sobota, 26 listopada 2011

Xue Xinran, „Dobre kobiety z Chin”, Fabienne Verdier, „Pasażerka ciszy”

Chiny, kraj wciąż w ogromnej mierze nieznany, tajemniczy i w pewnym sensie również złowrogi, oglądany pod różnymi kątami, to wdzięczny temat dla literatury zaangażowanej, i niewątpliwie ukazuje się sporo godnych uwagi książek, szczególnie socjologizujących reportaży na jego temat. Ostatnio miałam okazję przeczytać dwa, opublikowane nakładem wydawnictwa W.A.B. w serii Terra Incognita: Xue Xinran, Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia, oraz Fabienne Verdier, Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach.


Xue Xinran była na początku lat dziewięćdziesiątych dziennikarką radiową, która w swoim nadawanym późna porą programie, „Słowa na wieczornym wietrze”, poruszała kwestie kobiece, i była w tym pionierką. Po paru latach, w 1997 roku, wyjechała do Anglii, gdzie pracowała w jednym z ośrodków studiów azjatyckich. Zdecydowała się opublikować swoje radiowe opowieści w formie książkowej. Autorka nie kryje swego warsztatu. Wspomina, w jaki sposób pozyskiwała tematy, dokąd jeździła, kto do niej pisał, kto dzwonił, co się działo za kulisami, wśród koleżanek i kolegów z redakcji, etc. Opowiada o swoich reakcjach na poznawane historie, jak również o swojej szokującej – w świetle jej własnych przeżyć z przeszłości – naiwności.

Porusza wszelkie „dyżurne” tematy feministyczne, charakterystyczne dla wczesnego etapu świadomości konieczności emancypacji. Uwzględnijmy także chińską specyfikę. Czytamy zatem historię dzieci „reedukowanych”, prześladowanych za domniemane winy rodziców w epoce rewolucji kulturalnej. Czytamy o nieszczęśliwych zamążpójściach. O parach rozdzielanych przez władze na długie dziesięciolecia. O profesorach zsyłanych do najbardziej zapadłych prowincjonalnych wiosek. Wyjaśnijmy – prowincjonalna wioska równa się kompletnemu upokorzeniu i deklasacji.

Potem czytamy o zmienionych już Chinach: o tygrysicy biznesu, z sercem złamanym przez wiarołomnego partnera (dodajmy, że w swoim czasie cudzołóstwo, czyli związki niezawarte jako śluby za zezwoleniem organizacji partyjnej, było przestępstwem). O wartości dziewictwa. O powinnościach rodziców wobec dzieci i vice versa. O próbie zalegalizowania chińskiego stowarzyszenia homoseksualistów.

Zebrane relacje, wspomnienia, zwierzenia, układają się w obraz upiorny. Prześladowania, niszczenie dorobku myśli i zasobów materialnych, rozbijanie rodzin – ze strony rewolucjonistów. Jednocześnie kultywowanie mizoginicznych tradycji, wiara w przesądy i samopotwierdzające stereotypy…

Dziennikarka, świadoma wieloletnich praktyk spychania intelektualistów na sam dół drabiny społecznej, dziwi się, gdy kobietami znakomicie wykształconymi okazują się na przykład zbieraczka śmieci, która żyje na ulicy (rozdział „Śmieciarka”) i stara wieśniaczka, w ramach reedukacji wygnana z akademii muzycznej i zmuszona do małżeństwa z przypadkowym chłopem, życia z pracy fizycznej, w osadzie pod partyjną kontrolą. Kiedy się nad tym zastanowić, wydaje się, że Xinran wypierała możliwość, iż podobnego degradującego, odbierającego materialne podstawy bytu i prestiż mogłoby się przydarzyć także i jej. Czuć, że powierniczki Xinran nigdy wcześniej nie miały z kim porozmawiać – tak, powiernictwo bywa wzajemne. Dziennikarka i wysłuchuje, i obnaża się sama (w rozdziale „Dzieciństwo, którego nigdy nie zapomnę”).

Niektóre z życiorysów oceniamy jako dobrowolne lub pełne rezygnacji poddanie się tokowi wydarzeń, które były do uniknięcia, na przykład przy ciut większej autorefleksyjności czy dzięki aktom obyczajowego nonkonformizmu. Inne epatują grozą sytuacji wszelkiego rodzaju zastraszenia, zniewolenia, przymusu, szantażu, przemocy, czy nieopisywalnej nędzy. Autorka przez długi czas nie zawadzała władzom. Pracowita, chętnie przyjmowana we wszystkich miejscach, w których zbierała materiały do programów, awansująca w radiowej hierarchii. Zdarzało się jednak, że odmawiano jej zgody na emisję audycji na określony temat, na przykład o wpędzeniu w chorobę psychiczną córki generała Kuomingu („Córka kuomintangowskiego generała”). Trafiały się też problemy z cenzurą „na żywo”, na przykład gdy do programu zadzwoniła kobieta domagająca się depenalizacji homoseksualizmu i szacunku dla homoseksualistów, a co więcej, wymuszająca na prowadzącej sformułowania opinii w tych kwestiach (rozdział „Kobieta, która kochała kobiety”). W przypadku owej rozmowy telefonicznej nie zadziałała aparatura opóźniająca emisję. Xinran nie mogła na antenie zbyć rozmówczyni, dowodząc wobec rzesz słuchaczy funkcjonowania cenzury, nie chciała też podpaść przełożonym. W kontrolce oddechy wstrzymywała cała ekipa radia, łącznie z dyrektorem.

Autorka porusza jeszcze jeden obowiązkowy, klasyczny feministyczny temat: kobiety i religia („W co wierzą Chinki”). W przypadku Chinek, z którymi rozmawiała, raziła bezrefleksyjność i interesowność wynikająca nie z potrzeb duchowych, a z koniunkturalizmu. Na przykład respondentki mówiły, że warto zostać chrześcijaninem, bo chrześcijan jest na świecie tak wielu, „że coś w tym musi być”, albo że modlą się ludzie starzy i biedni, czyli ci, którzy mają o co prosić: „Jeśli się wzbogacę, nie będę niczego wyznawać. A jeśli dalej będę taka biedna, to zacznę” (odpowiednio s. 115 i 116).

Dobre kobiety… czytałam z przerażeniem walczącym o lepsze z ulgą. To mnie nie dotyczy, to nie nasz świat. Lektura była tym ciekawsza, że niewiele wcześniej miałam okazję przeczytać Pasażerkę ciszy, wspomnienia Fabienne Verdier, młodej absolwentki francuskiej uczelni artystycznej, która uznała, że fascynuje ją malarstwo chińskie i po przeczytaniu jednego klasycznego chińskiego traktatu filozoficznego wystarała się o stypendium w Syczuanie. Była tam przez dziesięć lat. Wpierw w miejscu, w którym ją umieszczono, czyli w akademii sztuk pięknych, w której deprecjonowano dawne osiągnięcia artystyczne i zniechęcano do kontynuacji tych dróg, potem uczyła się od zapomnianych emerytowanych profesorów. Stopniowo nauczyła się języka, towarzyska i otwarta, pozyskiwała znajomości i przyjaźnie, jednak – z odbiorczego punktu widzenia – bardzo komplikowała życie osobom odpowiedzialnym za jej pobyt, wszędzie się wyróżniała (siłą rzeczy, jako Francuzka) i przyciągała uwagę. Nieprawdopodobnie razi jej ignorancja (kompetencje ogólnokulturowe) i pretensjonalność: snobistyczne powoływanie się na przypadkowo dobierane i wyrwane z kontekstu lektury, powierzchowność sądów, wybujałe aspiracje kamuflowane pokorą wobec „starożytnej wiedzy i sztuki”, słowem, dziecinada.

Jednak opisy Verdier oddają fascynujące i przerażające realia Chin sprzed ćwierćwiecza zarówno jeśli chodzi o materialne podstawy bytu, jak i organizację społeczną.

Xinran wspominała, że impuls do publikacji Dobrych kobiet… dało jej czyjeś stwierdzenie o tym, jakoby w Chinach panowało równouprawnienie kobiet i mężczyzn. Pierwsza myśl: któż mógł dokonać takiej „oceny” na podstawie faktu noszenia przez wszystkich obowiązkowych, niwelujących gender „mundurków”? Druga myśl: łatwo obśmiać ignorancję, trudniej ją rozproszyć. Zarówno Xinran, jak i Verdier opowiadają o świecie definiowanym przez rozbudowane struktury hierarchizujące ludzi, oczywiście ukazując bezmiar krzywd. Co łączy te dwie relacje, to uświadamianie – mimochodem – skali triumfu propagandy. Obie autorki u startu nie zdawały sobie sprawy z tego, jaka jest realna sytuacja w Chinach, niemal na wiarę biorąc oficjalne przekazy. Zdobywanie lepszej orientacji współzachodziło ze staraniami o poszerzenie przestrzeni własnej swobody, wpierw dość „na oślep”, potem z coraz większą empatią wobec osób, które mogły ponosić represje owych cudzych starań.

Verdier opisuje ponadto swoje – lekkomyślne podejmowane – podróże na prowincję, na tereny zamieszkiwane przez mniejszości etniczne, nawet nie tyle zmarginalizowane co spisane na straty czy metodycznie wyniszczane. Zauważmy, iż w czasie chińskiej dekady „pasażerki ciszy” światowa opinia publiczna była już poruszona wiedzą o prześladowaniach Tybetańczyków. Dzięki działalności XIV Dalaj Lamy była to tematyka poruszana na forach poświęconych obronom praw człowieka, tylko bądź samej Verdier nieznana, bądź celowo przez nią pomijana. Malarka do dzisiaj zachowuje dobre kontakty z Chinami (ergo chińskimi władzami), i może z rozmysłem unikać w swych publikacjach tematów klasyfikowanych przez Chiny jako kontrowersyjne.

Xinran z kolei interesująco balansuje pomiędzy rejestrowaniem historii jednostkowych a ogólnospołeczną a nawet polityczną skalą systemowych represji. Z pozoru jest idealistką, ale jej umocowanie zawodowe daje jej pewną moc sprawczą. Zresztą gdy Verdier podróżuje po terenach, w których zachowały się specyficzne zwyczaje, widzi jedynie folklor i popełnia gafę za gafą, co pociąga za sobą dość poważne konsekwencje… dla osób jej towarzyszących. Kiedy zaś Xinran jedzie do biednej osady na Wzgórzu Wołania, robi to w ramach pewnego rodzaju konwoju pomocowego. Chodziło tam wprawdzie o – pardon, taka idea przyświecała misji – cywilizowanie zakątków zapomnianych przez rewolucję, jednak Xinran jest pokorną obserwatorką, niezostawiającą za sobą zgliszcz.

Polaryzacja, to jest pochwała postawy Xinran i deprecjacja Verdier, byłaby niesprawiedliwa, tu potrzeba balansu. Jednak od strony podejścia życiowego Pasażerka ciszy budzi więcej moralnych oporów. Dodajmy, że autorka pojęła się później pracy w ambasadzie, z jednej strony legitymizując chiński porządek świata, z drugiej podkopując go swoimi niekonwencjonalnymi działaniami, sprawiając kłopoty osobom trzecim. Po upływie zatrudnienia w służbach dyplomatycznych powróciła do Francji i poświęciła się malarstwu.

Wnioski z obu lektur nie mogą być odkrywcze: Chiny to kraj kontrastów. Rozwarstwienie i nierówności społeczne były bolączkami i przed Mao Zedongiem, i za rewolucji kulturalnej w późnych latach 1960., i po jej najcięższej fali, i po otwarciu się na kapitalizm, przy czym dojmująco brakuje krytyki niesprawiedliwości, i przeciwdziałania jej. Pierwszym krokiem ku temu może być rozpoznanie tematyki, na przykład próba diagnoz opartych na herstoriach (choć przyznam, że bardzo nie lubię tego terminu). Xinran wyszła z nimi ku odbiorcy zachodniemu, po tym, jak wzbogaciła swą perspektywą poznawczą udziałem w życiu społeczeństwa demokratycznego i przynajmniej w pewnej mierze starającego się respektować jednostkowe prawa i wolności. Daleka od mitologizacji i pseudomistycznych uniesień, wypowiada się w sprawach zasadniczych, porusza świadomość czytelników. Nie kieruje się marzeniem o samorozwoju, ale jak najlepiej rozumianym interesem zbiorowym.

Przywołajmy słynne słowa bell hooks dotyczące akademickich narracji werbalizujących przeżycia podmiotów podporządkowanych obcej sobie władzy ekonomicznej, przekształcającej się we władzę retoryczną i ideową: „No need to hear your voice when I can talk about you better than you can speak about yourself”*. Xinran nie ukazuje „dobrych kobiet z Chin” z pozycji swej wyższości. Jest jedną z nich, jej własna historia jest również wstrząsająca. Dostała szansę, by stać się rzeczniczką „głosów z ukrycia” (tak – przypomnijmy – brzmi podtytuł książki), i szansę wykorzystała.

Paulina Szkudlarek

Xue Xinran, Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia, przeł. z angielskiego Katarzyna Kulpa, W.A.B., Warszawa 2008.
Fabienne Verdier, Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach, przeł. Krystyna Arustowicz, W.A.B., Warszawa 2007.

*Cytowany artykuł bell hooks ukazał się pod tytułem Margines jako miejsce radykalnego otwarcia w przekładzie Ewy Domańskiej, w "Literaturze na Świecie" nr 01-02/2008.

0 komentarze:

Prześlij komentarz