpasażerów i innych przypadkiem się spotykających osób, sprzyjała ocenie „na oko”. Mieszkańcy wsi znali się nawzajem, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;wiedzieli&lt;/span&gt;, nie musieli szacować i klasyfikować bliźnich na podstawie proporcji części twarzy czy koloru włosów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;U Engelking opisywane są warunki bytowe Żydów: w jakich pomieszczeniach, lub gdzie na polach i w lasach ludzie się chowali, jak dawali sobie radę z głodem, pragnieniem, zimnem, upałem, opadami, dusznością, etc., jak się komunikowali z osobami niemuszącymi się kryć i ze sobą nawzajem. Co dość interesujące, wielkim zagrożeniem była partyzantka: AL, AK, BCh, ktokolwiek. Żydzi często nie rozpoznawali specyfiki poszczególnych ideowych odnóg, zresztą zaiste: co to w ich sytuacji była za różnica?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na wsiach – wedle relacji dostępnych i przywołanych przez autorkę – nigdy się nie zdarzały brawurowe odbicia podczas transportów. Zresztą główna teza mówi, że to, co się działo, przekracza tradycyjną triadę: kat, ofiara, świadek (np. s. 257). Niemcy rozpisali inne role: ściganej zwierzyny, naganiacza, myśliwego. Żydzi nigdy nie mogli zmienić swego &lt;span style="font-style:italic;"&gt;emploi &lt;/span&gt;w tym teatrze śmierci, natomiast Polacy bywali i myśliwymi, i naganiaczami, i gapiami. Och, ofiarami też.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Praca Engelking jest socjologiczno-historyczna. Jej mankamentem są aspiracje do wzniesienia się poza tę dziedzinową atrybucję. Mianowicie dla objęcia uroków ludzkiej natury autorka sięga po psychologię. „Na doświadczenie Zagłady można spojrzeć z perspektywy psychologicznej także jako na swoiste laboratorium natury ludzkiej, gdzie ścierają się tkwiące w niej dobro i zło (...). W owym laboratorium rozpoznajemy wyraźnie, że linia oddzielająca dobro od zła jest umowna, a ludzie są nie tyle źli, ile raczej mają dyspozycję do czynienia zarówno zła, jak i dobra” (s. 189). Gdzie indziej przeczytamy: „Zło (...) jest bardziej wyraziste niż dobro, zarówno z punktu widzenia &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;doświadczenia psychologicznego&lt;/span&gt;, jak i ze względu na obiektywną szkodę, jaką wyrządza. Doznane dobro nie wymazuje doświadczonego zła (...)” (s. 155, wyróżnienie moje – P.S.). Dalej mowa o tym, jak psychologiczna reguła asymetrii pozytywno–negatywnej uczy nas, że „wpływ przeżyć negatywnych jest silniejszy, niż pozytywnych”, choćby „obiektywnie” plusy i minusy się równoważyły, oraz o tym, dlaczego jest to mechanizm ewolucyjny i efektywny w życiu społecznym (s. 155). W podobnym guście wyjaśniane są takie zjawiska psychiczne jak zawiść i zazdrość (s. 107-108), czy chciwość: „jedna z wielkich namiętności, kierujących ludzkim działaniem” (s. 111). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drażniący bywa sposób wysławiania się autorki. Co to jest doświadczenie psychologiczne z cytatu przywołanego w poprzednim akapicie? Eksperyment dokonany w ramach dziedziny nauki, która nazywana jest psychologią? Formalnie tak. A może to doznanie w jakiś sposób odciskające się na psychice jednostki? Kontekstowo tak. Innymi słowy, w ferworze kwiecistym autorka przegapiła działanie konwencji każącej mówić o „doświadczeniu psychicznym”, nie psychologicznym. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobne wątpliwości budzi we mnie aplikacja licznych innych „uczonych” sformułowań. Engelking pisze – by ograniczyć się do dwóch zaledwie przykładów – o „dedykowanym zabójcom aktom” (s. 227). Cóż za zbędny anglicyzm, by ograniczyć się do wymownego uniesienia brwi. Szczególnie przyciąga uwagę jedno z najchętniej współcześnie nadużywanych określeń, przestrzeń. Słowa: „ukrywanie się w przestrzeni wiejskiej” (s. 101) czy [t]opografia przestrzeni wiejskiej” (s. 85) brzmią niemal karykaturalnie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Engelking uruchamia mnóstwo tanich, nawet nie religijnych, a dewocyjnych i stereotypowych skojarzeń. Wspomina o wydarzeniach mających strukturę odpowiadającą narracji ewangelii, o gestach ewangelicznych, o Żydzie–tułaczu, o żłóbku, o pustyni... Autorka pisze o tej ostatniej, gdzie ludzie dopraszają się wspomożenia: „Chodzi nie tylko o dosłowny sens – braku pomocy, obijania się o ludzi, ich strach lub niechęć (...). Pustynia ludzka ma także wymiar psychologiczny – jest bezskutecznym poszukiwaniem współczucia oraz nadziei i wiary w drugiego człowieka. W wymiarze topograficznym to doświadczenie włóczęgi, bezdomności, braku schronienia, a w wymiarze duchowym – doznanie najgłębszego cierpienia i egzystencjalnej samotności” (s. 259). Taka narracja nosi znamiona szantażu emocjonalnego, gdyż jako takie odbieram te fragmenty apelujące do chrześcijańskich sumień (należy zarazem zauważyć, iż deprecjonująca deskrypcja tak zwanego doświadczenia pustyni nie jest teologicznie relewantna). I chociaż owe odniesienia czysto religijne powodują tylko kolejny przypływ irytacji z powodu wszechobecności tej retoryki, legitymizującej jedynie słuszny porządek opartego na Biblii świata, to podbudowa treści merytorycznej, która zdecydowanie mówi sama za siebie, nie potrzebuje ciągłych argumentów &lt;span style="font-style:italic;"&gt;ad miseriacordiam&lt;/span&gt;. Natomiast ktoś, komu i tak brak empatii czy kto jest obojętny wobec akurat tego aspektu czasów Zagłady – i tak przez &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Jest taki piękny słoneczny dzień&lt;/span&gt; nie przebrnie. Jeżeli zaś ktoś ostrzy swe pióro przeciw naukowcom i publicystom dopominającym się pamięci o polskiej odpowiedzialności za udrękę Żydów (czyli współodpowiedzialności za Zagładę), sięgnie raczej po efekciarskiego Grossa i otrzyma wodę na swój młyn. Pozostaje zatem dopominać się o jak najszerszą dystrybucję i recepcję publikacji Barbary Engelking.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paulina Szkudlarek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Barbara Engelking, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Jest taki piękny słoneczny dzień... Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945&lt;/span&gt;, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2011.Wszystkie nieoznaczone cytaty i odwołania pochodzą z tego wydania.&lt;br /&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-3650578634007267968?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/3650578634007267968/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/08/barbara-engelking-jest-taki-piekny.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/3650578634007267968'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/3650578634007267968'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/08/barbara-engelking-jest-taki-piekny.html' title='Barbara Engelking, „Jest taki piękny słoneczny dzień... Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945”'/><author><name>Paulina Szkudlarek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07806571691844060258</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-5726365227982203863</id><published>2011-07-26T14:23:00.000-07:00</published><updated>2011-07-27T09:09:50.219-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='społeczeństwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='historia kultury'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='esej'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Zagłada Żydów'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Żydzi'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Gross'/><title type='text'>Jan Tomasz Gross (współpraca Irena Grudzińska–Gross), „Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów”</title><content type='html'>Sven Lindqvist zastanawiając się w książce &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Terra nullius&lt;/span&gt; nad problemem zadośćuczynienia za wielowiekowe krzywdy i prześladowania wobec Aborygenów, proponuje rozważenie następujących kwestii. Przede wszystkim – jak pokolenia, które nie uczestniczyły w kolaboracji Szwecji z nazistowskimi Niemcami, w Holokauście, czy ci Australijczycy, którzy urodzili się wiele lat po tym, jak wyrugowano Aborygenów z ich terytorium, mogą poczuć jakąkolwiek odpowiedzialność za czyny przodków i krzywdę ich ofiar i ich potomków? Lindqvist wspomina sytuację gdy jako młody człowiek został oskarżony przez Islandczyków jako „Szwed, czyli kolaborant z nazistami” - bronił się mówiąc, że miał tym czasie dziesięć lat: „Nikt mnie nie pytał o zdanie”, jednak islandzka gospodyni podsumowuje to mówiąc „Wystarczająco dużo, żeby podzielić się łupem”. Rozważając później słuszność tego oskarżenia, broni się: „Nie można winić dzieci za błędy rodziców. Każde nowe pokolenie rodzi się bez winy”. Jednak później dochodzi do wniosku, że to nie do końca prawda, przynajmniej nie w tym kontekście. „Dług zaciągnięty przez państwo przechodzi z pokolenia na pokolenie. Podobnie majątek narodowy, wielokrotnie przewyższający zadłużenie. Żeby być bogatym, wystarczyło urodzić się Szwedem. (...) To, że nigdy nie przeżyłem bombardowania, ostrzałów, a nawet nie musiałem spać głodny, zawdzięczałem tchórzliwej polityce ustępstw mojego kraju. Gospodyni miała rację. Brałem udział w podziału łupu. A zatem powinienem ponieść odpowiedzialność” [1]. Autor &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Terra nullius&lt;/span&gt; przypomina sobie, jak w dzieciństwie był uczony na lekcjach religii czym jest skrucha i co się na nią składa – zrozumienie swojej winy, żałowanie złych uczynków i ich konsekwencji, wreszcie – przyrzeczenie poprawy. Jako dorosły człowiek uważa jednak taki chrześcijański proces skruchy za niewystarczający, ponieważ ogranicza się on jedynie do osobistych przemyśleń i jako taki „jest marną pociechą dla pokrzywdzonego. Łatwo zresztą zapomnieć o obietnicy [zadośćuczynienia – przyp. SR], jeżeli nikt o niej nie wie”. I dalej, Lindqvist pisze słowa, które uznaję za znakomite wprowadzenie do omawianej książki Grossów: &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;„Czy można brać na siebie winę za cudze występki? Występki, których się osobiście nie popełniło, lecz pośrednio odniosło się z nich korzyści? Jak powinny brzmieć kryteria skruchy, by móc je zastosować w przypadku zbiorowej odpowiedzialności za historyczne przewinienia? Może tak:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;· Przyznajemy otwarcie, że nasi przodkowie popełnili nieprawości, a my czerpiemy z nich korzyści.&lt;br /&gt;· Prosimy o wybaczenie tych, którzy doznali krzywd, oraz ich potomków.&lt;br /&gt;· Przyrzekamy w miarę możności wynagrodzić pokrzywdzonych za wciąż żywe następstwa popełnionych czynów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Im większa zbiorowość, tym bardziej rozmywa się osobista odpowiedzialność. Im słabsze indywidualne poczucie winy, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie ona tylko pustym gestem” [2].&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może ktoś zapyta, jaki związek mają rozważania szwedzkiego dziennikarza o stosunku Australijczyków do Aborygenów w kontekście książki Grossów? Przecież taki temat pasuje bardziej do rozważań na temat postkolonialnych zależności i należności, a poza tym, zgodnie z popularnym w pewnych kręgach przekonaniem, bogatą Szwecję „stać” na tolerancję. Jednak moim zdaniem co najmniej jednym wspólnym mianownikiem tych dwóch książek jest porażająca obojętność świadków tragedii i zagłady ludzi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyznam się, że choć &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Złote żniwa&lt;/span&gt; wpadły w moje ręce przez przypadek, przeczytałam je kilkukrotnie i przedyskutowałam. Jeśli mogę powiedzieć, że jest problematyczna czy też wieloznaczna, to dlatego, że jako ćwiczenie ze społecznej, historycznej czy emocjonalnej wrażliwości i poczucia odpowiedzialności w duchu opisywanym przez Lindqvista, lektura Grossów sprawdza się znakomicie, to z kolei jako dziełko określone mianem eseju historycznego jest co najmniej dyskusyjne, ponieważ ładunek emocjonalny jest tak absolutnie przytłaczający, że czytelnik nie śmie niemal zapytać dokładniej o użytą metodologię czy też słuszność niektórych wniosków autorów. Nie ukrywam, że znajduje moje osobiste uznanie fakt, iż prowokująca intelektualnie i moralnie książka to znakomicie wyważony kamień obrazy dla odbiorców hołdujących wizji Polaka – wiecznego bohatera i zarazem wiecznej ofiary. Postaram się wskazać najbardziej interesujące dla mnie fragmenty książki Grossów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tytułowa metafora &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Złote żniwa&lt;/span&gt; może być zinterpretowana na różne sposoby. Znajdujemy tu skojarzenie alchemiczne, złowrogie w swojej wymowie. Oto bowiem otrzymujemy opis niezliczonych (nawet jeśli policzalnych) umęczonych ofiar żydowskiego pochodzenia – bo nie zawsze takiej tożsamości i świadomości etnicznej – które w wyniku zbrodniczych działań innych ludzi chyba niemal każdej europejskiej narodowości, zostają zepchnięte w czerń śmierci, bólu, by zmienić się w złoto, materialne, złoto kosztowności, złoto wydarte z ciał, nieważne na jakim etapie uśmiercania. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z kolei życie jako złoty kłos to metafora na wskroś chrześcijańska, o czym przypomina wykorzystanie symbolu kłosa na szatach liturgicznych katolickich księży. Tutaj nabiera ona bardzo materialnego wydźwięku – jako opłacalny interes i to nie dla tych, stereotypowo utożsamianych z bogactwem i chomikowaniem złota w tej samej piwnicy, w której duszą się maleńkie chrześcijańskie dzieciny, z których potem zrobi się macę. Żniwa śmierci zmieniają złote kłosy w czarną gnijącą materię. Skojarzenia alchemiczne są o tyle złowrogie, ponieważ doskonale ukazują czysto materialny aspekt obłąkańczej ideologii ludobójczej. W moim odczytaniu tytuł tej książki wskazuje na los, życie, przeznaczone i zdefiniowane tylko i wyłącznie przez groźbę okrutnej śmierci. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Grossowie skupiają się głównie na ekonomicznym aspekcie zagłady Żydów podczas drugiej wojny światowej. Pozbawiona skrupułów grabież żydowskiego mienia, jaka miała miejsce jeszcze przed rozpoczęciem tej wojny, jak i podczas niemieckiej okupacji Europy, wzbogaciła nie tylko bezpośrednich sprawców Zagłady, ale również m. in. polskich chłopów. W tym momencie warto przypomnieć sobie dylemat Lindqvista – na ile choćby moje pokolenie (rocznik 1979) powinno poczuwać się do odpowiedzialności za wydarzenia mające miejsce za życia moich babek i dziadków, prababć i pradziadków. W jakim sensie mogę mówić o udziale w „podziale łupu”, majątku, który został odebrany Żydom? Biorąc pod uwagę częściowo chłopskie pochodzenie mojej rodziny, a także niezłą znajomość antysemickich stereotypów wygłaszanych nie tylko przez członków rodziny, ale i mieszkańców rodzinnego miasteczka, moją uwagę przykuły w tym kontekście następujące fragmenty &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Złotych żniw&lt;/span&gt;: &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;· Raport Romana Knolla (kierownika Komisji Spraw Zagranicznych przy Delegaturze Rządu) z sierpnia 1943 roku, w którym rozważa powrót Żydów do „ich placówek i warsztatów jest zupełne wykluczony, nawet w znacznie zmniejszonej ilości” – ponieważ w strukturze społeczeństwa polskiego ludność nieżydowska zajęła miejsce Żydów – i następnie „powrót Żydów w masie odczuty byłby przez ludność nie jako restytucja, ale jako inwazja, przeciwko której broniłaby się ona nawet drogą fizyczną” [por. s. 176];&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;· Ocena polityka londyńskiego, Jerzego Brauna, który na polecenie rządu likwidował aparat Delegatury, z lipca 1945 roku: „[...] we wsi i w miasteczkach nie ma dziś miejsca dla Żyda. W ciągu ubiegłych sześciu lat w Polsce wytworzył się (nareszcie!) nieistniejący przedtem polski stan trzeci, przejął całkowicie prowincjonalny handel, pośrednictwo, dostawy, lokalną wytwórczość [...] oraz wszelkie rękodzieło. Ci młodzi synowie chłopscy i dawny proletariat miejski wysługujący się Żydom – stanowią element zawzięty, wytrwały, chciwy, pozbawiony doszczętnie wszelkich skrupułów moralnych w handlu, górujący nad Żydami odwagą, inicjatywą i rzutkością [...]. Te masy z tych terenów nie ustąpią. Nie ma siły, która by je usunęła” [s. 176, 177].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uderza w tych cytatach między innymi fakt, że choć następcy przedstawicieli ludności pochodzenia żydowskiej – bo przecież najczęściej byli to po prostu zasymilowani Polacy, niekoniecznie przejawiający zainteresowanie ruchem syjonistycznym, o których pochodzeniu nikt nie dał IM zapomnieć ani wybrać - są wprost określani terminami rodem z wszelkich negatywnych stereotypów Żydów – bogaczy, krwiopijców i wyzyskiwaczy. Dzisiejsze opisy bezwzględnych „bojowników korporacyjnych” czy też „liderów drapieżnego kapitalizmu” pasują całkiem nieźle do „polskiego żywiołu”, który po wojnie starał się wzbogacić najprzeróżniejszymi metodami. Wątpliwości co do moralnej oceny tego zastąpienia Żydów przez Polaków w społeczeństwie nie pojawiły się jednak dopiero razem z książkami badaczy Zagłady czy u potencjalnego polskiego czytelnika czy czytelniczki po lekturze szwedzkiego moralisty Lindqvista. Grossowie przypominają co na ten temat pisał Kazimierz Wyka w latach 1939–45 w książce &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Życie na niby&lt;/span&gt;: „Centralnym faktem psychogospodarczym lat okupacji pozostanie niewątpliwie zniknięcie z handlu i pośrednictwa milionowej masy żydowskiej [...i] próba inercyjnego i automatycznego wejścia żywiołu polskiego na miejsce opróżnione przez Żydów. [...] Czy formy, w jakich się ta eliminacja dokonała, i sposób, w jaki społeczeństwo nasze pragnęło i pragnie ją zdyskontować, były i moralne, i rzeczowo do przyjęcia? Otóż, chociażbym tylko za siebie odpowiadał i nie znalazł nikogo, kto by mi zawtórował, będę powtarzał – nie, po stokroć nie. Te formy i nadzieje były haniebne, demoralizujące i niskie. Skrót bowiem gospodarczo – moralnego stanowiska przeciętnego Polaka wobec tragedii Żydów wygląda tak: Niemcy, mordując Żydów, popełnili zbrodnię. My byśmy tego nie zrobili. Za tę zbrodnię Niemcy poniosą karę, Niemcy splamili swoje sumienie, ale my – my już teraz mamy same korzyści i w przyszłości będziemy mieli same korzyści, nie brudząc sumienia, nie plamiąc dłoni krwią” [s. 178].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zapewne nie tylko Polacy są wyjątkowo odporni na wszelką refleksję nad własną winą i zaangażowaniem narodu w prześladowania i eliminację Żydów, a także rozgrabieniem żydowskiego mienia. Polski mit narodowy, jakoby kraj zamieszkiwali niemal wyłącznie święci, bohaterowie i ofiary, co jest usprawiedliwieniem roszczeniowego stosunku do rzeczywistości, zawsze dzielnie podtrzymywał Kościół katolicki, który nauczając swoich poddanych w wierze o moralności, całkowicie wyrugował z tego pojęcia empatię i współczucie wobec ludzkiego cierpienia, za które Polacy odpowiadali lub odpowiadają nadal. Biorąc pod uwagę zasłyszane nie tylko w domu, ale i w rodzinnym miasteczku antysemickie wierzenia i sądy, doskonale zdaję sobie sprawę, że przez wszystkie powojenne lata zdecydowana większość księży nie splamiła się rozważaniem nad tym, dlaczego antysemityzm był i jest złem, które żyje dzięki kłamstwom i lękom [3]. Ludzie, których znam od lat, głównie z pokolenia babć i dziadków, ale także rodziców, powtarzają znane od wieków potworności na temat Żydów nie tylko dlatego, że nigdy nie postarali się zweryfikować tych sądów – również dlatego, że ich tak zwani duchowi przewodnicy nigdy nie zajęli się wystarczająco światle i konsekwentnie tym bolesnym i drażliwym tematem. Spośród wielu antysemickich zapisków sporządzonych przez Polaków, które bezdyskusyjnie udowodniają religijne źródło ich moralnej, emocjonalnej znieczulicy w obliczu zagłady Żydów, przytoczę jeden, wręcz idealnie reprezentatywny: „a więc Pan Jezus dał Żydom prawie dwa tysiące lat na poprawę, lecz widząc, że dalej trwają w swych zbrodniach, zesłał na nich karę. Tak jak oni przelewali krew Niewinnego, tak teraz ich właśni przyjaciele Niemcy, z którymi tyle nieprawości rozsiali po świecie, teraz ich mordują. A więc sprawiedliwość Boska nierychliwa, ale sprawiedliwa” [s. 12, z przedmowy autorstwa Jana Grabowskiego].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Grossowie poświęcili tematowi stosunku Kościoła katolickiego w Polsce wobec Żydów  w czasie drugiej wojny światowej osobny rozdział swojej książki. Z cytowanych dokumentów wynika jasno i przerażająco – Kościół katolicki nie był praktycznie w ogóle zainteresowany losem Polaków żydowskiego pochodzenia. Sami księża byli nadzwyczaj rzadko zaangażowani w jakąkolwiek pomoc Żydom. „Kościelny obrachunek z okresem okupacji wymaga objaśnienia braku reakcji na ludobójstwo, którego dokonywano wówczas na oczach polskiego duchowieństwa. (...) W kilkudziesięciu listach przesłanych przez polskich biskupów do Rzymu, które opublikowano w oficjalnym watykańskim zbiorze dokumentów na temat drugiej wojny światowej (...) nie ma żadnych informacji o zagładzie Żydów” [s. 185, 186]. Dodatkowo przez całą książkę przewijają się świadectwa ukazujące, iż Polacy biorący udział w mordowaniu ludności żydowskiej, nierzadko wykorzystywali scenariusz drogi krzyżowej bądź inne elementy kultu katolickiego podczas bezpośredniej eliminacji swoich ofiar. Religia nie służyła pokrzepianiu ducha podczas grozy wojny, nie pomagała zachować człowieczeństwa. Przytaczane relacje z kaźni żydowskiej wskazują raczej na fakt, że wierzenia katolickie legitymizowały i nadawały pewien porządek zbrodni. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Złotych żniwach&lt;/span&gt; Grossowie bardzo konsekwentnie ukazują, iż uprzedmiotowienie i odczłowieczenie Żydów zarówno przed, jak i podczas drugiej wojny światowej, przyczyniły się do całkowitego braku skrupułów podczas aktywnego udziału w mordowaniu Żydów i kradzieży ich majątku. W &lt;a href="http://wyborcza.pl/1,75475,9118509,Puscic_Zyda_na_zajaczka.html#ixzz1SxR1eZhh"&gt;artykule &lt;/a&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Puścić Żyda na zajączka&lt;/span&gt;, powstałym jako komentarz czy też dodatek do książki Jana Grabowskiego &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Judenjagd. Polowanie na Żydów&lt;/span&gt; [4], Anna Bikont wskazuje na fakt, że „W czasie wojny chłopi bali się Niemców, bali Żydów, ale głównie bali się siebie nawzajem”. Chciwość i strach przed sąsiadami sprawiała, że chłopi polowali na ukrywających się Żydów nie tylko pod przymusem i z chęci ratowania własnego życia, ale również spontanicznie, niejako „dla siebie”, aby tym więcej zgarnąć ewentualnych kosztowności dla siebie. Rozmówcy Anny Bikont zwracają też uwagę na fakt, że chłopi polscy używali innych określeń na zabijanie Żydów i na strzelanie do Polaków. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Warto tu wspomnieć o znakomitej recenzji Jerzego Jedlickiego książki Barbary Engelking &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Jest taki piękny słoneczny dzień... Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945&lt;/span&gt; [5], w której autor pisze: „O nieadekwatności triady Hilberga [rozróżniającej role sprawcy, ofiary i świadka – przyp. SR] pierwsza &lt;a href="http://archiwum.polityka.pl/art/-juz-dosyc-zycia-dla-was-bylo,430537.html"&gt;pisała Elżbieta Janicka&lt;/a&gt; w przenikliwej polemice z niektórymi tezami &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Strachu &lt;/span&gt;Jana Tomasza Grossa („Kultura i Społeczeństwo” 2008, nr 2), której notabene autor &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Złotych żniw&lt;/span&gt; postanowił nie zauważyć. Może dlatego, że Janicka sprzeciwia się stanowczo uznawaniu żądzy złota, rabunku czy konkurencyjnej zawiści za główny motyw aktów antyżydowskich przed wojną, podczas wojny czy po wojnie. Były to powody pospolite, towarzyszące, lecz wtórne: „Warunkiem mówienia o tak zwanych ekonomicznych przyczynach antysemityzmu jest bowiem uprzednie wykluczenie Żydów ze wspólnoty – społecznej, narodowej, ludzkiej”. Nawet dzieci świetnie to rozumiały wiedząc, że „żydków” wolno wydrwiwać, nękać, a wreszcie, gdy przyjdzie taka pora, chwytać, sprawdzać, czy są obrzezani, i wydawać na śmierć. Za darmo. „W odniesieniu do tej sytuacji – pisze Janicka – trzecie ogniwo triady Hilbergowskiej nie funkcjonuje. [...] Bystander? Ani stander. Ani by. [...] Bo czy świadek zaangażowany – w przenośni i/lub dosłownie – to jeszcze świadek”? Ani nie jest „świadkiem” ten, kto się poczuł zobowiązany do uratowania przed fatalizmem Zagłady choć jednego skazanego na poniżenie i bezimienną śmierć. Co zaś sprawiało, że tacy ludzie mimo wszystko się znajdowali i mieli siłę stawić czoło swojej społeczności i jej prawom – na to nie umiemy odpowiedzieć”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odnoszę wrażenie, że tezę Elżbiety Janickiej &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Złote żniwa&lt;/span&gt; Grossów – chcąc lub nie chcąc – częściowo udowadniają. Dokumenty przytoczone dla podparcia tezy, iż antysemityzm i traktowanie współobywateli żydowskiego pochodzenia jako martwych za życia, udowadniają, niejako pobocznie, że chciwość, zawziętość i obojętność na ludzką krzywdę, wynikającą z głównie z dziedziczonej z pokolenia na pokolenie biedy, polscy chłopi okazywali każdemu bez względu na narodowość czy pochodzenie. Jedyna rzecz, która ich różniła w tym względzie, to łupiąc bezlitośnie Żydów, pozostawali – a nawet pozostają – bezkarni, działali niemalże w majestacie ówczesnego prawa. Podobne stwierdzenia można odnaleźć też w wypowiedziach zebranych przez Annę Bikont w cytowanym wyżej artykule. Miałam wrażenie częściowej niespójności tez Grossów zwłaszcza podczas lektury rozdziału „Próba normalizacji”. Nie do końca spójne z tematyką książki jest podawanie przez Grossa przykładów spoza polskiego kontekstu. Ich wymowa zdaje się sugerować: natura ludzka to walka o przeżycie i zagrabienie tego, co może życie uratować lub polepszyć, i człowiek stara się o to nie przebierając w środkach. Każdy może zwrócić się przeciwko drugiemu, nienawiść do drugiego człowieka jest ponad wszelką antypatię do określonego rodzaju, gatunku czy przynależności etnicznej. Gross podkreśla, że cała aktywność polskich chłopów, aby rozgrabić i zabrać dla siebie jak najwięcej, „wyabstrahowana jest z kontekstu moralnego. To nie są groby, to jest coś w rodzaju pola z ostatkami” [s. 57].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najsłabszym punktem książki Grossa jest wg mnie fakt, że często wydaje się odchodzić od formy eseju do pewnej formy analizy czy też konkluzji natury historyczno–socjologicznej, do której, moim zdaniem, po prostu nie przedstawia wystarczająco dobrej metodologii. Fragmenty, w których jako hasła przywoływane są nadal dość modne koncepcje antropologiczne (opis gęsty), osłabiają wymowę całej książki i z wymiaru empatycznego przechodzi się w irytację metodologa i krytycznego czytelnika. O ile jako esej propozycja Grossa jest znakomitym odium przeciw polskiemu nadętemu samozadowoleniu z bycia wiecznym bohaterem, ofiarą, romantycznym, szlachetnym i posiadającym słowiańską umiejętność aktywizowania gamy subtelnych emocji, których jest pozbawiony zarówno germański oprawca, jak i zdradziecki Rosjanin na spółkę ze zboczonym Unitą, o tyle jako diagnoza społeczno–historyczna bazuje na zbyt wątłej metodologii i stosunkowo niewielkiej liczbie przykładów, stąd zapewne krytyka wniosków wysuwanych przez Grossa, iż są one nieuprawnionymi uogólnieniami. Moim zdaniem &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Złote żniwa&lt;/span&gt; mogłyby być nawet książką całkowicie zmyśloną – okazały się one bowiem o tyle znakomitym ćwiczeniem dla zwyczajnej ludzkiej wrażliwości na ból, śmierć, zło, cierpienie dla polskiego społeczeństwa, o tyle diagnoza jest straszliwa – ponieważ po raz kolejny okazuje się, że ważniejszy jest patriotyczny PR i dobre samopoczucie wszystkich zainteresowanych. Na Grossa posypały się gromy głównie za szkalowanie Polaków, zabrakło elementarnego poczucia ludzkiej przyzwoitości wobec bezpośrednich i pośrednich świadectw bezgranicznej śmierci, nieskończonego bólu, cierpienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przytoczyłam na początku tej recenzji rozważania Lindqvista (którego książki bardzo polecam), ponieważ jedną z moich konkluzji jest opinia wcale nie oczywista dla wielu osób, a mianowicie, że chrześcijaństwo jako powiedzmy, projekt wychowawczy ludzkiego charakteru i autorytet wzmacniający dobro, na które ludzie potrafią się zdobyć, jest całkowitym fiaskiem. Lindqvist w książce o Aborygenach pokazał, jak możliwa była ich eksterminacja i wywłaszczenie – dzięki uznaniu przez przybywających z Europy Zachodniej przybyszów Australii za Ziemię Niczyją, a Aborygenów za nieme cienie przemykające po kontynencie. Grossowie przedstawiają w &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Złotych żniwach&lt;/span&gt; „niczyj” majątek, „niczyje kosztowności” należące do „nikogo”, czyli Żydów. Natomiast ja zwracam uwagę na „niczyją” odpowiedzialność zbrodni opisaną przez świadków, historyków i dokumentalistów Zagłady – nie tylko Żydów, ale wszelkich mniejszości etnicznych. Przytoczę jeszcze raz słowa Lindqvista: „Im większa zbiorowość, tym bardziej rozmywa się osobista odpowiedzialność. Im słabsze indywidualne poczucie winy, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie ona tylko pustym gestem” [6], ponieważ społeczność Kościoła katolickiego jest olbrzymia, odpowiedzialność, poczucie winy rodzi się i pozostaje najczęściej w tych, którzy do niej nie należą. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W projekcie fotograficznym &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Macewy codziennego użytku&lt;/span&gt; Łukasz Baksik zwraca uwagę na fakt, iż skoro, podążając logiką ukazaną powyżej, Żydzi to „nikt”, po Zagładzie (choć praktyka niszczenia macew znacznie ją poprzedza) ich ciała nie potrzebują do pochówku wyszczególnionej w tym celu ziemi. Odkąd zabrakło wspólnoty, żydowskie cmentarze stają się terenem pamięci o „nikim”, terenem „niczyim”, skąd wszelkie materialne obiekty upamiętniające „drogich zmarłych” mogą być wykorzystane jako budulec nowej codzienności – bez Żydów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-WPnAQHP0T_o/Ti8zP-50bUI/AAAAAAAAABY/WaeEIClDuE8/s1600/dalej.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 223px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-WPnAQHP0T_o/Ti8zP-50bUI/AAAAAAAAABY/WaeEIClDuE8/s320/dalej.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5633778008540343618" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy fotografie Baksika zaprezentowano na tegorocznym 21. Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie, skorzystałam z okazji, by posłuchać opowieści autora, w jaki sposób powstawała dokumentacja losów żydowskich nagrobków. Łukasz Baksik relacjonował, jak doszło do tego, że przez kilka lat jeździł po Polsce w poszukiwaniu tego, co pozostało po żydowskich cmentarzach po drugiej wojnie światowej. Jak odkrywał zaskakujące wykorzystanie macew z żydowskich cmentarzy jako budulca codziennego użytku, do odnowienia drogi, muru, ścian domu, czy jako koła szlifierskie w warsztatach. Z rozmów z właścicielami fotografowanych obiektów wynikało jasno, że nikt nie pomyślał o użytym materiale jako jakimkolwiek obiekcie mającym znaczenie kulturowe, religijne czy emocjonalne. Ot, leżało „niczyje”, nikomu już nie przydatne, bez zastosowania. Nawet jeśli indagowany człowiek wiedział, że używa w jakimś kontekście codziennym fragmenty macew, nie widział w tym nic niestosownego. &lt;a href="http://www.proarte.net.pl/wywiad/wywiad.html"&gt;Słowa Baksika&lt;/a&gt; współbrzmią zgodnie z cytowanymi wyżej tezami Elżbiety Janickiej o wykluczaniu Żydów ze wspólnoty ludzkiej ,narodowej, społecznej: „Wydaje mi się, że to, co stało się z cmentarzami żydowskimi i ich nagrobkami, to efekt procesu wykluczania Żydów poza ramy wspólnoty. Myślę, że (w dużym skrócie) proces ten przebiegał w taki sposób: inni – nie nasi – nie swoi – nie mieszczą się w ramach wspólnoty, albo dokładniej – naszej wspólnoty. Wykluczeniu podlegają również ich zmarli, duchy, cmentarze, nagrobki. To nie nasi zmarli, nie nasze duchy, więc nie będą nas straszyły; to nie nasze cmentarze – tracą zatem swoje tabu, skradzenie z nich nagrobka przestaje być profanacją, a zaczyna być jedynie wykorzystaniem kamienia jako materiału budowlanego”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-MK4o9qJS85g/Ti8zsGamIsI/AAAAAAAAABg/vmICCqXY2UU/s1600/blizej.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 213px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-MK4o9qJS85g/Ti8zsGamIsI/AAAAAAAAABg/vmICCqXY2UU/s320/blizej.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5633778491593204418" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Baksik bezpośrednio, osobiście, włączył się w pobudzanie do refleksji napotykanych ludzi, w sprawie macew w ich domach, ogródkach, zadawał proste pytania odwołujące się do wrażliwości w wymiarze, w jakim rozmówcy byli w stanie zrozumieć własną odpowiedzialność w tym zakresie. „Moje zdjęcia mają zachęcić np. nauczycieli, by przygotowali lekcje dotyczące przedwojennej historii żydowskiej w konkretnej miejscowości. Z Towarzystwem Inicjatyw Twórczych "ę", znanym z projektu &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Dla tolerancji&lt;/span&gt;, jeździmy po Polsce. Staramy się angażować lokalne społeczności. Pokazujemy, co robiono z macew, i zastanawiamy się, co zrobić, gdy się potkniesz o macewę. Bo najlepiej zawieźć ją na cmentarz. Ale nie wszędzie są cmentarze żydowskie, bywa, że są bardzo zaniedbane. Może tworzyć lapidaria? Każdy przypadek jest inny, dla każdej miejscowości tworzymy więc inną Instrukcję powrotu informującą mieszkańców, gdzie odwieźć macewę, kogo poprosić o radę. Opracowujemy je z lokalnymi działaczami, ekspertami z ŻIH-u i innych instytucji” [całość wypowiedzi &lt;a href="http://wyborcza.pl/1,75480,8570781,Macewy_codziennego_uzytku.html?as=2&amp;startsz=x#ixzz1Sxpx95D1"&gt;tu&lt;/a&gt;].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To, co chciałabym zaakcentować najmocniej, to słowa autora, kiedy opowiada czym dla niego są jego zdjęcia i cały projekt. Nie powołuje się na instytucje („razem z Centralnym Biurem Pamięci Narodowej”...), nie wspiera się żadnym „autorytetem” („kiedy rozmawiałem z biskupem Głośnobrzmiącym”... ), ani nie odwołuje do jakiejś szerszej zbiorowości ( „uważam, że dla nas, Polaków”). Baksik rozpoczyna od siebie, własnej odpowiedzialności i świadomości: „(...) traktuję je jako misję – chciałbym, żeby wystawa przyczyniła się do rozpoczęcia wielkiej, ogólnopolskiej akcji oddawania macew na cmentarze żydowskie; z drugiej mają dla mnie z pewnością wymiar intymny, bo wszystkie pytania, które zadaję odbiorcom moich fotografii, zadawałem i wciąż zadaję również sobie”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sławomira Raczyńska&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jan Tomasz Gross, współpraca Irena Grudzińska–Gross, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów&lt;/span&gt;, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011. Wszystkie nieoznaczone cytaty i odwołania pochodzą z tego wydania.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;&lt;br /&gt;Zdjęcia wykorzystane za uprzejmą zgodą Autora.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przypisy:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] Sven Lindqvist, T&lt;span style="font-style:italic;"&gt;erra nullius. Podróż przez ziemię niczyją&lt;/span&gt;, przeł. Irena Kowadło-Przedmojska, W.A.B., Warszawa 2010, s. 14 i 15.&lt;br /&gt;[2] Tamże, s. 22-23.&lt;br /&gt;[3] Przy zaznaczeniu wiedzy o życiu i działalności takich postaci, jak np. Romuald Jakub Weksler-Waszkinel.&lt;br /&gt;[4] Jan Grabowski, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;JUDENJAGD. Polowanie na Żydów 1942-1945. Studium dziejów pewnego powiatu&lt;/span&gt;, Stowarzyszenie  Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2011.&lt;br /&gt;[5] Barbara Engelking J&lt;span style="font-style:italic;"&gt;est taki piękny słoneczny dzień... Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945&lt;/span&gt;, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2011.&lt;br /&gt;[6] Sven Lindqvist, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Terra nullius. Podróż przez ziemię niczyją&lt;/span&gt;, dz. cyt., s. 22-23.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-5726365227982203863?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/5726365227982203863/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/07/jan-tomasz-gross-wspopraca-irena.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/5726365227982203863'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/5726365227982203863'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/07/jan-tomasz-gross-wspopraca-irena.html' title='Jan Tomasz Gross (współpraca Irena Grudzińska–Gross), „Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów”'/><author><name>Sławomira Raczyńska</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11376808583402982279</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-WPnAQHP0T_o/Ti8zP-50bUI/AAAAAAAAABY/WaeEIClDuE8/s72-c/dalej.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-773702007642379034</id><published>2011-07-25T08:55:00.000-07:00</published><updated>2011-07-25T09:18:36.773-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='społeczeństwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='historia kultury'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Japonia'/><title type='text'>Patrick Smith, “Japan. A Reinterpretation”</title><content type='html'>Tym razem postanowiłam nieco przełamać koncepcję tego bloga, według której piszemy tu wyłącznie o książkach dostępnych na polskim rynku wydawniczym i w tutejszych bibliotekach. Przedmiotem dzisiejszego omówienia będzie – &lt;span style="font-style:italic;"&gt;notabene &lt;/span&gt;nabyta w &lt;a href="http://massolit.com/"&gt;krakowskiej księgarni&lt;/a&gt; – książka Patricka Smitha, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Japan. A Reinterpretation&lt;/span&gt;. Autor to amerykański dziennikarz niegdyś żyjący w Tokio. Jego praca pochodząca sprzed niemal już 20 lat ma profil politologiczno–socjologiczny z domieszką odwołań historycznych. Poświęcona jest weryfikacji wypaczonych wyobrażeń, jakie o Japonii mają Amerykanie (i szerzej, ludzie Zachodu). Co interesujące, z tego, co przeczytałam, nie wynika, czy autor, znany także z pozycji &lt;span style="font-style:italic;"&gt;The Nippon Challenge. Japan's Pursuit of the America's Cup&lt;/span&gt;, zna język japoński – szkoda, że nie ma o tym mowy. Lekturze towarzyszy poważna niedogodność: tekst obfituje w cytaty, brak mu jednak odnośników, ponieważ książka jest określona jako nieakademicka. Tymczasem tak naprawdę wszystko co powinno być przypisami, zostało podane w jednej z końcowych partii publikacji. Opis przywołuje, na jakiej stronie została dana pozycja wykorzystana (a nie ma tam tylko danych bibliograficznych, lecz także rozmaite cenne dopowiedzenia). Na poszczególnych owych stronach brak informacji, że coś stamtąd ma swój odnośnik. Przyznam, że już nawet czytanie tekstu z przypisami końcowymi i cytowaniem oksfordzkim jest dla mnie bardzo niewygodne – wolę przypisy dolne i unikanie perełek w stylu: (Arystoteles 2003), pozostaje się jednak poddać obowiązującym konwencjom.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Smith pisał dla Amerykanów, być może zadziwionych ekspansją japońskiej popkultury (por. np. Roland Kelts, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Japanamerica. How Japanese Pop Culture Has Invaded the U.S.&lt;/span&gt;). Mam świadomość, że z politycznego punktu widzenia dla Japonii kontakt z USA jest kluczowy, ale orientacja pacyficzna autora jest przejaskrawiona (to określenie na okoliczność faktu, że Japonię i USA dzieli Pacyfik). Jednak dzięki temu ujęciu dowiadujemy się ciekawych rzeczy o zmianach amerykańskiej polityki wobec okupowanej do 1952 roku Japonii, szczególnie o jej zaostrzeniu po tym, jak światowe siły podzieliły się między dwa zantagonizowane obozy, Stany Zjednoczone rozpoczęły antykomunistyczne polowania na czarownice i wymusiły na Japonii pełne podporządkowanie ideom kapitalistycznym w sferach pozagospodarczych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Narracja w &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Japan. A Reinterpretation&lt;/span&gt; jest nieporywająca, autor „rozgrzebuje” pewne sprawy kosztem macoszego traktowania innych, ważniejszych, a w każdym razie kryjących ciekawe fakty i dość zastanawiające analizy. Prezentuje zbyt uproszczoną wizję prawdopodobnie dlatego, by pomieścić jak najwięcej wątków. Mimo to Smith okazał się bogaty w fascynujące i zaskakujące mnie informacje, a jego książka godna jest polecenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Japońskie problemy, jakie zostały wyróżnione i poddane namysłowi to np. wątpliwa jakość demokracji, ksenofobia, łączący miłość i nienawiść stosunek do świata zachodu, wolności obywatelskie, polityka społeczna, korupcja i inne gospodarcze patologie, etc. Smith opowiada o wymienionych sprawach tak, że reflektor oświetla czasy powojenne, w polu widzenia pozostaje jednak kontekst reform wprowadzonych po restauracji Meiji (od 1868), niekiedy zaś sięgamy jeszcze głębiej w historię. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Smith przekonująco burzy mit &lt;span style="font-style:italic;"&gt;sararimen&lt;/span&gt;, mężczyzn – pracowników korporacji, zatrudnionych na stabilnych etatach, awansujących powoli, ale niezawodnie w ramach danej struktury. Taki &lt;span style="font-style:italic;"&gt;image &lt;/span&gt;japońskich białych kołnierzyków poszedł w świat, tymczasem owa sytuacja to wielki przywilej nielicznych. Absolutna większość zatrudnionych Japończyków żyła (i żyje) w typowej niepewności zatrudnienia bądź samozatrudnienia, bez dodatkowych korzyści – odwrotnie, z groźbą bankructwa firmy na silnie konkurencyjnym rynku, bez specjalnych zabezpieczeń socjalnych i bez nadziei na zasobną emeryturę. Smith przekonująco pokazuje, że nawet w czasach prosperity &lt;span style="font-style:italic;"&gt;sararimen &lt;/span&gt;byli zdecydowaną mniejszością. W jego książce potwierdzenie znajduje jednak przekonanie, iż życiowa cena za status &lt;span style="font-style:italic;"&gt;sararimana &lt;/span&gt;jest niezwykle wysoka: przepracowanie, utrata bliskości z rodziną (czy „automatyczne” – bo trzeba się pobierać i mieć dzieci – jej stworzenie, co powoduje, że od początku nie ma w niej serdecznych relacji). Nie należy przemilczać szczegółów: na codzienność &lt;span style="font-style:italic;"&gt;sararimana &lt;/span&gt;składa się nieprzytomnie pijaństwo po pracy, nierozliczanie kosmicznych ilości nadgodzin (takoż niezarabianie na nich), długie godziny tracone w pojazdach komunikacji publicznej, finalnie zaś – groźba śmierci z przepracowania (&lt;span style="font-style:italic;"&gt;karoshi&lt;/span&gt;) albo samobójstwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Interesujący jest opis kłopotu, jakiego po drugiej wojnie światowej przysporzył Amerykanom cesarz Hirohito. W 1945 roku wszystko przemawiało za uznaniem go za zbrodniarza wojennego, został jednak oszczędzony – i wybielony. Pamiętna była jego „kapitulacyjne” wystąpienie radiowe, w której m. in. zrzekł się boskości. Szokiem dla obywateli było już to, że przemówił (nie, skojarzenie z filmem pt. &lt;span style="font-style:italic;"&gt;King’s Speech&lt;/span&gt; nie jest adekwatne!), jednak na dodatek cesarz napisał swą przemowę w oficjalnej, archaicznej wersji japońszczyzny, dla zwykłych ludzi kompletnie niezrozumiałej: konieczne było przetłumaczenie na mowę ówczesną (czyli z grubsza rzecz ujmując – również współczesną). Hirohito dostał propagandowe wsparcie Amerykanów: oto nie był winien wojny, wszak spędził ją odizolowany w pałacu. Jest pożądaną głową odrodzonego po mrokach nacjonalistycznej nocy państwa, gwarantem konstytucji (zresztą napisanej nawet nie pod dyktando, a przez Amerykanów). Cesarz ma też urocze hobby: botanikę. Cóż!, wiadomo, że w istocie Hirohito był zbrodniarzem wojennym, a w pałacu po prostu mieściły się kwatery główne. Co zaś się tyczy botaniki, jeden z jego rozkazów był oficjalnym cesarskim wsparciem prac nad pionierską bronią biologiczną, w które nieszkodliwy, stateczny badacz-amator łąkowej flory był bardzo zaangażowany. Cesarz dożył 1989 roku. W czasie pookupacyjnego, ideowego uzależnienia Japonii od USA wahadło odchyliło się w odwrotnym, aniżeli nacjonalizm i wrogość wobec zapacyficznych sąsiadów, kierunku do tego stopnia, iż w 1972 roku Hirohito chciał sprezentować prezydentowi Nixonowi... Okinawę! &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dlaczego właśnie Okinawa miała być darem? Japonia jest w dużej mierze ksenofobiczna, i pisząc to, myślę nie tylko o wrogości wobec obcych, ale i o obawach, z jakimi się do nich podchodzi. Sam archipelag jest stosunkowo jednorodny etnicznie, lecz należy wskazać na wyjątki: po pierwsze to zamieszkujący głównie Hokkaido Ajnowie, współcześnie chyba sprowadzeni do rezerwatowej atrakcji folklorystycznej, po drugie właśnie ludzie z Okinawy (zwani &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Ryūkyū minzoku&lt;/span&gt;, lud z wysp Ryukyu). Nieco bardziej „zewnętrznymi” obcymi są w Japonii Koreańczycy, i ten przypadek jest specyficzny. Szerokim echem odbiła się wiadomość o tym, iż Japończycy nie mogli się pogodzić z wynikami badań dowodzącymi ich pochodzenia od Koreańczyków; gdy pod koniec XIX wieku podbili Koreę, politycy i wojskowi sami chyba nie wiedzieli czy to aneksja czy kolonizacja. W każdym razie trzy wymienione klasy „innych” to &lt;span style="font-style:italic;"&gt;burakumin &lt;/span&gt;(jedno z dosłownych znaczeń: wieśniaki), ludzie gorsi, podrzędni. Okinawa zatem ukazuje się tu jako na tyle mało warta i obca, że odstąpienie jej nie będzie dla państwa bolesną stratą, a wspomoże jego (trwające także po 1945 roku) dążenia do monoetniczności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Koreańczycy zaś mieli się „wyobcować” ze swej narodowości (niechętnie używam tego słowa!) i wpasować w społeczeństwo japońskie jako obywatele niższej rangi, a raczej podobywatele. Zważmy, że jeszcze długo po drugiej wojnie światowej – czy też, z azjatyckiego punktu widzenia: wojnie na Pacyfiku – obowiązywało ich ostre prawo wizowe (wyjeżdżając, wracali niczym obcokrajowcy potrzebujący wizy czy specjalnego pozwolenia). Najgorzej jednak było w epoce Taishō i pierwszym okresie epoki Shōwa [1]. Skojarzenia z antysemityzmem, jakie miałam podczas lektury tych partii książki Smitha, były nieodparte. W Japonii stworzono obszerne listy osób o koreańskim pochodzeniu; były one kupowane przez wielkie firmy, w celu odpowiedniego wg nich kształtowania polityki zatrudnienia. Za Smithem wymienię te najbardziej znane – Nissan czy Mitsubishi. Owe listy były drogie, stąd tacy instytucjonalni nabywcy, ale również rodziny osób, które chcą się pobierać, zwykły sprawdzać przodków narzeczonych. Śledztwa, dzisiaj już niezgodne z prawem, są niezbędne dla tych, którzy pragną takiej wiedzy, ponieważ Koreańczycy byli skłaniani i zmuszani do przyjmowania japońskich nazwisk – stawali się niebezpiecznie nierozróżnialni. Oni sami stawali później przed trudnymi wyborami – kryć się czy ujawniać. Czy milczenie n.t. pochodzenia jest dowodem nieistotności narodowościowych podziałów (bo przecież żadnej odmienności nie widać), czy braku samoakceptacji i dobrowolnego sankcjonowania uprzedzeń? Niewidoczność podsyca ignorancję i obawy, jednak może zakłócić spokój; odebranie życiowych szans nie jest przecież atrakcyjną alternatywą. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Być może użyte w powyższym akapicie słowa kojarzą się raczej z dylematami homoseksualistów w homofobicznym społeczeństwie, tym bardziej, że Smith używa charakterystycznych określeń: „pass or come out”. Tymczasem trop antysemicki nie ogranicza się do opisanych już list. W 1923 r. miało miejsce wielkie trzęsienie ziemi, po którym od Yokohamy do Tokio jeszcze więcej śmierci i zniszczenia przyniosły pożary. Od razu rozpowszechniły się pogłoski, że Koreańczycy są odpowiedzialni za podpalenia – a także za zamachy bombowe, gwałty na Japonkach i zatruwanie ujęć wody. Grupy sąsiedzkie, razem z policją i wojskiem, urządzały polowania i pogromy. Smith uważa, że to odzwierciedlenie ówczesnej paranoi wobec komunistów w USA, jednak ukontekstowienie tych zjawisk w polskiej świadomości historycznej nasuwa inne skojarzenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znalazłam u Smitha niejedną ciekawostkę, na przykład informację dotyczącą obecności kobiet na scenach kabuki. Dla jasności dopowiem, iż kabuki to mieszczański teatr, którego konwencje ukształtowały się w epoce Edo, a w którym wszystkie role odgrywają dojrzali mężczyźni (&lt;span style="font-style:italic;"&gt;tachiyaku &lt;/span&gt;wciela się postacie męskie, a &lt;span style="font-style:italic;"&gt;onnagata &lt;/span&gt;w żeńskie) [2]. Smith pisze, że kobiety służą w kabuki jako „bieżąca” obsługa sceny, choćby gdy manualnie trzeba coś przestawić. Są ubrane na czarno, a że nie mają aktorskich ról, konwencja każe widzom ich nie zauważać. Rzecz jasna kabuki w żaden sposób nie ociera się o sferę sakralną, i żadne racje „wyższego rzędu” nie wykluczają kobiet, jednak ze znanych mi opisów kabuki kobiety znikają w XVII wieku, by ewentualnie pokazywać się wśród publiczności jako mecenaski, tudzież kryć jako żony &lt;span style="font-style:italic;"&gt;onnagata&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Innym zaskoczeniem była partia o „ikonie” japońskiego feminizmu, Michiko Fukushimie, reżyserce, która ileś dekad wcześniej postanowiła zmienić swe życie po tym, jak obejrzała... &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Popiół i diament&lt;/span&gt;. Artystka była rozmówczynią Smitha, i wyjaśniła mu, iż inspirujące wątki słynnego filmu Andrzeja Wajdy (skądinąd wielkiego przyjaciela Japonii i Japończyków) to kwestie osobistej wolności bohatera, odwagi wyboru, itp. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Smith widzi przemianę pokoleniową: prowspólnotowe dążenia Japończyków w średnim wieku i starszych – pośród których Fukushima była zadziwiającym wyjątkiem – ustępują nakierowanym na zindywidualizowanie (a nawet alienację) postawom młodszych. Znalazło to rzecz jasna swe opisy w wielu innych opracowaniach, jednak – co frapujące – autor rozumie mangi i anime jako ucieczkę z nielubianego opresyjnego obszaru kontroli społecznej, poprawności, osobistego wycofania (ofensywna opresja ma to do siebie, że „spycha”). Swoją drogą przykłady, do których się odwołuje, a które są mi nieobce, trudno przyjąć za reprezentacyjne, ponieważ produkcja mang i anime jest gigantyczna, a nisze niezliczone. Wśród nich znajduje się też miejsce na tematykę kontrowersyjną: by w kontekście nacjonalistycznych i militarystycznych resentymentów przywołać jedynie &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Axis Powers Hetalia&lt;/span&gt; (wydawana w Polsce przez Studio JG). W każdym razie, postępując za myślą Smitha, należałoby odebrać japońskiej popkulturze potencjału subwersywnego, i ograniczyć jej rolę do eskapistycznej. Tymczasem, co autor być może przeoczył, Totoro i Hello Kitty są najlepszymi japońskimi ambasadorami, i razem z innymi herosami mangowej i animowanej wyobraźni spowodowali ogromną zmianę światowych wyobrażeń o swojej ojczyźnie [3]. Dodam, za wspomnianym już Keltsem [4], iż sami Japończycy do dzisiaj są zadziwieni, że „zagranica” tak pokochała ich przemysł rozrywkowy, zaś Amerykanie globalną ekspansję np. Disneya, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Ulicy Sezamkowej&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Hollywood majors&lt;/span&gt; zawsze uważali za oczywistą.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Smith porusza mnóstwo kwestii, których wyczerpujące omówienia są znane i dostępne, i jego praca broni się najlepiej jako na poły przegląd tematu, na poły rozprawa z niesprawiedliwym tudzież przestarzałym obrazem Japonii, jaki pokutuje w Stanach Zjednoczonych. Daje tedy fascynujący wgląd w amerykańską perspektywę, odkrywając subtelności stosunków pacyficznych (określenie w analogii do atlantyckich, rzecz jasna!). Mówiąc wiele o historii, z uwagi na czas, jaki upłynął od publikacji, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Japan. A Reinterpretation&lt;/span&gt; sama staje się dokumentem historycznym, natomiast pytanie, czy w cieniu &lt;a href="http://0.tqn.com/d/gojapan/1/0/C/x/sakurapictures-08-15.jpg"&gt;sakury &lt;/a&gt;zmienia się wszystko, czy nie zmienia się nic, pozostaje bez odpowiedzi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paulina Szkudlarek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Patrick Smith, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Japan. A Reinterpretation&lt;/span&gt;, Vintage, New York 1998&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przypisy:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] Epoka Taishō przypada na lata 1912-1926, a mówiąc o początkowym okresie trwającej od 1926 aż do 1989 roku Shōwa, mam na myśli czasy do 1945 roku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[2] Zamiast akademickich opracowań tematu polecam dla odmiany artystyczne spojrzenie za kulisy kabuki: Mishima Yukio, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Zimny płomień&lt;/span&gt; (&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Onnagata&lt;/span&gt;), przeł. Henryk Lipszyc, w tomie pod tym samym tytułem, Świat Książki, Warszawa 2008.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[3] Z polskiej perspektywy warto w tym miejscu przypomnieć Lucjana Wolanowskiego. Był to żyjący w latach 1920-2006 pisarz–podróżnik, który pół wieku temu wydał &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Zwierciadło bogini&lt;/span&gt;, relację, jak mówi podtytuł, z kraju tranzystorów i gejsz [Czytelnik, Warszawa 1961] – istny literacki odpowiednik Misia, gdzie zamierzony i niezamierzony komizm oraz ewidentna nieudolność sąsiasują z czujnymi obserwacjami budowanymi na świadomości, że czytelnicy nigdy do Japonii nie zawitają. Wolanowski pisał m. in. o gigantycznej fali uprzemysłowienia i skoku produkcji w fascynującym momencie, gdy Japonia nie była technicznie ani technologicznie innowacyjna, produkowała nietrwałą tandetę... która oczywiście i tak nie trafiała na PRL–owski rynek, więc mojemu pokoleniu pozostał chyba raczej obraz solidności, niezawodności, zaawansowania i luksusu dzięki latom osiemdziesiątym i przywożonym z Zachodu lub kupowanym w Peweksach produktom marek JVC, Hitachi, Sony czy innym Panasonicom. Tymczasem właśnie w tej dekadzie świat podbiła Hello Kitty, popularność zaczęło zdobywać Studio Ghibli, zaś Japonia „przemysłowa” pogrążyła się w recesji dokładnie wtedy, kiedy drugą ją miano wybudować w Polsce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[4] Roland Kelts, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Japanamerica. How Japanese Pop Culture Has Invaded the U.S.&lt;/span&gt;, Palgrave, New York 2006, s. 7.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-773702007642379034?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/773702007642379034/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/07/patrick-smith-japan-reinterpretation.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/773702007642379034'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/773702007642379034'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/07/patrick-smith-japan-reinterpretation.html' title='Patrick Smith, “Japan. A Reinterpretation”'/><author><name>Paulina Szkudlarek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07806571691844060258</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-2896298268917846506</id><published>2011-07-07T11:05:00.000-07:00</published><updated>2011-07-08T07:30:08.345-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='społeczeństwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='dziecko'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kazuo Ishiguro'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Japonia'/><title type='text'>Moje cudze wspomnienia. Kazuo Ishiguro, „Pejzaż w kolorze sepii”</title><content type='html'>Dzisiejsza lektura, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pejzaż w kolorze sepii&lt;/span&gt;, to kolejny (po &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Małej Ikar&lt;/span&gt;) anglojęzyczny debiut autora niepochodzącego z kraju swej rezydentury, jakiemu chciałabym tu poświęcić nieco uwagi. Kazuo Ishiguro to Brytyjczyk japońskiego pochodzenia (takie określenie usprawiedliwione jest okolicznością, iż obecnie legitymuje się on brytyjskim paszportem; dodam przy okazji, że zgodnie z zachodnią konwencją, podaje się wpierw jego imię, potem nazwisko), sięgający w swej twórczości ku krajowi swych przodków, ale piszący i myślący wyłącznie w języku Szekspira. Największym sukcesem literackim Ishiguro są prawdopodobnie &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Okruchy dnia &lt;/span&gt;[1]. Pierwsza jego powieść jest zadziwiająca. Z pozoru jak najspokojniejsza, melancholijna, pełna drobnych obserwacji społecznych, jednak po zastanowieniu się można zrozumieć, że otrzymaliśmy niespodzianie puzzle układające się w obraz inny, aniżeli się wydawało. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Główna bohaterka to Etsuko, owdowiała Japonka w średnim, a może nawet w starszym wieku, mieszkająca samotnie na angielskiej prowincji (typowa – czyli zgodna z potocznymi wyobrażeniami sielskości – wiejska okolica, wścibscy sąsiedzi, itp.). Keiko, jej córka z pierwszego, japońskiego małżeństwa (zakończonego rozwodem) popełniła samobójstwo, a Niki, córka, którą ma z nieżyjącym mężem, angielskim japonistą, mieszka w Londynie, nie studiuje, nie wychodzi za mąż, nie spełniając oczekiwań nie ma z matką dobrego kontaktu – źródłem tarć jest na przykład właśnie „panieństwo” młodej kobiety. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powieść łączy dwa plany czasowe – kilka dni spotkania matki z Niki, oraz retrospekcje: wówczas katalizowane wspomnienia z powojennej Japonii. Poznajemy zatem młodą Etsuko jako oczekującą dziecka (owej córki – samobójczyni, Keiko) żonę typowego &lt;span style="font-style:italic;"&gt;sararimana &lt;/span&gt;– kogoś w rodzaju korporacyjnego urzędnika. Mąż, o imieniu Juri, jest dość antypatycznym patriarchą. Para mieszka w Nagasaki, w nowym, choć nieluksusowym bloku. W pobliżu osiedla się jakaś kobieta, matka niechodzącej do szkoły, dość dzikiej 10–latki (Mariko), ku zgorszeniu „porządnych” współobywateli i niezadowoleniu córki – kochanka amerykańskiego żołnierza. Etsuko zbliża się do nowej sąsiadki, rzecz jasna poznaje jej imię brzmiące Sachiko, stara się z nią zaprzyjaźnić. Kobieta jest wdową wojenną, jak się dowiadujemy, osobą zdeklasowaną, na – by tak rzec – przynajmniej kilka sposobów. Przede wszystkim finansowo i moralnie, przy czym, jak nietrudno zgadnąć, ten drugi aspekt jest szczególnie interesujący: zamiast zachowywać się, jak przystało na żonę poległego obrońcy ojczyzny, Sachiko oddaje się romansowi z przedstawicielem okupantów (&lt;span style="font-style:italic;"&gt;ergo &lt;/span&gt;niedawnym wrogiem, i okupantem &lt;span style="font-style:italic;"&gt;per se&lt;/span&gt; [2] ). Mimo swej sytuacji pozostaje snobką. Etsuko pomaga jej znaleźć doraźną pracę, w charakterze pomocy kuchennej w małej jadłodajni, co dla Sachiko jest czymś niestosownym, wręcz wstrętnym. To niekoniecznie musi świadczyć o snobizmie bohaterki, wyjaśnijmy więc bardziej szczegółowo. Sachiko społecznie awansowała przez małżeństwo, a po śmierci męża żyła z jego krewnymi w bogatej rezydencji. Nie poznajemy szczegółów konfliktu z kuzynką, jaki ją z owej przystani wypłoszył (w rozmowach obie strony niezależnie od siebie deklarują Etsuko, iż było to błahe nieporozumienie). Ze względu na taką przeszłość z wyższością patrzy na prowadzącą jadłodajnię panią Fujiwarę. Później jednak od lepiej obytej w okolicznych realiach Etsuko Sachiko dowiaduje się, iż jej przygodna chlebodawczyni była przed wojną stateczną i zamożną żoną miejscowego VIP-a, a współcześnie dostosowała się do nowej, trudnej sytuacji. Pani Fujiwary praca „przy garach” nie hańbi – swoją drogą to nazwisko budzące tradycyjnie arystokratyczne konotacje. Niekoniecznie ktoś, kto je nosi, ma arystokratyczne korzenie (tym bardziej, że potęga Fujiwarów przypadała na średniowiecze), ale może to przywoływać jakieś skojarzenie u zachodniego czytelnika. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jako typowa żona w epoce tuż przed ekspansją &lt;span style="font-style:italic;"&gt;oeru &lt;/span&gt;[3] Etsuko nie pracuje zarobkowo. W czasach, które wspomina w Anglii, gościem jej domostwa jest teść. To emerytowany nauczyciel, przekonany o słuszności przedwojennego modelu pronarodowej indoktrynacji. Jest to jednak postać ambiwalentna, gdyż poza „skompromitowaną” twarzą jawi się jako przyjemny towarzysz, owszem – tradycjonalista, jednak po stokroć sympatyczniejszy od swego mrukliwego syna. Tu znów historia jest niejasna. Etsuko straciła niegdyś rodzinę, była pod opieką późniejszego teścia... jakiego rodzaju opieką? Czy byli (lub są!) kochankami? Autor być może wcale tego nie sugeruje, lecz wątek erotycznej fascynacji żoną syna jest stosunkowo częsty w japońskiej literaturze, by przywołać tylko słynnego fetyszystę, tytułowego bohatera &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Dziennika szalonego starca&lt;/span&gt; Tanizakiego. W odnośnych partiach &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pejzażu w kolorze sepii&lt;/span&gt; czuje się silne napięcie emocjonalne, niewątpliwie, lecz orzeczenie jego erotycznego charakteru nie jest możliwe wprost. Wizyta starszego mężczyzny jest Juriemu niemiła. Okazywane zamiast należnego szacunku arogancję i zniecierpliwienie wobec ojca tłumaczy zawirowaniami w pracy, lecz odwiedzający go koledzy demaskują go jako biurowego obiboka, co wspiera hipotezę o małżeńskiej zazdrości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Idźmy jednak dalej. Etsuko niekiedy oferuje Sachiko opiekę nad jej córką, jednak dziewczynka zupełnie nie poddaje się ujarzmianiu, jak wspomniałam, buntuje się szczególnie przeciw związkowi matki z Amerykaninem. Okazuje się, że prześladują ją również wspomnienia straszliwych scen wojennych. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teść i Sachiko nie ustają w zapewnianiu Etsuko, iż ta będzie cudowną matką, co jest bardzo istotne w kontekście wiedzy, jaką zyskujemy tuż po sięgnięciu po &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pejzaż w kolorze sepii&lt;/span&gt; – iż pierworodna córka popełni samobójstwo. Dorosła, w innym kraju, jednak będzie stanowiła memento „złego” macierzyństwa, porażki. Co interesujące, również Niki (młodsza córka) wychwala swą matkę, opowiada, iż ma przyjaciółkę – znaną poetkę, która chce napisać wiersz o Etsuko, tymczasem dla wdowy droga życiowa Niki to okoliczność, która najdobitniej świadczy o jej wychowawczej kompromitacji. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zastanawia kwestia ulegania stereotypom. Gdy Etsuko opisuje notki prasowe informujące o samobójstwie Keiko, konstatuje, iż wskazanie na pochodzenie etniczne ofiary wystarcza Brytyjczykom do skwitowania sprawy – przecież Japończycy to naród samobójców. Wiele rzeczy pozostaje niewyjaśnionych, np. szczegóły rozwodu Juriego i Etsuko. Tu wszystko ukryte jest w słowach: „Gdyby wiele lat później [Juri] nie potraktował innego problemu w bardzo podobny sposób, pewnie nigdy nie opuściłabym Nagasaki. Ale to tylko tak na marginesie” [s. 140]. Podobnie z okolicznościami, w jakich rozwódka wyemigrowała do Anglii, o sprawach dotyczących jej wczesnej młodości nie wspominając. W jakiś sposób oczekiwałam, aż białe plamy się wypełnią, niczym na moment, w którym rozpikselowany widok z Google Maps nabierze ostrości dla wybranej skali. Nie, nie wszystko zawsze musi być dla mnie jasne i dopowiedziane, wszelako w &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pejzażu &lt;/span&gt;nietypowa jest i skala i retoryka tych luk. Tymczasem satysfakcja czytelnicza przychodzi z nieco innej strony...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A teraz dygresja. Kazuo Ishiguro opublikował swoją pierwszą powieść już niemal 30 lat temu, lecz warte wskazania są nieco nowsze odniesienia. Przypomnijmy sobie znane filmy: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Szósty zmysł&lt;/span&gt; (reż. M. Night Shyamalan, 1999) i &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Inni &lt;/span&gt;(reż. Alejandro Amenábar, 2001). W obu sercem intrygi było odwrócenie perspektywy między światami: naturalnym, nawiedzanym przez zmarłych, i „zaświatem”, z którego zmarli patrzą na żywych. Jeszcze bardziej podoba mi się jednak skojarzenie z japońską produkcją pt. &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Aragami &lt;/span&gt;(reż. Ryuhei Kitamura, 2003) [4]. W feudalnej Japonii dwóch rannych w bitwie samurajów chroni się w tajemniczej świątyni, gdzie padają nieprzytomni. Gdy jeden się budzi, widzi, że wszystkie jego poważne rany są uleczone, natomiast jego towarzysz nie żyje. Ocaleniec poznaje pana świątyni. Ten opowiada mu o grasującym w okolicy &lt;span style="font-style:italic;"&gt;tengu &lt;/span&gt;– słowo to oznacza potwora lub goblina, niekiedy jeszcze inny rodzaj mitycznej istoty. W filmie &lt;span style="font-style:italic;"&gt;tengu &lt;/span&gt;opisany jest jako żywiący się ludzkim mięsem zwiastun wojny. Z czasem pan świątyni ujawnia: to on jest tym &lt;span style="font-style:italic;"&gt;tengu&lt;/span&gt;, a zwą go Aragami. W pewnym sensie Kazuo Ishiguro stawia czytelnika na miejscu ocalałego samuraja. Przypomnę: Etsuko jest pierwszoosobową narratorką. Otóż w pewnym momencie okazuje się, iż parokrotnie otrzymaliśmy znaki, których być może nie odczytaliśmy odpowiednio. Gdy Etsuko opowiadała o Sachiko i jej córce, w rzeczywistości wspominała siebie i swą Keiko. Są szczególne momenty, w których Etsuko mówi o niesforności Mariko, powierzonej jej opiece córki Sachiko. Dotyczy to miłych odwołań, np. pewnego dnia Sachiko z córką i w towarzystwie Etsuko udają się do wesołego miasteczka. Na ich rozrywkach kładzie się pewien cień, jednak Etsuko wspomina ten wypad jako szczęśliwy. Niejednoznacznością zastanawiają też opisy buntu córki przeciw zagranicznemu partnerowi matki, czy rozmowy o planowanej emigracji (Etsuko zapewnia córkę Sachiko: „jeśli ci się tam nie spodoba, to zawsze może&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;my&lt;/span&gt; tu wrócić”, „musi&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;my&lt;/span&gt; sprawdzić, jak tam będzie” – s. 191) oraz motywu samobójstwa przez powieszenie. Poszukującej Mariko Etsuko „wokół kostki okręcił [...] się kawałek sznurka” [s. 91]. Pomiędzy kobietą a dziewczynką wywiązuje się później dialog, który przytoczę bez komentarza:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;– Co to jest? [...]&lt;br /&gt;– Nic takiego.&lt;br /&gt;[...]&lt;br /&gt;– Po co pani to jest?&lt;br /&gt;– Powtarzam, że to nic takiego. Po prostu przyczepiło mi się do nogi. – Podeszłam nieco bliżej. [...]&lt;br /&gt;– Po co pani ten sznurek?&lt;br /&gt;Przyglądałam się jej przez chwilę. Na jej twarzy pojawiły się oznaki przerażenia [s. 92].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bez świadomości tego „drugiego świata” w powieści, możemy równie dobrze uznać ją za prostą, w japońskim duchu &lt;span style="font-style:italic;"&gt;mono–no–aware&lt;/span&gt;, a z drugiej strony za rozliczenie z wojennym bagażem. W takim ujęciu również jest bardzo wartościowa, jednak budzi podejrzenie: za tym kryje się coś jeszcze. Musiałam wrócić do określonych fragmentów, by się upewnić, że gdy Etsuko mówi o Sachiko i zbuntowanej Mariko, chodzi także, a może przede wszystkim, o narratorkę i jej starszą córkę (jak w przywołanych przed chwilą cytatach). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy zdradziłam zbyt wiele? Po dwakroć nie. Otóż Kazuo Ishiguro deklarował w wywiadach, iż w istocie zastosowany przez niego środek jest tyle efektowny, co tani i łatwy. Po wtóre, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pejzaż w kolorze sepii&lt;/span&gt; kryje znacznie więcej tajemnic. Niech jedną z nich pozostanie tytuł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z uwagi na moje upodobania, japońska specyfika wydaje mi się najbardziej frapująca. Należy jednak podkreślić, iż sam autor odcina się od domniemań „japońskości”, deklaruje, że jego perspektywa jest angielska, a Japonię widzi jako egzotyczną. W omówieniu umieszczonym jako posłowie &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pejzażu w kolorze sepii&lt;/span&gt; David Malcolm zarysowuje ciekawe powinowactwa. Kraj pochodzenia i kraj zamieszkania Kazuo Ishiguro łączą klęska w drugiej wojnie światowej: w znaczeniu pozamilitarnym to zniszczenie tradycjonalistycznych konwencji społecznych (deklasacja arystokracji) i ustanowienie nowych sentymentalnych odniesień, apologizujących pewne aspekty przeszłości. Powieściopisarz nie jest bynajmniej japońskim rewizjonistą [5]. Jest artystą zgłębiającym sekrety charakterów, wspomnień – i wyobrażeń o tych ostatnich. Zresztą, by &lt;a href="http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2010/09/o-pijac-kawe-gdzie-indziej-zz-packer.html"&gt;znów &lt;/a&gt;oddać głos Oscarowi Wilde’owi, „W rzeczywistości cała Japonia jest czystym wymysłem. Nie ma takiego kraju; nie ma takich ludzi” [6].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paulina Szkudlarek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kazuo Ishiguro, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pejzaż w kolorze sepii&lt;/span&gt;, przeł. Krzysztof Filip Rudolf, Rebis, Poznań 1995. Wszystkie cytaty ograniczone do podania numerów stron pochodzą z tego wydania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Przypisy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] Powieść ukazała się w Polsce w 1993 roku jako &lt;span style="font-style:italic;"&gt;U schyłku dnia&lt;/span&gt; (przeł. Jan Rybicki, KAW, Kraków). Tytuł &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Okruchy dnia&lt;/span&gt;, zgodny ze słynną ekranizacją, nadano wydaniu z 1997 roku (w tym samym przekładzie, Prószyński i Spółka, Warszawa).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[2] Okupacja Japonii trwała do 1952 roku. W powieści zaakcentowany jest fakt, iż z uwagi na niedługi czas, jaki upłynął od zakończenia działań wojennych wielu Japończyków nie pogodziło się jeszcze z nowym ładem politycznym (narzuconą demilitaryzacją i demokratyzacją) i gorliwie wyznawało idee przedwojenne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[3] &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Oeru&lt;/span&gt;: japońska wymowa akronimu OL, od „office lady” – określenie odnosi się do sekretarki czy też asystentki, w znaczeniu bliższym kawiarki, aniżeli księgowej. Przy ekspansywnej industrializacji i zbiurokratyzowaniu funkcja OL to częste zatrudnienie japońskich młodych kobiet, szczególnie przed zamążpójściem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[4] O ile mi wiadomo, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;arai &lt;/span&gt;oznacza „gniew”, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;kami&lt;/span&gt;, co z kolei oczywiste, „bóstwo, istotę nadludzką”, zatem adekwatnie rozbuchanym tłumaczeniem tytułu byłoby &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Srożący się bóg wojny&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[5] Rewizjonizm był politycznym nurtem, jaki pojawił się w Japonii po ćwierćwieczu funkcjonowania modelu państwowości narzuconego po II wojnie światowej przez USA. Problematyka doczekała się licznych opracowań, ja wskażę na jedno: Patrick Smith, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Japan. A Reinterpretation&lt;/span&gt;, Vintage Books, New York 1998.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[6] Oscar Wilde, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Upadek sztuki kłamstwa: obserwacje&lt;/span&gt;, przeł. Marta Umińska, „Literatura na Świecie”, 1994, nr 12, s. 303.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-2896298268917846506?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/2896298268917846506/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/07/moje-cudze-wspomnienia-kazuo-ishiguro.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/2896298268917846506'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/2896298268917846506'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/07/moje-cudze-wspomnienia-kazuo-ishiguro.html' title='Moje cudze wspomnienia. Kazuo Ishiguro, „Pejzaż w kolorze sepii”'/><author><name>Paulina Szkudlarek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07806571691844060258</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-8879744451674826340</id><published>2011-06-25T15:11:00.000-07:00</published><updated>2011-06-27T03:39:54.459-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='społeczeństwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='humanistyka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sebald'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Leela Gandhi'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='historia kultury'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Teoria Postkolonialna'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='etyka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kolonializm'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='feminizm'/><title type='text'>Leela Gandhi, „Teoria postkolonialna”</title><content type='html'>Europejski podbój „reszty świata”, który po pewnych falstartach (imperium rzymskie, cesarstwo karolińskie) ruszył na dobre w dobie renesansu, nie był prowadzony bezrefleksyjnie. W spotkaniach z odmiennymi formacjami kulturowymi najeźdźcy wpierw pytali: czy tubylcy mają duszę? Uznawszy, że są oni istotami ludzkimi, ustanawiali misje ewangelizacyjne. Wraz z oświeceniową zmianą paradygmatów ontologicznych i epistemologicznych pytanie zabrzmiało: czy mają rozum? Twierdząca odpowiedź ukonstytuowała zobowiązanie „cywilizowanych umysłów” do tego, by poprzez opiekę i przewodnictwo doskonalić ludzką rasę. Nawoływał do tego choćby Rudyard Kipling w słynnym wierszu &lt;a href="http://www.online-literature.com/keats/922/"&gt;The White Man’s Burden&lt;/a&gt; z 1899 roku. Imperia były zatem przez długi, zbyt długi czas dyskursywnie legitymizowane jako pokojowe, o altruistycznych intencjach, niosące podporządkowanym sobie ziemiom demokratyzację, oświecenie, ba!, uczłowieczające barbarzyńców będących, jak czytamy u Kiplinga, w połowie dziećmi i w połowie diabłami. Dziś nie trzeba już tłumaczyć, na czyich barkach w rzeczywistości spoczywało brzemię – między innymi dzięki dorobkowi studiów postkolonialnych. To nurt szukający jak najpełniejszego wyjaśnienia kwestii, jak stanowiące kolonialne dziedzictwo Zachodu teksty kulturowe, języki, narracje etc. mogły i mogą ustanawiać hierarchię, służyć jako narzędzia podporządkowania, m. in. do eksploatacji ekonomicznej i ideologicznej negacji wartości świata pozazachodniego, historycznie prowadzących niekiedy nawet do ludobójstw. W ujęciu etycznym wyzwanie stanowią dwa kroki: należy odsłonić przemoc kolonizacji, i doprowadzić do pojednania tych, którzy w jej koszmarze współuczestniczyli jako zantagonizowane strony. Taki jest postulat Leeli Gandhi, której &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Teorii postkolonialnej. Wprowadzeniu krytycznemu&lt;/span&gt; chciałabym się bliżej przyjrzeć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Należy rozpocząć od tego, iż mam pewne wątpliwości do dokonanego przez Jacka Serwańskiego przekładu książki. Są, jak najbardziej!, pojęcia nie tylko w tej gałęzi rozważań, a w całej humanistyce (przynajmniej patrząc na stan piśmiennictwa sprzed kilku lat) niezwykle trudno godzące się na polskojęzyczne odpowiedniki. To rzecz jasna wyzwanie translatorskie, w przypadku &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Teorii postkolonialnej&lt;/span&gt; dotyczące jednego z głównych terminów. Czy teoretyków subaltern studies nazywać subalternistami, jak queerowców queerowcami? Taki wybór zakłada rozumienie oryginalnego pojęcia, ale niekiedy słowo jako rzeczownik lub przymiotnik dotyczy osób o kondycji subaltern. Podrzędni? Wykluczeni? Zmarginalizowani? Inni? Mam świadomość, iż żadna z opcji nie pasuje jako adekwatny zamiennik jeden do jednego. Czyżby była to „kara” dla użytkowników polszczyzny jako języka tzw. niskiego kontekstu? Idąc dalej, jakkolwiek nietrudno przystać na oddanie &lt;span style="font-style:italic;"&gt;native &lt;/span&gt;jako &lt;span style="font-style:italic;"&gt;natywny&lt;/span&gt;, już &lt;span style="font-style:italic;"&gt;mapping &lt;/span&gt;jako &lt;span style="font-style:italic;"&gt;kartografowanie &lt;/span&gt;nie tylko brzmi przynajmniej niezręcznie, ale też nie uwzględnia funkcjonowania (być może również niezgrabnego) określenia: mapowanie. By doprecyzować, termin ten winien być rozumiany zgodnie z anglojęzycznymi ustaleniami – tu za Ashcroftem, Griffithsem i Tiffin – jako tekstualizacja rzeczywistości przestrzennej („textualizing the spatial reality of the other”) [1]. Najbardziej rażącą wpadką jest fragment rekapitulujący opinię Richarda Foxa o „orientalistycznym wyobrażeniu Indii jako niezbywalnie duchowych, nieświadomych i korporacyjnych [s. 74]. Otóż nie!, w tym wypadku &lt;span style="font-style:italic;"&gt;corporate &lt;/span&gt;nie znaczy: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;korporacyjny&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Są utwory, które czytamy dla przekładu, inne z braku przekładu, i jeszcze kolejne, pomimo niego, przejdę zatem do meritum. Autorka &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Teorii postkolonialnej&lt;/span&gt;, urodzona w Bombaju, studiująca początkowo w Delhi, potem w Oxfordzie – gdzie się doktoryzowała - obecnie mieszka w USA i &lt;a href="http://english.uchicago.edu/faculty/gandhi"&gt;wykłada &lt;/a&gt;na University of Chicago. Zdaje się, że taką biografią kwestionuje spuściznę po swoim słynnym przodku, na którego zresztą nieustannie się powołuje w omawianej pracy. Ambicją Gandhi jest ukontekstualizowanie postkolonializmu na tle wyznaczanym przez stare i nowsze koncepcje filozoficzne, szczególnie przez marksizm, feminizm, poststrukturalizm, będące zarazem – odnotujmy – istotnymi punktami odniesienia dla anglosaskich studiów kulturowych. Owe interakcje i alianse ukazane są jednak bardzo ogólnikowo i wybiórczo. Postkolonialnymi mistrzami autorki są zaś przede wszystkim Dipesh Chakrabarky, Gayatri Chakravorty Spivak, Edward Said i Homi Bhabha – w przywołanym już usytuowaniu propozycji Gandhi to wprawdzie kanoniczny, ale dość banalny zestaw nazwisk. Zarazem książka rozczarowuje jednostronnością perspektywy. Gandhi zajmują tylko Indie i „okoliczne” tereny wyjęte spod niegdysiejszego panowania brytyjskiego; jej perspektywą jest hindocentryzm pomijający Afrykę i obie Ameryki, zaś jej ojczyzna z wyboru – Stany Zjednoczone, ze swą bujną historią niewolnictwa jawią się jako niewinne jakiejkolwiek represji (&lt;span style="font-style:italic;"&gt;quasi&lt;/span&gt;-)kolonialnej. To wszak perfekcyjna demokracja kwitnąca po rozbiciu brytyjskich łańcuchów w drugiej połowie osiemnastego wieku, ofiara raczej aniżeli miejsce wieloletniej i hurtowej dehumanizacji. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W wielu wypadkach Gandhi ogranicza się do stwierdzeń nie tyle uproszczonych, co powielających sądy w dziedzinie postkolonializmu powtarzane, będące podręcznymi etykietami, a które po lepszym namyśle obnażają niedostatki kompetencyjne replikującej je epigonki. Na przykład Joseph Conrad ukazywany jest – za Saidem i za Suleri [s. 108 i 147] jako typowy „zły”, kolonizator: szkodnik, tym gorszy, że jako pisarz mający ogromne możliwości rozsiewania propagandowej, na przykład romantyzującej, wizji świata pod jarzmem. To niesprawiedliwe w kontekście życiorysu artysty, przy czym jego pochodzenie etniczne ma tu akurat najmniej do rzeczy (jeśli jednak spojrzeć od tej strony, zarzuciłabym Gandhi zubożenie tematu, choć nie spodziewałabym się znalezienia tu wyrafinowania zdolnego dostrzec „drugi świat”, który notabene zniknął). Interpretacja pisarstwa Conrada ukazująca go jako prokolonialnego rzecznika Korony, propagandzistę europejskiej nadrzędności legitymizującej podboje jako misje cywilizacyjne (i jeszcze może wspomniane wyżej brzemię białego człowieka) to zawężenie sprawy, a tutaj wbrew wszelkim lekcjom dotyczącym braku możliwości wskazania głównego i właściwego sensu dzieła, jednostronne spojrzenie na Conrada zostało skanonizowane jako najwłaściwsza wykładnia [2]. Mnie zaś przekonuje raczej &lt;a href="http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2010/06/wedrowki-po-spustoszonej-pamieci-w-g.html"&gt;narracja W. G. Sebalda&lt;/a&gt; z &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pierścieni Saturna&lt;/span&gt;, gdzie zaakcentowana jest rola Conrada w szerzeniu świadomości okrucieństw, jakie były popełniane w koloniach. Przypomnijmy: Sebald był Niemcem zbuntowanym przeciw obowiązującej w jego dzieciństwie i młodości niemieckiej polityce niepamięci. Wyrzekł się swoich imion uważając, że brzmią faszystowsko. Jego pisarstwo było skoncentrowane na odzyskiwaniu przeszłości w formie niewybielającej katów, na odszukiwaniu świadectw niesprawiedliwości, przemocy, upadlania, w sposób ukazujący wymiar osobisty. Sebald był wielostronny, dużo podróżował. Nie wyżywał się tylko na niechlubnej historii kraju swego pochodzenia. Wzmiankowany wymiar osobisty to skala jego skrupulatnych poszukiwań, dochodzenie do odkryć, które niestety nie odbijały potem szerokim echem, motywacja oraz specyficzny ton jego przejmującej narracji. Praca wykonana przez Sebalda jest tytaniczna, nieporównywalna z prostym cytacjonizmem Gandhi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ekspozycja nacjonalizmu w krajach postkolonialnych wydaje się pierwszoplanową kwestią. Autorka skrupulatnie odnotowuje podstawy akceptacji twierdzenia „że nacjonalizm stanowi istotną cechę walki o dekolonizację w Trzecim Świecie” [s. 95], jak i głosy jego przeciwników. Plusem publikacji są cenne pod względem dydaktycznym odpowiedzi na podstawowe pytania: co to jest imperializm [s. 65], orientalizm [s. 72, 83], kto jest „Inny” [s. 42], oraz dociekania szczegółowe, na przykład – czy kolonializm „wymyśliły” metropolie czy kolonie. Nie są to jednak koncepcje Gandhi, to treść wydestylowana z dorobku innych, bardziej wyrazistych autorów. Jest to szczególnie wyraźne w partiach tekstu poświęconych literaturoznawstwu (&lt;span style="font-style:italic;"&gt;vide &lt;/span&gt;rozdział &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Polityka tekstualna&lt;/span&gt; i nast.).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uwaga Gandhi kieruje się również ku problematyczności teorii postkolonialnych jako przynależnych do „modnych” nurtów skoncentrowanych na intelektualnych i aktywistycznych strategiach demarginalizacji. Obawy o koniunkturalizm i tendencyjność są niewątpliwie niebezpodstawne, jednak żywi je sama autorka, dlatego stara się rozbrajać potencjalne bomby, często oddając głos przeciwnikom. Nie przemilcza na przykład kontrowersji wokół „postkolonialnych intelektualistów” (to odniesienie do tytułu, jaki nosi jeden z podrozdziałów – s. 58). Według Colonela Westa „podczas gdy wiążą oni swe działania z fundamentalną, strukturalną naprawą tych instytucji, to często pozostają od nich zależni finansowo... W przypadku owych krytyków kultury jest to gest, który równocześnie ma znamiona postępowości i kooptacji” [3]. Gandhi daje wyraz świadomości faktu, iż uteoretycznienie kwestii postkolonialnej w ramach zachodniej akademii sugeruje jej dyskursywną nadrzędność wobec „surowca rdzenności”, choćby i hybrydycznej. Nie dość zatem, że w sobie właściwych środowiskach uniwersyteccy subalterniści czerpią wizerunkowe profity ze swej intelektualnej subwersji – jako stawiający opór przemocy systemu reprodukcji wiedzy i znaczeń, to jeszcze (być może mimowolnie) potwierdzają „zużyte kolonialne założenie, że trzeba Zachodu – czy to w formie teorii czy historii – ażeby doprowadzić ‘resztę’ do stanu zrozumiałości” [s. 156]. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nawiasem mówiąc, to rzecz jasna nie jest jedyna paralela stanowiąca wspólny mianownik kolonializmu i postkolonialności. Inną, równie frapującą, jest analogia pomiędzy niegdysiejszą romantyzacją Orientu jako azylu dla represjonowanych w Europie homoseksualistów (jako świadectwo niech posłuży tu &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Droga do Indii&lt;/span&gt; Edgara M. Forstera) i współczesnym zaliczaniem do kategorii subaltern osób o seksualnościach nie(hetero)normatywnych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Te tropy zdają się usprawiedliwiać cokolwiek butny tytuł &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Teoria postkolonialna. Wprowadzenie krytyczne&lt;/span&gt;. Butny? Tak! Ghandi napisała swą pracę, której w Polsce nadano status podręcznika akademickiego, będąc tuż po trzydziestce – rzecz w warunkach polskich niebywała. Dość powiedzieć, że na przykład Tadeusz Gadacz zainaugurował swoją serię publikacji &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Historia filozofii XX wieku. Nurty&lt;/span&gt; (Znak, Kraków 2009) w połowie szóstej dekady życia. Jeśli studia postkolonialne mają mieć młodą i uśmiechniętą twarz (taka Leela Gandhi patrzy na nas ze „skrzydełka” okładki), mnie może to jedynie cieszyć, jednak pozostaję w nadziei na przekłady kolejnych, bardziej wnikliwych opracowań [4]. Doprecyzuję: mój sprzeciw nie dotyczy wieku, w jakim Gandhi ogłosiła swoją wpływową, jak się okazało, książkę, ale tego, że merytoryczna zawartość Teorii postkolonialnej nie jest w stanie sprostać obietnicom danym w opisach tego projektu (np. w paratekstach, do których należy autorska &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Przedmowa&lt;/span&gt;, wydawniczy blurb, czy posłowie Ewy Domańskiej, cenionej teoretyczki historiografii). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czekam także na wyraźniejsze głosy z „drugiego świata”. Coraz częściej zapomina się bowiem, skąd w nazwie „trzeci świat” taki, a nie inny liczebnik porządkowy, tymczasem interdyscyplinarne badania nad kondycją postzależną obszarów Europy środkowej i wschodniej mogłyby ożywić i poszerzyć perspektywy klasycznych już teorii postkolonialnych. Zakończę zatem ironicznie: gdy czytam deklarację Gandhi, iż nie kieruje się ona „motywem postkolonialnej żądzy odwetu” [s. 10], i jej zamiarem nie jest marginalizacja czy wykluczanie &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Zachodu&lt;/span&gt;, ...myślę o Polsce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paulina Szkudlarek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Leela Gandhi, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Teoria postkolonialna. Wprowadzenie krytyczne&lt;/span&gt;, przeł. Jacek Serwański, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2008. Wszystkie cytaty i odniesienia, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przypisy:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] Bill Ashcroft, Gareth Griffiths, Helen Tiffin, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Post-Colonial Studies. The Key Concepts&lt;/span&gt;, Routledge, London – New York 2007, s. 28.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[2] Ową wykładnię kwestionują np. liczne prace publikowane w ostatniej dekadzie na łamach „Tekstów Drugich”. Szczególnie godne uwagi są artykuły Clare Cavanagh (nr 2-3/2003) i Grażyny Borkowskiej (nr 4/2007), oraz zeszyt zatytułowany &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Postkolonialni czy postzależni&lt;/span&gt; (nr 5/2010).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[3] Colonel West, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;The New Cultural Politics of Difference&lt;/span&gt;, „October”, 1990, vol. 53, s. 94,  cytat za: Leela Gandhi, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Teoria postkolonialna&lt;/span&gt;, dz. cyt., s. 58; oryg.: “This strategy, however, also puts them in an inescapable double bind - while linking their activities to the fundamental, structural overhaul of these institutions, they often remain financially dependent on them. (...) For these critics of culture, theirs is a gesture that is simultaneously progressive and coopted”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[4] Na spolszczenie czeka &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;większość &lt;/span&gt;prac Saida, Bhabhy, Spivak, brak też antologii na miarę &lt;span style="font-style:italic;"&gt;A Companion to Postcolonial Studies&lt;/span&gt; pod red. H. Schwarz i S. Ray (Blackwell Publishing, Oxford 2005) czy &lt;span style="font-style:italic;"&gt;The Post-Colonial Studies Reader&lt;/span&gt; wspomnianej już trójki redaktorów: Billa Ashcrofta, Garetha Griffithsa i Helen Tiffin (Routledge, London – New York 1995).&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-8879744451674826340?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/8879744451674826340/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/06/leela-gandhi-teoria-postkolonialna.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/8879744451674826340'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/8879744451674826340'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/06/leela-gandhi-teoria-postkolonialna.html' title='Leela Gandhi, „Teoria postkolonialna”'/><author><name>Paulina Szkudlarek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07806571691844060258</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-8097685934865786240</id><published>2011-06-20T07:49:00.000-07:00</published><updated>2011-06-25T15:42:30.228-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='społeczeństwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kobiety'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='dziecko'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Helen Oyeyemi'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Mała Ikar'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Afryka'/><title type='text'>Helen Oyeyemi, „Mała Ikar”</title><content type='html'>&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Mała Ikar&lt;/span&gt;, moja spóźniona lektura, nad którą dzisiaj się zastanawiam, została napisana przez wychowaną i mieszkającą w Wielkiej Brytanii autorkę o nigeryjskim pochodzeniu. Z racji moich feministycznych, jak również postkolonialnych zainteresowań, już sama wiedza o kulturowym usytuowaniu  Helen Oyeyemi byłaby zachęcająca do sięgnięcia po jej powieść. Co jednak jeszcze bardziej intrygujące, ta wciąż młoda (urodzona w 1984 roku) pisarka swój debiut stworzyła już... w szkole średniej. To zatem juwenilia; obecnie Oyeyemi ma na swoim koncie kilka kolejnych utworów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tytułowa bohaterka &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Małej Ikar&lt;/span&gt; ma na imię Jessamy i jest 8–letnią ponadprzeciętnie uzdolnioną uczennicą, córką żyjących w Londynie Nigeryjki i Anglika. Źle się czuje w szkole, ponieważ jest małomówna, niekontaktowa, a dziewczynki wokół niej łączą się w towarzystwa nie tyle wzajemnej adoracji, co wspierania i przyklaskiwania ekspansywnej liderce. Co więcej, Jessamy miewa nieznanego pochodzenia ataki kojarzące się z klasycznymi opisami współcześnie już raczej „zdyskwalifikowanej” histerii, co rzecz jasna pogarsza jej relacje z równieśnikami. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podczas wakacji rodzice – Sara, pisarka i Daniel, księgowy – zabierają córkę do Nigerii, gdzie spędzają czas z ojcem Sary, jej rodzeństwem i mnóstwem innych krewnych. Wszyscy się o dziewczynkę troszczą, ośmielają tak, by zarazem nie zawstydzać, odruchowo i nie „na siłę” budują atmosferę akceptacji, umożliwiają udział w rozmaitych atrakcjach. Mimo to Jessamy znajduje sobie (?) wyobrażoną przyjaciółkę, z której – by tak rzec – statusu ontologicznego nie zdaje sobie sprawy. Pierwsze spotkania z Tilly Tilly zachowuje w tajemnicy, gdyż jest przekonana, że nowa znajoma w sekrecie mieszka w starych zabudowaniach w gospodarstwie jej dziadka. Ku pozytywnemu zaskoczeniu Jess, przyjaciółka powraca do niej także później, w Londynie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zasadniczo w &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Małej Ikar&lt;/span&gt; dominuje problem naprawdę sprawnie ukazanej dziecięcej wrażliwości, niekonsekwentnego podejścia do świata, kierowania się adekwatnym do wieku sposobem myślenia o tym, co jest dla mnie dobre według mnie, a co jest dla mnie dobre według dorosłych – poza rodzicami należy do nich psycholog, z którego córką Jess się zaprzyjaźnia, w tym przypadku oczywiście realnie!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obecność w życiu bohaterki przyjaciółki wymyślonej jest powiązane ze specyficznymi stanami, histerii czy amnezji, ale co interesujące, Jess „ustala” z Tilly Tilly to, kim dziwna przybyszka rzeczywiście jest! Okazuje się, iż matka Jess urodziła bliźniaczki, z których jedna zmarła; na taką okoliczność przewidziane są pewne rytualne nigeryjskie zabiegi. Tilly Tilly zaś przedstawia się jako inna bliźniaczka w podobnej sytuacji, choć trudno wyczuć, która: ta, co zmarła, czy ta, która przeżywszy poszukuje „pary”. Jess rozumie, że to dziwne, „nieprawdziwe”, jednak kompanka okazuje się mieć wpływ na to, co się naprawdę dzieje. Nie ma ograniczenia do wyobrażeń i rojeń Jess – choć niektóre zdarzenia są niepewne, muszą być efektem ataków i zaćmień, inne nie mogłyby zaistnieć bez nadnaturalnej interwencji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy Jessamy bardzo na tym zależy, Tilly Tilly „objawia” się Shivs, córce psychologa. Czy to siła sugestii? Koleżanka lubuje się wszak w opowieściach o duchach (których z kolei Jess absolutnie nie chce słuchać). Gdy Shivs pada ofiarą wybryków Tilly, oczywiście może nie zauważać, że winowajczynią jest Jess, gdyż ta bardzo wpływa na imaginację mniej oczytanej, „zwyczajniejszej” przyjaciółki, jednak – co znów frapujące – Shivs odróżnia ułudę. Tłumaczy, dlaczego deklaruje wiarę słowom Jess: otóż ma w klasie koleżankę ciągle opowiadającą o swej niewidzialnej dla innych towarzyszce, np. zabraniającą siadać „na niej”... choć potem zajmującą wcześniej wskazane miejsce. Shivs dostrzega niekonsekwencję, o którą Jess nie sposób oskarżyć. To przykład tego, jak dopracowane przez Oyeyemi jest owo fascynujące studium relacji małych dziewczynek. Wracając jednak do nadnaturalnych interwencji, za sprawą Tilly Tilly Jessamy poznaje wstydliwy sekret Colleen, swej szkolnej prześladowczyni. „Widzi” bowiem awanturę z matką i dowiaduje się, iż poniżająca ją dziewczynka, klasowa przywódczyni, moczy się i ukrywa przed rodzicami brudną bieliznę. Gdy w akcie desperacji Jess wykorzystuje swą „wiedzę” w towarzystwie innych dzieci (najlepszą obroną jest atak, więc z pewnością łatwo odgadnąć, w jakich to się odbyło okolicznościach), Colleen naturalnie zaprzecza wszystkiemu, jednak później przerażona i poniżona pyta Jess, skąd ta wiedziała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Myślę, że atrakcją &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Malej Ikar&lt;/span&gt; miały być motywy związane z afrykańską obrzędowością, „magią afrykańską”, jak wyraziła się prowadząca z Oyeyemi &lt;a href="http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,4328405.html"&gt;wywiad &lt;/a&gt;Anna Dziewit. Dla mnie jednak nią nie były. W skrócie: nic nie pomagało i nie pomogło Jessamy: ani zachodnia psychologia czy system szkolnego wsparcia, ani dopełnianie rytuałów typu: sporządzenie odpowiedniej figurki reprezentującej bliźniaczkę. Wbrew innym recenzjom uważam, iż wszystko kończy się dość mętnie i niesatysfakcjonująco, szczególnie w obliczu rozmachu wcześniejszych partii. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ponadto rażą mnie odczytania deprecjonujące niepodleglą od ponad półwiecza Nigerię, kraj oczywiście niepozbawiony wad, a może i patologii, ale – w odróżnieniu od Polski – posiadający własnego satelitę komunikacyjnego*.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Inny mój kłopot z lekturą polega na tym, że wcale nie widzę tu deklarowanej jako kluczowej problematyki rozdarcia „między kulturami”. Szkolna sytuacja Jess nie ma podłoża rasistowskiego, starsi rodzice zarówno Daniela (angielskiego ojca), jak i Sary (nigeryjskiej matki) nie mają nic przeciwko stworzeniu takiej konfiguracji rodzinnej. Ojciec Sary, dziadek Jess, ubolewa nad ateizmem swej córki, lecz sam nie jest „archaicznym” animistą ani nikim podobnym, tylko protestantem częściowo i warunkowo akceptującym rozmaite praktyki quasi-magiczne. Oyeyemi nie ma chyba pomysłu na swoich dorosłych, ich obraz nie tyle odpowiada spojrzeniu Jess, co właśnie wiekowi samej autorki. Jaki otrzymujemy obraz? Narzędziem pracy matki jest komputer. Matka pisze książki i recenzje książkowe. Ojciec chodzi do pracy. Gdy choruje, nie chodzi. Ogląda telewizję. Celowo ujmuję to niemal w stylu elementarza. Rodzice są bezradni wobec zachowań Jess, jednak nie sposób dociec, cóż myślą. Książka jest pisana z perspektywy małej dziewczynki, jednak ta konwencja bywa przełamywana, wedle mnie raczej dla wygody autorki. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest w &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Małej Ikar&lt;/span&gt; jakaś chaotyczność, a jednak powieść jest znakomita. Być może Jess to oko „międzykulturowego” właśnie cyklonu, borykająca się z kłopotami szkolnymi, w środowisku i w wieku, gdzie przyczyną rówieśniczego napiętnowania może być niemal cokolwiek, od nieśmiałości, przez otyłość, po dziecinne wspomnienie „kompromitującego” wydarzenia, na przykład charakterystycznego stroju, który został wyśmiany. „Hybrydyczna” tożsamość jaką Jess zawdzięcza rodzicom, jest tu niemal bez znaczenia. To chyba jeszcze nie ten etap życia, kiedy kwestie tego rodzaju znacząco wpływają na samoświadomość. Oyeyemi, deklaratywnie odcinająca się od tropów autobiograficznych, obdarzyła Jessamy swoją duszą... a może tylko jej użyczyła? Nieważne, czy powstrzymała Małą Ikar przed upadkiem, czy też była dla niej Dedalem, czyli postacią towarzyszącą, która się sama uratowała, czy raczej Ariadną, boginią–tkaczką** – Oyeyemi to autorka, której twórczości z pewnościa warto się przyglądać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paulina Szkudlarek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Helen Oyeyemi, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Mała Ikar&lt;/span&gt;, przeł. Jolanta Kozak, W.A.B., Warszawa 2007.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* To oczywiście przykład wybiórczy, dobrany na fali doniesień fiaska pewnej wielkiej chińskiej inwestycji w Polsce – satelitę NigCom Nigeria zawdzięcza właśnie kooperacji z Chinami.&lt;br /&gt;** Taka percepcja owej postaci mitycznej jest stosunkowo rzadka, ale z pewnością uprawniona.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-8097685934865786240?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/8097685934865786240/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/06/helen-oyeyemi-maa-ikar.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/8097685934865786240'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/8097685934865786240'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/06/helen-oyeyemi-maa-ikar.html' title='Helen Oyeyemi, „Mała Ikar”'/><author><name>Paulina Szkudlarek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07806571691844060258</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-2251688145173636590</id><published>2011-06-18T09:42:00.000-07:00</published><updated>2011-06-20T06:11:52.736-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='społeczeństwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='USA'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='humanistyka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='esej'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Anne Fadiman'/><title type='text'>„W ogóle i w szczególe” Anne Fadiman, eseje zbyt poufałe</title><content type='html'>Moszcząc się wygodnie w ulubionym siedzisku z książką pragniemy przyjemności płynącej z lektury. Pozwalamy sobie na chwilową naiwność, iż uciekliśmy od świata, w którym każda decyzja jest polityczna, do niezmierzonej przestrzeni słów i wyobraźni. Mamy nadzieję, że  ta cudowna przyjemność pozostanie prywatna, że nasze spojrzenie i uwaga skupi się i pozostanie na książce, najlepiej o włoskiej kuchni albo fantastycznym świecie na innej planecie, czy też o przestępstwach i zwłokach zakopywanych w skandynawskich śniegach. I bynajmniej nie jest to pragnienie eskapizmu, raczej ocalenia – czegoś, kogoś, siebie. To jest właśnie ta przyjemność, która najlepiej smakuje w pojedynkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W eseju „O czytaniu” Marcel Proust (którego lubię tak bardzo, że nie wspominam gdzie popadnie o „jego” wyrobach cukierniczych wspomagających pamięć) napisał: „Lektura znajduje się na progu życia duchowego; może nas ku niemu doprowadzić: nie może nim być” [1], i definiował lekturę jako impuls pobudzający naszą osobistą samotność do aktywności twórczej. Nasza osobista wrażliwość i rozwój intelektualny powinien/powinny opierać się na otwartości na różnorodność głosów, erudycji przyswajającej poznawane treści w indywidualny ogląd świata i ludzi, delikatnie sugerował tłumacz Ruskina na język francuski. Istotna jest metoda, innymi słowy, nasza wewnętrzna biblioteka, w której układamy lektury według własnego porządku. Choćbyśmy mieli do czynienia z arcydziełem literatury, nie może ono zastąpić naszego smaku i nie powinniśmy się zdawać bez reszty na niego, pozostaje ono nadal narzędziem, wyrafinowanym, ale nadal jedynie środkiem do wypracowania osobistego spojrzenia. Sięgnęłam po słowa Prousta, aby podeprzeć się znanym nazwiskiem do uzasadnienia, czego najbardziej brakuje mi w zbiorze esejów Anne Fadiman „W ogóle i w szczególe”. Pierwotnie powstały one do kwartalnika „American Scholar”, czasopisma  prestiżowego uniwersyteckiego stowarzyszenia Phi Beta Kappa. Przymiotnik „American” definiuje krótko i bardzo precyzyjnie spojrzenie autorki na tematy warte wg niej opisania. Jak zauważyła w krótkim posłowiu książki tłumaczka Fadiman, Magda Heydel, aby napisać tak wspaniałe i cudowne eseje, pomaga bycie narcyzem. Co do wspaniałości i cudowności nie do końca się zgadzam, co do narcyzmu, owszem, bowiem punktem wspólnym esejów wchodzących w skład „W ogóle i w szczególe” jest wyczuwalny i przezabawny zachwyt nad samą sobą „ojej, zobaczcie ILE ja przeczytałam”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy rozpoczęłam książkę Fadiman, byłam zachwycona, ponieważ lekkie pióro autorki i nieprawdopodobna ilość ciekawostek sprawiały, że tekst „wstrzelił się” w moją uwagę, mieniąc się niczym wielobarwny fajerwerk. Niestety, dość szybko zgasł i pozostawił po sobie jedynie niemiłą ciemna smugę mojej wściekłości – jak można okazać się tak banalnym? Tak przewidywalnym? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na jakich tematach skupia się Fadiman? Pozwolę sobie złośliwie omówić krótko całość. W przedmowie krótki hołd autorka złożyła ojcu, pisarzowi i bibliofilowi (a jakże), Cliftonowi Fadimanowi, który swego czasu opłakiwał śmierć gatunku eseju poufałego. Zwięźle i zdecydowanie odcina się od większości jego tez i akcentuje swoją niezależność i formację, a także fakt, że jest kobietą, a nie dżentelmenem, bowiem papa Fadiman uważał ten gatunek za nieatrakcyjny dla płci żeńskiej. W pierwszym rozdziale dowiadujemy się, co wspólnego ma łapanie motyli i talent literacki – ach, czy wszyscy już zauważyli tę lotną metaforę? Dziękuję, można usiąść i cieszyć się, że w polskiej szkole nie robi się sekcji żab ani nie łapie motyli (bo nie ma już czego łapać), by je uśmiercić w słoiku. W zakończeniu straszliwe grzechy młodej Fadimanówny i jej brata odkupuje nowe pokolenie – dzieci autorki, które hodują motyle po to, by wypuszczać je – żywe! – do ogrodu. Dzięki temu czytelnik patrzy z nadzieją w przyszłość i sięga po kolejny rozdział, poświęcony niestety nie tłumaczonemu na język polski Charlesowi Lambowi. Dalej – ponownie wpadamy prosto w oko American dream – aż dziw, że moja uwaga nie stopniała tak szybko, jak temat trzeciego eseju – lody. Fadiman zakłada, że WSZYSCY jedzą lody, ale tylko nieliczni je robią – dzięki czemu może i nie poznajemy pornograficznych wątków autobiograficznych, ale metody używania ciekłego azotu podczas domowego wyrabiania zimnego deseru. Dowiadujemy się też o amerykańskim bohaterze pierwszej poprawki do Konstytucji, opisywanym przez „New York Timesa” - lodziarzu, który mimo zakazu puszczania melodyjek przez wózki sprzedające lody w miastach, obronił swoje święte prawo do emitowania takiej, która najrzadziej skłaniała słuchających po sięgnięcie po broń. Następnie Anne Fadiman pisze o trybie życia podyktowanym zegarem biologicznym – o sowach i skowronkach. Jako sowa akcentuje absolutną wyjątkowość puchatych ptaków i ich przeznaczenie do poznawania nocnych tajemnic, gdy jedynie najodważniejsi nie wychodzą na nowojorskie ulice. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejny esej zatytułowany jest „Prokrustes i wojny kulturowe”. Tutaj niestety, tłumaczka Fadiman, wspomniana Magda Heydel nie ustrzegła się przed błędem – nie jest on jednorazowy, ponieważ taka forma imienia greckiej postaci mitologicznej – Prokrustes, pojawia się przez cały rozdział i dziwi mnie, że nikt nie zwrócił na to uwagi podczas redakcji książki. Nie jest bowiem błędem sama forma tego imienia – po polsku można użyć jej zamiennie z „Prokrust”, ale fakt, że wybierając właśnie tę drugą formę, tłumaczka stosuje przymiotnik „prokrustowy”, „prokrustowe”, zamiast konsekwentnie – prokrustesowe. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W „Prokrustesie i wojnach kulturowych” Fadiman krytykuje poprawność polityczną, krytykę feministyczną i subalternową, okrawającą - jej zdaniem - klasykę literatury do idei aktualnych współcześnie. Moim zdaniem, robi to niesłychanie mętnie, w dodatku prezentując ekstrema, które znajdą się w każdym ruchu czy nurcie teoretycznym. Paulina Szkudlarek uświadomiła mi, że na ten temat dużo bardziej kompetentnie i wyczerpująco pisał Tzvetan Todorov w "La Littérature en péril" [2].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po rozdziale „Coleridge uciekinier”, w którym oprócz skomplikowanych losów poety poznajemy złotą myśl, iż poezja była dla Coleridge’a – i być może nie tylko dla niego – jedynym eskapizmem nie budzącym wyrzutów sumienia, musiałam przemęczyć się przez absolutnie żałosne i anachroniczne wynurzenia Fadiman na temat jej „przygody” z pocztą elektroniczną (po angielsku zbiór wyszedł w roku 2007, chyba „trochę’ za późno na chwalenie się umiejętnościami à la polski poseł – „znam świetnie komputer, ale z tym internetem to nie za bardzo”). Oczywiście rozdział rozpoczynają przechwałki w stylu – jak stylowo być dinozaurem – telefon komórkowy i e-mail są „be”, ale cały świat sprzysiągł się przeciwko autorce i w końcu zaczęła używać tych nieeleganckich wynalazków. Spuszczę zasłonę miłosierdzia na jej opisy otrzymywanych maili. Ten rozdział książki Fadiman był pierwszym, przez który moje pierwotne zadowolenie z lektury zaczęło błyskawicznie się rozmywać. Kolejnym tematem opisanym przez autorkę jest jedna z wielu amerykańskich rozrywek, dzięki któremu krajowa gospodarka rozkwitła tak bardzo, że aż musiała splajtować, czyli przeprowadzka. W tym „eseju poufałym” Anne Fadiman opisuje jak ona i jej mąż, czyli dwójka znudzonych nowojorczyków – znudzonych czym? Mieszkaniem w jednym miejscu – postanawia przeprowadzić się tam, gdzie bije źródło pierwotnego szczęścia i bliskości z Naturą przez duże N – na wieś. Przytaczając liczne za i przeciw decyzji o przeprowadzce, poznajemy czcigodnego przodka autorki – amerykańskiego pioniera przemierzającego „ziemię niczyją”, który w pozostałych po nim zapiskach gorąco namawiał na wyskoczenie z utartych kolein i zrobienie czegoś nowego, jak np. zmiana miejsca zamieszkania. Obawiam się, że ówczesna dość masowa przeprowadzka, jaka nastąpiła w tamtych czasach z Europy do Ameryki Północnej nie do końca nastąpiła za zgodną poprzednich lokatorów. Ale za to dzięki chwalebnej przedsiębiorczości białych zdobywców ruszyli leniwe i niewykształcone tyłki, by poznać nowe obszary – obszary wykluczenia pod chyba każdym istniejącym względem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozwolę sobie wtrącić tutaj, że Anne Fadiman wybrała gatunek eseju poufałego nie tylko jako najlepszy do pochwalenia się własną erudycją w sposób unikający zbędnego formalizowania, ale po to, by mistrzowska forma sprawiała wrażenie, że autorka prowadzi z czytelnikiem intymną, niezobowiązującą rozmowę w domowych pieleszach (a może i dlatego, że amerykański, nieformalny sposób bycia jak widać łączy się z chaotycznym oczytaniem branym błędnie za erudycję). O ile z początku książki faktycznie lekkie pióro Fadiman sprostało wymogom tego gatunku, z każdym kolejnym rozdziałem miałam wrażenie, że nie ma mowy o żadnej „rozmowie” – moja „samotność”, czyli ten postulowany przez Prousta stan otwarcia na to, co ma do powiedzenia autor, zamienia się w męczarnię wysłuchiwania paplającego nieproszonego gościa, który wypił o jednego drinka za dużo i za bardzo się spoufala z gospodarzem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejny esej, a może raczej – felieton, nie był już jedynie nużącym żonglowaniem faktami, datami i miejscami, ale prawdziwym ciosem po głowie. W „Kawałku bawełny” Anne Fadiman opisuje, jak 11 września (roku 2001 rzecz jasna) zrobił z niej patriotkę. Niejako usprawiedliwieniem tej niespodziewanej dla siebie wolty, mają być przytoczone przez nią słowa George’a Packera: „Po 11 września liberałowie mogą już bez ryzyka być patriotami” [3]. Dalej już wiadomo, że ważna jest flaga i najlepsza na świecie demokracja amerykańska, ponieważ chroni nawet tych, co tę flagę profanują. Fadiman przypomina też o strażakach, którzy w murach WTC chronili zniszczoną flagę, niestety cierpię na chroniczny brak uczuć patriotycznych i nie wzruszyłam się. Przeszłam do kolejnego rozdziału, o arktycznym maniaku i śmierdzącym - dosłownie - egocentryku, Vilhalmurze Stefanssononie. Nieco zmroziła mnie powtórka tematyki z poprzedniego zbiorku esejów Fadiman, „Ex libris. Wyznania czytelnika” [4], ale i tak było to lepsze, niż stanie na baczność podczas amerykańskiego hymnu. Następnie, z dalekiej Arktyki, spoufalająca się eseistka przeniosła mnie z powrotem do Stanów Zjednoczonych, gdzie poznałam pean na cześć kawy i możliwości, jakie daje kofeina. Niestety, picie kawy jest dla mnie czymś całkowicie obcym i zabronionym, zatem nie mogłam razem z autorką podzielać jej zachwytu nad czarnym, pięknie pachnącym, ale okropnie smakującym, napojem. Kolejna dłuższa uwaga – podobnie jak w eseju o lodach, Fadiman sięga po coś, co zwykło nazywać się „faktem historycznym” i przywołuje, jak wyglądało w przeszłości spożycie lodów/kawy, czym oba swego rodzaju fenomeny kulinarne były kiedyś, i czym są teraz.. Zaskakuje, jak małą erudycję Fadiman posiada w tym zakresie – raczy czytelnika jedynie paroma ciekawostkami pojawiającymi się w każdym artykule na dany temat. Na zakończenie tego rozdziału autorka „oswaja” przeciętnego amerykańskiego odbiorcę i zapewnia, że oczywiście zdarzyło się jej pić kawę ze Starbucksa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Książkę kończy esej „Pod wodą” – o pośpiechu, wakacjach w kajakach, śmierci kolegi, którego wciągnął wodny wir. Bardzo zirytowała  mnie metaforyka prostych skojarzeń:  życie = rwący nurt rzeki, pośpiech = zachłanność na życie, brak pośpiechu = świadome cieszenie się życiem. Płynąć po wodzie = żyć, pod wodą = śmierć. Tym razem w rozdziale brak natłoku anegdot i ciekawostek, następuje śmierć książki, czyli koniec. Ulga! Kończyłam eseje Fadiman w pośpiechu - mnie też obmywał żal, niczym woda, że w trakcie rozkoszowania się pysznymi lodami, zapachem kawy i podziwianiem złapanych motyli, musiałam poderwać się z fotela, którego nie mam, by zasalutować amerykańskiej fladze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie sądzę, by Marcel Proust był pozbawiony narcyzmu, ale na pewno wyzbył się go w swoim pisaniu, i świadomości literackiej oraz twórczej. Pozwolę sobie przytoczyć znowu jego słowa, ponieważ doskonale pasują do Fadiman, która pozornie opowiada o różnych rzeczach, a tak naprawdę ciągle o sobie i tylko o sobie. „Wydaje się, że pociąg do książek rośnie na tej samej gałęzi co inteligencja, choć nieco niżej, podobnie jak każdej namiętności towarzyszy pociąg do tego, co otacza jej przedmiot, i o czym mówi ona pod jego nieobecność” [5]. Dużo czytać nie znaczy myśleć, i niestety Fadiman do tego prostego wniosku jeszcze nie doszła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sławomira Raczyńska&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Anne Fadiman, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;W ogóle i w szczególe: eseje poufałe&lt;/span&gt;, przeł. Magda Heydel, Znak, Kraków 2010.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przypisy:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] Marcel Proust, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pamięć i styl&lt;/span&gt;, wybór, oprac. i wstęp Michał Paweł Markowski, przeł. Marek Bieńczyk, Janusz Margański, M. P. Markowski, Znak,  Kraków 2000, s. 92.&lt;br /&gt;[2] Tzvetan Todorov, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;La Littérature en péril&lt;/span&gt;, Flammarion, Paris 2007. Po polsku można znaleźć jego tezy w artykule Zofii Mitosek pt. &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Tzvetan Todorov - transfiguracja strukturalisty&lt;/span&gt;, "Teksty Drugie", nr 4, 2007.&lt;br /&gt;[3] Anne Fadiman, W&lt;span style="font-style:italic;"&gt; ogóle i w szczególe: eseje poufałe&lt;/span&gt;, przeł. Magda Heydel, Znak, Kraków 2010, s. 155.&lt;br /&gt;[4] Anne Fadiman, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Ex libris: wyznania czytelnika&lt;/span&gt;, przeł. Hanna Pustuła, Paweł Piasecki, oprac. i noty Jan Gondowicz, Świat Literacki, Izabelin 2004.&lt;br /&gt;[5] Marcel Proust, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pamięć i styl&lt;/span&gt;, dz. cyt., s. 98.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-2251688145173636590?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/2251688145173636590/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/06/w-ogole-i-w-szczegole-anne-fadiman.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/2251688145173636590'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/2251688145173636590'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/06/w-ogole-i-w-szczegole-anne-fadiman.html' title='„W ogóle i w szczególe” Anne Fadiman, eseje zbyt poufałe'/><author><name>Sławomira Raczyńska</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11376808583402982279</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-1424054016248226172</id><published>2011-05-28T11:06:00.000-07:00</published><updated>2011-05-28T11:14:55.891-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kobiety'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='historia kultury'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='płeć'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='feminizm'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Danuta Gwizdalanka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='mężczyźni'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='muzyka'/><title type='text'>Danuta Gwizdalanka, „Muzyka i płeć”</title><content type='html'>Zagadnienia muzyczne niezwykle rzadko podejmowane są w obrębie badań nad płcią kulturową i społeczną – o ile nie jest to muzyka zwana popularną czy rozrywkową. Na gruncie polskim nie jest obecny nawet rewindykacyjny namysł nad historią udziału kobiet w życiu muzycznym, w wielowiekowym rozwoju tej gałęzi sztuki. Tym mocniej w „genderowej biblioteczce” wyróżnia się wydana w 2001 roku przez Polskie Wydawnictwo Muzyczne praca Danuty Gwizdalanki, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Muzyka i płeć&lt;/span&gt;. Autorka ma na swoim koncie podręczniki dla dzieci, a ponadto książki łączące z muzyką rozmaite tematy, na przykład politykę [1]. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozpocznę od drobnych uwag krytycznych. Widać, że wprawdzie feministyczne i genderowe lektury Gwizdalanki są raczej ubogie, mimo to jedyne rzeczywiste potknięcia jakie da się zauważyć, dotyczą kwestii spoza specjalizacji muzykologicznej. Nietrafnie na przykład rekapituluje wnioski do jakich w swoim słynnym eseju &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Dlaczego nie było wielkich artystek?&lt;/span&gt; [2] doszła Linda Nochlin. Gwizdalanka podpiera odnośny paragraf odwołaniem do Kazimierza Ślęczki [3], choć pisząca – we wzmiankowanym artykule – o malarstwie Nochlin jest dostępna po polsku. Ślęczka z kolei w tym miejscu korzysta z wywiadu prasowego z Camillą Paglią. Owo spiętrzenie w sposób niemal nieunikniony doprowadziło do przeinaczenia: czytamy, że owych artystek nie było na tej zasadzie, na jakiej w historii litewskiej brak jazzmanów czy eskimoskiej – tenisistów: „nie tę dziedzinę uprawiali”. Tymczasem w moim odczytaniu Nochlin wskazywała na to, że w przeszłości koncepcja geniuszu nie obejmowała kobiet. Podobnie Gwizdalanka zdaje się chybić pisząc, że w akademiach sztuk pięknych barierą uniemożliwiającą kobietom wstęp było aż do dwudziestego wieku studium nagiego modela. Z historii sztuki wiemy, iż bariera upadła już wcześniej, a po drugie obostrzenia nie dotyczyły wstępu jako takiego, a jedynie tych konkretnych zajęć, tego konkretnego tematu. Warto dodać, choć nie jest to już argument w sprawie, a jedynie feministyczna ciekawostka, że kobiety zyskały możliwość uczestnictwa w zajęciach rysowania ciała męskiego z natury dokładnie w okresie, gdy ta odmiana aktu zdecydowanie straciła prestiż, popularność w hierarchii artystycznych przedsięwzięć. Wszelako w tematyce muzycznej autorka porusza się kompetentnie. Książka jest raczej historyczno–socjologiczna, aniżeli muzykologiczna. Rozważania fachowe są niezwykle rzadkie, na przykład kwestia nazywania żeńskimi lub męskimi końcówek kadencji rytmicznej z pewnością nie zakłóci odbioru lektury osobie niezaznajomionej z tą terminologią.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Muzyka i płeć&lt;/span&gt; obejmuje problematykę kompozytorstwa i wykonawstwa, w optyce nie tylko feministycznej. Tytuł pracy nie jest bowiem na wyrost. Autorka poświęca na przykład ciekawy rozdział kastratom. Poza tym gromadzi relacje o próbach ukazywania muzyki jako domeny męskiej, jako domeny męskości. Odtwarza historyczne listy tego, co męskie (tematy, gatunki, instrumenty, czynności, na przykład dyrygentura), i tego, co męskie być chciało. Problem emocjonalności, nastrojowości muzyki odwoływał się bowiem do stereotypowej kobiecości, jednak podejmowano wysiłki, głównie na polu retorycznym, by to niepożądane zniewieścienie zakamuflować. Mamy tu więc przede wszystkim podkreślanie matematycznej precyzji niezbędnej w pracy kompozytorskiej. Gwizdalanka przypomina uwagi ogólne: stanowisko, wedle którego kobieta jest niezdolna do opanowania emocji, a więc do sięgania ku nim z namysłem i celowo, czy też uwagi szczegółowe: kobieta nigdy nie opanuje kontrapunktu, odwoływanie się do „heroicznej męskości” kompozytorów (Beethoven, Wagner), oraz negowanie skojarzeń, że z męskością muzyka jest „coś nie tak”. Anegdota na ten temat: bywało, że po ustaniu mody na kastratów, śpiewacy o wyglądzie mogącym wywoływać niechciane przez nich skojarzenia, anonsowali się na afiszach jako ojcowie rodzin [s. 71]. Gwizdalanka opisuje też dzieje muzycznej obecności kobiet w Kościele („mulier taceat in ecclesia”) i wskazuje na rozkwit twórczej działalności w wyizolowanych żeńskich wspólnotach (klasztorach, ale nie tylko).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Autorka i we wstępie, i w paru innych miejscach [vide np. s. 128] deklaratywnie odcina się od feminizmu. Książka pochodzi sprzed dekady, a był to okres mody czy raczej plagi stwierdzeń „nie jestem feministką, ale...” – po czym zazwyczaj przychodziły słowa poparcia dla jakiegoś typowo feministycznego postulatu. Próba takiej retoryki u Gwizdalanki: „Tyleż ciekawe, co odstraszające dla nieuprzedzonego czytelnika są monografie kobiecej martyrologii, gdyż ze względu na obfitość dokumentów zazwyczaj krępuje je ideologiczny gorset” [s. 126]. Do czego „nieuprzedzony” ma być czytelnik? Jeśli nie baczy na przekonującą warstwę merytoryczną, to znaczy, że uprzedzony jest, skoro „odstrasza” go retoryka – to ostatnie przy zgodzie na sformułowanie o „gorsecie”. Jakie jednak „skrępowanie”? Odwrotnie, to uwolnienie od wieloletniego, ba! Wielowiekowego milczenia i jest, istotnie „obfitość” tego o czym należy mówić. Dotyczy to także historii muzyki, i właśnie Gwizdalanka podnosi owe tematy. Wskazuje na artystki z przeszłości, relacjonuje ich upokorzenia, na przykład „udomowienie” Clary Wieck Schumann [s. 120-121], uporczywą niesubordynację instrumentalistów z orkiestr wobec kobiet – dyrygentek [s. 163], oraz dowody na ferowanie sądów bazujących wyłącznie na uprzedzeniach. Interesujący jest opis przypadku dziewiętnastowiecznego krytyka recenzującego zbiór fug organowych wydanych pod nazwiskiem Marianny Stecher. Zarówno gatunek, jak i instrument to domena wykształconych mężczyzn, a nie płochych dyletantek, tedy – niezależnie od tego, czy fugi są dobre – „sam pomysł jest skierowany przeciwko niewieściej naturze”. Problem w tym, że tak naprawdę utwory skomponował mężczyzna, mnich (o imieniu Marian) i wszystko sprowadzało się do błędu w druku [s. 112-113]. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gwizdalanka jest także wrażliwa na problemy nadużyć seksualnych [s. 85], zauważa zjawisko dragu i pisze o nim wprawdzie niewiele, ale rzeczowo [s. 87]. Nie pomija orkiestr gejowskich, chociaż sytuuje sprawę w emancypacyjnej polityce widoczności, nie mówi zaś o artystach, którzy w przeszłości w swojej działalności znajdywali azyl przed społeczną opresją (w tym temacie warto przeczytać prace Bartosza Dąbrowskiego o Karolu Szymanowskim [4]). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nietypowe jest też to, że autorka nie izoluje muzyki „poważnej”, czyli wysokoartystycznej, od popularnej, na przykład mówi o karierach gwiazd rocka jako chronologicznej kontynuacji pewnych zjawisk, i androgynię (właściwie rzecz ujmując: ambiwalencję genderową), czy – jak się wyraża – „przebieranki” wzmiankuje zaraz po opisaniu operowych konwencji wyzyskiwania płciowej dezorientacji (&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Wesele Figara&lt;/span&gt;).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co zaskakujące i irytujące, książka się nie kończy – książka się urywa wraz z ostatnim zdaniem rozdziału o homoseksualności w świecie muzyki. Autorka nie proponuje żadnego podsumowania, nie wykonuje nawet gestu retorycznego „pożegnania się” z czytelnikami. Jako mankament publikacji jestem również skłonna wskazać umieszczone w niej... ilustracje Marcina Bruchnalskiego. Infantylna konwencja, odwoływanie się do rozmaitych sformułowań Gwizdalanki – nie „zaczepne”, nie humorystyczne ani nie satyryczne, każą kwestionować rangę pracy. Z pewnością mamy do czynienia z rzetelną pozycją akademicką, książką, w której skrupulatnie odnotowane są wszelkie zapożyczenia i cytaty, tymczasem warstwa wizualna zdaje się banalizować przesłanie, jakie – nawet bez partii podsumowującej – niesie &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Muzyka i płeć&lt;/span&gt;, naświetlając historię (polaryzacji) płci w muzyce, tudzież problem (świadomości) płci w muzykologii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy jakiś czas temu zastanawiałam się, jak powinien brzmieć żeńska forma słowa muzyk, pomysł, by kobietę poświęcającą się działalności muzycznej określić mianem muzyczki, wydawał mi się nietrafny, niestosowny. Autorka bez skrupułów posługuje się taką właśnie nazwą, dowodząc swoistej odwagi – forsowanie adekwatnych rodzajowo odpowiedników uchodzi za hobby zapalczywych feministek. Gwizdalanka siebie do nich nie zalicza, ale...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paulina Szkudlarek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Danuta Gwizdalanka, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Muzyka i płeć&lt;/span&gt;, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 2001. Wszystkie cytaty i odniesienia, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] Danuta Gwizdalanka, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Muzyka i polityka&lt;/span&gt;, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 1999.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[2] Linda Nochlin, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Dlaczego nie było wielkich artystek?&lt;/span&gt;, przeł. Barbara Limanowska, „OŚKa” nr 3(8)/1999, &lt;a href="http://www.unigender.org/?page=biezacy&amp;issue=02&amp;article=07"&gt;dostępne na stronach pisma „Unigender”&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[3] Kazimierz Ślęczka, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Feminizm. Ideologie i koncepcje społeczne współczesnego feminizmu&lt;/span&gt;, Książnica, Katowice 1999.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[4] Bartosz Dąbrowski, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Mit dionizyjski Karola Szymanowskiego&lt;/span&gt;, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2001, oraz tegoż &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Szymanowski. Muzyka jako autobiografia&lt;/span&gt;, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2009.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-1424054016248226172?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/1424054016248226172/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/05/danuta-gwizdalanka-muzyka-i-pec.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/1424054016248226172'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/1424054016248226172'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/05/danuta-gwizdalanka-muzyka-i-pec.html' title='Danuta Gwizdalanka, „Muzyka i płeć”'/><author><name>Paulina Szkudlarek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07806571691844060258</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-1096566083369492823</id><published>2011-05-10T09:15:00.000-07:00</published><updated>2011-05-10T10:07:08.909-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='społeczeństwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wojciech Nowicki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='esej'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='jedzenie'/><title type='text'>„Stół, jaki jest. Wokół kuchni w Polsce” Wojciecha Nowickiego, czyli odgrzewany kotlet z mikrofali.</title><content type='html'>A miało być tak pięknie... Tematyka kulinarna, gatunek uwielbiany – esej, wreszcie autor, niejako znany, bo regularnie co piątek czytany. Wojciech Nowicki, dziennikarz, recenzent kulinarny piszący dla krakowskiego oddziału „Gazety Wyborczej” – czyli marka miejscowa, solidna, powiedziałabym nawet, że darzona zaufaniem, jedynie z lekka umiarkowanym (dystans wobec wszystkiego zawsze bowiem trzeba zachować). Recenzja jego książki właściwie była już gotowa, kiedy miałam „tylko” sprawdzić, w którym to jego felietonie już czytałam anegdotę znalezioną w książce, ot tak, dla porządku, by wykorzystać jako przypis. Zaczęłam więc ponownie czytać archiwalne recenzje kulinarne Nowickiego na portalu krakowskiej "Gazety Wyborczej", i szlag mnie trafił, gdy trafiłam na pięć fragmentów z ładnie wydanego i dość drogiego eseju w formie elektronicznej, darmowej i już dawno temu opublikowanej. Ale od początku, od początku...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rzadko się zdarza, by ktokolwiek zabierał się za temat odbrązawiania mitu wspaniałej, smacznej i zdrowej polskiej kuchni. Wojciech Nowicki podjął się opisania realnego stanu polskiego stołu na podstawie własnych doświadczeń, obserwacji i wspomnień, w eseju wydanym przez krakowskie Muzeum Etnograficzne im. Seweryna Udzieli. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czytam recenzje kulinarne Nowickiego od kilku lat i konsultuję jego opinie z wrażeniami własnymi i znajomych z wizyt w opisywanych przez niego restauracjach i lokalach gastronomicznych. Dodajmy – zdanie przyjaciół jest tu wagi niebagatelnej, wiedzą bowiem zarówno jak wygląda praca na wszelkich stanowiskach w dobrej restauracji, cieszącej się zasłużoną renomą, jak i prowadzenie gastronomicznego biznesu od strony szefowej i szefa. Poznaję więc komentarze do recenzji Nowickiego zarówno tych, co wiedzą zarówno, co to &lt;span style="font-style:italic;"&gt;dolce vita&lt;/span&gt;, jak i &lt;span style="font-style:italic;"&gt;ora et labora&lt;/span&gt; – i to nie w wydaniu krytykowanym (słusznie) przez autora recenzowanej tu książki. Nowicki portretuje bowiem parweniuszy nowobogackich albo wyrobników kelneropodobnych, którzy nie potrafią powiedzieć klientowi nawet „dzień dobry”. Z moich porównań wychodzi na to, że można Nowickiemu jak najbardziej wierzyć, że rzadko zdarza mu się zaliczyć wpadkę i polecić lokal może nie tyle nawet mierny i mizerny, co jednak boleśnie nie zachwycający tak, jak by to wynikało z jego gorących pochwał publikowanych na łamach piątkowego dodatku do „Wyborczej” (bo z całą pewnością nigdy niesłusznie nie skrytykował restauracji wartej polecenia). Co prawda przyznam się, że moim guru absolutnym i mistrzem pióra na polu recenzji kulinarnych pozostaje niezmiennie od lat Maciej Nowak, jednakże siedzi w Warszawie i z tego centralnego punktu stołecznego rozwija swój talent gastronauty. Kraków ma Nowickiego, który wytrwale sprawdza, jak się miewają propozycje kulinarne małopolskich restauracji i najczęściej marudzi, narzeka, kręci nosem, rzadko co poleca – i niestety ma rację. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracając do jego książki wydanej przez Muzeum Etnograficzne – i polecanej przez Andrzeja Stasiuka i Wojciecha Bursztę (łatwo sobie wyobrazić uzgadnianie tych peanów przy jednym stole), czego nie znoszę – tego powoływania się na „autorytety”, skoro książka adresowana jest do czytelnika z całą pewnością zdolnego do samodzielnego wyrabiania sobie opinii i nie polegania na zdaniu Znanych Nazwisk... otóż książka pomyślana jest jako esej, którego tematem „nie jest sama kuchnia, a wszystko to, co wokół niej się dzieje” (s. 7), zatem – jak zmieniała się kuchnia i polskie myślenie o jedzeniu podczas przemian ustrojowych, co pojawiało się na stołach w czasach naszego dzieciństwa, a co zjawia się teraz. Nowicki od początku swoich rozważań demontuje wyobrażenie, którym karmi się nas nadal od dzieciństwa – że polska kuchnia najlepszą jest w świecie i polskie smaki, zapachy, potrawy, są po prostu niezrównane. Kojarzymy popularne w Polsce zachodnie i azjatyckie kuchnie ze stylami życia, z konkretnym myśleniem o oprawie estetycznej serwowanych potraw.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Książka rozpoczyna się małym falstartem, ponieważ Nowicki uległ niestety czemuś, co bym nazwała grafomanią erudycyjną, popisem, który może miał się pojawić nie jako potrójny tulup, ale przynajmniej porządne taneczne pas na polu literatury, a mnie jawi się jako potknięcie na skórce od banana, czyli – przywołuje metaforę przypominania sobie smaków i zapachów poprzez Proustowską magdalenkę umaczaną w lipowej herbacie. Niewiele jest bardziej ogranych prób popisania się własną erudycją, i niestety ta sytuuje się w ścisłej czołówce. Uwielbiam Prousta (i to bardziej niż Lovecraft, który przeczytał tylko pierwszy tom powieści „W poszukiwaniu straconego czasu”), ale pomijając może maturę i pierwsze lata studiów, do głowy by mi nie przyszło, by wskazywać w pracach na scenę z magdalenką, bowiem takie zdarte płyty, choćby z najpiękniejszym nagraniem, powinno się puszczać tylko dla siebie, a nie ku znudzeniu czytelnika. Ten, kto nie zna Prousta, może nie sięgnie po książkę Nowickiego, ten kto ją zna, ziewnie potężnie w tym miejscu. Na szczęście dalej jest lepiej – zadanie, które sobie autor stawia, spełnia, choć rysuje to smutny portret własny Polaków.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czytałam niedawno znakomitą książkę poświęconą włoskiej kuchni*, autorstwa Eleny Kostioukovitch, rosyjskiej tłumaczki Umberto Eco, od ponad dwudziestu lat mieszkającej we Włoszech. W tym cudownym tomie autorka oprócz genialnego opisu i specyfiki kulinarnej każdego włoskiego regionu, opowiada, w jaki sposób boska kuchnia śródziemnomorska splotła się z włoskim sposobem życia, jak rolnicza i gastronomiczna samowystarczalność, a zarazem obfitość smaków, zapachów, wszelkich płodów rolnych, złożyła się na włoską pewność siebie, umiejętność wyrażenia indywidualności, a także na demokratyczne podejście do tego całego bogactwa, z którym należy dzielić się z innymi. Radość życia pod złotym słońcem, a także umiejętność wykorzystania najprostszych, dostępnych pod ręką produktów, by wręcz wyczarować znakomite, wykwintne dania – tak można by w największym skrócie wyrazić włoskie myślenie o kuchni zaprezentowane przez Kostioukovitch. Jak coś podobnego mogłoby zaistnieć w kraju, gdzie żyje społeczeństwo Chrystusów Europy, gdzie każdy jest męczennikiem na skalę Miauczyńskiego, który nie spadł na ziemię podczas lotu tupolewem, ale zawisnął na brzozie w połowie drogi i zawodzi żałośnie, nie mogąc ani wzlecieć ku wyżynom, ani spaść, porządnie, w samo bagno? Skąd wykrzesać tę radość życia nad najzimniejszym morzem europejskim? Kto ma nas uczyć smakowania i delektowania się jedzeniem, skoro władcy masowego żywienia, kucharze wszelakich stołówek i wielu restauracji to adepci polskich szkół gastronomicznych, w których uczniowie palą na potęgę przytepiające smak papierosy i są uczeni, jak najtańszym kosztem jakoś upichcić obiad złożony z pomidorowej na mięsie i kostce rosołowej i schaboszczak, ociekający tłuszczem z miękkiej panierki? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uczynię ekshibicjonistyczne wyznanie – uprawiam „gastronomiczną pornografię” i uwielbiam podczas jedzenia oglądać książki kucharskie, najlepiej pięknie zilustrowane, albo czytać smakowite książki, napisane wspaniałym, aromatycznym i działającym na wyobraźnię stylem. Nowicki w znakomitym fragmencie swojego eseju, przestrzega przed sięgnięciem w takich chwilach po współczesną literaturę polską, gdzie pojawiające się opisy jedzenia są opisem męczarni, blamażu, są niczym żenujące starania parweniuszy bytu, którzy pragną kreować egzystencję, a wychodzi jedynie smętny flak bytowania. Cytowane fragmenty powieści ukazują jedzenie jako odrzucające, bezbarwne i niesmaczne resztki marzeń o jakimś ideale, bohaterowie sprawiają wrażenie albo abnegatów, którym wszystko jedno, czy zjedzą szczura w panierce, czy tort szwarcwaldzki, albo istoty cierpiące na poważne zaburzenia łaknienia. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znakomite są fragmenty, w których Nowicki ukazuje, jak kuchnię włoską i azjatycką Polacy przez lata skroili na swoją miarę i swój smak. Jak Polaków informowano, w książkach kulinarnych, pisanych przecież przez „znawców”, o postaci innych kuchni narodowych, wschodnich i zachodnich, i jak te koszmarne uogólnienia i stereotypy pokutują czasem do dziś. Świetne jest przypomnienie książek kulinarnych w ogóle, zwłaszcza tych PRL-lowskich. Brakowało mi trochę, by Nowicki zauważył koszmarny trend ciągłego wznawiania tych obrzydliwych staroci – sama mam w domu parę Szymanderskich i innych książeczek, w których rozpoznaję blade i umęczone cienie znanych potraw z kuchni śródziemnomorskiej, ale zatłuczone, zatłuszczone i pozbawione wszelkich substancji odżywczych oprócz tłuszczu – o smaku nawet nie mówię. Ba, jedna z takich książek ma nawet tytuł „Kuchnia europejska”, ponieważ autorom się wydawało, że „ezgotyczny garnir” na zwykłym ziemniaku zmienia go w „coś zupełnie innego”. Szkoda, że nie pisze o absolutnie koszmarnym wynalazku, jak „globalna książka kucharska lokalna”, np. wydawnictwa Reader’s Digest, gdzie okazuje się, że w Polsce jada się tarty i homary na co dzień. Zauważa natomiast coś innego, że bardzo często polskie książki kucharskie przemawiają do odbiorcy urzędowym lub naukowym tonem, zniechęcając czytelnika do jakichkolwiek prób kulinarnych. Podaje się w nich mnóstwo danych o kaloriach, kilodżulach, piramidzie żywienia, każe się zaopatrzyć w około trzysta niezbędnych w kuchni narzędzi, słowem – zabija jakąkolwiek radość z gotowania i odbiera chęć do eksperymentowania na własną rękę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A jak wyglądają polskie kuchnie regionalne? Nowicki trafia w sedno pisząc „Najczęściej (...) Polska je dania pamięci” (s. 91). Brak restauracji starających się wykorzystać miejscowe, sezonowe dobra. Wspomina się raczej, jak to kiedyś, ktoś, świetne piekł chlebki czy może gotował coś pysznego, typowego tylko dla danej okolicy. Jednak to się powoli zmienia, powoli pojawiają się małe wysepki, na których pasjonaci odtwarzają smaki przeszłości, biorą pod ochronę ginące odmiany potraw i rodzaje smaków, dzięki którym kreuje się na nowo coś, co nazywamy smakiem regionalnym, i to w wydaniu godnym polecenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nowicki przygląda się również obsłudze w polskich restauracjach i lokalach gastronomicznych. Opowiada historie koszmarne, po których raz na zawsze odechciewa się przygód kulinarnych i zwiedzania restauracji. Dosadnie portretuje typowego polskiego kelnera (s. 132), który zawsze stoi po przeciwnej stronie barykady niż klient. I jest w tym jakaś strasznie smutna diagnoza polskiego społeczeństwa, polskiego braku myślenia w kategoriach dobra większości, solidarności międzyludzkiej, braku życzliwości dla innych. Gdzieś wyczytałam, że w Polsce obsługa w sklepach i restauracjach stoi na tak niskim poziomie, ponieważ jest to personel bez przeszkolenia i słabo opłacany. Niestety, rzadko jest to prawda – to raczej wynik braku jakiejkolwiek kindersztuby i wymagania czegokolwiek od siebie samego. Oczywiście przeszkolenie przydałoby się na pewno, pytanie tylko, kto kelnerów i kelnerki powinien uczyć obsługiwania klientów – jeszcze bardziej chamski poprzednik, czy może, jak się to zdarza, arogancki właściciel, niemający pojęcia o prowadzeniu restauracji? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedyną rzeczą, do której się przyczepię jeszcze w książce Nowickiego to pewna niezbyt ładna praktyka, którą mogłabym nazwać autoplagiatem. Oczywiście Nowicki ma prawo do wykorzystania własnego tekstu, ba, ubolewam, że jego recenzje, jak i recenzje Nowaka, nie ukazały się drukiem, bo chętnie bym je kupiła (no dobra, to Nowaka kupiłabym na pewno), ale mimo wszystko, wypadałoby choćby wspomnieć, że drogie czytelniczki, drodzy czytelnicy, już o tym pisałem tu i tu. Przykłady?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fragment o kelnerowaniu w powieści „Zaklęte rewiry” Worcella i jej ekranizacji (w książce Nowickiego na stronach 128 – 131), w nieco tylko zmienionej stylistyce, choć zachowane są porównania i dane, znajdziemy w recenzji „Grand Hotel. O pustce” (ukazała się w GW 22 stycznia 2009 r. i można ją znaleźć w internecie &lt;a href="http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,87945,6192672,Grand_Hotel__O_pustce.html"&gt;tutaj&lt;/a&gt; ). Anegdota o kelnerze pouczającym autora, czym jest macchiato, pochodzi z recenzji „Kraków kulinarny. Kuchnia tarska (GW, 10 października 2008 r., &lt;a href="http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,87945,5795681,Krakow_kulinarny__Kuchnia_tarska.html"&gt;tutaj&lt;/a&gt;). Z kolei anegdotę o zaproszeniu na sylwestra w języku prawie–polskim, ze strony 25, można przeczytać też &lt;a href="http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,87945,6001879,Nadchodza_swieta__Jak_uniknac_grozy.html"&gt;tu&lt;/a&gt;. Fragment o tęsknocie za swojskimi smakami, w książce na stronach 78 – 79, spisany słowo w słowo, pochodzi z recenzji &lt;a href="http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,87945,8232098,Od_wodzionek_do_sajgonek__Plebiscyt_kulinarny.html"&gt;tejże&lt;/a&gt;. Rzecz o polskich kuchniach regionalnych, i jak pisała o nich Irena Gumowska – ze stron 80-83, tamże. Litości! Czasu nie było, wydawca gonił, zobowiązania wobec koncernów medialnych były tak wielkie, że aż tak trzeba było wykorzystywać opcję „kopiuj – wklej”? Dalej – anegdota ze strony 127, pojawiła się już &lt;a href="http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,87945,4932582.html"&gt;tutaj&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na zakończenie dodam jeszcze złośliwie, że spoglądając na znajdujące się na tylnej okładce pochwały książki, zastanawiam się, czy autorzy przeczytali ją na pewno. Ponieważ jeśli jest to „danie roku” jak chce Stasiuk, to chyba lepiej przejść na dietę, a jeśli „Wokół stołu” - „namawia nas do myślenia i inwencji, podpowiada, jak poradzić sobie we współczesnym supermarkecie możliwości, by nie stracić w nim orientacji”, jak z kolei notuje Burszta, to zastanawiam się, czy przeczytał jakieś niezamieszczone w książce rozdziały (zresztą jego słowa pasują o wiele bardziej do książek wspomnianego przez Nowickiego Michaela Pollana). Kiedy zabrałam się za tę recenzję i zajrzałam, co Nowicki napisał o krakowskich lokalach (przeczytałam wszystkie teksty na stronie internetowej krakowskiej GW), ogarnęło mnie zniechęcenie. Okazuje się bowiem, że dużo lepiej i więcej autor już zdążył powiedzieć, a ilość zapożyczeń, choćby najbardziej usprawiedliwionych, z własnych tekstów (i nie zaznaczenie tegoż faktu), na polu literackim staje się tym, czego Nowicki tak bardzo nie cierpi na obszarze gastronomii – nazywa swojskie, przyzwoite danie dumną nazwą eseju, a to niestety kotlet, choć porządny, to jednak odgrzewany. Z chęcią przeczytam kolejne recenzje kulinarne Nowickiego, ale esej... strzeż się, pisarzu, recenzentka pamięta!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sławomira Raczyńska&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wojciech Nowicki, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Stół, jaki jest. Wokół kuchni w Polsce&lt;/span&gt;, Muzeum Etnograficzne im. Seweryna Udzieli, Kraków 2011. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* Elena Kostioukovitch, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Sekrety włoskiej kuchni&lt;/span&gt;, przedmowa Umberto Eco, przeł. Jan Jackowicz, Albatros, Warszawa 2010.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-1096566083369492823?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/1096566083369492823/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/05/sto-jaki-jest-woko-kuchni-w-polsce.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/1096566083369492823'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/1096566083369492823'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/05/sto-jaki-jest-woko-kuchni-w-polsce.html' title='„Stół, jaki jest. Wokół kuchni w Polsce” Wojciecha Nowickiego, czyli odgrzewany kotlet z mikrofali.'/><author><name>Sławomira Raczyńska</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11376808583402982279</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-4025221289685554367</id><published>2011-05-07T01:18:00.000-07:00</published><updated>2011-05-07T01:48:32.687-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kobiety'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Heather McElhatton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='USA'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Drobne błędy'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='podróże'/><title type='text'>Heather McElhatton, „Drobne błędy”</title><content type='html'>Żyje się tylko raz, a każdy dokonany wybór odbiera potencjał zaistnienia wszystkim pozostałym alternatywom, determinując z kolei powstawanie kolejnych opcji. Czy chcielibyśmy się przekonać, jak przebiegłyby czyjeś losy w wersjach „co by było gdyby...”, czyli we wszystkich wariantach, normalnie niemających szans na zaistnienie? Propozycję będącą próbę odpowiedzi stanowi powieść Heather McElhatton zatytułowana &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Drobne błędy&lt;/span&gt;. Oczywiście użycie generalnego kwantyfikatora jest nadużyciem: „wszystkie” drogi są niemożliwe do wskazania, a McElhatton zdecydowała się na odmalowanie tych najbardziej skontrastowanych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Punkt wyjścia to ten moment w życiu, który niesie stereotypowe skojarzenia z przełomem mającym dla biografii decydujące znaczenie formacyjne. Bohaterka, o której konsekwentnie mowa jest w drugiej osobie, kończy liceum, i zastanawia się nad studiami oraz nad perspektywami związku ze swoim szkolnym chłopakiem. Od tego, czy pójdzie do college’u (i dalej: na jaki kierunek), czy też ruszy w podróż do Europy, autorka każe nam uzależniać dalszy tok lektury. Porady na ten temat zawarła w dwóch akapitach zatytułowanych „Jak czytać tę książkę”: nie od deski do deski, nie cofając się, a konsekwentnie podążając za jednym wybranym wariantem historii, a po skończeniu, za kolejnymi, „bo przecież każdy zasługuje na kolejną szansę” [s. 7]. Na tej podstawie wydawca zdecydował się na reklamowy chwyt porównujący &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Drobne błędy&lt;/span&gt; do &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Gry w klasy&lt;/span&gt; Cortazara, co jest sporym nadużyciem. Co paradoksalne, ale niezaskakujące, sugerowana strategia czytelnicza zdaje się być próbą odebrania odbiorcom wyboru właśnie! O tym jednak później.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Książki nie sposób streścić, choć książka sama zdaje się być zbiorem streszczeń. Na pierwszy rzut oka, bohaterce przydarza się wszystko: podróżuje, zdobywa wykształcenie, zyskuje majątek, winduje swoją pozycję na drabinie społecznej bądź się stacza, popełnia przestępstwa, za które jest karana albo unika odpowiedzialności, zabija, szantażuje, albo rezygnuje z tak okrutnych i niecnych czynów, wychodzi za mąż i się żeni, miewa dzieci, umiera przedwcześnie albo w wieku bardzo zaawansowanym. Śmierci następują w wyniku wypadków komunikacyjnych, problemów z jedzeniem, postrzelenia, oraz wielu innych. Daje to pozory niezwykłej różnorodności, oporu wobec narzucenia fatum czy poczucia nieuchronności. W istocie to, co McElhatton eksploatuje, jest spójne i jednorodne. Eksploatuje tedy tę samą postać? Niekoniecznie. Z jednej strony sugestia kieruje nas ku postrzeganiu każdego alter ego (?) bohaterki jako osobowości odmiennej, albowiem ukształtowanej przez inne warunki, z drugiej – niektóre historie się zbiegają. Na przykład podróże po Europie mogą odbyć się przed podjęciem studiów lub po ich zakończeniu, lecz niewykluczone, iż kobieta i tak spotka określone osoby i uwikła się w te same ciągi dalsze. Można w tym dostrzegać podległość wobec losu, można też konsekwencję w prowadzeniu postaci, którą poznajemy jako już dorosłą – to wciąż kobieta, Amerykanka z prowincji, jedynaczka, etc. Niestety jednocześnie wydaje się, że autorka ulega swoistej ograniczonej wizji świata, powtarzając pewne motywy. Przede wszystkim zauważalny jest akcent stawiany na branym stereotypowo, promowanym zarówno w wersji konserwatywnej, jak i liberalnej, tak zwanym amerykańskim stylu życia, prowadzić mającym do spełnienia przysłowiowego już marzenia o powodzeniu.    &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aspiracje postaci: głównej bohaterki i jej – &lt;span style="font-style:italic;"&gt;pour ainsi dire&lt;/span&gt; – rodzin, są zwykle  finansowe. Na przykład niezależni niszowi artyści zgadzają się „iść w mainstream” i zarabiać, kiedy tylko mają do tego okazję. Poza tym podstawowym, jeśli nie jedynym źródłem inspiracji jest biografia, co widać szczególnie w wątku, kiedy jako malarka rozczarowana związkami, tworzy wizerunki kobiet mszczących się na mężczyznach, kiedy jest szczęśliwa z partnerem, muzy ją opuszczają, zaś gdy czuje zawód rolą matki, jej obrazy ukazują opiekunki dręczące dzieci.   &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W niektórych historiach bohaterka decyduje się na ścieżkę kariery akademickiej, jednak – co zaskakujące nie tylko z polskiego punktu widzenia – przyjmowanie i porzucanie pracy na uczelniach przychodzi jej niezwykle łatwo, a aktywność naukowa zdaje się być ograniczona do zajęć dydaktycznych, i nie wymagać dalszego rozwoju własnego. Słyszę tu rzecz jasna echa książki &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Cudowni chłopcy&lt;/span&gt; Michaela Chabona (przeł. Andrzej Jankowski, Rebis, Poznań 2003), w której – przypomnijmy – główny bohater, prof. Grady Tripp, jest zatrudniony jako wykładowca dzięki swemu jednorazowemu pisarskiemu sukcesowi osiągniętemu siedem lat przed zawiązaniem się akcji powieści.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracając do McElhatton, rozkręcanie interesu przez jej bezimienną (niekiedy, dzięki mężom, posiadającej znane czytelnikowi nazwisko) powodzi się zawsze, niezależnie od tego, czy zysk jest niejako ujęty w założeniach, czy intencje są charytatywne (w wariantach życia poświęconym pomocy bezdomnym kotom, koniom, czy promocji sztuki autorstwa więźniów i więźniarek). Dojście do wysokiego statusu finansowego, niezależnie od wcześniej mających miejsce zdarzeń, oznacza dla bohaterki egoistyczną konsumpcję, nabywanie rzeczy luksusowych i zbytkownych, zakup nieruchomości w „ciepłych krajach”, w lokalizacjach egzotycznych (a najlepiej – tropikalnych) dla osoby najlepiej znającej tzw. klimat umiarkowany. Generalnie świat poza USA prezentuje się jako karykaturalne uogólnienie. Dotyczy to narodowości, np. Włochów: pełnych temperamentu, produkujących najlepsze na świecie buty, czy będących machoidalnymi typami otoczonymi rodzinami skupionymi wokół „mammy”. Pojawiają się też opinie długo wśród Amerykanów, a raczej – Amerykanek pokutujące, a zdezaktualizowane, np. że europejskie jedzenie jest tuczące.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Walka z przeciwnościami losu jest wyrównana – jak odnotowali &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Pretty_Little_Mistakes"&gt;autorzy notki na Wikipedii&lt;/a&gt;, połowa wariantów biografii bohaterki ma &lt;span style="font-style:italic;"&gt;happy endings&lt;/span&gt;, połowa zaś kończy się źle (trudno mi jednak wskazać na kryteria klasyfikacji). Jednak odnoszę wrażenie, że to, co pozytywne, szczególnie przypadki „szczęścia w nieszczęściu”, jest zbyt cukierkowe. Mam na myśli osobiste „upadki” jako pobudki skłaniające bohaterkę do działań dobroczynnych, rozmaite metody samodzielnego wydobywania się z bagna za włosy, czy losy rodziny, gdy kobiecie rodzi się syn z zespołem Downa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wątpliwość budzą wizje tego, co dzieje się po śmierci. Rezygnując z opisu konkretów, postawię jedynie pytanie: dlaczego możliwości są różne? Ich obecność ujawnia fakt, iż pisarka tylko się bawi swoimi pomysłami, przez co w odniesieniu do przygód bohaterki nie sposób się zaangażować, przyjąć perspektywy: „a co, gdybym to była ja?”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niezależnie od wachlarza „wyborów”, powieść &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Drobne błędy&lt;/span&gt; ofiarowuje nam amerykański mit, a ja przyjmuję tu nastawienie antyamerykańskie*. Jednak unikanie wieloznaczności, naskórkowość propozycji McElhatton, odróżniający ją od Cortazara brak umiejętności budowania nastroju, unikanie wszelkich form ironii intertekstualnej (przy – należy odnotować – niezaprzeczalnej obecności elementów humorystycznych) przekreślają element gry i odbierają książce szansę na roszczenia intelektualne, „wysokoartystyczne”. Nie jest psychologiczna, nie jest postmodernistyczna, nie jest krytyczna. Stanowi raczej zbiór scenariuszowych szkiców, jakie aspirujący filmowcy przedstawiają producentom. Czy jest „materiałem filmowym”? Niekoniecznie. Trudno wyobrazić sobie wytwórnię, której mogłoby się opłacić zaangażowanie środków, by doprowadzić wszystkie propozycje do realizacji. Pozostawiając powieść McElhatton na regale, pozostaje spytać, jakie egzystencjalne rozmyślania może pobudzać taka &lt;a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Analiza_SWOT"&gt;analiza SWOT&lt;/a&gt;?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paulina Szkudlarek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Heather McElhatton, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Drobne błędy&lt;/span&gt;, przeł. Agnieszka Pokojska, Muza, Warszawa 2008. Cytat pochodzi z tego wydania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* To oczywiście nawiązanie do szkicu Umberta Eco pt. &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Mit amerykański trzech pokoleń nastawionych antyamerykańsko&lt;/span&gt; (przeł. Joanna Ugniewska, w: Umberto Eco, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;O literaturze&lt;/span&gt;, Muza, Warszawa 2003), przywołanego tu w ramach „zemsty” za zarysowany przez McElhatton obraz Włoch i Włochów.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-4025221289685554367?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/4025221289685554367/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/05/heather-mcelhatton-drobne-bedy.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/4025221289685554367'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/4025221289685554367'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/05/heather-mcelhatton-drobne-bedy.html' title='Heather McElhatton, „Drobne błędy”'/><author><name>Paulina Szkudlarek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07806571691844060258</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3480944079520679472.post-3996700221324581706</id><published>2011-04-13T15:28:00.000-07:00</published><updated>2011-04-13T15:39:06.488-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Roland Barthes'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='humanistyka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miłość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='biografia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='autobiografia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Ewa Kuryluk'/><title type='text'>Życiorysy skradzione. „Frascati” i „Encyklopedierotyk” Ewy Kuryluk</title><content type='html'>Frascati, tytuł autobiograficznej książki Ewy Kuryluk to zarazem nazwa ulicy, przy której mieszkała rodzina artystki. Rodzina niezwykła, i w sposób szczególny doświadczana przez historię. Ojciec, Karol zwany Łapką (1910-1967), przedwojenny socjalista, pośmiertnie odznaczony medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, był przez krótki czas PRL-owskim ministrem kultury, pracowitym i kompetentnym, opowiadającym się – przypomnijmy, w latach pięćdziesiątych – za otwarciem Polski na Zachód. Jego inicjatywą było powołanie Instytutu Francuskiego, w którym pracował Foucault. Matka Miriam–Maria (1917-2001), pisarka i tłumaczka, to ocalona z Holokaustu Żydówka, ciężko znosząca swój powojenny los pani ministrowej, ambasadorowej, później – matki córki emigrantki i syna, pacjenta Tworek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ewunia (ur. 1946) była w dzieciństwie rozdarta pomiędzy propagandową afirmacją ówczesnej polskiej rzeczywistości a podpatrywanym u rodziców sceptycyzmem, przy czym dostała szansę na poszerzenie horyzontów nie tylko przez czas ambasadorowania ojca w Wiedniu, ale również dzięki wysokiej kulturze i erudycji obojga rodziców. Życie dostatnie w kochającej się rodzinie nie było jednak sielanką ze względu na – kolejno – powracające wojenne traumy, antysemityzm, uwikłanie polityczne i choroby psychiczne. Schizofrenia matki, ujawniające się już w dorosłym wieku problemy brata Piotra, przedwczesna śmierć ojca... Ewa ukończyła studia artystyczne, i z biegiem czasu zyskała zasłużoną sławę na polu sztuk plastycznych. Dzięki znajomości języków obcych potrafiła stawić czoła życiu na emigracji – nie wegetować, nie koncentrować się na zarabianiu „walut”, tylko pracować i rozwijać się zgodnie z zainteresowaniami zaiste godnymi „błękitnego ptaka”, zarazem wolna, jak i obarczona świadomością trudów, z jakimi w Polsce zmagali się matka i brat. Nie są to  jednak tematy, na których się we &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Frascati &lt;/span&gt;koncentruje. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z „moralnego” punktu widzenia warto odnotować, iż dopiero po śmierci matki Kuryluk zaczęła pracę nad tą książką, odmalowując obraz pełniejszy i śmielszy, aniżeli we wcześniejszym &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Goldim &lt;/span&gt;(w tym przypadku tytuł odnosi się do imienia chomika, jakiego Ewunia i Piotruś mieli w dzieciństwie). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Całość jest chaotyczna i nierówna. Wpierw w narracji przeważają nieuporządkowane i fragmentaryczne skojarzenia dotyczące różnych okresów, potem stopniowo wypełniają się puste miejsca, pod koniec bierze górę skrupulatność dokumentacyjna. Pretekstem do snucia wspomnień są rozmowy ze starą wówczas matką, jednak w odpowiednich momentach autorka dopowiada co się w poruszanej kwestii później okazało. Na przykład wcześniej sceptycznie podchodziła do przekonania matki, iż przy usuwaniu bluszczu ze ścian budynku służby specjalne zamontowały tam podsłuchy. Ewa zawsze uważała takie gadanie matki za związane z jej przeżyciami wojennymi oraz za symptom choroby psychicznej (manii prześladowczej towarzyszącej schizofrenii), tymczasem przy przebudowie dokonywanej już po śmierci staruszki odnaleziono aparaturę podsłuchową z lat pięćdziesiątych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najmniej w tych wspomnieniach dorosłej Kuryluk. Mimochodem przemycone informacje o jej studiach i emigracji, mieszkaniu między innymi w Nowym Jorku, we &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Frascati &lt;/span&gt;znajdujemy tylko przy okazji opisywania kłopotów matki i Piotra, poniżanych i szkalowanych z powodu pobytu córki na Zachodzie. Osobnym wątkiem są peregrynacje Kuryluk na Wschód, w poszukiwaniu śladów rodzinnych powiązań. Zdaje się, że najmniej istotną determinantą osobistych i publicznych dylematów autorki było pochodzenie matki – i jej związane z Holokaustem przeżycia. Mimo wspólnoty pokoleniowej brak tu elementów narracji nasuwających skojarzenia ze skądinąd znakomitym &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Utworem o matce i ojczyźnie&lt;/span&gt; Bożeny Keff–Umińskiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak zostało to wyżej powiedziane, na rodzinie Kuryluków szczególne piętno wywarł problem zmagań z chorobami psychicznymi. Relacje dotyczące terapii, jakiej w Wiedniu była poddawana matka, wydawały mi się straszniejsze, niż opis pobytów Piotra w podwarszawskich Tworkach. W Wiedniu miał być przecież wolny świat i pacjentka o wysokim statusie społecznym: ambasadorowa. Tymczasem lekarz okazał się potwornym Marionettenspielerem, a na dodatek byłym nazistą, co ze względu na narodowość (czy też pochodzenie etniczne) kobiety niemalże nie skończyło się tragedią – terapeuta wmawiał jej poczucie winy i niższości, co katalizowało skłonności samobójcze. Na szczęście „leczenie” udało się przerwać. To interesujące, że najboleśniejszego powojennego aktu antysemityzmu Miriam doświadcza w najwyraźniej nie dość zdenazyfikowanej Austrii. Piotr przeżył natomiast wiele trudnych lat w Tworkach. Pamiętajmy, że nawet w świecie po drugiej stronie żelaznej kurtyny były to czasy – by tak rzec – lotów nad kukułczymi gniazdami, czego można było zatem oczekiwać po szpitalu psychiatrycznym w sytuacji PRL-owskiego nieustającego kryzysu, wszelkich niedoborów i braku etosu pracy? To ostatnie wiąże się z okrutnym podejściem do człowieka–pacjenta, któremu służba zdrowia winna – jak sama nazwa wskazuje – służyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kuryluk to fascynujące historie rodzinne, to równie fascynujący „własny” życiorys, i Frascati wywarło na mnie ogromne wrażenie. Przy okazji więc wróciłam do książki, która parę lat temu mnie zafascynowała – „szarej książeczki” pod tytułem &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Encyklopedierotyk &lt;/span&gt;[1]. To tomik zbierający apokryficzne listy pisane przez Rolanda Barthesa, do niego i o nim, a dotyczące głównie projektu stworzenia przez grono specjalistów poststrukturalnego kompendium dotyczącego erotyki. Rzecz poprzedzona jest opowieścią o tym, jak te listy trafiły do autorki, i uzupełniona przez zdjęcia i ilustracje. Nawiasem mówiąc, tam właśnie po raz pierwszy widziałam reprodukcję słynnej karykatury „Piknik strukturalistów”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Projekt encyklopedii wsparty jest narracjami o miłosnych losach postaci. Na przykład samego Barthesa opuścił wielbiony przezeń kochanek Edmund, dużo młodszy, obiecujący artysta i Barthes (a wraz z nim czytający) nie wie co się z nim dzieje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Listy piszą też współpracownicy Barthesa. Oto na przykład Yuki, młoda przedstawicielka humanistyki japońskiej (w pewnym momencie ktoś w rodzaju seksualnej niewolnicy swojej uczelnianej przełożonej), później emigrantka, która swoją życiową miłość – Edmunda właśnie – spotkała w amerykańskim szpitalu psychiatrycznym, do którego nie bez powodów trafiła. Jest też starzejący się Grek, prawdopodobny partner Barthesa z młodości i inni. Jest też wspomnienie Foucaulta z jego warszawskiego epizodu, kiedy to rzekomo niemal poddał się urokowi Karola Kuryluka, i kiedy ojciec Ewy rzekomo niemal dał się Francuzowi uwieść. Oczywiście to piękne i stosowne dowodzenie braku homofobicznych uprzedzeń potrzebne autorce, której książka mówi o jakże „nieuporządkowanych” związkach jednopłciowych. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak wspomniałam, swego czasu ta propozycja Kuryluk mnie oczarowała, choćby dlatego, iż według mnie w Polsce Barthes jest niedoceniany, ignorowany, wykorzystywany przede wszystkim przez średnio kompetentnych literaturoznawców; ewentualnie słynne &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Mitologie &lt;/span&gt;sytuowane są w kanonie założycielskim studiów kulturowych. Mało wiadomo o biografii Barthesa, a ja – odruchowo acz naiwnie – założyłam, że Kuryluk odnosi się do realnych sytuacji dotyczących relacji między opisywanymi ludźmi, i w inspiracji nimi buduje swą fikcję. Frascati dowodzi jednak, że wiele w &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Encyklopedierotyku &lt;/span&gt;pochodzi wprost ze świata wspomnień Kuryluk. Barthes ma hodować kaktusa „korona cierniowa”, jakiego przez wiele lat miała Maria Kuryluk. „To kaktus palestyński – pisała mamon – ma siedem lat, tyle, co Ty chéri. A będzie żył jeszcze sto” [2].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powinnam być zachwycona, że w swoim czasie pozwoliłam ponieść się magii opowieści i dać wiarę różnym jej elementom, ja zaś narzekam, że mnie Kuryluk oszukała. Z drugiej strony autorka ukazała mi się jako autoplagiatorka, wykorzystująca co najmniej dwukrotnie te same motywy niejako okradające własną rodzinę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wspomnieniom „własnym” towarzyszą wpadki merytoryczne. Należy do nich materia listu Madame Barthes do syna. Kobieta przyznaje się w nim do bardzo szczęśliwego romansu, jaki się jej zdarzył w średnim wieku, do miłości do znacznie młodszego od niej mężczyzny, z którym na początku drugiej wojny światowej wzięła potajemnie ślub, z którym miała dziecko – nie przeżyło. W narracji Kuryluk przy koncentracji na miłościach trudnych i nieoczywistych fragmenty te miały być chyba przełamaniem wizerunku Madame Barthes jako wiecznie oddanej Rolandowi, pozbawionemu ojca homoseksualiście, który nigdy nie wyfrunął spod matczynych skrzydeł. Kuryluk nie wiedziała o czymś dość istotnym: Barthes – przed skończeniem roku osierocony przez ojca – miał młodszego brata, gdyż parę lat po narodzinach Rolanda Henrietta miała romans z pewnym, jak twierdzi Jonathan Culler, artystą. Całe późniejsze życie mieszkała z obydwoma synami (Barthes chyba to ukrywał) [3].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ponadto Kuryluk każe mówić i pisać o głównym bohaterze per Rolo. W mowie to brzmi niemal „Rolą” (co nie jest bynajmniej chybione), jednak bohater nie był w ten sposób nigdy nazywany. A jak? Erbé. Dokładnie tak, jak i po polsku i po francusku czyta się jego inicjały. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na tylnej stronie okładki wydawnicza notka nazywa tłumaczeniem listów, zaś we wstępie Kuryluk wspomina, że warto byłoby je reprodukować z uwagi na ich walory graficzne, cechy pisma odręcznego, rodzaj papieru na jakim powstały, jako współdeterminujące ich charakter. Przyznajmy, sugestia jest silna. Uległa jej Anna Małczyńska, wprawdzie za motto swego artykułu przyjmując słowa Barthesa: „Rozkosz lektury ręczy za swą prawdę”, jednak urzeczona napisała, iż „wiele stron poświęciła Kuryluk biografemom powszechnie znanym” – i obok np. Barthesowskiej miłości do Japonii wymieniła kaktus palestyński, „który [Barthes] dostał od matki w siódme urodziny i z którym nie rozstawał się do końca swoich dni” [4].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W wywiadzie z 1971 roku Barthes powiedział, że „biografia to powieść, która nie śmie wymawiać swojego imienia” [5]. Niekiedy jednak mimowolnie je zdradza, determinując konteksty naszych lektur. Czytane autonomicznie &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Frascati &lt;/span&gt;i &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Encyklopedierotyk &lt;/span&gt;wywierają ogromne wrażenie, w zestawieniu zawodzą, a „życiopisarstwo” jawi się jako wykoncypowana sztuczka w najlepszym razie kojarząca się z sięganiem do zestawu „małego majsterkowicza” – w najgorszym, z operacją na otwartym sercu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paulina Szkudlarek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ewa Kuryluk, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Frascati&lt;/span&gt;, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010.&lt;br /&gt;Ewa Kuryluk, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Encyklopedierotyk&lt;/span&gt;, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2001.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] Użyte określenie zaczerpnęłam z tytułu omówienia &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Encyklopedierotyku&lt;/span&gt;: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Sekret szarej książeczki&lt;/span&gt; Anny Małczyńskiej (w: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Lektury poststrukturalistyczne&lt;/span&gt;, red. Katarzyna Liszka, Rafał Włodarczyk, Chiazm, Wrocław 2007).&lt;br /&gt;[2] Ewa Kuryluk, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Encyklopedierotyk&lt;/span&gt;, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2001, s. 28.&lt;br /&gt;[3] Jonathan Culler, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Barthes: A Very Short Introduction&lt;/span&gt;, Oxford University Press, Oxford 2002, s. 8.&lt;br /&gt;[4] Anna Małczyńska, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Sekret szarej książeczki&lt;/span&gt;, op. cit., s. 62.&lt;br /&gt;[5] Roland Barthes, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Réponses&lt;/span&gt;, „Tel Quel”, nr 47, 1971.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3480944079520679472-3996700221324581706?l=dwiepowaznedamy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/feeds/3996700221324581706/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/04/zyciorysy-skradzione-frascati-i.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/3996700221324581706'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3480944079520679472/posts/default/3996700221324581706'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://dwiepowaznedamy.blogspot.com/2011/04/zyciorysy-skradzione-frascati-i.html' title='Życiorysy skradzione. „Frascati” i „Encyklopedierotyk” Ewy Kuryluk'/><author><name>Paulina Szkudlarek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07806571691844060258</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry>
