wtorek, 22 listopada 2011

Kaprysik. Różą haftowana recenzja (Mariusz Szczygieł, „Kaprysik. Damskie historie”)

Kaprysik to taka mała odskocznia od rzeczywistości. Coś, co pozwala nie tylko wytrzymać trudy i cierpienia dnia codziennego, ale też coś, co wg stereotypów płciowych niejako ucieleśnia kobiecość. Kaprysik to domena istoty nieobliczalnej, irracjonalnej, a także - kogoś, kto nie jest traktowany poważnie przez otoczenie i najbliższych, kogo ewentualny bunt przeciwko jakiejś formy opresji nie będzie brany pod uwagę. Kaprysik to zatem autoterapeutyczny gest osoby całkowicie zrezygnowanej, a może raczej pogodzonej z faktem, że z rzeczywistością nie wygra.

Książka Mariusza Szczygła wygląda jak mały pamiętnik nastolatki, ale takiej z początku dwudziestego wieku - różowy tomik w róże wyglądające na wyhaftowane na materiale. Chciałoby się powiedzieć, że to infantylny, kiczowaty, pseudoromansowy look, ale to zdecydowanie gra z konwencją. Przecież od dawna mamy świadomość, że niewinni, niesplamieni kulturą popularną i przyjemnością kiczydeł, co to oddychają tylko kulturą wysoką, nie istnieją. A jeśli nawet, brokat im na drogę. Poza tym Mariusz Szczygieł nigdy nie dyskryminuje żadnej formy autoekspresji, żadnej narracji. Być może to porównanie wyda się komuś nadużyciem, ale pomyślałam sobie, że Szczygieł jest Michaśką Literatką reportażu, a dokładniej, odwróceniem, którego wymaga serce mistrza gatunku. Tam gdzie Michaśka błyszczy i lśni cudowną ironią, cynizmem, autokreacją, Mariusz Szczygieł doprowadza własną przezroczystość i empatię do poziomu, w którym myślę, że albo ma serce z kamienia, skoro się nie roześmiał, albo może to ja już jestem taka straszna, że sikam na wszystkie groby i zastrzeliłam matkę Bambiego. Szczygieł do absolutnej perfekcji doprowadził swoją umiejętność słuchania i zadawania pytań, które zachęcają rozmówcę czy rozmówczynię do kontynuowania opowieści o życiu choćby najbardziej szalonej.

W tym krótkim tomiku mamy 6 opowieści o kobietach, 6 historii czyichś tajemnic i osobistych kaprysików. Wszystkie ukazały się pierwotnie w różnych numerach „Wysokich Obcasów”.

Podobno pomysł na zredagowanie „Kaprysiku” powstał, gdy autor poznał dzieło pani Janiny Turek, której rodzina po jej śmierci odkryła ponad 700 zeszytów z drobiazgowo i obiektywnie opisanymi faktami z każdego dnia – kto kogo spotkał (z pełnymi nazwiskami), kto kogo odwiedził, jakie było menu, jaki prezent otrzymało się od kogoś lub komuś podarowało, etc. Absolutnie fascynująca wyliczanka samych faktów, nie zawierająca żadnych informacji o politycznych aktualnościach, zero wzmianki o emocjonalnych przewrotach czy ważnych zmianach w życiu pani Janiny. Same skrupulatnie posegregowane dane, liczby, rzeczowe opisy.

Już przy pierwszym reportażu pięknie rozkwita cecha charakterystyczna pisarstwa Szczygła. Nie definiuje, nie ocenia opisywanych zjawisk, fenomenów, zawsze pozostawia to czytelnikowi. Robi to nie sugerując niczego, raczej – dyskretnie i niemal niezauważalnie prowadzi całą opowieść tak, by i czytelnik powstrzymał się od krytyki. Prowadzący talk show „Na każdy temat” wiele lat temu umieścił poprzeczkę na tyle wysoko, że żaden inny polski talk show do tego poziomu nawet się nie zbliżył. Szczygieł poruszał tematy tabu dla polskiego społeczeństwa i robił to z wielkim taktem, okazując empatię rozmówcom.

…Kaprysik kaprysikowi nierówny. W niektórych reportażach kaprysik przejawia się jako niegroźne hobby w postaci pozowania do zdjęć w odpowiednio wymyślonej i zaprojektowanej scenografii, w innych to niemal metodyczna autoterapia pozwalająca znieść trudy codziennego życia. Szczygieł właściwie zawsze jako komentarz, na który sobie pozwala, wybiera albo słowa bohaterki danego tekstu, albo opis kolejnego faktu, który w jakiś sposób podsumowuje całość. Wszystkie teksty są zilustrowane fotografiami z prywatnych archiwów bohaterek reportaży. Wśród zdjęć znajdujemy niezapomniane ujęcie portretujące Mariusza Szczygła z jedną z pań, jako leśnego, bardzo zielonego elfa. Bardzo dla dorosłych.

Słuchać - prosta rzecz. Wystarczy nie krzywić się, że czyjeś życie nie jest takie, jakbyśmy chcieli.
(Pisanie – czyli zajmowanie ludziom czasu – jest już o wiele trudniejsze),


pisze Szczygieł na stronie ósmej. Stara się zatem jak najpełniej oddać głos swoim rozmówczyniom. Chyba najwięcej pracy wymagał od niego ostatni reportaż „Serial na dwa długopisy”, w którym przedstawia czytelnikom i czytelniczkom wybrane fragmenty ponad pięćdziesięcioletniej korespondencji dwóch przyjaciółek. Wychodzi z tego nie tyle dialog bliskich sobie osób, które zwierzają się zarówno z drobiazgów, jak i najtrudniejszych przeżyć, ale dwa monologi, które kończą się zupełnie różnym spojrzeniem na przyszłość i gorzką konstatacją, iż ich życie niejako zostało zmarnowane przez oddanie się bliskim.

Najciekawszym dla mnie tekstem, jest pierwszy reportaż zatytułowany „Reality” i dotyczy wspomnianej już, nieżyjącej krakowianki, pani Janiny Turek. Opisując pozostawione przez nią dzieło, czyli kilkaset zeszytów z drobiazgowym opisem najbardziej namacalnych fragmentów codzienności, Szczygieł zastanawia się nad jego możliwymi interpretacjami. Odrzuca od razu narzucającą się niemal i prostacką w swej brutalności diagnozę, iż podłożem powstania tak niesamowitej liczby zapisków była nerwica natręctw, ponieważ zachowanie i osobowość pani Turek przeczyła jej. Przypomina sobie pisma Jolanty Brach-Czainy, która w „Szczelinach istnienia” (PIW, Warszawa 1992) upatruje w codziennej krzątaninie twórczą pracę okiełznania chaosu i przemijania. Być może to jest jeden z lepszych tropów dla zrozumienia treści zeszytów pani Turek, która nigdy nie pisała o sobie ani o swoich czy cudzych emocjach, ale Szczygieł tego nie przesądza.

Ludzie pisali dzienniki z różnych powodów. Lechoń notował wydarzenia dnia w celu autoterapii. Tomasz Mann – gdyż lubił „przytrzymać uciekający dzień”. Fernando Pessoa – bo chciał „swoje życie uczynić własnością ludzkości”, a jego bohater księgowy Soares – bo „lepiej jest pisać, niż odważać się żyć”. Gombrowicz pisał dziennik, by „rozwiązać swój największy problem – ja”. Tyrmand chciał poprzez dziennik „sprawdzenia siebie, co jest klasycznym pożądaniem wyrzuconych na margines życia”. Dla Pascala zaś skrupulatne notowanie codziennych zdarzeń było „stylem, w jakim powoli umiera przeszłość”.
Powodu, dla którego pisała Janina Turek, nie znamy (s. 27).


Z czasem, w którym córka pani Turek, pani Ewa, przekopywała się przez literacką spuściznę po matce, wyszło na jaw, że autorka ponad siedmiuset zeszytów pisała o sobie, w osobistym tonie w pocztówkach, widokówkach, nigdy nie wysłanych, zachowanych tylko dla niej samej. Krótkie, starannie wyważone zdania, pełnie niewyrażanych w żaden inny sposób emocji, są precyzyjnymi kreskami w autoportrecie Polki melancholijnej, która czarną żółć przeznaczyła na zapisanie jednocześnie najbardziej i najmniej trwałych okruchów życia.

Mariusz Szczygieł w krótkim wstępie do sześciu reportaży składających się na „Kaprysik” napisał, że jego przyjaciółka Zofia Czerwińska doskonale opisała ludzką nieskończoną żądzę zmiany swojego życia jednym zdaniem - „Najlepsze miejsce na namiot jest zawsze trochę dalej” (s. 8). Brzmi jak trawestacja powiedzenia, iż trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie miedzy. Kaprysiki bohaterek reportaży pokazują raczej, że kobiety nawet jeśli widzą, że lepsze miejsce na namiot jest trochę dalej, to potrafią zmienić się na tyle, by dane im miejsce stało się najlepszym z możliwych.

Sławomira Raczyńska

Mariusz Szczygieł, Kaprysik. Damskie historie, Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2010. Wszystkie cytaty i odniesienia pochodzą z tej edycji.

0 komentarze:

Prześlij komentarz