niedziela, 14 grudnia 2014

Uroki roztaczane przez nasze zwłoki. Mary Roach, „Sztywniak”, Bill Bass i Jon Jefferson, „Trupia Farma” (cz. 1).


Fascynująca historia kultury gastronomicznej zachęca mnie do łączenia tematów pozornie odległych od siebie, by powiązać w szalonym kole paranoicznych skojarzeń niemal dowolne tematy. Zaczęło się od rozważań Piero Camporesiego o serach, w Laboratoriach zmysłów. Sery, w dawniejszych czasach (od średniowiecza i później) uważano za podejrzane przysmaki o ostrym zapachu i smaku. Kojarzono je z rozkładem ciała i obwiniano je za namnażanie się robaków w żywym organizmie, a także sprowadzanie szaleństwa i demonów. Współczesne artykuły o serach wspominają o gatunku „Stinking Bishop” (podobno zagrał w filmie Wallace i Gromit: Klątwa Królika) czy Limburgerze, do produkcji którego używa się bakterii występujących na ludzkiej skórze. Jeszcze inne przypominają woń niemytego od tygodnia ciała, amoniaku, czy rozkładających się zwłok.

 Właśnie te ostatnie pojawiają się w książce Trupia farma autorstwa Billa Bassa i Jona Jeffersona w kilku kulinarnych kontekstach. Projekt trupiej farmy jest znany każdej osobie zainteresowanej kryminałami czy kryminalistyką – mowa o ogrodzonym terenie, na którym, pod nadzorem antropologów sądowych, badany jest proces rozkładu zwłok w różnych warunkach środowiskowych. W klasycznej pracy Louis-Vincenta Thomasa Trup: od biologii do antropologii czytamy o sposobie przewożenia kości zmarłych praktykowanych przez nomadów – obgotowywali zwłoki w kotle, aż mięso odpadło od kości, które zabierano ze sobą w worku. Współczesna antropologia korzysta również z gotowania zwłok (czasem z padlinożernych owadów) w znacznym stanie rozkładu, by uzyskać oczyszczony szkielet do dalszych badań. Bill Bass, antropolog sądowy, wspomina w lekkim, anegdotycznym tonie, jak zdarzyło mu się w tym celu korzystać z domowej kuchenki do gotowania (stare dobre czasy, gdy badacze zabierali do prywatnych mieszkań szczątki ofiar morderstw i zabójstw). Morał z tego płynie (dosłownie) taki – jeśli się zagapisz i rosół na ludzkich kościach zacznie kipieć, lepiej kup nowa kuchenkę! Podobna rada towarzyszy opowieści o mieleniu kości w blenderze.

Bill Bass swoją opowieść o losach „trupiej farmy” opowiada ze swadą amerykańskiego wykładowcy, który wie, jak zrobić show. Lekki, anegdotyczny ton jest jednak pełen zapewnień o szacunku do zmarłych i zaangażowaniu w systematyzowanie wiedzy pozwalającej lepiej zbadać proces gnicia martwego ciała. Zebrane informacje przydają się w ścisłym określeniu chwili zgonu, a także mogą być pomocne podczas poszukiwań sprawców zbrodni.

Jak podaje Bill Bass, do czasów badań na „trupiej farmie”, specjaliści sądowi mogli polegać na wiedzy i doświadczeniu patologów sądowych i antropologów, którzy badali albo zwłoki z tkankami zachowanymi na tyle dobrze, że dawało się stwierdzić przyczynę zgonu, lub szkielet.

Jednak jak pokazało jego własne doświadczenie, dotychczasowa wiedza nie zawsze okazywała się pewna, gdy natrafiano na zwłoki w znacznym stanie rozkładu, co do których trudno było orzec czas śmierci. Jeśli ciało było zbyt mocno rozłożone, patolog nie był w stanie rozpoznać uszkodzeń tkanki wynikłych z urazów przedśmiertnych. Natomiast kości, pomocne w określeniu wieku, płci biologicznej czy pochodzenia etnicznego (Bill Bass stosuje określenie rasy, argumentując to istotnymi różnicami w budowie szkieletów) czy pozwalające określić tryb życia zmarłej osoby (np. na podstawie zniszczeń od ciężkiej pracy fizycznej czy aktywności obciążającej określone partie szkieletu), nie zawsze mogą podpowiedzieć, jak zmarła dana osoba, co jest bardzo istotne w postępowaniu mającym wyjaśnić, czy nie padła ofiarą morderstwa. Co prawda autorowi znana jest książka chińskiego medyka sprzed 700 lat, badającego proces rozkładu zwłok, niemniej jednak argumenty formułowane na podstawie takiej książki nie przeszłyby w sądzie.

Interesujące jest, jak zawsze, tło obyczajowe, w tym przypadku amerykańskich ośrodków uniwersyteckich w różnych stanach. Początki swojej kariery antropologa Bill Bass poświęcił na badania cmentarzysk indiańskich. Wydobyte kości najczęściej trafiały do zbiorów jednego z wielu muzeów, dopiero ustawa z 1990 roku zakazała gromadzenia przez instytucje muzealne kości rdzennych Amerykanów.

Pomysł na „trupią farmę” dojrzewał latami. Początkowo Bass planował obserwację zwłok zwierząt, jednak nie zostało to zrealizowane. Podczas pracy na uniwersytecie w Tennessee w 1981 roku zaproponował władzom uczelni eksperymentalne badania obserwacji rozkładu zwłok i otrzymał oficjalną zgodę na nie. Ciekawiło mnie, czy natrafił na jakiś opór „zwykłych obywateli”, którzy poczują się obrażeni nietypowym traktowaniem zwłok. Pierwsze protesty wybuchły niemal przez przypadek – trupia farma na początku swojej działalności nie była zbyt wyraźnie odgrodzona od otoczenia, ponadto wydział uczelni, który podarował Bassowi działkę, „zapomniał”, że posiada mniej ziemi, niż hojnie przekazał. Tak zatem, któregoś dnia antropolog ze zgrozą odkrył, że w sąsiedztwie jego unikalnego laboratorium pracują buldożery i inne ciężkie maszyny drogowe. Budowniczy dróg zorientowali się, że uczelnia nie uprawia na pobliskim polu żadnych ciekawych roślin ani nie hoduje miłych zwierzątek. Ostatecznie protest miejscowej grupy poparcia ochrony zdrowia (Solutions to Issues of Concern to Knoxvillans – w skrócie S.I.C.K.) zakończył się szybko i prosto dzięki wysokiemu ogrodzeniu okalającemu farmę Bassa. Kolejne, dużo poważniejsze problemy spotkały projekt amerykańskiego antropologa w 1994 roku i później. Po tym, jak wyciekły do mediów fragmenty dokumentacji jednego z badań procesu powstawania tłuszczowosku pojawiającego się na topielcach, a także po tym, ujawniono, że na trupią farmę trafiają zwłoki weteranów wojennych (lekarze sądowi przekazywali ciała bezdomnych ludzi, których przeszłości nie badano), protesty wielu grup obywatelskich, w tym przedstawiciela organizacji kombatantów stanu Tennessee doprowadziły do powstania projektu ustawy, która uniemożliwiałaby przekazywanie ciał zmarłych do obiektów badawczych w rodzaju trupiej farmy. Na szczęście dla Bassa i rozwoju kryminalistyki, amerykański senat odrzucił ustawę. W książce nie są odnotowane jakiekolwiek późniejsze protesty.

Ciała, po które nikt się nie zgłosił, trafiały na trupią farmę w różnych porach roku. Ponoć obecnie donatorów jest więcej niż ośrodek jest w stanie przyjąć – swoje ciała po śmierci pragną przekazać najczęściej nauczyciele i pracownicy służby zdrowia (na podstawie: http://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/trupia-farma-ciala-po-prostu-sie-tam-rozkladaja,204271.html).

Naukowcy mogli opisywać, w jaki sposób ludzkie ciało rozkłada się w różnych warunkach pogodowych. Niektórzy skupiali się na analizie robactwa żerującego na gnijącym mięsie (co bardzo się przydało nie tylko w ustalaniu czasu zgonu ofiar morderstw i zabójstw, ale również przyczyn), inni na składzie gleby, w której spoczywały zwłoki, inni – na śladach, jakie różne rodzaje narzędzi zbrodni zostawiają na kościach. Zespół Bassa przyczynił się do znacznego rozwoju w dziedzinie antropologii sądowej – starano się badać wszelkie możliwe sytuacje, w których ciało i szkielet człowieka może ulec zniszczeniu. Obecnie w Stanach Zjednoczonych prowadzi się kilka trupich farm, działających w podobny sposób, co pierwsze laboratorium rozkładu. 

Chociaż narracja jest utrzymana w tonie głębokiej wiary w możliwości nauki i poprawność wyników badań, jakie może dawać np. mierzenie poszczególnych kości szkieletu, Bass unika stwierdzenia, że antropolog sądowy może na podstawie badania szczątków ocenić ze stuprocentową pewnością, jakiej płci była ofiara czy w jakim wieku zmarła. 

Czy w Polsce projekt trupiej farmy byłby możliwy? Opowiada o tym antropolog sądowy, Andrzej Czubak, przybliżając też nieco badania nad rozkładem ciał w Europie: wywiad tutaj.


Książkę Bassa i Jeffersona, autorka kolejnej pozycji opisywanej w tej recenzji, Mary Roach opisała tak: „Chyba jest ze mną coś nie tak, ale lektura tej książki naprawdę sprawiła mi dużą przyjemność”. Zapewne podobną do tej, jaka towarzyszy jedzeniu sera śmierdzącego trupem?

Jak zauważa anglojęzyczna Wikipedia, autorka Sztywniaka nie posiada stopnia naukowego, natomiast przedstawia „pewne idee” w sposób zrozumiały dla przeciętnego czytelnika. Z całą pewnością jej książka nie znalazłaby się w znakomitej serii popularnonaukowej wydawnictwa „Prószyński i spółka”. Natomiast pojawiła się na rynku czytelniczym, dla spodziewanego zysku wydawnictwa – najważniejsze są nośne tematy: seks, śmierć i pieniądz, które to Mary Roach prezentuje „naukowo”. Tytuły są niczym z poradnika marketingu: „wybierz jedno słowo, które zapamięta twój czytelnik jako hasło przewodnie” – jednosylabowe „Stiff”, „Gulp”, Bonk”, potoczne i dosadne.


Po książkę Roach sięgałam z dużą rezerwą, ale też ze świadomością, że nie znajdę finezji i błyskotliwości Natalie Angier, w jednej z najlepiej napisanych książek popularnonaukowych jakie zdarzyło mi się czytać: Kanon. Wyprawa galopem przez piękne podstawy nauki (przeł. Paweł Strzelecki, Monika Betley, Prószyński i Spółka, Warszawa 2008). Styl Mary Roach to amerykański pragmatyzm, ciekawość świata laiczki hojnie szafującej bon motami czarnego humoru.

W Sztywniaku Roach zajmuje się kwestią losu zwłok. Poznajemy głównie sytuację w Stanach Zjednoczonych, z całą specyfiką tego kraju, choć Roach udaje się również na podróż do Chin i Szwecji, by zbadać interesujące ją przypadki wyjątkowego traktowania zwłok. Oczywiście nie są to żadne „wyprawy naukowe”, raczej – wycieczki dociekliwej dziennikarki. 

Bezpośredni styl i subiektywne komentarze mogą przeszkadzać w lekturze, czasem denerwują, ale na pewno tematy przedstawione przez Roach zachęcają do przemyśleń. Książka nie jest napisana w duchu światłego modernizmu, który kagankiem oświaty z reflektora oślepia ignorantów i maluczkich, raczej – namawia do konfrontacji ze śmiercią i tym, jak współczesne technologie przekształcają tradycyjną ceremonię pogrzebową w akcję „pomysł na trupa”.

Przy okazji Roach ujawnia swoją hipokryzję, ponieważ deklaruje, że sama nie zdobyła się na taką autorefleksję. Widać wyraźnie po jej komentarzach, że trudno przychodzi jej zająć określone stanowisko wobec poznawanych metod pochówku i wykorzystania donacji ciał do celów naukowych.

Zamiast postulatów i deklaracji dostajemy możliwość śledzenia bardzo szczerze przedstawionego procesu rozpatrywania różnych argumentów za i przeciw każdej opcji. Roach powtarza przez całą książkę, że zwłoki, które zostają, nie mają nic wspólnego z żywą osobą, która była nam bliska. Jeśli wierzyć autorce, jest jej wszystko jedno, co się z nią stanie po śmierci, jednak umieszczone w książce komentarze i opisy rozterek świadczą o czymś przeciwnym. Najpierw Roach deklaruje, jakoby pragnęła, by jej ciało powędrowało do jakiegoś ośrodka, w którym zrobią z niej piękny szkielet do ćwiczeń anatomicznych. Okazuje się jednak, że najbliższy ośrodek, który się tym zajmuje, znajduje się w Meksyku, a poza tym raczej przygotowują tam pojedyncze kości, nie składają całych szkieletów – zatem autorka rezygnuje z przeistoczenia się w pomoc naukową. Dowiaduje się przy okazji, że to anachroniczne, ponieważ aktualnie używa się raczej plastikowych modeli szkieletów ludzkich. Później Roach myśli o tym, że fajnie byłoby oddać mózg Fundacji Harvarda... niestety okazuje się, że bynajmniej nie spocząłby w żadnym ładnym słoju, oświetlony lampką dającą przyjemne światło (żegnaj nadziejo na zostanie gwiazdą odcinka Futuramy). 

Badacze kroją darowane im mózgi na plasterki i konserwują. To już niestety nie podoba się autorce. Cała książka jest nieustającą konfrontacją emocjonalną i intelektualną ze sposobami utylizacji ciał zmarłych – przy czym autorka nieustannie dodaje komentarze w stylu: „Tak, to jest super, ale wiecie, zobaczyłam to na własne oczy i eee…, no nie wiem, może wy, ale ja to chyba nie…”. 

Na szczęście Roach oszczędza czytelnikom powtórki z rozrywki z książek o zbliżonej tematyce, inaczej lektura byłaby nieznośna. Czytając niektóre rozdziały o wykorzystaniu ludzkich zwłok do eksperymentów badających obrażenia, jakie człowiek może odnieść w wypadkach lotniczych, samochodowych, czy od postrzału amunicją różnego kalibru, natrafiłam na bulwersujące opisy zastępowania ludzkich truposzy zwierzętami. I to jest w tej książce szokujące – ilość zwierzęcych istnień wykorzystanych w sadystycznych eksperymentach jest niebywała. Roach rzadko kiedy komentuje ten fakt, choć czasem pisze, że to świadczy o okrucieństwie naukowca, jednak nie zajmuje się tym szerzej.

Autorka prezentuje zarazem niebywałą hipokryzję przemysłu zbrojeniowego, w którym testerzy różnych rodzajów pocisków wzbraniają się przed strzelaniem do zwłok, gdyż to przecież nieetyczne. Więcej na ten temat niżej.

Najciekawsze fragmenty książki dotyczą różnych opcji pochówku. W Polsce, w której dominuje tradycyjny pochówek w trumnie umieszczanej w ziemi, z pogrzebem pełnym kwiatów i miejscem na cmentarzu wykupionym na wiele dziesiątek lat, w kraju, gdzie nawet kremacja robi wrażenie szczególnie złośliwej wobec wierzącej rodziny ateistycznej ostentacji, a którą KK skomplikował, wprowadzając dodatkowe przepisy, które na pewno spodobały się producentom trumien, rodzinom zmarłych pragnących kremacji, niekoniecznie, jakiekolwiek inne opcje pochówku wydają się ekstrawagancją z innej planety. Informacje o nich pojawiają się jako ciekawostki, choć jestem pewna, że niemała liczba osób w Polsce chciałaby skorzystać z alternatywnych opcji.

A są one związane głównie z ekologią. Parę lat temu do polskiej prasy przedostały się wieści o niemieckim cmentarzu, na którym zamiast nagrobków sadzono drzewa, do których przyczepiano informację o imieniu zmarłej osoby. Zwłoki służyły jako nawóz dla drzewa – ten pomysł uważam za genialną alternatywę dla ohydnych nagrobków kosztujących krocie i pochłaniających dalsze sumy na ich czyszczenie i konserwację (o czasie i siłach fizycznych  potrzebnych na te zabiegi nie wspominając).

Zresztą prace porządkowe na cmentarzach w Polsce to osobny temat. Nie ma w zwyczaju społecznego przepracowywania tematu śmierci, procesu umierania, ale nagrobek musi być czysty, kwiaty w świeżej wodzie, znicz zapalony, choćby cmentarz był położony niezmiernie daleko i trzeba było tam jechać z narażeniem zdrowia i życia. Pielgrzymujący po całej Polsce z okazji święta zmarłych, często uznają ten czas za dodatkowy przymus rodzinnych spotkań, wydatek na podróż i ozdoby grobu, które służą jedynie pomnożeniu kiczu cmentarnego.

Mary Roach pisze o dwóch sposobach pochówku, o których nigdy wcześniej nie słyszałam (wyłączając pomysłowe sposoby pozbycia się zwłok przez morderców) – „liofilizowanie” zwłok w warniku, czyli upłynnianie zwłok w kadzi z ługiem, po którym pozostaje tylko drobna część kruchych kości „na pamiątkę”. Metoda szybka, dosyć tania, ekologiczna (ług niszczy toksyny, które mogłyby się przedostać do gleby), niemniej jednak ciężko byłoby ją sprzedać, bowiem może się jawić jako zbyt bezceremonialne pozbywanie się ciała. Druga metoda to przerabianie zwłok na kompost, poprzez zamrożenie ciała w ciekłym azocie, a następnie rozbicie i dehydratyzację. Powstały kompost można wykorzystać we własnym ogródku. 

Roach przybliża problematykę komunikacji obu sposobów pochówku potencjalnym przyszłym klientom nowych usług. Przy okazji nie może nadziwić się szwedzkiej mentalności, pragmatycznej, oszczędnej, wyważonej. Nie da się też nie zauważyć innego aspektu – alternatywne metody pochówku są nieznane również dzięki firmom pogrzebowym, które nie chcą stracić zarobku. Koszty pogrzebu są bardzo wysokie nie tylko w Polsce, ale również w Europie i USA – nic dziwnego, że chciwość przemysłu funeralnego w połączeniu z rosnącą świadomością ekologiczną przyczynia się do wzrostu zainteresowania ekologicznym pochówkiem.

Dwa pierwsze rozdziały książki skupiają się wyraźnie na różnych aspektach „losów” zwłok ofiarowywanych uczelniom medycznym. Wątpliwości autorki budzą opcje wykorzystywania ciał – donatorzy zazwyczaj wyobrażają sobie, że przysłużą się jako pomoc edukacyjna dla studentów medycyny (np. przy sekcjach), tymczasem zdarza się, że ciała te stają się raczej obiektem ćwiczeń na kursach doszkalających chirurgów plastycznych. Roach wskazuje również na zmianę wrażliwości w samym środowisku medycznym w odniesieniu do zwłok przekazywanych podczas donacji.

Z zaskoczeniem dowiedziałam się np. o nabożeństwie bezimiennych zwłok trafiających na trupią farmę, czy o obowiązkowym kursie, na którym studenci amerykańskich uczelni medycznych mogą wymieniać między sobą i uczyć się rozmawiać, o emocjach i szacunku, które pojawiają się podczas pracy nad czyimś ciałem. Roach skomentowała w swoim bezceremonialnym stylu: „Na USCF studenci patomorfologii muszą zaliczyć kurs wstępny prowadzony przez studentów z poprzedniego roku, którzy opowiadają o tym, jak pracowali ze zwłokami i jak się przy tym czuli. Z reguły dużo miejsca poświęca się tam na kwestie szacunku i wdzięczności. Po tym, co słyszałam, sądzę, że po zaliczeniu takiego kursu trudno byłoby beztrosko wtykać papierosy w usta zwłok albo bawić się wyciągniętymi jelitami jak skakanką” (s. 24). Czy: „Jak powiedział mi były instruktor z pracowni anatomicznej: »Proceder wynoszenia do domów głów w wiadrach definitywnie się zakończył«” (s. 25).

W książce jest również rozdział o opisywanej wyżej trupiej farmie, na której bada się proces rozkładu zwłok. Te partie będą zapewne szczególnie interesujące dla osób zainteresowanych technikami kryminalistycznymi. Autorka asystuje również balsamistom przy pracy. Proces balsamowania zwłok jest już coraz popularniejszy w Polsce, choć nadal jest stosunkowo niewielu wykwalifikowanych balsamistów. Zaskakuje powszechność pogrzebu z otwartą trumną w USA. Roach na samym początku książki, opisując pogrzeb swojej mamy, pisze, że uważała to za niepotrzebne i dodatkowe oszustwo:

„Otwieranie trumny podczas zwykłego pogrzebu to stosunkowo nowy obyczaj – liczy sobie około stu pięćdziesięciu lat. Zdaniem Macka ma on służyć kilku celom, poza oczywiście tym, co ludzie z branży nazywają »zdjęciem pamiątkowym«. Mianowicie upewnia rodzinę, że jeden z jej członków jest zdecydowanie martwy i nie będzie pogrzebany żywcem, a po drugie, że ciało w trumnie to rzeczywiście jeden z nich, a nie byle sztywniak, który leżał obok niego w kostnicy” (s. 53). Poznajemy też krótką wersję balsamowania w USA. „Chodzi o to, że cokolwiek zrobisz ze swoim ciałem po śmierci, i tak nie będzie ono szczególnie pociągające. Jeśli myślisz o darowiźnie na rzecz nauki, obrazki z sekcji czy ćwiartowania nie powinny cię zniechęcać. Moim zdaniem, nie są ani bardziej, ani mniej makabryczne niż zwykłe gnicie albo zszywanie szczęk przez nozdrza na pogrzebową prezentację” (s. 57).

Część II i informacje bibliograficzne tu.

Uroki roztaczane przez nasze zwłoki. Mary Roach, „Sztywniak”, Bill Bass i Jon Jefferson, „Trupia Farma” (cz. 2).

Część I tu.

Jak już wspomniałam, w książce znajdziemy opis problemów związanych z mówieniem o tym, co dzieje się z ciałami donatorów po śmierci, czy o nowych sposobach pochówku. Informować ze szczegółami, czy nie? Poznajemy terminy eufemizujące pochówek, rozkład i dekompozycję ciała. 

W rozdziale „Trup idzie do wojska” poznajemy zadziwiające podejście do etyki w amerykańskiej armii. Ekspert badający działanie różnych pocisków na ludzkie ciało – w odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie używał zwłok w swoich badaniach: „Zawsze miałem takie wrażenie, że nie powinniśmy strzelać do ludzi" (s. 100). Inny ciekawy cytat: „Lowden mówił mi, że specjaliści zbrojeniowi w armii mają nawet opory przed strzelaniem do świeżo zabitych zwierząt hodowlanych. »Wielu z nich nie zrobiłoby tego. Wolą iść do sklepu i kupić kawał szynki albo przynieść świńską nogę od rzeźnika. Ale nawet wtedy wielu z nich nie publikuje swoich badań. Boją się, że to ich jakoś napiętnuje«" (s. 100). Roach zauważa też kąśliwie: „Armia dopiero ostatnio zaczęła znowu maczać palce w mętnych wodach publicznie finansowanych badań balistycznych z udziałem zwłok. Jak można się spodziewać, ich cele są jak najbardziej humanitarne” (s. 101).

Dorzućmy kilka kolejnych cytatów o eksperymentach:

„Zachowanie w tym wszystkim równowagi to zadanie niezwykle trudne i delikatne. Ostatecznie jednak wszystko sprowadza się na ogół do odpowiedniego doboru słów. Baker zauważa, że nikt nie chciałby mówić rodzinie: »Więc zrobimy tak: będziemy kroić jego oczy. Wyciągniemy je, położymy na stole, pokroimy na coraz mniejsze kawałki, a potem zdrapiemy to wszystko z blatu i wrzucimy do torby na odpady biologiczne, którą postaramy się trzymać razem z resztą, tak żebyśmy mogli później ci oddać to, co zostanie«. Brzmi to nie najlepiej. »Badania medyczne« brzmią zaś dość niejasno. »No więc mówisz na przykład coś takiego: »Jednym z wiodących działów nauki na naszym uniwersytecie jest okulistyka, pracujemy tu zatem dużo na materiale okulistycznym«. Jeśli ktoś będzie chciał się nad tym chwilę zastanowić, łatwo dojdzie do wniosku, że ktoś w laboratoryjnym kitlu w końcu wyjmie ci oko z głowy i je potnie. Ale większość ludzi nie ma ochoty o tym myśleć. Oni koncentrują się bardziej na celu, a nie na środkach: pewnego dnia uratuje to czyjś wzrok«” (s. 103-104).

„W artykule Defense Atomie Support Agency (DASA) opublikowanym w 1968 roku, zatytułowanym Szacunkowa tolerancja człowieka na bezpośrednie skutki podmuchu powietrza – spowodowanego wybuchem bomby – badacze dyskutowali nad skutkami, jakie wywoływały eksperymentalne eksplozje na myszach, chomikach, szczurach, świnkach morskich, królikach, kotach, psach, kozach, owcach, wołach, świniach, osłach oraz makakach, ale nie na faktycznym przedmiocie badań. Nikt nigdy nie ustawił trupa naprzeciwko sprężarki powietrza, żeby zobaczyć, co się stanie” (s. 105).

„Czego więc nie pozwoliłabym zrobić ze swoimi szczątkami? Przychodzi mi do głowy jeden tylko eksperyment, jaki znam, z którym ja, jako trup, nie chciałabym mieć nic wspólnego. Badań, o których mówię, nie przeprowadzono w imię nauki, dla edukacji, bezpieczniejszych samochodów czy lepiej zabezpieczonych żołnierzy. Przeprowadzono je w imię religii” (s. 108) – mowa o badaczu śladów na Całunie turyńskim, na potrzeby którego krzyżowano ochotników i testowano na zwłokach – jego opis znajdziemy w rozdziale siódmym.

W rozdziale o dawcach organów „Skąd wiesz, że nie żyjesz”, Roach zajmuje się m. in. miejską legendą o tym, że ciała ludzkie po śmierci tracą dokładnie 21 gramów, a zatem tyle waży dusza. Kiedy po raz pierwszy o tym usłyszałam, pomyślałam, że nigdy nie spotkałam się z równie idiotyczną tezą. Dlatego też gdy oglądałam film Alejandro Gonzáleza Iñárritu pod tym tytułem, trudno było mi znieść irracjonalną fabułę mającą jakoby tłumaczyć wspomniany wyżej „fenomen”. Warto za to przeczytać u Roach o tym, jak doktor udowadniający swoją tezę o wadze duszy, prawdopodobnie otruł 15 zdrowych psów tylko po to, by pokazać, że psy po śmierci ważą tyle samo – czyli duszy nie mają. 

Podczas lektury książki Roach można pomyśleć, że ambicją autorki było kompleksowe omówienie nie tylko współczesnych metod funeralnych, ale również wskazanie na frapujące i nierzadko kontrowersyjne stany między życiem i śmiercią. W rozdziale o transplantologii rozmawia z lekarzami o przeszczepach organów i asystuje przy ich donacji, entuzjastycznie opisując żywotność przenoszonych narządów:

„[S]erce wycięte z klatki piersiowej nie przestaje bić. Czy Poe o tym wiedział, pisząc Serce oskarżycielem? Te samobijące serca są tak żywotne, że chirurgom zdarzało się wypuścić je z ręki. „Myliśmy je i były w porządku", odpowiadał nowojorski transplantolog Mehmet Oz, kiedy zapytałam go o to. Wyobrażam sobie serce ślizgające się po linoleum, szybką wymianę spojrzeń, pogoń, podnoszenie i mycie. Jak bratwurst, który ześlizgnął się z talerza w restauracyjnej kuchni” (s. 125).

Roach jedynie wzmiankuje wielowątkowy temat granicy między życia i śmiercią podczas rozmowy z transplantologiem. Skupia się na psychologicznym aspekcie zgody na donację wyrażaną przez rodzinę osób, u których stwierdzono śmierć mózgową. Ujmujące wręcz jest zaakcentowanie, w ostatnim fragmencie poniższego cytatu, nie – problematyczności ustalenia wyraźnej granicy między życiem, a śmiercią (ponieważ jej się tutaj nie kwestionuje), ale – świadomości występowania stanów „pośrednich”, „przygranicznych” życiu. Autorka najwyraźniej unika wikłania się w spory, w których w sposób nieunikniony padają argumenty w stylu „skoro tak trudno oddzielić życie od śmierci, to odbieramy potencjalnie żywym szansę na regenerację”. Otrzymujemy raczej lakoniczną sugestię utworzenia przestrzeni dyskusji o nierozerwalności życia i śmierci.

„Na poziomie racjonalnym większość ludzi nie widzi nic podejrzanego w koncepcji śmierci mózgu czy przeszczepianiu organów. Ale na poziomie emocjonalnym zawsze mogą wystąpić pewne kłopoty z akceptacją tego, zwłaszcza gdy moment akceptacji zbiega się z momentem podjęcia decyzji, czy transplantolog może, czy nie może wyciąć bijącego serca kogoś z naszej rodziny. Szacuje się, że pięćdziesiąt cztery procent pytanych o to rodzin odmawia. „Nie są w stanie poradzić sobie ze strachem, choć irracjonalnym, że prawdziwy koniec ich bliskiej osoby nastąpi wraz z usunięciem jej serca", mówi Oz. Że to oni właściwie podpiszą na nią wyrok. Z przyjęciem faktu, że serce to przecież nic innego, jak zwykła pompka, trudności mają czasami nawet transplantolodzy. Kiedy zapytałam Oza, gdzie, według niego przesiaduje dusza, odpowiedział: „Zdradzę ci tajemnicę: wcale nie wydaje mi się, żeby w całości siedziała w mózgu. Wierzę, że w wielu aspektach sedno naszej egzystencji znajduje się w sercu". Czy wobec tego uważa on, że pacjenci z martwymi mózgami w rzeczywistości nie są martwi? »Nie ma żadnych wątpliwości, że serce bez mózgu nie znaczy nic. Ale życie i śmierć to nie jest układ zerojedynkowy". To kontinuum. Wyznaczenie prawnej granicy w miejscu śmierci mózgu jest sensowne z wielu powodów, ale to nie znaczy, że jest to prawdziwa granica. „Pomiędzy życiem i śmiercią istnieje stan prawie-śmierci lub niby-życia. Większość ludzi nie chce mieć z tym nic do czynienia«" (s. 131-132).

Na koniec tego rozdziału Roach pisze o dawczyni organów – autorka obserwowała, w jaki sposób pobiera się je do przeszczepów: „Uzdrowiła trzy chore osoby. Dała im dodatkowy czas na ziemi. Być zdolnym do takiego daru, będąc jednocześnie martwym, to wspaniała i wielka rzecz. Większość ludzi nie zdołałaby tego dokonać, nawet za życia. Ciała takie jak H są bohaterami w świecie umarłych” (s. 136).

Próby przekraczania granicy śmierci i życia eksploruje szokujący rozdział dziewiąty „Tylko głowa”, opisujący eksperymenty z dekapitacją zwierząt i ludzi – i próbami przeszczepów głów. Choć czytałam już wcześniej o nich w rozmaitych tomach o historii medycyny, po raz pierwszy miałam skojarzenie z doświadczeniami rodem z opowiadań klasyka literatury weird H. P. Lovecrafta – zupełnie jakby opisani lekarze, medycy, eksperymentatorzy mieli ambicję stworzyć „Nienazwane”. Roach opisuje eksperymenty ówcześnie żyjącego chirurga, Roberta White’a (zmarł w 2010 roku).

„W połowie lat sześćdziesiątych pewien neurochirurg, Robert White rozpoczął eksperymenty z »wyizolowanymi preparatami mózgowymi«: żywym mózgiem wyjętym z jednego zwierzęcia, podłączonym do układu krążenia innego zwierzęcia i w taki sposób utrzymywanym przy życiu. W przeciwieństwie do całych głów przeszczepianych przez Demichowa i Guthriego mózgi te, pozbawione twarzy i narządów sensorycznych, żyły życiem ograniczonym do pamięci i myśli. Biorąc pod uwagę, że wiele z tych mózgów należących do psów czy małp wszczepiano w szyje i brzuchy innych zwierząt, mogło to być jedynie błogosławieństwem. (...) White doszedł do wniosku, że poprzez chłodzenie mózgu podczas zabiegu, co spowalnia procesy obumierania komórek – technikę tę stosuje się obecnie przy pobieraniu organów i przy przeszczepach – możliwe jest zachowanie większości jego normalnych funkcji. Oznacza to, że osobowość – psyche, duch, dusza – tych małp żyje przez ten cały czas, bez swojego ciała i żadnego ze swoich zmysłów, wewnątrz innego zwierzęcia. Jak to może wyglądać? Jaki miałoby to cel, uzasadnienie? Czy White brał pod uwagę, że któregoś dnia wyizoluje w ten sposób ludzki mózg? Jakim trzeba być człowiekiem, żeby wpaść na taki pomysł i wprowadzać go w życie?” (s. 146).

Roach nie zadaje pytań retorycznych. Udała się na uczelnię, gdzie White jeszcze wykłada. Opisuje też jeden z najsłynniejszych eksperymentów, przeszczep głów dwóch małpek, opisany między innymi przez Orianę Fallaci. 

„White widzi taką operację raczej w kategoriach przeszczepu ciała niż przeszczepu głowy. Pomyśl o tym w ten sposób: zamiast dostać jeden czy dwa organy, umierający biorca otrzymuje całe ciało żywego trupa, czyli zwłok z martwym mózgiem i bijącym sercem. Inaczej niż Guthrie i Demichow i ich dwugłowe monstra, White po prostu odciąłby głowę dawcy ciała i na jej miejsce wprawił nową. Logicznym biorcą nowego ciała, jak to sobie wyobrażał White, mógłby być tetraplegik, czyli pacjent dotknięty porażeniem czterokończynowym” (s. 148).

Dalej poznajemy szczegółowy opis metod chirurgicznych White’a.

„W roku 1971 White dokonał rzeczy niewyobrażalnej. Odciął głowę jednej małpie i osadził ją na szyi innej małpy, której głowę wcześniej usunął. (...) kogo interesują szczegóły, może zajrzeć do lipcowego wydania »Surgery« z 1971 roku, które zawiera tekst White'a opisujący przebieg zabiegu wraz z rysowanymi piórkiem ilustracjami. Mój ulubiony obrazek przedstawia ciało małpy z omdlewającą, upiorną głową nad ramionami, pokazującą, gdzie przed chwilą się znajdowała, oraz żwawą strzałką podążającą łukiem przez cały rysunek do miejsca nieco powyżej ciała drugiej małpy, gdzie głowa pierwszej małpy jest obecnie osadzona. Rysunek nadaje czystą, biznesową neutralność czemuś, co musiało być chaotyczną i wyjątkowo przerażającą operacją. (... ) Małpki żyły w takim zawieszeniu od sześciu godzin do trzech dni. Większość z nich zdechła z powodu problemów związanych z odrzutem organów albo z wykrwawienia” (s. 149–150).

White nie narzekał na brak ochotników z gatunku homo sapiens. Oceniał też, że taka operacja na ludziach jest możliwa, ale będzie zapewne wykonana poza USA, w jakimś kraju – ujmę to eufemistycznie - bardziej przyjaznym otwartemu podejściu do niestandardowych procedur, jak np. Chiny. Największym problemem dla White’a były jednak pieniądze. Nawet zainteresowane tym rządy nie chciały wyłożyć odpowiedniej sumy potrzebnej do przeprowadzenia zabiegu. 

Roach powątpiewa w realizację ambicji White’a.

Ale dowodów, że to nastąpi, też jest niewiele. Raczej nie jest prawdopodobne, aby towarzystwa ubezpieczeniowe kiedykolwiek pokrywały koszty tak drogich operacji, co sprawiłoby, że ta specyficzna forma przedłużania życia byłaby jedynie w zasięgu ludzi bardzo zamożnych. Czy ma sens zużywanie zasobów medycznych, aby utrzymywać przy życiu ludzi śmiertelnie chorych i ekstrawagancko bogatych? Czy nie powinniśmy raczej jako kultura promować zdrowszej, bardziej akceptującej postawy wobec śmierci? White utrzymuje, że nie ma wyrobionego zdania na ten temat. Ale ciągle chętnie podjąłby się operacji. Co ciekawe, White, jako żarliwy katolik, jest członkiem Papieskiej Akademii Nauk, zrzeszającej około osiemdziesięciu sławnych naukowych umysłów (i ich ciała), które co dwa lata lecą do Watykanu, ażeby papież był na bieżąco z postępami nauki w interesujących Kościół dziedzinach, takich jak: badania nad komórkami macierzystymi, klonowanie, eutanazja, a nawet życie na innych planetach. W pewnym sensie to dziwne miejsce dla White'a, biorąc pod uwagę katolicki pogląd, że dusza zajmuje całe ciało, a nie tylko mózg. Temat ten poruszony został zresztą na jednym ze spotkań White'a z Ojcem Świętym. „Powiedziałem mu: »Wasza Świątobliwość, muszę poważnie brać pod uwagę możliwość, że duch ludzki, czy też dusza, w sensie fizycznym umiejscowione są w mózgu«. Papież wyglądał na zmęczonego i nic nie odpowiedział". White urywa i spogląda na swój kubek z kawą, jak gdyby żałował swojej szczerości tamtego dnia (s. 151).

Co najmniej intrygujące jest zaproszenie White’a do Papieskiej Akademii Nauk znanego z tak kontrowersyjnych eksperymentów, w zestawieniu z choćby nieprzejednaną, negatywną postawą Kościoła wobec procedur in vitro. 

Na zakończenie Roach sprawdza, jak wygląda kompostowanie ciała przeprowadzane w Szwecji, a także próbuje wybadać, jakie jest oficjalne stanowisko Kościoła katolickiego wobec podobnych metod „ostatniego pożegnania”. Można je podsumować cytatem: „ciału ludzkiemu zawsze należy się godny pochówek, czy to jest ciało jako takie, czy też jego prochy” (s. 193). Roach roztrząsa też rozmaite problemy prawne, jakie napotkałyby osoby w Stanach Zjednoczonych, decydując się na jedną z nowatorskich dróg utylizacji swoich szczątków. Wydaje się jednak, że w polskich warunkach podobna próba walki z biurokracją w temacie pochówku, byłaby o wiele trudniejsza i raczej przegrana.

W ostatnim rozdziale autorka pisze o swoich własnych dylematach: jak ma być potraktowane jej ciało po śmierci. Rozpatrywała donację – by zachował się mózg lub szkielet, przypatrywała się też metodzie plastynacji (co ciekawe, patent na nią wygasł i w USA opracowano dużo tańszą i szybszą metodę pozyskiwania niemal niezniszczalnych preparatów anatomicznych). Roach dochodzi do konkluzji, że decyzja co zrobić ze zwłokami, powinna należeć do rodziny. Argumentuje to następująco – żałoba jest wystarczającym stresem dla bliskich, nie ma sensu obarczać ich obowiązkiem, który im się wydaje kontrowersyjny. Trupowi jest przecież wszystko jedno. Jednak w Polsce, gdy tak wiele osób, zwłaszcza kobiet, nie czuje pełni władzy do rozporządzania swoim ciałem podczas życia, być może stanowisko Roach byłoby tylko ostatecznym potwierdzeniem całkowitej przynależności człowieka do nie zawsze pożądanych więzów społecznych i bezsilności wobec konwenansów narzucanych przez konserwatywną religijność. 


Sławomira Raczyńska




Bill Bass i Jon Jefferson, Trupia Farma, tłumaczenie: Janusz Ochab, Wydawnictwo Znak,  Kraków 2012;

Mary Roach, Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków, tłumaczenie: Maciej Sekerdej, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.

środa, 10 grudnia 2014

Julia Fiedorczuk, „Biała Ofelia”




Julia Fiedorczuk to poetka – i anglistka pracująca na Uniwersytecie Warszawskim. Ściślej, to literaturoznawczyni, co zdaje się ważne, zwłaszcza w porównaniu z „sytuacją” Justyny Bargielskiej, poetki, która zasłynęła Obsoletkami, i której Małej lisy to jedno z moich niedawnych lekturowych rozczarowań. Znajomość konwencji prozatorskich, świadomość teoretyczno–krytyczna autorki znajduje w Białej Ofelii odbicie. Jestem przekonana, że czyni ją lepszą, aniżeli powieść byłaby, gdyby Fiedorczuk polegała wyłącznie na zmyśle – czy też żywiole – poetyckim.

Poza Ofelią wydała też tom opowiadań Poranek Marii (2010). Powieść z 2011 roku często była wymieniana jako „nareszcie dobra polska proza lesbijska”. Jako obserwatorka tematu mogę się jedynie zgodzić... oczywiście poza moimi – i nie tylko moimi – nieledwie rytualnymi zastrzeżeniami dotyczącymi samej kategorii literatury lesbijskiej.

Podobnie jak w przypadku innej znakomitej narracji, Patrz na mnie, Klaro! Kai Malanowskiej, bohaterkami są spotykające się po latach szkolne przyjaciółki. W mojej interpretacji u psychologizującej Malanowskiej dominował dylemat „kto jest kim”. U Fiedorczuk pojawia się pytanie pokrewne: o to, która z bohaterek jest autorką. Zresztą w Białej Ofelii aspekt, by tak rzec, kliniczny, nie jest wyzyskiwany. Mamy raczej do czynienia z analizującymi relacjami trybów funkcjonowania głównej bohaterki, Anny, w dwóch kluczowych okresach życia: na etapie dojrzewania fizycznego i społecznego oraz w momencie przewartościowań i zmian dokonywanych u progu wieku średniego.

Anna to rozwiedziona graficzka komputerowa. Urodziła się na prowincji, i pod koniec nauki w szkole podstawowej trafiła – z rodzicami – do Warszawy.

Nie była prześladowana jako „ze wsi”. Wpasowała się, mimo cienia obojętności wobec szkolnych hierarchii, umiała być przezroczysta: „Była jak nieszkodliwa meduza, nikt się nią nie zachwycał, ale też nikomu jakoś szczególnie nie przeszkadzała. Źle się ubierała (...), ale też nie pretendowała do roli klasowej piękności, więc to też było w porządku. Uczyła się dość dobrze, ale nie wystarczająco dobrze, żeby wzbudzać zazdrość. Dawała ściągać, nie rywalizowała” (s. 17). Zaprzyjaźniła się z dziewczynką „popularną”, Elizą. Pochodziła ona z rodziny ekonomicznie uprzywilejowanej – jej rodzice posiadali dom jednorodzinny, wyjeżdżali (PRL!) za granicę, należeli do środowiska plus minus artystycznego. Anna nie miała świadomości, że w rzeczywistości w wielkiej willi rodziców Elizy źle się działo. Matka upijała się, nie mogąc pogodzić się z mężowskimi zdradami („Kiedy ojciec przyjeżdżał do domu, słyszałam ich kłótnie, płacz matki, jej krzyki” – po latach wspominała Eliza, śmiejąc się: „Sama pomyśl: tobie było wstyd z powodu obciachowych mebli”; s. 120). Dziewczęta snuły się po mieście, miały swoje miejsce, „elementy”, by się tam chować i dziwnie bawić (zgrywanie i naruszanie porządku ról, dochodzenie do granicy głupowatego, czyli dokonywanie przekroczeń, o których się poza kontekstem zabawy nie mówiło). Bawić niekiedy niebezpiecznie – np. z ogniem, co być może należy rozumieć metaforyczne... a być może to po prostu typowe dla pewnego okresu dzieciństwa (ja sama nie mam podobnych wspomnień). Nigdy nie bywały w domu Elizy.

Matka Anny bardzo się przejmowała tym, że córka unika z nią kontaktów, zamyka się w pokoju, nie rozmawia. Rozumiała to jako efekt przeprowadzki, oraz symptom buntu związanego z dojrzewaniem. Trochę jest postać matki niewyzyskana, tym bardziej, że w początkowych partiach powieści to ona jest bohaterką ogniskującą. Całość rozpoczyna się bowiem sceną brnięcia przez kobietę i mężczyznę do szpitala – na poród. Potem Fiedorczuk wrzuca nas już w emocje zatroskanej i zbolałej matki, potrzebującej kontaktu z w owym momencie trzynastoletnią córką. Ta zaś niebawem zajmie pierwszy plan.

Wprawdzie do Anny i Elizy na pewnym etapie „dobił” przyjaciel, Robert, lecz oczywiście łatwo zgadnąć, że relacja dziewcząt miała też oblicze homoerotyczne. Eliza chciała zostać pisarką. Wszystko wskazuje jednak na to, iż raczej Anna była językowo wyczulona i utalentowana. Jak gdyby się jednak od swoich możliwości odcinała... „I prawie zupełnie nie pamiętała [potem] o tych momentach przebudzenia, o dziwnych chwilach klarowności, które jej się przydarzały jakby przez pomyłkę – jakby ni z tego, ni z owego uchylały się drzwi prowadzące do cudzego świata” (s. 41, z naciskiem na „pomyłkę” jako wskazanie, że Annie nie zależało, że nie ona miała zostać artystka słowa, i „cudzy świat” jako odniesienie do narratorskiego potencjału nastolatki, może nie „natchnienia”, ale umiejętności wnikania w nie-swoje bądź wrażliwości postrzeżeniowej).

Jest w powieści ciekawa scena, w której dziewczęta spotykają się w plenerze (nad Wisłą), i Eliza decyduje się przeczytać Annie swój wiersz. Słuchaczka reaguje odruchowo, śmiechem. Potem „niemal błagalnie” stara się usprawiedliwić: „Bardzo mi się podoba, tylko...”, „nie znam się dobrze na poezji, ale jestem pewna, że to jest bardzo dobry wiersz. Po prostu mam głupawkę”, „Nie gniewaj się (...). Ty jesteś pisarką, ja nie. Musisz mieć do mnie cierpliwość” (s. 59).

Eliza wyprowadzi się z Warszawy. Ojciec Anny umrze, gdy nastolatka będzie imprezować. Notabene rola ojca jest ciekawie sproblematyzowana. To, potocznie mówiąc, porządny człowiek, podobnie jak późniejszy mąż – Robert właśnie. Niezależnie od swego rodzaju lesbijskiej dominanty u Fiedorczuk mężczyźni są bohaterami nieszczególnie ważnymi, lecz zdecydowanie pozytywnymi (w odróżnieniu np. od ojców w powieściach Ann–Marie MacDonald). Dokonany jest skok czasowy. Anna, rozwódka, graficzka komputerowa, dowiedziała się z prasy o spotkaniu autorskim Elizy Adler, pisarki.

W narrację Białej Ofelii wplecione są opowiadania. Czyje? To nieoczywiste, ponieważ wyzyskana jest w nich świadomość Anny, jej doświadczenia, jej specyfika, że właśnie postawiłam ten znak zapytania w nawiasie. To Eliza „karmiąca się” Anną, czy może jednak Anna napisała?

Co się jednak stało „po latach”? Anna udała się na wieczór autorski, przypomniała po nim o sobie, a Eliza była na tyle ucieszona, że zaproponowała wspólny „after”, a nawet spotkanie po kolejnym wieczorze autorskim. W innym mieście.

Kobiety zaczęły się widywać, i weszły w relację seksualną. Wspólny czas obu kobiet był ciekawy. Wiele sobie opowiedziały, wiele odzyskały. Jednak Annie nie wystarczała epizodyczność. Nie miała wprawdzie rojeń o dwóch pannach młodych, jednak przyjęła perspektywę pogłębiania związku. Zaangażowała się silniej aniżeli partnerka. Nalegała, czekała, wreszcie zaczęła się narzucać.

W tych partiach powieści na „dorosłość” przepisana jest nastolacka relacja Anny i Elizy. I to się świetnie udało, ponieważ Fiedorczuk zrobiła to zupełnie inaczej, niż np. Katarzyna Tubylewicz w bardzo słabych Rówieśniczkach (W.A.B., Warszawa 2014). Przyjaźń nastolatek generuje w Białej Ofelii inne konsekwencje emocjonalne, aniżeli przyjaźń–związek tych samych osób w dorosłości. Właśnie: to są te same osoby, lecz ich charaktery się rozwinęły, ewoluowały, zarazem jednak w ich zderzeniu aktywowało się też coś pochodzącego z przeszłości. Nastolacka nonszalancja Elizy zmieniła się w dorosłą nonszalancję. Takoż – choć może to zbyt ostre określenie – pewna jej protekcjonalność. Podobnie u Anny potrzeba spodobania się, akceptacji decydują o zabarwieniu jej stosunku do Elizy – inaczej jednak w czasach szkolnych i inaczej w dorosłości, u progu wieku średniego.

Przeplecione opowiadaniami ostatnie fragmenty powieści to rozbita formalnie (nie tylko z powodu włączenia tych opowiadań, ale też poprzez przywołane niedługie maile, poprzez graficzne wyróżnienie zapisu stanu świadomości Anny) skarga odrzuconej i nierozumiejącej tej sytuacji Anny. Myślała, że trudności, z jakimi wiąże się związek na odległość to czyściec przygotowujący na niebo (s. 168). Chwile spełnień okazały się krótsze, Anna wkrótce przekonała się, że nie miała na co czekać. Kobieta (znów?) zapętliła się w depresji. Zawiesiła. Gdzieś w tle jest była matka, gdzieś była jej praca, wykonywana zresztą zdalnie, ale dominują obrazy samotności (samotniczości oraz osamotnienia). Jak w nastolackiej refleksji, która u dziewczyny pojawiła się w zupełnie innym kontekście, „najpierw jest szczęście, a potem nieszczęście. Szczęście jest po to, żeby było wiadomo, co się traci” (s. 38)”. Po swej utracie Anna gasła, zwijała się, ziębła, zasypiała. To ostatnie należy rozumieć mniej metaforycznie, chodzi bowiem o związaną z depresją nadmierną senność.

Nałożyła na Elizę siatkę zbyt gęstych, zbyt rozległych oczekiwań. „Jeśli coś miało się wkrótce zdarzyć, Anna często przeżywała to tak, jak gdyby już się zdarzyło” (s. 99). To nie tylko narratywizacja rzeczywistości: spodziewając się wizyty kochanki chciała, by zrealizowany został precyzyjny, cokolwiek romantyczny scenariusz (kolacja jako wstęp do aktu seksualnego), i do ostatniej możliwej chwili wierzyła w szansę powodzenia, w efekcie zostając sama wśród szczątków marzeń o idealnym spotkaniu–spełnieniu. Gotowość tworzenia takich stereotypowych scenariuszy raczej nie świadczy pozytywnie o Anny zdolnościach narracyjnych, jednak bohaterka w tym momencie nie kierowała się rozsądkiem czy regułami komponowania sztuki wysublimowanej, a emocjami. Nie-porządek uczuć to coś innego niż wypracowany, wręcz przepracowany porządek opowiadania. Fikcjonalizacja autobiograficznych doświadczeń następująca wtedy, kiedy osoba doświadczająca jest na to gotowa, to dowód na rozumową, nie zaś natchnieniową genezę dzieła artystycznego. (Na marginesie dorzućmy, iż oczywiście najsłynniejszy dowód tego ponad półtora wieku temu dał E.A. Poe w Filozofii kompozycji). 

Można byłoby powiedzieć, że Anna upoiła się swoją wizją–fikcją... gdyby nie inna możliwość, że to Eliza wzięła od Anny wizję–fikcję i sfikcjonalizowała ją jako beletrystka. Pierwszoplanowe okazuje się pytanie o autorstwo, albo – jak chce Inga Iwasiów – pracę twórczą. Przywołana literaturoznawczyni stwierdziła: „Noce w hotelach wydaja się snami lub notatkami do powieści, nie ma pewności, czy wydarzyły się naprawdę”. Istotnie o „prawdę” trudno, jednak w mojej opinii owszem, wydarzyły się. Okazały się swego rodzaju kosztem powstawania sztuki, czyjejkolwiek, niezależnie od tego, która ze stron go poniosła.

Tytułową Ofelią jest oczywiście Anna. Pozostająca w łóżku, autoerotyczna („zsunie ramiączka biustonosza i czule się obejmie”, s. 144), ale niezaspokojona: „I ucieszy się na to lepkie ciepło, kiedy już będzie całkiem naga jak biały duch dryfujący na powierzchni czarnej rzeki” (s. 145). Niezaspokojona, gdyż jej zbliżenia seksualne z Elizą dawały więcej, niż ucieszenie się z lepkiego ciepła. Miała skarby, „oszałamiające dary” (s. 134). Myślała, że przez nią i jej kochankę płynie rzeka (s. 130). W końcu została w niej sama, jako topielica.



Paulina Szkudlarek




Julia Fiedorczuk, Biała Ofelia, Biuro Literackie, Wrocław 2011. Cytaty i parafrazy odnoszą do tego wydania. Wyróżnienia pochodzą ode mnie. Odniesienie do Ingi Iwasiów: tejże Granice. Polityczność prozy i dyskursu kobiet po 1989 roku, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Szczecińskiego, Szczecin 2013, s. 129.


wtorek, 4 listopada 2014

Peter Høeg, „Kobieta i małpa”



Po pochodzącą z 1996 roku, a na polski przetłumaczoną w 2003 powieść Petera Høega  Kobieta i małpa sięgnęłam jako zainteresowana posthumanistyką, nie tylko w zakresie teorii socjokultorowych i akademickich dywagacji, ale też w beletrystyce.

Autor, słynny przede wszystkim z powieści Smilla w labiryntach śniegu,  jest Duńczykiem. Akcję osadził w Anglii, głównie w Londynie, choć tytułowa bohaterka jest Dunką... podobnie jak małpa. Niewątpliwie brzmi to dziwacznie, ale niżej ujawniam powód, dla którego teraz wskazuję na „duńskość” małpy. Nie gdzie indziej, jak właśnie w Londynie zatem mieszka bardzo bogate młode małżeństwo. Mężczyzna, Adam Burden, szefuje instytutowi badającemu zachowania zwierząt, kobieta, Madelene tymczasem nudzi się w domu, korzysta z przywilejów klasy wyższej, i topi się w alkoholu.

Adam, ceniony naukowiec, ma siostrę, Andreę, również – choć w inny sposób – zajmującą się zwierzętami. Rodzice tej dwójki w toku dekolonizacji musieli przeprowadzić się z Indii do Anglii, przy zachowaniu wysokiego statusu materialnego i społecznego. Uważam to za dość zaskakujące, i gotowam to wiązać ze zbyt małą wiedzą autora w zakresie tego, jak z „wyjściem” z Indii było (i jakie moralne odium spadło na tych, którzy byli elitami administracji kolonialnej, albo po prostu bardzo wysoko postawionymi rezydentami i beneficjentami brytyjskiej supremacji). Madelene odebrała brytyjską edukację na poziomie średnim w duńskiej szkole dla dzieci dyplomatów, była jednak potomkinią rodu Mortensenów, wzbogaconego na „przyziemnym” biznesie. Akurat, by kwestia upodmiotawiania zwierząt wybrzmiewała dobitniej, ojciec kobiety prosperował budując wielkoprzemysłowe obory i chlewnie.

Pewnego dnia do Londynu przypłynęła (na łodzi przemytnika zwierząt) małpa, prawdopodobnie szympans, który ucieka na brzeg, sieje chaos w porcie i na ulicach, aż w końcu zostaje złapany. Ze względu na pozycję Burdena, jego możliwości krycia sprawy przed służbami weterynaryjnymi i nie tylko, małpa trafiła do szybko przystosowanej do odnośnej potrzeby oranżerii kolonialnej rezydencji, gdzie Adam ze swoim zespołem, na wysoce specjalistycznej aparaturze, rozpoczął badania i eksperymenty, i gdzie zarazem Erazmus – gdyż tak ma osobnik na imię – zaczął budzić zainteresowanie wciąż ostro pijącej Madelene.

Kobieta początkowo była zazdrosna o męża, na dziwne sposoby śledzi jego poczynania, potem zaczęła przeważać jej fascynacja małpą.

W narracji jako postaci drugoplanowe pojawiają się też: Bally, przemytnik (który przeżył rozbicie swej łodzi), Johnny, kierowca i współpracownik przemytnika, Susan, szkolna przyjaciółka Madelene, jacyś weterynarze, np. Bowen, jacyś funkcjonariusze służb weterynaryjnych. Sedno stanowi jednak romans czy też miłość Madelene i Erazmusa. Fascynacja doprowadziła tytułową parę do wejścia w swego rodzaju związek, aktów seksualnych, i do wspólnej ucieczki – sprytnego oszukania obławy, i pieszej podróży do parku–rezerwatu gdzieś na angielskiej prowincji. Nowe podniety sprawiły, że Madelene z godziny na godzinę kompletnie przestała pić i czuć potrzebę alkoholu. W rezerwacie „kobieta i małpa” spędzili 7 tygodni, na pogłębianiu relacji seksualnej, poznawaniu się i nauce mowy. Oczywiście Erazmus okazał się nieprawdopodobnie zdolny, także do werbalnej abstrakcji. Opisy wrażeń i zdarzeń są niesamowicie pretensjonalne. „Zbliżali się do czegoś w rodzaju wieczności (...) Zadarła głowę, spojrzała w niebo, zaniechała wszelkiego oporu i zdała sobie sprawę, że permanentne teraz, jakie powstało po zatrzymaniu się czasu, nie jest wolne od przykrości, nawet w raju” (s. 144). „Madelene poczuła chłodny powiew. Powiew czasu, przypomnienie, że prócz nich istnieje coś jeszcze, że za murem ogrodu istnieje uniwersum” (s. 146). „Trzecie, ostatnie pytanie, jakie zadają sobie wszyscy, których nagle dopadło szczęście, brzmiało: Ile to jeszcze potrwa? Wydawało się, że odpowiedź jest oczywista (..). W życiu Madelene i Erazmusa nie istniało nic takiego, co wskazywałoby na kres ich szczęścia i nietrwałość idylli” (s. 148).

Tymczasem Adam przygotowywał się do objęcia stanowiska dyrektora londyńskiego ZOO, mającego też bardzo wysoką rangę jednostki badawczej. Na swoją inaugurację planował zaprezentować swoje badania nad Erazmusem, niestety bez Erazmusa, gdyż ten uciekł porywając jego żonę – motyw ów nie był bez znaczenia, gdy decydowano o dyrektorskiej kandydaturze. Adam bowiem wzbudził współczucie opinii publicznej.

Kres nietrwałej idylli nastał. Erazmus i Madelene wrócili do Londynu, by się dostać na dyrektorską inaugurację, na którą zaproszone były same VIP-y oraz wyselekcjonowane media. W odpowiednim momencie wystąpienia Adama Erazmus akrobatycznie zeskoczył na scenę i przejął mównicę. Zgromadzeni wpierw byli po prostu pod wrażeniem, potem zamarli. Małpa umie mówić! Za Erazmusem zrobił to dziekan Uniwersytetu Londyńskiego, „znany z krytyki nauk przyrodniczych, które jego zdaniem okazywały pogardę wobec globalnej odpowiedzialności” (s. 188), potem wiceprzewodnicząca Królewskiego Towarzystwa Zoologicznego, „rzeczniczka etyki w świecie zwierząt” (s. 189), dwóch urzędników z Ministerstwa Rolnictwa, policjant, pielęgniarz, producent TV. Najsprawiedliwsi wśród sprawiedliwych, i co? I wyoutowali się jako małpy. Ogłosili, że odchodzą ze świata ludzi.

Pokłosiem wieczoru stał się kilkudniowy chaos – stanęło nawet BBC, ba! elektrownie, zamarł ruch, Anglia była jak wymarła. Ludzie nie wiedzieli, kto nagle mógł okazać się nie-człowiekiem. Niby powoli życie wróciło w swoje tryby, a Madelene dołączyła do małp i łodzią Bally’ego odpłynęła niczym Tolkienowskie elfy do nieśmiertelnych krain za morzem. Miała już inny obraz miłości swojej i Erazmusa, chyba tym bardziej dlatego, że straciła jedyne pole poczucia wyższości. Oto bowiem gatunek małp okazał się wyższy, niż homo sapiens (gdy Madelene nie słyszała, Bowen powiedział o tym Erazmusowi: „Burden, jego siostra i ja pomyliliśmy się. Sądziliśmy, że uzyskamy dane o jednym z hominidów poprzedzających człowieka. Ale wy nie jesteście naszymi poprzednikami. Jeśli już, to następcami” – s. 184). A popłynęła, bo – co zostało mi zasugerowane w epizodzie z „raju”, tj. z parku–rezerwatu o nazwie St. Francis Forest – zaszła w ciążę. Jeśli dodać do tego nazwę łodzi przemytnika zwierząt: „Arka”, naprawdę ręce opadają.

Warto jeszcze odpowiedzieć na pytanie, dokąd się owa łódź skierowała? Ku Bałtykowi. Małpy pochodziły z jakiejś duńskiej wysepki. Z powodu historii imperializmu w jakiś niepokojący sposób zrozumiałe, a może wręcz „przezroczyste” są bazujące na hegemonii kultury masowej i języka angielskiego, egocentryzmy amerykański i brytyjski ...duński jednak?

W jakiś sposób co zasygnalizowałam wcześniej, spodziewałam się narracji wywrotowo posthumanistycznej, queering the nonhuman. Przy wszystkich  próbach ustawienia optyki na upodmiotowienie zwierząt, rozgoryczenie i zawód sprawia to, jak do cna patriarchalna jest ta powieść, jak stereotypowymi postaciami są kobiety, jak forsowany jest konformizm genderowy.

Madelene jest słaba, afektywna, lubieżna, konwencjonalnie atrakcyjna fizycznie. Jej mąż ma na imię Adam, ale to Erazmusa dotyczy scena w stylu Księgi Rodzaju à rebours: zawiązanie się relacji kobiety i małpy ma miejsce w momencie darowania tej pierwszej owocu.

Kobieta to intrygantka, kombinatorka (np. przytulała się do męża i chwyta za pośladki, by podebrać mu klucze (przy okazji odnotujmy, że brak potem sceny bądź to oddania, podrzucenia Adamowi kluczy, bądź jego zorientowania się, że kluczy brakuje), ale też osoba niezainteresowana karierą. Mężczyźni to zdobywcy, awanturnicy; silni, ale też podporządkowujący się przewadze i autorytetowi męskości Erazmusa, jak to w stadzie bywa.

Tropy wskazujące na akomodację ludzi do konserwatywnych ról płciowych są subtelne i rozsiane. (Przypuszczam, że autor nie zaplanował takiej wizji, a poszedł najprostszą drogą, gdyż koncentrował się na konceptualizacji małpiego nadczłowieka). Przykłady: kobieta wyobraża sobie, jak byłaby eksponowana jako przedstawicielka gatunku (podobnie niczym w gablocie z gatunkami motyli) i myśli o podpisie „Madelene Burden, z domu Mortensen” (s. 109); odprawiając pielęgniarzy z karetki i dając im drobną łapówkę Madelene mówi: „Proszę wziąć taksówkę i wracać do domu. A po drodze mogą panowie kupić kwiaty dla żon” (s. 170). Podkreślana jest „męskość” Adama jako konsekwencja dążeń, kierowanie się rozumiem, etc. W przypadku Madelene często pojawia się określenie „instynktownie”. Nie wiem, jak można „instynktownie” orientować się w londyńskim metrze!

Jeszcze jeden aspekt. Madelene jest „zmysłowa”, lubi współżycie seksualne z mężem, lubi z Erazmusem. W Szkole Angielskiej w Kopenhadze jej dziewczęca przyjaźń z Susan była też eksperymentatorską formą relacji lesbijskiej, nieostentacyjnej (ergo niewidocznej dla grona nauczycielskiego czy innych mieszkanek internatu), stanowiącej nie tylko źródło doraźnej przyjemności, lecz przede wszystkim naukę seksu. To wg mnie homofobiczna, męskocentryczna klisza. Owszem, takie historie zdarzają się nastolatkom, ale razi obecność takiego motywu właśnie w książce, potęgując wymowę prezentowania genderowej „normalności”. Kojarzone przeze mnie męskie narracje o homorelacji w czasach zamieszkiwania w internacie raczej kończą się ogólnożyciowym gejostwem bohatera, jak w klasycznym Maurycym E.M. Forstera... Można na to rzec: tym lepiej dla Høega, skoro u niego jest inaczej (Madelene ani Susan nie okazują się lesbijkami). Niekoniecznie, gdyż chodzi o kobiety poprzez swoje nastolackie praktyki rozbudzone i przygotowane do normatywnego życia erotycznego. Środek ciężkości normy jest specyficzny: rozbuchanie seksualne Susan (mężatki nieustannie sprowadzającej sobie kochanków) blednie przy Madelene – wprawdzie Susan pozamałżeńsko, ale Madelene pozamałżeńsko z małpą!

W mojej opinii polityczna poprawność i „postępowość” w pewnym ograniczonym (!) zakresie zadziałały w jednej sferze, w innej obnażony jest swego rodzaju fałsz „otwartej” postawy autora. Skoro dość autora kompromitujący płciowy konformizm omówiłam, pozostaje kwestia posthumanistyczna. Dlaczego mam zastrzeżenia do zaprezentowanej przez Høega?  Po pierwsze, zignorowane są zwierzęta „nieinteligentne” w sposób humanonormatywny. W Kobiecie i małpie preferowana jest wyższość nad gatunkiem homo sapiens, nie zaś możliwość harmonijnego współkorzystania z ziemskich zasobów. Po drugie, w sumie przykra jest myśl, że aktywiści i aktywistki, których celem jest zwiększanie dobrostanu zwierząt i ich upodmiotawianie, to nie-ludzie, czyli nie ludzie. Chciałabym myśleć, że jednak my, ludzie, posiadamy na tyle elementarną wrażliwość.

Literacko powieść rozczarowuje, nie operuje sugestywnym językiem artystycznym, balansuje na granicy zupełnej potoczności i banału. Niewykluczone, że to kwestia przekładu z duńskiego.

Nie chodzi o tempo zmian w naukach biologicznych, które przekreślają podstawy pomysłu na takie czy inne wątki science-fiction. Chodzi o nieforsowaną sferę ideową, która jest dyskredytująca. U Høega zwyciężyła utopia reprodukcyjna, tj. ciąża jako początek Nowego, przełamanie konfliktowego impasu. To podobnie jak u P.D. James w Ludzkich dzieciach – choć fabuła kompletnie inna, wymowa światopoglądowa dość zbliżona, szczególnie w zakresie konserwatywnych metafor genezyjskich. Tanich. Polski wydawca na okładce określa książkę jako „filozoficzny zoothriller”. Ładna etykietka, i niewiele poza tym. Dla mnie Kobieta i małpa to również rzecz bardzo bliska ideowo powieści ostatnio sfilmowanej: Pod skórą Michela Fabera – też doceniałam pewne jej aspekty, ale byłam bardzo rozczarowana całokształtem. Naprawdę niesamowicie trudno o satysfakcjonującą „posthumanistyczną” beletrystykę. Palma pierwszeństwa wciąż u Margaret Atwood (Oryks i Derkacz). A być może po prostu lepiej obejrzeć Planetę małp Franklina J. Schaffnera z 1968 roku.



Paulina Szkudlarek



Peter Høeg,  Kobieta i małpa, przeł. Halina Thylwe, Noir Sur Blanc, Warszawa 2003. Cytaty pochodzą z tego wydania, wyróżnienia w obrębie cytatów są moje.



poniedziałek, 27 października 2014

Majgull Axelsson, „Pępowina”


Wprawdzie nie jestem entuzjastką Majgull Axelsson, i kolejne jej powieści uważam za powielające te same schematy, przedstawiające zlewające się w jeden potok historie kilku pokoleń straumatyzowanych Szwedek, wszelako każdą następną przetłumaczoną na polski książkę czytam. Ostatnią z nich jest Pępowina. Na jej kartach snuta jest opowieść o tym, jak rzeczone pokolenia przekazują sobie piętno dziwki. Jako oczywiste traktowane jest założenie, że kobieta za plecami nazywana dziwką (lub podobnie, a nawet wtedy, gdy samo słowo jest niewypowiadane), w sposób nieunikniony doznaje traumy, i to wraz ze starszymi członkiniami swojego rodu oraz z potomkiniami do siódmego pokolenia. Członkiniami i potomkiniami, ponieważ w powieści (ważne) są tylko matki i córki. Moja irytacja taką wizją zaprezentowaną w 2011 roku powoduje, że o Pępowinie wypowiem się kpiąco, jeśli nie pogardliwie.

Całe miasto jest „ofiarą” apokaliptycznych ulew i burz, przez co Axelsson ma pretekst do zgrupowania iluś osób w określonej lokalizacji, i zestawienia ich narracji, posplatania ich losów. Lokalizacją tą jest stosunkowo bezpieczna przystań restauracji–zajazdu. Kogo w nim spotykamy? By dowartościować postaci męskie rozpocznę od tego, że jest na kartach Pępowiny Tyrone, milkliwy emerytowany strażak wezwany do interwencji kryzysowej z powodu potęgi żywiołu, mąż miłej pielęgniarki i ojciec córki, która już w średnim wieku, akurat planując rozwód, decyduje się wykrzyczeć mu, jak bardzo w toku dotychczasowego życia brakowało jej ojcowskiej uwagi. Och och. Ojej. Jest Anette, pracownica restauracji ślepo zakochana w swoim bezrobotnym mężu – ciężkim alkoholiku. Nastoletnia córka tej pary woli żyć bezpiecznie i spokojnie z rodzicami matki, za co matka ma do córki żal, zaś babka dziewczynki ma do córki pretensje za uleganie mężowi, wybielanie go. Znienacka żonie alkoholika udaje się przejrzeć na oczy. Wow. Och och. Mamy Ritvę, dziennikarkę walczącą o stałe zatrudnienie po stażu, córkę ojca, który zapadł na chorobę Alzheimera. Ciekawostka, w kontekście reportaży Zaremby zakrawająca nieledwie na szwedzkie fantasy: mężem opiekuje się w domu matka aspirującej dziennikarki. Mamy Marguerite, aktorkę, która odeszła z narodowego teatru (sztokholmskiego Dramaten) z powodu alkoholizmu, żonę wciąż nią pomiatającego profesora–finansisty i matkę 18–latka, który uciekł do sekty (szwedzkie fantasy jest, jak widać, wieloaspektowe) po tym, jak jego biologiczny ojciec, upadły były aktor, zmarł „na ulicy” (a konkretnie spalił się w jakiejś altanie). Aktorce – nie uwierzycie – udało się przejrzeć na oczy, zdecydować na rozwód, i wyprosić u syna opuszczenie sekty. Wow. Oraz och, och.

Wszelako szkielet opowieści stanowi Minna, z opowieścią o swej matce, swej babce, swej ciotce oraz córce. Kobieta jest właścicielką wspomnianej restauracji. Oto jej dzieje w skrócie. W czasach licealnych dziecko (ją) zrobił jej matce kolega z klasy, syn arystokratycznej rodziny. Ruszył w świat, tj. do Sztokholmu, zrobić karierę (dziennikarza telewizyjnego), a matka z córką biedowały wyklęte, zwłaszcza, że matka była osobą niekonwencjonalną i chętnie o niej plotkowano jako o dziwce. Życie nastolatki zmieniło się na lepsze, gdy matka zmarła na zbyt późno wykrytego raka. Dziewczyna przeprowadziła się do matki siostry. Matka swej siostry nie znosiła, obgadywała, zazdrościła jej jako rzekomej  ulubienicy rodziców. Osierocona córka, Minna właśnie, pokochała ciotkę, i awansowała materialnie. Oto miała swój pokój, nowe ubrania, kieszonkowe. Ciotka była pogodna, żywiołowa i lubiana, a że – do pewnego wieku – wielce podobała się mężczyznom, miała – uwaga uwaga! – łatkę dziwki. Ale jej restauracja prosperowała, jako prowadzona z oddaniem, gościnna i porządna. Minna dobrze się uczyła, poszła na studia. Kilka razy przespała się z przypadkowo spotkanym, nawet dla niej nieatrakcyjnym, Arabem czy Turkiem. Fabularna nieważność identyfikacji etnicznej mężczyzny nie tylko odzwierciedla ignorancję bohaterki w tej mierze – jest też wyrazem braku politycznej poprawności, w myśl której wszystkie nierówne relacje społeczne powinny być przedmiotem krytycznego namysłu. Axelsson zainteresowana jest wyłącznie feminizmem. Minna zaszła w ciążę, studia przerwała, wróciła do „rodzinnej” restauracji, urodziła idealną, hołubioną córeczkę, Sofię. Parę lat później ciotka zmarła, a młoda matka odziedziczyła dom i restaurację, i z łatką dziwki, bo jakżeby inaczej, wychowywała córkę, nieprawdopodobnie ją rozpieszczając, ale zarazem kłamiąc o jej ojcu. Minna, która przez lata uważała własną matkę za wariatkę, przez to, że tej zdarzało się wyklinać w kierunku telewizora (dziennikarz naprawdę zrobił karierę), swojej córce powiedziała, że jej ojcem był żonaty amerykański naukowiec, który później zginął w wypadku. Dała córce zdjęcie jakiegoś hollywoodzkiego aktora. To było już lata po tym, jak się pokapowała, że jej własna matka klęła widząc w wiadomościach Minny ojca.

Z czasem kłamstwo wyszło na jaw, córka znienawidziła matkę. Przestała się uczyć i zaczęła się puszczać, co jedna z jej koleżanek z klasy upubliczniła w internecie. Dziewczyna, napiętnowana jako dziwka, powiesiła się. Minna nie umiała się pogodzić z faktem tego samobójstwa. Zachowywała się, jak gdyby słusznie na nią wściekła córka po prostu zamykała się w swoim pokoju.  Aż w dniu ulewy i wichury stare drzewo przewróciło się na okno biura restauracji, walnęło Minnę, która, po uratowaniu życia, wobec siebie i wobec innych przyznała, że zaiste, jej córka od roku nie żyje. Imponująco katarktyczne. Wow.

Dziennikarz–ojciec i arystokratka–babka też zmarli. Reszta przeżyła.

To w polskim przekładzie prawie 550 stron. Przegadane, przesadzone. Osobliwe jest dla mnie, jak mówi się o Axelsson: niby że realistycznie opisuje rodzinne traumy. Ja uważam, że mikronapięcia rozdyma do rozmiarów słonia, ale nie żywego, tylko balonu wielkości słonia. Nawet nie „bum”, „pssyk!” raczej wystarczy, by ze słoniobalona został smętny gumowy flaczek. Akurat to mężowskie chlanie i rzyganie daje pracownicy restauracji objawienie co do nieświetlanych perspektyw trwającego związku. Akurat ten incydent z synem w sekcie jest dla aktorki odpowiednim impulsem do decyzji o rozwodzie. W pierwszym przypadku za katalizator nie wystarczyło, gdy kilkuletnia córka przeprowadziła się do dziadków. W drugim przypadku za katalizator nie wystarczyła próba samobójcza syna, który naprawdę cudem został w ostatniej chwili przed śmiercią zdjęty ze stryczka. Żadne psychologiczne prawdopodobieństwo nie przemawia za takimi pomysłami fabularnymi. To, jak upadły anioł nawiedza nieprzytomną Minnę, która niczym w filmie animowanym typu Looney Tunes (?) potrzebowała puknięcia w łeb, by uznać śmierć córki, już w ogóle pod nic nie podchodzi. Katharsis i burza. Etykietka dziwki łącząca pokolenia kobiet niczym pępowina. Świadectwa recepcji, na jakie po publikacji powieści trafiałam nawet w „szacownych” miejscach, tj. poważniej, niż blogi traktowanych mediach, ugruntowały moje przekonanie o tym, że nachalny marketing zastąpił działalność krytyczno-recenzencką, i że chwalone jest to, co chwalić wypada. Dla idei? Z owczego pędu? Ja nie mam zamiaru się przyłączać.

Dlaczego? Nieuprawnione jest krytykowanie jednostkowej wrażliwości na przemoc symboliczną, np. podatności na zranienie obelgą czy wrogim gestem (w odróżnieniu od bycia ofiarą przemocy fizycznej). Zarazem współcześnie w walce o prawa kobiet etykietka „dziwki” (szmaty, wywłoki, a nawet kurwy) jest ze sporym sukcesem odzyskiwana i przepracowywana, wykorzystywana jako prowokacyjny oręż w walce z opresją – nie tylko symboliczną. Co więcej, założenie niezmienności patriarchalnych i mizogynicznych mechanizmów społecznych jest zbytnim uogólnieniem. Zbyt wiele się zmieniło od czasów, kiedy każda nonkonformistka, ba! każda niezależna czy uniezależniająca się ekonomicznie i seksualnie kobieta musiała liczyć się z ostracyzmem najłatwiej wyrażanym poprzez napiętnowanie jako dziwki.

Zaraz, zaraz. A czy aby Axelsson nie pisze raczej o porażkach rodzicielskich, o nieszczęściach rodzinnych? Trudno mi faworyzować to odczytanie, ponieważ nie budzi mojego ideowego entuzjazmu nakładanie odpowiedzialności na monady rodzinne, pomijanie aspektu feministycznych dążeń politycznych jako działań systemowych – i wykraczających poza problematykę ściśle kobiecą (w wypadku Pępowiny na dodatek: hetero- i ciskobiecą). „Zaraz” po raz drugi: nakładanie czy zwracanie uwagi na takie nałożenie? Mam wrażenie, że dla Axelsson ten problem nie istnieje.


Paulina Szkudlarek


Majgull Axelsson, Pępowina, przeł. Katarzyna Tubylewicz, W.A.B., Warszawa 2013.