środa, 28 grudnia 2011

Z prochu powstałeś, w kurz się obrócisz. P.D. James, „Śmierć każdego dnia”

Podczas pisania tej recenzji przeczytałam i obejrzałam parę wywiadów z Phyllis Dorothy James, jedną z najbardziej znanych i cenionych autorek brytyjskich kryminałów. Leciwa, blisko dziewięćdziesięcioletnia dama, ubrana w jasne kostiumiki a la królowa Elżbieta, wywiera sympatyczne wrażenie zapewne na zasadzie wizualnego stereotypu. Uprzejma, odpowiada krótko i wydawałoby się, precyzyjnie na pytania, ale jak podkreślają liczni dziennikarze, zawsze chroni swoją prywatność i niewiele mówi o swoim życiu rodzinnym, zwłaszcza o tragedii z przeszłości, jaką niewątpliwie było życie z mężem, który po powrocie z wojska po drugiej wojnie światowej popadł w ciężką depresję i popełnił samobójstwo, najprawdopodobniej w wyniku choroby. Jej stonowane wypowiedzi wskazują na konserwatywny światopogląd, co w połączeniu z jej pasją tworzenia powieści pełnych fizycznej i psychicznej przemocy, staje się niewysychającym źródłem natchnienia dla dziennikarskich pytań o jej spojrzenie na świat i ludzkie sprawy. P.D. James wydaje się delikatna, zdystansowana, niemal z troskliwą uwagą pochylającą się nad dziennikarskimi dywagacjami. Jednocześnie zachowuje czujność uważnej obserwatorki, o swoich poglądach mówi krótko i prosto. Tak, wierzy w Boga, Bóg jest miłością, a zdolność do miłości to najważniejsza zdolność człowieka. Poprawność polityczna to współczesny faszyzm. Kiedy dziennikarz „Guardiana” podśmiewa się, że arystokratka zajmuje się morderstwami i jednocześnie piastuje tytuł baronessy, James odpowiada, że to sprawa jej wyobraźni i nie widzi powodu, dla którego nie miałaby z niej korzystać, skoro jest pisarką. W innej wypowiedzi zastanawia się nad zmianą prawdopodobnego dla czytelnika powodu zbrodni – dawniej ujawnienie sekretu na temat czyjegoś życia seksualnego mogło być uznane za prawdopodobną przyczynę popychającą do zbrodni kogoś, kto ową tajemnicę chciał utrzymać (być może miała na myśli jeszcze lata siedemdziesiąte, kiedy wydano omawianą tutaj powieść Śmierć każdego dnia, w której przyczyną zdeterminowany zbrodniarz pragnie ukryć swój romans). Dzisiaj, jak zauważa P.D. James, informacje o życiu seksualnym sprzedaje się do gazet i nie ma już niczego co mogłoby zszokować czy zadziwić masowego odbiorcę. Na szczęście dla szacownej Baronessy Holland Park, uhonorowanej za swoją twórczość literacką tytułem arystokratycznym od angielskiej królowej, zbrodnia nadal jest opłacalna.


Zanim cokolwiek autorstwa P.D. James przeczytałam, trafiłam na sporo opinii o jej kryminałach typu - wspaniała, klasyczna, przenikliwa, głęboka, psychologiczna obserwacja, mistrzowsko napisane, i tak dalej, ad nauseam… Kiedy więc zabrałam się do pierwszej powieści James, którą miałam poznać, surowo upomniałam sama siebie, by odpowiednio godnie się zachować i cześć oddać tak wielce czcigodnej autorce. Ową książką był Całun dla pielęgniarki, czwarta z kolei powieść P.D. James o sprawach prowadzonych przez pupila jej wyobraźni pisarskiej, czyli nadinspektora Scotland Yardu, Adama Dalgliesha, opisywanego jako policjanta dżentelmena.

Nie od razu się zorientowałam, że akcja Całunu dla pielęgniarki toczy się w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku; najpierw byłam przekonana, że mam do czynienia z kryminałem w nieco historycznej dekoracji i wszystko dzieje się w wieku osiemnastym, dziewiętnastym. Nie była to tylko kwestia opisu warunków życia bohaterów – m. in. dwóch starszych pielęgniarek, które wydawały się mieszkać w muzeum wiktoriańskiego stylu, gdzie angielski sposób życia przechodził ze stereotypowego we wręcz groteskowy. Wrażenie, że czytam powieść sprzed dwóch wieków, miałam również podczas lektury kolejnych kryminałów P.D. James – Czarnej wieży i Intryg i żądz. Dlaczego?

Choć powieści James są skonstruowane bez zarzutu, z widocznie przemyślaną intrygą (w przeciwieństwie do np. metody Agathy Christie, która niemal do końca pisania kolejnego kryminału sama nie była pewna kto zabił, P.D. James od początku obsadza konkretną postać jako winną zbrodni), chociaż dialogi są dobrze napisane i pełne dosadnych wyrażeń, jakby to ujęła staromodna dama - nie można ustrzec się przed wrażeniem, że oglądam teatrzyk cieni, drewniane marionetki.

P.D. James nie potrafi wykreować chyba ani jednego bohatera, który mógłby zaintrygować czytelnika, o wzbudzeniu sympatii czy jakiegokolwiek mocniejszego uczucia nie wspominając („chciałbym czytać jak konsjerżka” napisał kiedyś Cioran mając na myśli przyjemność naiwnej lektury). Niestety, nawet jej superheros brytyjskiej policji, nadinspektor Scotland Yardu Adam Dalgliesh, choć stworzony według wzorowego przepisu na melodramat – wysoki, przystojny dżentelmen, którego żona umarła razem z ich nowonarodzonym dzieckiem, piszący w wolnych chwilach niepokojące, mroczne i nagradzane przez krytyków wiersze – obdarzony urokiem i charyzmą drewnianej deski. Biografia Dalgliesha, jego powodzenie podczas prowadzenia śledztwa czy takt, jakim się wykazuje podczas przesłuchiwania podejrzanych i świadków – skontrastowany z gruboskórnymi współpracownikami – obchodzą czytelnika tyle, ile fusy po herbacie sprzed dwóch wieków. Nie lepiej jest z bohaterką dwóch innych kryminałów P.D. James (być może miała powstać dłuższa seria), prywatną panią detektyw Cordelią Gray. Cordelia jest jedną z najbardziej irytujących bohaterek, na jakie kiedykolwiek trafiłam. Została wykreowana tak, jakby P.D. James chciała udowodnić „Acha, popatrzcie, kobiety nie nadają się na detektywów! Mówiłam!”.


Opinia o P.D. James jako znawczyni natury człowieka, która nie waha się zajrzeć w najmroczniejsze zakątki ludzkiej duszy być może bierze się z faktu, że autorka opisuje wszelkie romanse swych bohaterów. Moralność w wydaniu P.D. James można złośliwie streścić hasłem za każdym razem, gdy uprawiasz seks, NA PEWNO ginie kotek.

Choć autorka opisuje całkiem intrygująco ofiary, podejrzanych i świadków w każdej sprawie, nigdy nie budzą oni sympatii, co najwyżej współczucie wymieszane ze wstrętem – ze strony autorki, które oczywiście przenosi na swojego głównego bohatera, nadinspektora Dalgliesha. Jeden z dziennikarzy zapytał nawet P.D. James, czy jej sympatia stoi czasem po stronie morderców, ponieważ często w jej kryminałach zamordowani ludzie okazują się naprawdę nieprzyjemnymi, uciążliwymi ludźmi, za którymi mało kto zatęskni. Autorka oczywiście zaprzeczyła, akcentując fakt, że niezależnie od osobistych przywar, to zabity człowiek traci najwięcej i to, co mu zostało zabrane, jest stratą nie do odzyskania.

P.D. James przepracowała wiele lat jako urzędniczka (w urzędzie skarbowym i w szpitalu), stąd jej opisy zaplecza administracyjnego opisywanych miejsc – laboratorium czy państwowej szkoły pielęgniarskiej wydają się być wiarygodnie. Często poświęca sporo miejsca postaciom, które wydają się mieć jej cechy z przeszłości, jak Brenda Pridmore – młodym kobietom zatrudnionym na podrzędnych stanowiskach, które aby podjąć dalszą naukę, muszą przede wszystkim pokonać niechęć nastawionej tradycjonalistycznie najbliższej rodziny, która uważa, że kobiecie wykształcenie nie jest potrzebne. Jak sama powiedziała w wywiadzie dla „Guardiana”,zaczęła pisać w latach pięćdziesiątych. Zawsze marzyła o tym by być pisarką, ale zwlekała z tym, nigdy nie czując się wystarczająco dobra. Szokująco skromne słowa jak na osobę, która swoje powieści konstruuje właściwie bez zarzutów formalnych – moim zdaniem.

W Śmierci każdego dnia, wydanej w 1977 roku, oprócz intrygującej zagadki kryminalnej, czytelnik poznaje – jak się wydaje – realistycznie opisane początki współpracy angielskiej policji i laboratoriów naukowych, bez których współczesna kryminalistyka nie potrafi i nie może się już obejść. Frapujący jest opis śledztwa, w dekadzie, w której urodzili się aktualni trzydziestolatkowie, więc niby w naszych czasach, ale tuż przed zastosowaniem badań DNA – zatem niemal w prehistorii, w którym mimo sporej ilości materiałów dowodowych, w tym śladów krwi, nie ma możliwości stuprocentowego przypisania ich konkretnej osobie. Śmierć każdego dnia opowiada o brutalnym morderstwie popełnionym na pracowniku laboratorium naukowego, pracującego dla policji i pomagającego podczas rozwiązywania śledztw w sprawach najpoważniejszych przestępstw, jak morderstwa czy podpalenia. Frapujące są dialogi bohaterów pracujących w powieściowym laboratorium, o tym jak ciężko czasem było przekonać policję o przydatności usług placówki badawczej w rozwiązywaniu spraw kryminalnych. Jak ważne było, by badacz, który ustalił pochodzenie i przynależność próbek materiałów dowodowych zdobytych w śledztwie, potrafił wypaść przekonująco przed sądem i ławą przysięgłych – i co najważniejsze, by był w stanie wytłumaczyć przystępnie najczęściej niewykształconym ławnikom, na czym polegały jego badania i co mówią jego ustalenia.

Powieściowe laboratorium, nazwane od nazwiska założyciela, pułkownika Hoggatha, powstało w 1860 r., gdy jedynie nieliczni dostrzegali w nauce potencjał przydatny w kryminalistyce. Anegdotyczne wspominki o poprzednim szefie laboratorium, doktorze McIntyre, rysują zabawny obraz rubasznego żartownisia, który bardziej niż o procedury naukowe dbał o własny prestiż i wygody materialne. Obecny dyrektor Laboratorium Hoggatha, Howarth, wyłoniony podczas konkursu, choć z wykształcenia jest fizykiem teoretycznym, jest opisywany jako osoba mająca talenty menedżerskie, potrzebne do zarządzania niełatwym zespołem. Podczas śledztwa nie wychodzi na jaw jego niemal kazirodcza więź z piękną siostrą Domenicą, femme fatale całej powieści. Dalgliesh podczas śledztwa dowiaduje się, że ofiara morderstwa, doktor Lorrimer, był świetnym naukowcem, ale fatalnym współpracownikiem i apodyktycznym szefem dla swoich podwładnych. Doktor Lorrimer był pedantycznym, surowym starym kawalerem żyjącym z sędziwym i schorowanym ojcem. Nie miał przyjaciół, a chyba jedyną osobą wyrażającą się o nim ciepło po jego śmierci, była niedawno przyjęta do pracy recepcjonistka, młoda dziewczyna Brenda Pridmore, której naukowe ciągoty doktor Lorrimer bardzo wspierał – i nawet zapisał jej w testamencie pokaźną sumę na książki i edukację.

Strona po stronie, poznajemy historie mieszkańców małego miasteczka Chevisham, pracowników laboratorium Hoggatha i ich rodziny, wśród których jest sporo nieszczęśliwych istot na skraju załamania nerwowego. Na jaw wychodzą wszelkie tajemnice doktora Lorrimera, jego fatalna – bo jakże mogłoby być inaczej według P.D. James – namiętność do siostry nowego przełożonego, jego odtrącona miłość, która stała się obsesją… Scena, w której dowiadujemy się, że Domenica została przyłapana z kolejnym kochankiem przez Lorrimera w zabytkowej kaplicy, gdzie oddawała się lubieżnym zachciankom wśród płonących świec w opuszczonym przybytku boskim, jest majstersztykiem zgorszenia autorki – doprawdy, zło nie mogło przybrać potworniejszej maski!


Anachronizm (i mam tu na myśli nie tyle stan faktyczny/realia, ale to, jak współczesny odbiorca dzięki najnowszym powieściom i serialom kryminalnym może sobie wyobrażać przebieg śledztwa) procesu śledztwa nie wyznacza oczywiście jedynie fakt dopiero powstającej stałej współpracy policji kryminalnej z laboratoriami naukowymi czy stosowane metody badań. Czytelnik może się dowiedzieć w trakcie powieści, iż złamano wszelkie procedury śledcze, które może poznawać podczas oglądania licznych seriali kryminalnych – w przypadku serii CSI można mówić wręcz o kryminalnej science fiction. Oto laboratorium badawcze z powieści P.D. James nie jest całe objęte zabezpieczeniami antywłamaniowymi – o monitoringu oczywiście nie wspominając, a w tym samym ośrodku, w którym doszło do morderstwa, bada się nadal materiały dowodowe pochodzące z innych spraw o morderstwa. Osoby będące w kręgu podejrzeń, czyli naukowcy zatrudnieni w laboratorium – od początku bowiem wiadomo, że najprawdopodobniej zbrodnię popełnił ktoś ze współpracowników niesympatycznego i wręcz okrutnego doktora Lorrimera – nadal pracują na swoich stanowiskach, nikt im nie przeszkadza w wykonywaniu ich obowiązków, nie pojawia się cień podejrzenia, że sam fakt morderstwa w tym miejscu i prowadzonego śledztwa w tej sprawie kompromituje i dyskwalifikuje owo centrum badawcze jako pomocnika policji.


W wydawanych w Polsce powieściach uznanych brytyjskich autorek kryminałów – np. Agathy Christie, Caroline Graham – pojawiają się bohaterowie homoseksualni (w przeciwieństwie do polskich współczesnych powieści tego gatunku, wśród których autorzy najczęściej wolą się „nie wychylać”, i tworzą bohaterów będących zadziwiającą, ale „działającą” mieszanką mentalności postaci z serialu Klan i ciężkich, często maczoidalnych dowcipów portalu Joemonster). U Agathy Christie to „queers” przetłumaczeni na polski jako „dziwacy” (w starszych wydaniach; poza tym w czasach Christie był to synonim homoseksualisty), odmalowani jako komiczne, przegięte, ale sympatyczne zjawiska – wszak prawdziwi Brytyjczycy nie zwykli dziwić się zbyt wielu rzeczom. Caroline Graham portretuje rozmaite związki męsko–męskie, wśród których dramat goni dramat zakończony czasem ofiarami śmiertelnymi. Lepiej miewają się kobiety, których „pogłębiające się przyjaźnie” Graham ukazuje w znacznie cieplejszym świetle, sugerując, że jej bohaterki w nowych rodzących się związkach odnajdą nareszcie zrozumienie i wsparcie po traumatycznych przeżyciach. W Śmierci każdego dnia Adam Dalgliesh poznaje i przesłuchuje parę dwóch kobiet (w powieści nie pojawia się słowo „lesbijka”) i czuje do nich „instynktowną niechęć”. Prawdziwy dżentelmen z pana nadinspektora. Choć owa niechęć nie jest umotywowana, została zaznaczona przez autorkę, jako być może jej własny komentarz emocjonalny. Co prawda Dalgliesh nie czuje podobnej niechęci, gdy wychodzi na jaw, iż inspektor śledczy Doyle z Chevisham handlował na boku rekwirowanymi narkotykami i gdy okazało się, że był w czasie zbrodni na Lorrimerze blisko laboratorium, ponieważ udał się tam samochodem z poznaną kwadrans wcześniej kobietą na seks, no, ale przecież autorka wie, „jacy są mężczyźni”. P.D. James nie szczędzi wzruszających opisów niedoli, jakie zaznały obie wyżej opisywane kobiety i skromnych warunków, w jakich żyją. Adam Dalgliesh dowiaduje się też, że były szczęśliwe i się kochały, ale cóż, ten moralny występek P.D. James ukróciła okrutnym morderstwem na jednej z nich, według starych dobrych przepisów na literaturę umoralniającą.


Są okoliczności, w których lektura staroświecka w wymowie i zdezaktualizowana w treści (oczywiście w sensie anachronizmu, nie zaś dystansu czasowego, jaki minął od powstania danej książki) cieszy swoim urokiem. Nie jest to jednak przypadek P.D. James. Parafrazując światopoglądowe wypowiedzi autorki, jej książki z kurzu powstały i w kurz się obrócą.


Sławomira Raczyńska

P.D. James, Śmierć każdego dnia, przeł. Joanna Ociepka, Książnica, Katowice 1996.

Wywiad z P.D. James tu.

0 komentarze:

Prześlij komentarz