czwartek, 4 marca 2010

Łacina na co dzień. Marek Krajewski a Steven Saylor

Starożytni Grecy określali sytuację, w której człowiek zaślepiony dumą i pychą nie potrafił właściwie (zgodnie z boskim porządkiem i boskimi prawami) rozpoznać sytuacji, w której się znajduje, mianem hybris. Hybris była złem i zło rodziło; szaleństwem widzenia tylko siebie, własnych planów i ambicji, wyzwaniem rzuconym bogom, które karała Nemezis. Oznaczało również przekroczenie miary – zlekceważenie norm, dzięki którym człowiek rozróżniał dobro od zła. Kiedy Grecja została podbita przez Rzym, podbici zdobyli zwycięzców – kultura grecka w głównej mierze ukształtowała rzymską, nie dziwi więc, że Rzymianie znali i używali terminu hybris.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjmuję, że to słowo jest znane autorowi jednej z najpopularniejszych serii kryminałów w Polsce, Markowi Krajewskiemu. Pisarz podkreślający często, iż jest filologiem klasycznym, obdarzył znajomością łaciny bohatera swoich książek, Eberharda Mocka. Niestety Krajewski zapomniał, że omne trinum perfectum, i po trzech pierwszych powieściach o Mocku dopisał kolejne, w których konsekwentna stylizacja zmieniła się w opis groteskowego światka i nie mniej potwornych od złoczyńców, ich łowców. Popularne dawniej powiedzenie „kto nie umiał po łacinie, musiał pasać świnie”, współcześnie przywoływane głównie po to, by ponarzekać na aktualny stan systemu edukacji i na pogłębiającą się ignorancję uczniów, studentów i nauczycieli wszystkich szczebli, niezupełnie pasuje do hipermęskiego bohatera Krajewskiego. Eberhard Mock, łaciną posługuje się jedynie na podstawowym poziomie (a i w ten każe zwątpić fragment „Festung Breslau”, w którym Mock nie rozumie znaczenia słowa znanego niżej podpisanej po zaledwie roku nauki łaciny w liceum). Ten potężny i brutalny mężczyzna „ryje w ziemi” nie w poszukiwaniu trufli a napęczniałych od rozkładu zwłok i jak świnia, której przynosi ulgę tarzanie się w błocie, bohater Krajewskiego odpoczywa dzięki nurzaniu się w brudach [1].
Męskość jest u Krajewskiego kategorią moralną i etyczną – wszystko, co złe, jest jej przekroczeniem. Występek pojawia się, ponieważ mężczyzna zapomina kim jest i w jaki sposób może egzekwować swoje prawa. Zepsucie i zgnilizna moralna są nieodłączne od kobiet i wszystkiego, co się z nimi wg autora wiąże, zatem i zniewieścienia mężczyzn homoseksualnych i transwestytów.
Niemal wszystkie kobiety pojawiające się w powieści są „dziwkami” albo nimi zostaną. Jeśli tak nie jest, to oznacza, że kobieta jest a) martwa, b) nieletnia, c) całkowicie niewidoczna (jak np. siostra Edwarda Popielewicza w „Głowie Minotaura”)[2]. Sam Eberhard Mock, który woniejąc przetrawionym alkoholem i zakąskami do wódki, roztacza samczy urok na delikatne i piękne ozdoby salonów niczym prymitywny Nikodem Dyzma Dołęgi–Mostowicza, jest emocjonalnym inwalidą i damskim bokserem. Nie potrafi rozmawiać z kobietami ani uznawać je za równe sobie partnerki, natomiast świetnie mu wychodzą zastraszanie siłą i małżeński gwałt. Pojawiający się od czasu do czasu homoseksualiści są odrażającymi kreaturami, które zaprzeczają nie tylko własnej płci, ale też własnemu człowieczeństwu. Panika i wstręt, jaki czuje na samą myśl o nich wrocławski śledczy, współgra z jego mizoginią. Jeżeli autor próbuje uzasadnić odruchy Mocka złym doświadczeniem z przeszłości (z kobietami) i kreując zniewieściałych mężczyzn na głównych podejrzanych okrutnych zbrodni, to czyni to naiwnie i nieprzekonywująco. Najwidoczniej siła Mocka leży tylko w jego fizyczności i obcesowym zachowaniu, a nie w jego psychice.
Przywoływanie co jakiś czas znajomości łaciny, jaką podobno posiada Mock, nie idzie w parze z duchem starożytnej mądrości. Upadły świat pełen występków i zbrodniarzy, w którym żyje bohater Krajewskiego, jest potwornie jednowymiarowy i monotonny. Postacie, a przede wszystkim główny bohater, z powieści na powieść stają się coraz bardziej karykaturalne. Chociaż tytuł ostatnio wydanego kryminału z Mockiem: „Głowa Minotaura”, wskazuje na mordercę, odnoszę wrażenie, że Minotaurem jest raczej sam Eberhard. Brak kontroli nad samym sobą, umiarkowania w folgowaniu każdej fizycznej potrzebie, wreszcie przedkładanie samosądu nad jakimkolwiek prawem czynią z Mocka Minotaura – potwora uwięzionego przez własną, dość prostacko zdefiniowaną męskość. Samo użycie mitycznej figury spłaszcza jej wymowę i wieloznaczność. Co więcej, postępowania Mocka nie da się w pełni wytłumaczyć – w sensie usprawiedliwić – ani okolicznościami życia prywatnego, ani zżartym przez korupcję i polityczne układy niewydolnym systemem prawnym. Eberhard Mock wydaje się ucieleśniać sformułowanie „prawo i sprawiedliwość”, gdzie rozdziela się pojęcia ideowo nierozłączne na rzecz niemej zgody na brutalny samosąd w imię kary za znieważoną męskość. W niczym nie sprawia, że świat staje się lepszym miejscem, w którym daje się ocalić jakąkolwiek wartość sprawiającą, że ludzie nie rzucają się na siebie z zębami i pazurami. Dość niewiarygodnie psychologicznie brzmi w tym wszystkim podkreślane przez autora przywiązanie Mocka do prawdy, poszukiwania, za wszelką cenę, sprawców zbrodni. Naturalnie nie postuluję, by bohater był nieskazitelny i niewinny niczym biały baranek, który łagodnym pobekiwaniem i trącaniem pyszczkiem kwiatków na łące rozwiązywał skomplikowane zagadki kryminalne. Brakuje po prostu literackiego i światopoglądowego umiaru, i to nie dlatego, że autor przyjął określoną konwencję literacką. Wydaje się, że hybris przekroczyła karty książki i dotknęła Krajewskiego, a chaos i zepsucie jego świata i bohaterów pochłonęły styl i pomysły. Mimowolne autoparodie nudzą.

Odwołać się do kultury starożytnego Rzymu można jednak lepiej, niż poprzez cytowanie co jakiś czas jakiejś łacińskiej maksymy, co znakomicie ukazuje cykl Stevena Saylora, „Roma sub rosa”. Autor (historyk z wykształcenia), tłumaczy ten termin następująco: „W starożytnym Egipcie róża była symbolem Horusa, utożsamianego później przez Greków i Rzymian z bogiem milczenia. Rozwinął się zwyczaj zawieszania róży nad stołem radnych na znak, że wszyscy obecni zobowiązani są do dochowania tajemnicy. Zwrot „sub rosa” (pod różą) przyjął się jako określenie wszystkiego, co się robi w sekrecie” [3]. Tajemnicami kryminalnymi starożytnego Rzymu i egipskiej Aleksandrii zajmuje się bohater całej serii, Gordianus zwany Poszukiwaczem. Ten szacowny obywatel rzymski, żyjący wg autora w czasach Cezara, Pompejusza, Kleopatry i Cycerona, nie przypomina właściwie w niczym surowego pater familias, władającego życiem i śmiercią każdego członka rodziny rzymskiej, o niewolnikach nawet nie wspominając. Jego rodzinę można wręcz nazwać dysfunkcyjną – piękna i władcza żona Bethesda to była niewolnica, wyzwolona przez Gordianusa, gdy zaszła z nim w ciążę z córką Gordianą, zwaną Dianą. Synowie Gordianusa są adoptowani – starszego Ekona Gordianus przygarnia z ulicy, na której chłopiec żył, porzucony przez matkę doprowadzoną do nędzy przez niestabilną sytuację gospodarczą rzymskiego imperium. Młodszy to wyzwoleniec o imieniu Meto, którego główny bohater wykupuje od okrutnego właściciela, sycylijskiego rolnika, u którego chłopiec służył jako żywy strach na ptaki dużo bardziej drapieżne niż wróble. Wrażliwy na los niewolników, kochający rodzinę i troszczący się o nią w każdych okolicznościach, a także niestrudzony i nieustraszony poszukiwacz prawdy, tak jak to wskazuje jego przydomek, Gordianus nie jest jednak drętwym i przynudzającym moralizatorem. Nie osądza winnych najprzeróżniejszych występków, nie ocenia z góry, świadomy ogromu ilości odcieni szarości, z jakich składa się życie i świat nieprawdopodobnie splątanych ludzkich interesów i emocji. Bystry obserwator i analityk, dzięki zmysłowi detektywistycznemu i informatorom, wśród których prym wiodą Ekon i dwaj mali niewolnicy, rozwiązuje rozmaite sprawy, których starożytne tło wydaje się o wiele bliższe współczesnemu spojrzeniu na świat, niż międzywojenny Wrocław Krajewskiego. Saylor osiąga to nie tylko dzięki interesującym opisom codziennego życia w stolicy dawnego imperium, ale przede wszystkim – stworzeniu wyrazistych i skomplikowanych bohaterów zarówno pierwszo-, jak i drugoplanowych. Obdarza też głosem wykluczonych z głównego nurtu historiografii – kobiety i niewolników. Bohaterki w powieściach Saylora mają równie mocne, złożone i intrygujące charaktery, co mężczyźni, a ich dziełem była niejedna intryga polityczna i obyczajowa, jak np. w tomie „Mgliste proroctwa”, gdzie w posłowiu autor pisze o nich: „Choć wszystkie musiały być nieprzeciętnymi kobietami, żaden historyk nie uznał za stosowne pozostawić nam biografii którejkolwiek z nich” [4]. Starania Saylora, by z okruchów pozostałych wiadomości odtworzyć życie zapomnianych patrycjuszek, kapłanek i artystek są bez wątpienia udane. Po części odtwarzając, po części kreując życie obyczajowe starożytnych Rzymian, Saylor nie pomija właściwie żadnego aspektu. Warto pamiętać, że każda powieść jest rzetelnie ugruntowana historycznie, autor w posłowiach poleca nawet bibliografię lektur odnoszących się do opisywanych wydarzeń, i przedstawia, które z nich są fikcyjne, a które nie. Oprócz humorystycznej polemiki z obrazem budzącego grozę rzymskiego ojca rodziny, za którym przez wiele wieków tęsknili rozmaici konserwatyści, Saylor podważa również mit samej „podstawowej komórki społecznej”, przedstawiając powszechność związków homoseksualnych [5]. Męskości nie podważa związek z innym mężczyzną, ale rola w nim. Obsesja Rzymian na punkcie wizerunku agresywnego penetratora (zarówno wobec kobiet, jak i mężczyzn), wiązała się ze ścisłą hierarchizacją społeczeństwa. W prywatnych komnatach rzymski obywatel mógł robić cokolwiek, co podpowiadała mu wyobraźnia, ale jeśli nie chciał się skazać na polityczny niebyt, musiał być odbierany jako aktywny i dominujący kochanek. Niemniej jednak rzymska obyczajowość czasów starożytnych z pewnością nie posłużyłaby jako model utopii dla realizowania ludzkiej seksualności, czy udanych związków w ogóle. O ile główny bohater Saylora dostrzega człowieka w niewolniku, nie da się powiedzieć tego samego o rzymskich patrycjuszach, dla których zazwyczaj pracuje. Szokujący rozmiar władzy nad drugim człowiekiem, jakie dawało bycie panem niewolnika, większość Rzymian wykorzystywała w pełnym zakresie. Okaleczanie nieposłusznych, gwałcenie pożądania godnych płci obojga w dowolnym wieku [6], odbywa się nie tylko w majestacie prawa, ale też na oczach dowolnej ilości dobrowolnych lub nie, widzów. Pater familias niemal równie swobodnie rozporządzał losami członków swojej rodziny – mógł zabić nieposłuszne ojcowskiej woli dzieci, odebrać i zgładzić niechciane i nieślubne wnuki. Wędrujący przez starożytny świat Gordianus bywa świadkiem straszliwych, okrutnych scen i jedynie czasem jest w stanie zapobiec cierpieniu innych. Znalezienie winnego nie oznacza automatycznego zwycięstwa sprawiedliwości wymierzanej przez państwo – wielu kupowało uniewinnienie pieniędzmi i wynajmując adwokatów biegłych w retoryce (zdolnych również dzięki odpowiedniej przemowie do nakłonienia rzymskiego senatu, aby uznał praworządnych obywateli za zbrodniarzy), inni, nie licząc na ułaskawienie odbierali sobie życie. Skorumpowany italski system sądowniczy nie zmienia Gordianusa w obojętnego na krzywdę ludzką cynika. Sam bohater balansuje czasem na granicy prawa, by chronić swoich bliskich.
Postać Minotaura pojawia się również w powieściach Saylora, jednak w zupełnie innym kontekście niż u Krajewskiego. Mityczny potwór nie jest jedynie bestią, którą można straszyć małe dzieci, ani tylko symbolem tauromachii. Pojawia się we śnie Gordianusa jako przypomnienie o losie zesłanym przez bogów, od którego nie można uciec w labiryncie życia. Śmiech Minotaura jest szyderstwem z ludzkich starań, ale mimo tego, nieludzki syn Posejdona i Pazyfae pomaga Goridanusowi rozwiązać zagadkę kryminalną. W świecie, w którym hybris wydaje się dosięgać przede wszystkim samego pojęcia państwowości, również Nemezis rzadko ma ludzkie oblicze. Jednak wobec najokropniejszych występków i politycznych zawirowań, Gordianus nie traci swojej umiejętności rozróżniania dobra od zła, chroni rodzinę za wszelką cenę. Powtarzając za autorem, jest to auspicium melioris aevi.





[1] Prymitywność i dosłowność metafory w pełni zamierzona. Znajomość łaciny u Mocka, podobnie jak jego hobby – szachy – mają ukazywać wg autora wyższość intelektualną bohatera. O Mocku warto przeczytać artykuł Elizy Szybowicz i Błażeja Warkockiego, Mock w mieście potworów. Trupy, żony i nierządnice. Plus zadowolony z siebie samiec alfa i konserwatywny populizm, w Krytyce Politycznej, nr 20 – 21 (2010), tytuł numeru: „Manifest komunistyczny i kryminał”.
[2] Marek Krajewski, Głowa Minotaura, W.A.B., 2009 r.
[3] Steven Saylor, Dom Westalek, przeł. Janusz Szczepański, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2004, s. 284.
[4] Steven Saylor, Mgliste proroctwa, przeł. Janusz Szczepański, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2004, s. 298.
[5] Mam świadomość pewnej anachroniczności tego stwierdzenia: pojęcie rodziny, oraz to, kto i na jakich zasadach mógł być uznawany za jej członka, ewoluowało w czasie, i nie zawsze odnosiło się do modelu nuklearnego, jaki łączy się z metaforą „podstawowej komórki społecznej”. Fakt tej ewolucji służy za argument wytaczany w dyskusjach z przeciwnikami legalizacji związków homoseksualnych.
[6] Warto przeczytać np. Seks i trwogę Pascala Quignarda (przeł. Krzysztof Rutkowski, Czytenik, Warszawa 2002).


Sławomira Raczyńska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz