Liczne powieści wyróżnione Pulitzer Prize for Fiction nie trafiają wcale na polski rynek wydawniczy, z tym większą więc ciekawością sięgnęłam po nagrodzoną w 2009 powieść Okruchy codzienności Elizabeth Strout, opublikowaną rok później nakładem... Naszej Księgarni, oficyny niebezzasadnie kojarzącej się z literaturą dla dzieci, ewentualnie dla młodzieży.
Co przynosi lektura? Mieszkająca w miasteczku Crosby w stanie Maine kobieta, Olive Kitteridge to nauczycielka matematyki, żona farmaceuty, matka jedynaka. Poznajemy jej wiek średni i starość. Wpierw, jak uchodzi za oschłą i wyniosłą, w odróżnieniu od swego pogodnego i lubianego przez wszystkich męża, Henry’ego. Olive podejrzewa go o romans z Denise, pracownicą apteki, sama zaś zbliża się do kolegi z pracy, który potem ginie w wypadku samochodowym. Później kobieta przeżywa boleśnie ślub syna Christophera z niepodobającą się jej wybranką, lekarką o imieniu Suzanne (zwaną przez Olive Dr Sue), ubolewa nad jego wyjazdem z miasteczka na drugi koniec kontynentu, do Los Angeles, nad brakiem wnuków i rozwodem. W tych epizodach istotnie jawi się – by użyć określeń z opisu wydawniczego – jako arogancka, surowa i despotyczna. Nie da się zaprzeczyć, iż Olive zdarza się robić okropne rzeczy. Zwraca uwagę scena złośliwej kradzieży dwóch drobnych elementów garderoby synowej, Dr Sue, ale nawet ten akt nie jest patologiczny, nie zbliża bohaterki do Eriki, tytułowej Pianistki ze słynnej powieści Elfriede Jelinek.
Lata mijają. Emerytowana już Olive jest z mężem wzięta jako zakładniczka przez kilku zdesperowanych narkomanów na głodzie, napadających na szpital, w którym ona chciała jedynie skorzystać z ubikacji. Jeszcze później jest świadkinią wylewu męża. Po nim mężczyzna jest sparaliżowany, traci wzrok i umiejętność mowy, staje się również niepełnosprawny umysłowo. Olive musi pogodzić się z kolejną wielką przeprowadzką syna (z LA do Nowego Jorku) i z tym, że „w drugim podejściu” poślubił on prostą kobietę, na dodatek mającą dwoje dzieci z wcześniejszych przygodnych związków. Po śmierci męża Olive stara się zorganizować sobie czas, angażuje się w rozmaite przedsięwzięcia, na przykład jest wolontariuszką w lokalnym muzeum. Poznaje Jacka, wdowca w zbliżonym do swojego wieku. Za życia męża uważała owego mężczyznę za snoba i aroganta, jako wdowa znajduje w Jacku nie tylko partnera do rozmów i do marszów wzdłuż wybrzeża, ale także innego rodzica rozczarowanego i zranionego życiowymi ścieżkami, na jakie wstąpiło jego dziecko. Mimo odczuwanej miłości (i przemożnego dążenia do zbliżenia fizycznego), nie ma tu happy endu – starsi ludzie są zbyt różnymi i zbyt silnie „ukształtowanymi” przez bagaże swych doświadczeń osobowościami. By ograniczyć się do jednego przykładu, Olive jest zbulwersowana homofobicznym zacietrzewieniem Jacka, przez które mężczyzna cierpi powstrzymując się od wszelkich kontaktów z córką – lesbijką.
Swoją drogą Olive z wiekiem wydaje się łagodnieć, bynajmniej nie jest oschła, zasadnicza czy arogancka. Może jedynie odnosimy takie wrażenie, ponieważ w pierwszych rozdziałach poznajemy ją poprzez narrację jej męża – rozczarowanego etapem życia, do którego wówczas doszli, czy wychowawczymi metodami, jakie wobec dorastającego syna stosuje matka. Henry był wtedy również pod silnym wpływem alternatywnego modelu życia małżeńskiego, jaki widział u Denise i jej małżonka, a swego – co znaczące – imiennika.
W kolejnych latach Henry znów stopniowo zbliżał się do Olive. Okazuje się też, że w czasach pracy nauczycielskiej tej kobiety uczniowie ją cenili i szanowali. Olive ma zwyczaj wypowiadać się wprost, niekiedy dosadnie, ale i nie bez humoru – zwykle czarnego. Nie ucieka od problemów, wyrażając je inaczej (czego powieściowym przykładem jest znamionująca problemy z matką anoreksja pewnej dziewczyny, której Olive stara się pomóc), tylko je artykułuje bezpośrednio, co jest bardzo cenne, znajduje bowiem słowa nie tylko celne, lecz często pomagające, niczym klucze – tu określenie „słowo-klucz” nabiera nieco odmiennej treści – otwierające nowe perspektywy czy drzwi do zrozumienia i porozumienia. Poza tym jest otwarta, zaskakująco niezaściankowa.
W powieści Strout kolosalne wrażenie robi banalność życia, nieważność bytów jednostek, z których każda boryka się ze swoim małym, niehistorycznym losem, najważniejszym dla niej samej i niewielkiego, rzednącego w miarę poszerzania, kręgu bliskich i znajomych. Bohaterowie, dodajmy, w zdecydowanej większości nie dążą do opuszczenia miasteczka. Wyprowadza się Christopher, wyprowadza się owdowiała przedwcześnie Denise – to trochę mało jak na kraj niemal definiowany ogromną mobilnością swoich obywateli.
W niektórych z trzynastu rozdziałów Olive dominuje, ale większość książki stanowią miasteczkowe side stories, w których na małżeństwo Kitteridge, a później wdowę Kitteridge patrzą inni. Życie w Crosby na Wschodnim Wybrzeżu bynajmniej nie kręci się wokół tej pary, ale w strategii narracyjnej Strout Olive i Henry niekiedy pokazywani są jako marginalne postaci w historiach sąsiadów i współmieszkańców – marginalne, ale interesujące, godne uwagi, stanowiące punkt odniesienia, a niekiedy obiekt plotek. Jedni ludzie przebiegający przez scenę życia innych ludzi. To, co dla kogoś jest pogłoską, dla kogoś drugiego anegdotą, jaką dzieli się ze swym towarzystwem, dla kogoś trzeciego jest najistotniejszą kwestią, wydarzeniem reorganizującym egzystencję. Autorka w żaden sposób tego nie deklaruje, być może powieść miała być raczej zwielokrotnionym portretem Olive.
Konieczne jest wyjaśnienie tytułu – w oryginale stanowi go imię i nazwisko bohaterki, polska „innowacja” jest niefortunna. Zaproponowano nam tytuł typowy, banalny, odwołujący się do sprawdzonego schematu, który przy powtórzeniu pewnej wariacji sugeruje konwencję romansową lub melodramatyczną w kiepskim wydaniu. Strout nie pisze o okruchach codzienności. To, co oświetla w swej prozie, to potężne głazy. Okruch można strzepnąć... o ile się go zauważy. Głaz przygniata, obciąża. Czy w powieści są jednak literackie okruchy: drobiazgi, miniatury, impresje? Strout daje nam liczne pełne portrety, kompletne charakterystyki. Rzecz jasna bez wyliczania cech po przecinku, a poprzez życie, działania postaci. Książka jest też bardzo smutna, wiele mówi o rozczarowaniach i niespełnionych nadziejach, rozwiewających się z upływem czasu.
Ostatnie – zadziwia poczciwość bohaterów, amerykańskich grass roots. Być może to element sukcesu autorki – zrozumienie dla zwyczajności, przeciętności. Istnieje zło, ale „normalni ludzie” są dobrzy. Nie w taki sposób, jak w familijnym serialu; ambicja Strout sięga dalej. Nienachalnie waloryzowane są kwestie ważne szczególnie dla osób dojrzałych: baczenie na rozwój rodziny, ochrona domowego ogniska, wolontariat kościelny i pozakościelny, czy w tym pierwszym, czy w drugim wydaniu – dla dobra naszej lokalnej społeczności. To „nieważni” ludzie, i mała jest skala ich działania, ale tacy właśnie, we wszystkich mniej lub bardziej podobnych do Crosby miasteczkach, są solą tej ziemi.
Paulina Szkudlarek
Elizabeth Strout, Okruchy codzienności, przeł. Ewa Horodyska, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2010.
0 komentarze:
Prześlij komentarz