wtorek, 22 września 2015

Agnieszka Frankowska – A.E. Frank, "Inwersja"




Co powiesz na wspólny patent? - Zaśniemy z danym słowem. 

Ty będziesz mężczyzną - ja będę 
kobietą . Ja będę mężczyzną - ty będziesz 
kobietą. - To zależy od powietrza w płucach, 
od powietrza we włosach; od powietrza, wody i ognia! 

Będziemy na zmianę żywić 
nasze koty niezdolne do prokreacji (ja twojego - ty mojego). 
Przeniesiemy siebie przez mosty odzyskanych kreacji. 

Wskrzesimy skamienieliny 
pogrzebane w koniuszkach piersi, 
a od iskier wybuchnie fiołkowy płomień rewolucji”. 

Odwrócony porządek rzeczy 
zaimpregnuje „my” stałością. 
Nazwiemy nas Zamkiem – dopasujemy 
kluczem do Innego.




Inwersją dzisiaj nazywamy odwrócenie kolejności słów; być może osobom pamiętającym lekcje niektórych języków obcych przypomni się nauka zadawania pytań przez inwersję. Tytuł jest jednak nie tylko odwołaniem do pojęcia z zakresu stylistyki literackiej, ale też anachronicznym odpowiednikiem nieheteronormatywności. Określenie to rozpowszechniło się w języku XIX-wiecznej seksuologii (na dorobku jakże dla nas kontrowersyjnym której opierała się Radclyffe Hall pisząc Studnię samotności), co podobnie jak w przypadku stylistycznego bądź gramatycznego “szyku przestawnego” było zgodne z etymologią... w każdym razie w pewnym sensie.

"Inwersja płciowa" to bowiem inna wersja określenia „przewrotność płciowa”. Słowo przebiło się „do mainstreamu” polszczyzny dopiero w latach 1920., gdy Boy-Żeleński przetłumaczył Prousta, u którego „inwertyta” oznacza homoseksualistę.


Niezbędna jest pamięć o tym polu znaczeniowym. Wprawdzie autorka nie podsuwa prostego wytłumaczenia, jednak pierwszy wers ostatniej strony brzmi:

Odwrócony porządek rzeczy

Anachronizmów w utworze można znaleźć więcej. Nie muszą wysuwać się na pierwszy plan – tytuł stanowi wystarczającą zachętę do tego, by je tropić. Spójrzmy na ramę wiersza:

Co powiesz na wspólny patent? – Zaśniemy z danym słowem
[…]
kluczem do Innego.

Dlaczego w pierwszym i ostatnim wersie dostrzegam klamrę? Podpowiedź tkwi w słowach “patent” i “zamek”, razem dających kolokację “zamek patentowy”. Pierwsze dwa określenia są starsze. “Patent” w kontekście tematyki wiersza odsyła nas do “patentu małżeńskiego”, pojęcia być może zapomnianego, ale ewokowanego także poprzez “danie słowa” – "Zaśniemy z danym słowem". “Bycie po słowie” oznaczało narzeczeństwo. Tym samym pierwszy wers odczytuję jako formę oświadczyn. Co zaś z ostatnim? “Inny” pisany z wielkiej litery jest eufemistycznym, niegdyś politycznie poprawnym (i dzisiaj również anachronicznym) odpowiednikiem człowieka m.in. nieheteroseksualnego. Zamek patentowy z kluczem dopasowanym do "Innego" to zatem poszerzenie praw małżeńskich na pary jednopłciowe.

Odczytanie to znajduje potwierdzenia w innych miejscach. Czytamy np o "naszych kotach niezdolnych do prokreacji". Z jednej strony dość standardowym postępowaniem osób opiekujących się kotami jest ich kastracja, z drugiej natomiast... Nie jest powiedziane, czy to kotki czy kocury, ani że kastracja jest powodem bezpłodności. Wszelako charakterystycznym konserwatywnym argumentem mającym "dowodzić nienaturalności" (seksualnych) relacji nieróżnopłciowych jest ich – by użyć określenia robiącego furorę kilka lat temu – jałowość. Oczywiście moją intencją nie jest przekonywanie o rzeczywistej rozmaitości czy lesbijskiej woli rodzicielstwa; odnotowuję trop. Koty są też stereotypowo łączone z życiem domowym lesbijek (z udomowieniem lesbijek?). Gdy zaś poszerzymy kontekst, widzimy, że jest on seksualny:

Będziemy na zmianę żywić
nasze koty niezdolne do prokreacji (ja twojego - ty mojego). 

Co więcej, anglojęzyczne nazywanie kobiecych miejsc intymnych "kicią" (pussy) i wzajemność, jaką podmiotka mówiąca zapowiada partnerce, ewokują amerykańską etykę feminizmu lesbijskiego, gdzie kluczowa była seksualna równość, niedominowanie, uczciwe zapewnianie sobie orgazmów i niearanżowanie sytuacji podległości i dominacji. Proza poetycka Frankowskiej pt. Mdły smak wanilii obrazuje podejście autorki do tej konwencji erotycznej, przez co przytoczona obietnica nie jest przeze mnie traktowana jako wyznanie, jako deklaracja woli, ale jako ukazanie pewnego światopoglądu. (Dodajmy, że w jego ramach szczególnie waloryzowana była odzyskiwana lesbijska twórczość artystyczna, stąd "rekompensowanie" niezdolności do prokreacji działalnością kreatywną – kreacyjną, do której partnerki mają się inspirować: "Przeniesiemy siebie przez mosty odzyskanych kreacji". Odzyskanie polega tu zapewne raczej na odebraniu mężczyznom kulturowego monopolu, aniżeli na przywracaniu pamięci niedocenionej spuścizny sztuki kobiecej). Tym samym antycypuję odsłonięcie innej warstwy utworu, jednak na razie wróćmy do warstwy dostępnej expressis verbis.

Odwrócony porządek rzeczy
zaimpregnuje „my” stałością

Impregnat daje ochronę, ale też petryfikuje, więc "zaimpregnowanie stałością" to określenie niezwykle mocne, odrobinę złagodzone poprzez wtrącenie w cudzysłowiu, nadające zresztą wypowiedzi celową dwuznaczność związaną z – kolejny feministyczny trop – ze sprawczością. Czy coś nas zaimpregnuje, czy to "my" zaimpregnujemy? Tak czy owak, proponowany układ jest petryfikujący, w moim osądzie zgodny z polityką organizacji LGBT działających na rzecz ustanowienia równości małżeńskiej w Polsce.

Co więcej, podmiotka wyraża wolę równości, ale nie proponuje np. zastanowienia się, narzuca swoją wizję. Po pytaniu ("Co powiesz...?") następuje, by tak rzec, pełna prezentacja "oferty", nikt tu nie czeka na odpowiedź, ponieważ podmiotka ma już wszystko dokładnie zaplanowane. (w tym, swoją drogą, kryje się niebezpieczeństwo dla powodzenia relacji tak predefiniowanej). Podsumowując, jedna mówiąc za dwie zadaje kłam głoszonej postawie, co w pewien sposób ukazuje, jak etyka feminizmu lesbijskiego potrafi być przemocowa (mój ulubiony i powtarzany przykład to opowiadanie Dorothy Allison, Violence Against Women Begins at Home, o którym więcej tu). Silniejszym dowodem jest wymowa poniżej strofy:

Ty będziesz mężczyzną - ja będę
kobietą . Ja będę mężczyzną - ty będziesz
kobietą. - To zależy od powietrza w płucach,
od powietrza we włosach; od powietrza, wody i ognia! 

Zauważmy: to, która z partnerek ma przyjąć którą rolę płciową (choćby były traktowane przygodnie) zależy od wielu rzeczy, ale nie od adresatki wpisanej w utwór!

Przytoczone wersy są na tle dotąd zaprezentowanych rozważań istotne ze względu na wskazanie zamienności ról płciowych. Niewątpliwie naiwnym, ale biorącym się z nieznajomości tematu pytaniem kierowanym do par kobiet jeszcze kilka lat temu było – która z was jest mężczyzną?, ewentualnie: mężem. Przekonanie o nieuchronności wchodzenia w heteromałżeńskie role zostało wprawdzie – jak pozwalam sobie ocenić – przełamane, odkłamane, pamiętajmy jednak o czasie powstania wiersza.

Aspekt aktywistyczny widoczny w zewnętrznej warstwie utworu, spotęgowany jest przez retorykę manifestu. To, po pierwsze, użyty czas przyszły, po drugie, przedostania strofa mieści zwroty: "wskrzesimy skamieliny", "płomień rewolucji". Konotacja kieruje mnie ku tzw. rewolucji obyczajowej. Rewolucja to, dosłownie, przewrót, stąd optyka ta jest kontynuowana na początku ostatniej strofy, który przytoczę w tym miejscu raz jeszcze:

Odwrócony porządek rzeczy
zaimpregnuje „my” stałością. 

Rewolucja ma się dokonać, i nie prowadzić do anarchii (bowiem porządek, choćby i odwrócony, pozostaje porządkiem), zmiana na jej drodze wprowadzona ma być trwała. Stanie się to dzięki realizacji opisanej strategii życiowej zwanej – w analogii do heteronormatywności – homonormatywnością bądź homomatriksem.

Pora odczytać Inwersję odmiennie, wywrotowo, w czym pomoże kontekst niektórych innych utworów autorki, by poza już przywołanym Mdłym smakiem wanilii dać przykład Pachwin. W tym ostatnim wierszu podmiotka czuje się pogrzebana w swojej "udomowionej" relacji z partnerką, która zapewnia zasobne bytowanie, ale nie spełnia potrzeb seksualnych. Nie będę przeprowadzała szczegółowej analizy, raczej "użyję" Pachwin dla potwierdzenia moich trybów rozumienia Inwersji.

otwierają się drzwi i wraca ona
trzymając papierową torbę od PiPy

a w niej banany, pietruszka, kabanosy – wszystko
z dużą zawartością żelaza, tak mniema, całując
policzek, bo to już nie moje miejsce, do diabła!
Tak mniema, że jestem pogrzebana. Nie ma mnie! 

Fragment ten jest – proszę wybaczyć bezpośredniość – wołaniem o seks, rozpaczą niespełnionej kochanki pragnącej pipy, a dostającej luksus materialny. Wyliczone produkty same w sobie luksusowe nie są, jednak obecna jest tu torba z nietaniego delikatesowego marketu. Autorka używa akronimu jego nazwy, ponieważ w takiej formie "się kojarzy". Co więcej, artykuły też mogą odwoływać do seksu, ponieważ – szczególnie pierwszy – mają potencjał dild. Podmiotka się miota, irytuje, jednak nic z tego. Wprawdzie pojawia się nadzieja, gdy partnerka "patrzy w moje piersi", lecz mówi: "Jest przeciąg!", czyli sprowadza na ziemię, w praktyczną codzienność.

W tym świetle In(nna)wersja, inversio, niesie sugestię: "przeczytaj odwrotnie, wywiń na nice, gdyż jest dokładnie odwrotnie". Małżeńskie role, stałość, porządek, ba!, dopasowanie, są niechciane. Prowadzi to do wniosku, że kobiecie pożądającej nieheteronormatywnie (jeśli ktoś woli, powiem – lesbijce) imputowane są takie zapały, takie dążenia, jednak bez konsultacji z nią samą, bez poznania jej zdania, z założeniem, że narzucony scenariusz jest uszczęśliwiający.

Wiersz jest najszerzej dostępny jako publikacja internetowa – na portaluKobiety Kobietom, w "towarzystwie" utworów miernej jakości i niegodnych takiej uwagi, jaką zdecydowałam się poświęcić. Zdaje się, że dotąd nie został doceniony. Niniejszy tekst powstał w ramach prac nad filmem dokumentalnym L.poetki, do bohaterek którego należy Agnieszka Frankowska, daje zatem wyraz jedynie części tego, co zostało wypracowane. Żywioł poetycki jest trudny do okiełznania, ponadto czytająca – nawet pretendując do intersubiektywności analizy – wlewa w lakoniczną formę swoją emocjonalność, swoje poglądy. Znajdując tedy w wierszu to, czego sama tam szukałam, zachęcam do eksploracji twórczości poetki.


Paulina Szkudlarek

po rozmowie z Agnieszką Małgowską i Moniką Rak, Damski Tandem Twórczy http://dtandemt.blogspot.com/




Agnieszka Frankowska – A.E. Frank, Inwersja (2009). Udostępnienie utworu za zgodą autorki.










sobota, 27 czerwca 2015

Susan Swan, "Damy z Bath"

W czasach wciąż trwającej mody na wykorzystywanie w opowieściach dla nastolatków i nastolatek elementów fantastycznych, oraz na krytykę przypominającą o młodzieżowej literaturze PRL-u, dzisiaj chciałybyśmy wbrew obu tym nurtom zaproponować lekturę skierowaną do młodszych odbiorców i odbiorczyń, jednak mającą zupełnie inny charakter.  W naszym odczytaniu wykorzystujemy, oczywiście w ograniczonej mierze, podejście krytycznych badań nad niepełnosprawnością, oraz antyesencjonalistyczne spojrzenie na seksualność.

Damy z Bath Susan Swan to nietypowa książka o niepełnosprawnej nastolatce, która po przejściu polio ma skrzywienie kręgosłupa (kifozę) i utyka na jedną nogę. Krótki spacer po blogosferze uświadomił nam, że powieść spotkała się z mieszanymi reakcjami czytelniczek i czytelników. Można trafić na opinie, iż Damy z Bath jedynie powielają stereotypy o osobach niepełnosprawnych. Naszym zdaniem wręcz przeciwnie, aczkolwiek autorka nie uniknęła negatywnych klisz, o czym mowa poniżej. Bohaterką powieści jest Kanadyjka Mary Bradford, córka lekarza, która trafia do szkoły z internatem (kojarzącej się dziewczynie z więzieniem, i wzorowanej na angielskim trybie edukacji). W internacie zostaje współlokatorką Paulie Sykes, jak się okazuje z czasem, osoby transseksualnej, próbującej funkcjonować społecznie jako Lewis. W tym celu jako Paulie okłamuje władze szkoły, że ma brata i odgrywa jego rolę. Ze względu na dwojakie funkcjonowanie (otoczenie myśli, że ma do czynienia z rodzeństwem), dla identyfikowania postaci zgodnie z preferowanym genderem, ale i uwzględniając jej gender postrzegany, o Paulie–Lewisie piszemy z użyciem nazwiska.

Nietypowości postaci Mary upatrujemy nie tylko w tym, że jako szesnastolatka, w latach 60. XX ma sporą wiedzę o seksualności dzięki książkom medycznym podziwianego ojca, ale również w otwartości, jaką przejawia wobec odkrytego przez nią i Sykes/a, lesbijskiego romansu dyrektorki szkoły z jedną z nauczycielek. Mary z jednej strony przejawia nieco infantylne zachowania (adoruje ojca niczym idola, pisze listy do prezydenta Kennedy’ego, etc.), z drugiej otwarcie opowiada o swoich potrzebach seksualnych, masturbacji, zamianach ról płciowych, a także świadomie pisze o Sykes jako o chłopcu, zastanawiając się nad definiowaniem płci.

Lesbijski romans wśród szkolnych władz zasługuje na dokładniejszą relację – Mary i Sykes dowiadują się o nim dzięki wykradzionym listom, w których zakochane kobiety pocieszają się po traumatycznym przeżyciu. Oto zostały przyłapane przez policjanta podczas pocałunku i jedna z nich została przez niego brutalnie pobita. Wspominają, że ich znajoma za podobny „występek” została na oczach swojej ukochanej zbiorowo zgwałcona przez „stróżów prawa”. Kiedy pod koniec powieści Mary dowiaduje się, że kobiety zamieszkały razem, cieszy się ze skromnego happy endu.

Intrygujący jest wątek koleżeństwa z Sykes/em i wspólne odgrywanie męskich ról. Sykes używa męskiego ubrania jako atrybutu swojej płci, dla Mary to przebieranka, dzięki której ma okazję zaobserwować zachowania innych chłopców i dziewcząt jako wysoce skonwencjonalizowane. Doświadcza ona na sobie, że odgrywanie mężczyzny wiąże się z okazywaniem przemocy i byciem na nią narażonym, ale dla niej to doznania epizodyczne i odbywające się w wydzielonej przestrzeni gry. Mary nie ocenia Sykes/a, jedynie wyraża współczucie, że de facto czysto anatomiczny brak penisa przeszkadza w życiu zgodnym z męską tożsamością.

Postać (Sykes) ta niestety jest pokazana jak stereotypowy psychopata. Trudne dzieciństwo, śmierć rodziców, złe traktowanie w przybranej rodzinie to rzekomo powody, dla których zaczyna przebierać się za chłopca i nazywać siebie Lewisem. Z czasem pojawiają się coraz gwałtowniejsze zachowania, ponieważ męskość to dla Sykes/a nieustające stosowanie przemocy wobec innych ludzi i wobec zwierząt, bycie „twardzielem” w każdej sytuacji. Załamanie przychodzi w momencie, gdy związek Lewisa ze szkolną pięknością, Tory, jest zakwestionowany przez jej rodziców, którzy zmuszają go do, by tak rzec, udowodnienia swojej męskości. Lewis zostaje uznany za fałszywego chłopaka, co wzmaga jego obsesję na punkcie posiada penisa. W powieści pojawia się sugestia, że próbował przymocować sobie na stale protezę członka substancją cementopodobną. Ostatecznie zabija „sierżanta”, woźnego przebierającego się w damskie ubrania, i odcina mu penisa. Zostaje aresztowany, a Mary relacjonuje debatę sądową mającą rozstrzygnąć, czy jest poczytalny. Ostatecznie wprawdzie sama zeznaje w sprawie Sykes/a, ale nie jest jasno pokazane czy to, co powiedziała, działa na jego korzyść czy nie. Trudno też orzec, co tu mogłoby być korzyścią. Zaskakuje jednak świadomość prawników, którzy w latach 60. XX wieku dyskutują o transseksualności zdając się wiedzieć w odnośnej materii więcej niż polscy seksuolodzy w latach 1980. Łatwo powiedzieć, że dzisiaj osławione Przekleństwo Androgyne. Transseksualizm – mity i rzeczywistość Kazimierza Imielińskiego i Stanisława Dulko (PWN, Warszawa 1988) jest pozycja nieaktualną, jednak cóż, oceniane jako głos w „światowej” dyskusji, było nieaktualne już w czasie pierwotnej publikacji.

Jakie rozwiązanie znajduje sprawa? Ostatecznie Sykes trafia do ośrodka psychiatrycznego i pisze listy „jak nie ona”, ale znów, nie poznajemy szczegółów. W jaki sposób jest leczona?, czy jest złamana jak bohater Lotu nad kukułczym gniazdem?, czy faktycznie miała epizody psychotyczne, które jakoś zostały wygaszone? Choć fakt, iż tak złożony „przypadek” zostaje po prostu spatologizowany w powieści, budzi rozczarowanie, przypomnijmy, że Damy z Bath doczekały się ekranizacji jako Lost and Delirious (2001) z Mischą Barton w roli Mary. Czytelniczki pamiętające ten sztampowy film, a nieznające powieści, mogą być teraz bardzo zaskoczone naszą rekapitulacją. 

W tym kontekście warto wskazać na Lato miłości Helen Cross (przeł. Paweł Cichawa, Sonia Draga, Katowice 2005), powieść również rysującą wspomnienie o nastolackich doświadczeniach przekraczania ról płciowych, i znajdującej swój finał w scenie zabójstwa. Autorka daje zgoła inny obraz nie tyle patologii jednostkowej, co społecznej, skutkującej nieledwie słusznym buntem.

Wróćmy jednak do Bath. Mary ujmuje swoją niepełnosprawność jako swego rodzaju oswojone fatum. Wystającą łopatkę nazywa Alicją i prowadzi z nią dialogi niczym z przekorną i złośliwą przyjaciółką. Jeszcze przed przyjęciem do szkoły z internatem Mary była przymuszana do korekt postawy, chodu z uprzężami i w butach, które niczego nie leczyły i nie pomagały (odwrotnie: dusiły, ściskały, a wręcz utrudniały chodzenie), ale normatywizowały wygląd. Szkolne pielęgniarki kontynuują proces normalizacji wyglądu Mary, co dziewczyna przyjmuje z przygnębieniem, jednak funkcjonowanie z czymś, co roboczo nazwałybyśmy protezami wizualności, nie zostało w narracji Swan przybliżone czy tym bardziej poddane dyskusji. Dlaczego w naszej opinii taka krytyka byłaby zasadna? Podkreślmy: sprzęty,  użytkowanie których zostało na Mary wymuszone, nie poprawiały jej stanu fizycznego, a tylko dostosowywały jej wygląd do obowiązującego standardu, czyli symetryczności ciała.

Przejmujące są fragmenty, w których Mary opisuje swoje osamotnienie z powodu niepełnosprawności. Rozczarowuje zaś końcówka powieści, w której bohaterka dokonuje niejako podwójnego aktu zdrady wobec nienormatywności – nie tylko bierze udział w procesie oskarżającym Paulie o morderstwo (oczywiście należy domniemać, że istniał prawny przymus, by zeznawała jako ważny świadek), ale również zaczyna spotykać się z chłopakiem. Fabuła poświadcza w ten sposób, że Mary mimo niepełnosprawności jest istotą społeczną.

Tym sposobem powieść zdaje się potwierdzać swoje osadzenie w konwencji Bildungsroman, czy jednak ta kategoryzacja jest słuszna? Formalnie zapewne tak, jednak daje ideowy przekaz o celowości akomodacji, pokazuje daremność kontestacji, porządkuje świat na konserwatyzującą modłę, zamiast wyzyskać wizję alternatywy.


Sławomira Raczyńska, Paulina Szkudlarek


Susan Swan, Damy z Bath, przeł. Agata Szczepanowska, C&T, Katowice 2003.


Tekst jest częścią nieformalnego projektu badającego połączenie krytycznych perspektyw studiów nad nieheteronormatywością i nad niepełnosprawnością.

sobota, 7 marca 2015

Jeffrey Eugenides, „Middlesex”





Choć – przyznam – nie czytałam najsłynniejszych Samobójczyń tudzież Przekleństw niewinności (1993) Jeffreya Eugenidesa, a Intryga małżeńska (2011) nie przekonała mnie do tego autora, bardzo zależało mi na lekturze Middlesex (2002). Podstawowym powodem była słaba obecność tematyki interpłciowości w beletrystyce nawet współczesnej. Nie oczekuję, że ktoś – choćby i laureat Pulitzera – ujmie ją lepiej, aniżeli Andrzej Czcibor-Piotrowski, zdziwiła mnie wszelako nikła recepcja powieści w działach typu „kultura i sztuka” na portalach i stronach poświęconych nienormatywnościom płciowym i seksualnym, dla prostszego rachunku akronimizowanych jako LGBT. Zaiste, w standardowym skrótowcu brakuje literki „i”, z kolei utytułowana profesorka opiniująca mój artykuł o wspomnianej trylogii Czcibora-Piotrowskiego w swojej recenzji pomyliła interseksulaność z transseksualnością. Najwyraźniej to tematyka wymagająca „poszerzania świadomości”.

Odniosłam wrażenie, że taki właśnie cel przyświecał Eugenidesowi. Ważnym bohaterem Intrygi małżeńskiej uczynił młodego mężczyznę z chorobą dwubiegunową. Narrator Middlesex natomiast jest nie tylko interpłciowy. Zidentyfikowany po narodzinach jako dziewczynka Cal jest słynnym, „fascynującym” (s. 487) przypadkiem.

Podjęłam lekturę z nastawieniem na narrację skupioną na życiu postaci o niedostosowanym do płciowego binaryzmu ciele, w aspektach świadomościowych, krytycznych w obszarze społecznej (i być może medycznej) przemocy, niewykluczone, że też fizjologicznych jeśli nie stricte seksualnych. Przypomnę, Czcibor-Piotrowski przygotował mnie do takich roszczeń, a osoby ujęte przede wszystkim poetycką mityzacją „problemu” dwoistości cielesnej i doświadczeń Drzejka–Uty zapewniam, że ta konwencja wystarcza za całą standardowo i aktywistycznie pojętą krytykę polityczną, choćby dlatego, że raj zaistniał w piekle (II wojna światowa), a jego kres stanowiło autorytarne znormalizowanie, zmaskulinizowanie Drzejka w sercu imperium, nad którym w owym czasie słońce już zachodziło… co wszelako nie zburzyło imperialnych roszczeń do dyskursywnego dyktatu (co w tym miejscu znaczy głównie hegemonie angielszczyzny a nie to, że np. w obrębie anglofońskiego dyskursu politycznego nie rodzą się cenne idee).

W konfrontacji z wybitną prozą Andrzeja Czcibora-Piotrowskiego Jeffrey Eugenides oddaje pola. Często słyszy się, że polszczyzna nie umie sprostać destabilizacjom genderowym na poziomie gramatycznym (czy językowi erotyki, o czym wspomina Sławomira Raczyńska w swojej przygotowywanej do publikacji recenzji W powietrzu Ingi Iwasiów). W mojej opinii wiele rozgrywa się na poziomie translacji (skądinąd praca wykonana przez Witolda Kurylaka zdaje mi się stosunkowo nieproblematyczna). Piszący po polsku Czcibor-Piotrowski poradził sobie znakomicie, inwencyjnie, a moim ulubionym przykładem są słowa, które zacytowałam w tytule przywołanego wyżej artykułu: „Przypatruję mu się z daleka, tak jakbym przyglądała się sobie, kiedy byłam chłopcem”. Cóż zaś z Eugenidesem? Niezależnie od anglojęzycznego kontekstu polski efekt jest frapujący: główny bohater nie został umiejscowiony w języku pozapłciowym (a raczej poza związanymi z płcią dualizmami) – jest interpłciowym mężczyzną, i mentalnie, zgodnie z deklaracjami, i wizerunkowo (elegancja strojów, wypracowane umięśnienie).

Kim jest Cal? Wiemy, że wybrał służbę w dyplomacji jako swą ścieżkę zawodową: „stale się przenoszę. Za rok lub dwa wyjadę […] objąć stanowisko w innym miejscu” (s. 130). W okresie, w którym snuje swoje wspomnienia, pracuje w Berlinie. Niemiecka stolica jest tu metaforą złączenia podzielonego, zarazem praca bohatera zbliża go do Orlanda–Orlandy, postaci uprzywilejowanej społecznie, kanonicznej figury nie tylko nienormatywności, ale też wolności i niezależności.

W Intrydze małżeńskiej Eugenides niejako połączył dwa koncepty: konwencję campus novel (szczególną popularnością cieszyła się rekapitulacja następstwa paradygmatów humanistyki jako zmian mód intelektualnych odwołujących się do snobizmu i owczego pędu raczej aniżeli do woli mozolnej eksploracji określonego pola wiedzy) i case study: w powieści ważną rolę odgrywa Leonard zmagający się z chorobą dwubiegunową. Krytykę tych partii Intrygi przeprowadził Ray Grant, lecz ja to połączenie przywołuję gwoli analogii. Middlesex to nie tylko uświadamiająca narracja o interpłciowości.

Aby dojść do owego tematu, trzeba dać się wciągnąć w epopeję (takie słowa pada w jednej z recenzji umieszczonych z tyłu okładki) o kilku pokoleniach greckiej rodziny Stephanidesów: Desdemony i Eleutheriosa zwanego Leftym, Miltona i Tessie, Zoe i Sourmeliny. Kazirodcze małżeństwo babki i dziadka głównego bohatera ukazane jest jako mogące mieć łączność z ujawnieniem się w osobie Callie mutacji chromosomalnej (niedoboru 5α-reduktazy) zgodnie z grecką spuścizną mitologiczną bowiem z incestu biorą się „potwory”. 

Hołdowanie tradycji „starego kraju” ukazane jest na samym początku, w epizodzie opisującym dysputy rodziców dotyczące preferencji co do płci przyszłego dziecka i przepowiadania tejże przez babkę. Porażka (?) jej narzędzia – łyżeczki–wahadełka – jest skonfrontowana ze wspomaganymi specjalistycznym termometrem i szerzej, autorytetem „nauki” zastosowanymi wcześniej zabiegami, by w odpowiednim momencie począć chłopca.

Cal opowiada o swojej mutacji jako sięgającej w znacznie głębszą przeszłość, jednak zdarzeniem fundującym jego rodzinę jest wymuszona wojenną katastrofą emigracja rodzeństwa dziadków do USA (przy okazji przypomnę, iż konflikt grecko–turecki jest tyleż aktualny, co niezauważany). Emigracja ta umożliwiła Desdemonie i Lefty’emu legalizację ich związku.

Przejście przez procedury na Ellis Island, pomoc ze strony kuzynki Sourmeliny i jej wyswatanego na odległość męża, osiedlenie się w Detroit, podjęcie – na krótko – pracy w fabryce Forda, prohibicja i przemyt alkoholu, realia wielkiego kryzysu, segregacji rasowej (notabene europejscy południowcy byli „biali”… współcześnie, jak przypuszczam, identyfikowani byliby raczej jako POC), uruchomienie własnego biznesu gastronomicznego, powiększanie się rodziny, druga wojna światowa, zamieszki na tle rasistowskim, rewolty socjokulturowe lat 1960… 

Niektóre z tych zdarzeń i życiowych okoliczności zostały szeroko wyeksploatowane przez autora, inne niekoniecznie. Posłużyły jednak wszystkie za tło i pretekst dla prezentacji postaw członków i członkiń rodziny Stephanidesów. Zmieniający modele cadillaców Milton, ujawniająca po owdowieniu swoją w młodości „zdyscyplinowaną” lesbijskość ciotka Sourmelina (kobieta została zmuszona przez rodzinę do małżeństwa, por. s. 107), przyjmujący światopogląd republikańsko-konserwatywny Milton, buntujący się przeciw tym wartościom jego (starszy) syn Jonasz, czy wreszcie Cal, który trafia do kontrkulturowego San Francisco… Warto poświęcić kilka słów temu, co miało miejsce przed tą podróżą.

Główny bohater, którego genitaliom przez szereg lat nikt poza nim samym się nie przyglądał, funkcjonował jako Calliope. Martwił się swoim opóźniającym się dojrzewaniem, np. brakiem piersi, symulował menstruację, ale identyfikował się żeńsko, nie męsko. Chodził do ekskluzywnej – zdaje się, że nieco „ponad stan” – szkoły żeńskiej, zgodnie ze stereotypem ocieniającym działalność takich placówek – założonej przez lesbijki, których relacja była tajemnicą Poliszynela. W szkole Callie nawiązała intensywną przyjaźń z dziewczyn(k)ą ukrytą pod mianem Mrocznego Przedmiotu (oryg. obscure, rzecz jasna), zakochała się w niej. We wspomnieniach wyjazdu dwóch uczennic do domku letniskowego znajdujemy wyjątkowo udaną scenę erotyczną. Odbywa się inicjacja seksualna: Callie jest z Jeromem, bratem swojej przyjaciółki, przyjaciółka jest z innym młodym chłopcem, Rexem. Wyjątkowość tych akapitów osadza się nie na tym, co można zrekapitulować. „Po raz pierwszy pijany, po raz pierwszy naćpany” (s. 435) Cal miał poczucie wstępowania w ciało Rexa i uprawiania (współuprawiania?) wymarzonego seksu z Mrocznym Przedmiotem, jednocześnie z uleganiem Jerome'owi we własnym ciele. Tak, za pomocą streszczenia trudno dowieść, że pomysł Eugenidesa jest przekonujący – a jest. Odurzenie Callie sprzyja uwiarygodnieniu takich odczuć. Na fizyczną rzeczywistość nakładają się natomiast niemożliwość sprawczości fallicznej, i z powodów anatomicznych, i w okolicznościach, w których odbywa się nieporadny nastolacki seks, seksualnym niedoświadczeniem, a także obawa przed odkryciem niewinnych, właściwie dziewczyńskich sztuczek typu: wypychanie stanika. (Dodajmy, że Jerome jest zainteresowany Callie jako dziewczyną; w Middlesex nie dochodzi do niczego podobnego do pamiętnej „gejowskiej” sekwencji z filmu XXY). Zawstydzenie cielesnością to typowy składnik nastolackiego poczucia płciowości. Eugenides nie kończy sceny transgresywnego, dwoistego przeżycia optymistycznie. Miast satysfakcji pojawia się strach. Callie we wzroku „patrzącego [...] z góry” Jerome'a dostrzega świadomość, wiedzę, „że nie jestem dziewczyną, tylko czymś pośrednim” (s. 436). Strach nieuzasadniony: „Możesz w to wierzyć czytelniku lub nie – on niczego nie zauważył” (s. 437). Moment upokorzenia odmieńca jest jednak nieunikniony w takiej narracji. Następuje wiele miesięcy później, w parku, w którym cieszący się męskim passingiem, stosunkowo krótko po zmianie wizerunku (np. stroju, fryzury) Cal został napadnięty. 

Zaczyna przeszukiwać moje kieszenie […] wypada moja legitymacja szkolna […].
A to co? Twoja dziewczyna? […] twoja dziewczyna lubi ciągnąć druta, co? Mogę się założyć, że tak – podnosi legitymację. […]
Chuda suka – przenosi wzrok ze zdjęcia na mnie i nagle wyraz jego twarzy zmienia się.
To jest dupa! […] To jest ona! On jest nią! […]
Coś przed nami ukrywasz? No? Masz cos ciekawego schowanego w portkach? […]
Jezu Chryste!
Co!
Kurwa mać!
Co jest?
To jakiś pierdolony odmieniec!
Co?
Zaraz się porzygam. Popatrz! (s. 546-547).

Mimo dosadności opis rozczarowuje sztampowością. Epicki rozmach rodzinnej sagi zdaje się kamuflować fakt, iż samo ujmowanie interpłciowości oparte jest na neofickim zapale, by nieść kaganek oświaty. Wszystko musi zostać ściśle dopowiedziane. Znajdujemy zatem  po pierwsze pouczenie medyczne, dotyczące trybów „rozpoznawania” płci noworodka (s. 473), oraz szczegółową relację z kontaktów Callie z doktorem Lucem zajmującym się na co dzień transpłciowością. Oglądanie ciała, odpodmiotowienie, ale też wymuszanie zwierzeń wysłuchiwanych pod kątem tezy, o ile nie pod kątem kariery badacza jakże obiecującego cause célèbre, to również zapis typowej przemocy nie tylko symbolicznej, lecz też fizycznej. Zapis ów ma uwrażliwiać, przekonywać o ogromie niesprawiedliwości, jaka spotyka człowieka li tylko z powodu nienormatywnej anatomii. „Bez żadnego polecenia, podniosłem nogi i włożyłem pięty w ginekologiczne uchwyty. W pokoju zapanowała złowieszcza cisza. Trzech doktorów podeszło do stołu […]. Pochylili się nade mną, badając mnie […]. Luce, w gumowych rękawiczkach, robił swoje” (s. 486). 

Po drugie, Eugenides poucza nas w sferze socjokulturowej, każąc drugoplanowym bohaterom wygłaszać kwestie o platońskiej koncepcji hermafrodytyzmu, o szczególnej roli osób niebinarnych w pozaanglosaskich formacjach kulturowych. „To prawda, że w niektórych kulturach traktowano nas jak wybryki natury […]. Ale w innych jest zupełnie przeciwnie. U Indian Nawaho istnieje odrębna kategoria osób, zwanych berdache. Berdache to osoba, która przyjmuje inna płeć niż biologiczna. Pamiętaj, Cal, że należy rozróżnić płeć biologiczną od płci kulturowej” (s. 561).

Charakterystycznym elementem jest też doznawanie autofobii, co jest z mojej strony neologizmem ukutym w analogii do „autohomofobii”, a dającym wspólny mianownik innym formom uprzedzeń kierowanych przez jednostkę ku grupie, do której sama przynależy (bądź do której jest niezależnie od swojej preferencji przypisywana) i zaczyna sobie z tego zdawać sprawę. Cal zatem jest autointerfobiczny. Warto przeanalizować ów fakt. Wpierw mamy do czynienia z wyeksploatowanym literacko – podobnie, jak wskazane powyżej stereotypowe „obowiązkowe punkty programu” – doświadczeniem poszukiwania samowiedzy w książkach. „Nigdy jeszcze nie widziałem tak wielkiego leksykonu. […] Wyglądał na bardzo stary, średniowieczny” (s. 496). Za encyklopedycznymi „hiperlinkami” postępując, Cal poznaje znaczenia słów hypospadiasis, eunuch i hermafrodyta. To ostatnie odsyła go do hasła potwór. „I w tym miejscu się zatrzymałem. Podniosłem głowę, aby sprawdzić, czy ktoś mnie nie widzi. […] Paraliżował mnie strach. […] Było tam napisane: potwór, czarno na białym, w zniszczonym leksykonie w wielkiej bibliotece miejskiej. Czcigodna stara […] księga zawierająca zebrana wiedzę przeszłości, a jednocześnie dostarczająca dowodów o współczesnych warunkach społecznych. […] Potwór. Tym właśnie byłem” (s. 496-497) – czytamy o reakcji nastolatka. Z małym wyjątkiem, o którym poniżej, fobicznego nastawienia nie zmieni upływ czasu ani wzrost świadomości. 

„Legendarne” San Francisco, do którego uciekł przerażony perspektywą operacji na genitaliach  i rozgoryczony swoim statusem jednostki podporządkowanej ustaleniom lekarzy „od ciała i ducha” Cal, oznacza dlań najpierw doświadczenie bezdomności (znów sztampa: koczowanie w parku), później ukrycie w lokalu oferującym pokazy erotyczne. Użyte określenie ma nakierować nas ku kolejnemu wątkowi i w sensie fabularnym, i koncepcyjnym. Ukrycie przed rodziną – w której za sprawą tego kryzysu dochodzi do bardzo dramatycznych zdarzeń – a może przed „całym światem”, jest też paradoksalnie czasem odkrycia, prawdopodobnie bardziej drastycznego, aniżeli w przypadku przywołanej wyżej napaści, wiążącego się z innego rodzaju przemocą. Cal stał się atrakcją freak show. Owszem, mówimy o latach 1970., zatem uściślijmy: w klubie erotycznym „Sześć na Dziewięć”. Nazwa w łatwy sposób odnosi się do pozycji, jaką można przyjmować w trakcie stosunku płciowego, ale zauważmy: Cal występował jako Hermafrodytos, istota ouroborotycznie samowystarczalna seksualnie, podważał zasadność nazwy. 

Pływał w odpowiednio przeszklonym basenie (akwarium?) pokazując się klientom odpowiednio nastrojonym po wysłuchaniu adekwatnego „mitu greckiego”. Desperacja bytowa oraz odurzenie alkoholowo-narkotyczne (potocznie rozpoznawane wymiary pracy w seks- i pornobiznesie), wraz ze swoiście rozumianym bezpieczeństwem podwodnego azylu (na bohatera można było tylko patrzeć) ułatwiało pokonywanie skrępowania, przekraczanie barier, którymi są np. pokazanie twarzy, później zaś otworzenie oczu i konfrontacja ze wzrokiem klientów, meduzowe oddanie spojrzenia („Ujrzałem wpatrzone we mnie twarze i zobaczyłem, że nie są zbulwersowane” – s. 567). Cal się przełamywał, zanikał jego „wstręt  do własnej osoby”:

To było w pewnym sensie zbawienne. Miało charakter terapeutyczny […] Uwolnione zostały urazy psychiczne, tłumione w kabinie toalety. Ustępował wstyd z powodu posiadania ciała odmiennego od innych. Hermafrodytos przestawał czuć się potworem (s. 567).

Stany te były nie tylko katalizowane przez używki, ale też dzięki przestawaniu z aktywistycznie nastawioną interpłciową przyjaciółką, przewodniczką po historii obecności interpłciowości w kulturze (co ważne, nowojorski doktor tej roli nie chciał bądź nie umiał wypełnić). Wstyd powrócił, choć z kart Middlesex nie dowiemy się, dlaczego. Pozostało mi domniemanie.

Wspomnienia urywają się w piętnastym zaledwie roku życia bohatera. Następuje ogromna fabularna luka. Jako dyplomata w wieku średnim Cal (wciąż) jest zawstydzony, odnosi do siebie piętnujące pejoratywy: „Tu, w Berlinie, mój sekret zna tylko kilka osób” (s. 131); pisze o „fizycznych kłopotach”, wycisza swe pożądanie, w sytuacjach intymnych nie rezygnując z „ostatecznego zabezpieczenia – […] obszernych, dyskretnych bokserek”. Przed spotkaniem z podobającą się mu kobietą stara się siebie przekonać, że nie grozi mu cielesna ekspozycja, której się tak boi: „To tylko pierwsza randka. Do niczego nie dojdzie” (s. 131). I zaiste nie dochodzi. To wymiar widoczności, co do aktywizmu natomiast słyszymy konwencjonalną formułkę: „mnie akurat nie interesuje polityka” (s. 130).

Pominę inne dowody schematyzmu i nieznośnego dydaktyzmu w narracji Eugenidesa. Wzmiankowałam już dwukrotnie pracę Cala. Rozumieć należy, że jego genitalia nigdy nie zostały zoperowane, co jednak ze statusem formalnym? To, co jest wpisane w Stephanidesowy paszport, jest istotne ze względu na olbrzymią wagę zmiany dokumentów bądź postulatu posługiwania się transkartą przez osoby transpłciowe będące przed lub w trakcie tranzycji (korekty). 

Świat Middlesex obfituje w podobnego rodzaju niedociągnięcia w swej konstrukcji. Nie „puste miejsca”, które mogą być zapełnione w toku uważnej lektury, tylko detale pominięte na rzecz np. mityzacji czy rozbudowy panoramy życia rodzinnego Stephanidesów. Zapowiada to zresztą tytuł, toporny toponim: Middlesex jest nazwą miejsca zamieszkania (dlatego też w polskiej translacji słowo to pozostało nieprzetłumaczone), tylko odruchowo kojarzącą się ze środkową (czyli niepewną, niezbinaryzowaną, niedookreślona, „trzecią”) płcią. 


Zastanówmy się jednak, skąd u dorosłego Cala wstyd. Warto pamiętać, że snuje on swoją narrację z perspektywy wiedzy o inceście Lefty’ego i Desdemony. Jedynie jego nieświadomy, choć rozumiejący już swoją interpłciową kondycję, czyli w czasie występowania w basenie klubu „Sześć na Dziewięć”, potrafił przezwyciężać skrępowanie swoją cielesnością czy – jak w zacytowanym sformułowaniu – wstręt. Świadomy skazy swego pochodzenia, fundującego jego rodzinę grzechu, zaczął (znów) odczuwać wstyd, niczym w Księdze Rodzaju. Fizyczna a-nomalia jako kara za grzechy stanowi u Eugenidesa mariaż religii chrześcijańskiej z nauką. 

Pośród przeróżnych tropów odnoszących się do hermafrodytyzmu w Middlesex zabrakło wzmianki o alchemii, w której adekwatnymi do epoki środkami naukowymi i siłami duchowymi usiłowano powołać do istnienia sztucznego doskonałego człowieka, którego natura byłaby pełna, łącząca przeciwieństwa. Coniunctio oppositorum powinno obejmować także płeć – upragniony homunkulus byłby hermafrodytą.

Co więcej, mityczne przypadki pojawiania się na świecie stworzeń o statusie pośrednim, półludzkim (z pierwiastkiem czy to boskim, czy to zwierzęcym), wiązały się z jakimś moralnym przekroczeniem, w tym często z „chorobliwym” pożądaniem, jak w przypadku Pazyfae, matki Minotaura. Dziecko inne niż wszystkie do kara za takie zachowania. 

Potencjał takich odczytań czyni książkę nie tylko pouczającą, uświadamiającą, politycznie poprawną, ale też sprawia, że jawi się ona jako opowiastka „z morałem”, której w mojej opinii daleko do artystycznej czy choćby obyczajowej prowokacji. Mimo eksplicytnego zdystansowania się wobec tej możliwości, wyzyskiwany jest motyw kary za grzechy. Przez to wymowa całości okazuje się zniechęcająco konserwatywna.







Paulina Szkudlarek



Jeffrey Eugenides, Middlesex, przeł. Witold Kurylak, Sonia Draga, Katowice 2004. Z wyjątkiem frazy z Andrzeja Czcibora-Piotrowskiego wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.


Polecam lekturę cyklu Andrzeja Czcibora-Piotrowskiego: I. Rzeczy nienasycone (W.A.B., Warszawa 1999), II. Cud w Esfahanie (W.A.B., Warszawa 2001), III. Nigdy dość. Mirakle (W.A.B., Warszawa 2011).

środa, 14 stycznia 2015

Jacek Dehnel, „Matka Makryna”


Odkąd usłyszałam, co o pracy nad powieścią powiedział Jacek Dehnel podczas krakowskiego Festiwalu Conrada w 2012 roku, nie mogłam się doczekać jej publikacji. Wydawało mi się, że wiem, czego się mogę spodziewać, jednak zostałam zaskoczona. Na ile pozytywnie? Nie w pełni, ale jestem gotowa w każdych okolicznościach Matki Makryny bronić. Debiutancka Lala (W.A.B., Warszawa 2006) była sentymentalną wizją eskapistyczną, a zarazem hołdem złożonym szczególnej kobiecie, Saturn (tu) dużo mówił o mechanizmach społecznych w duchu krytyki pewnej przemocowej formy męskości jako wielostronnie krzywdzącej i paradoksalnie obracającej się też przeciw samym sprawcom. Te dwa wątki, złożenie hołdu postaci i wysuniecie krytyki polityczno-obyczajowej, spotykają się w najnowszej książce autora, choć rzecz jasna tym razem wyzyskiwane są w zupełnie inny sposób. Co ważne, aspekt społeczny, mimo historycznego tematu i archaizującej stylizacji w Matce Makrynie jest dla mnie wręcz dominantą. Po kolei jednak!

Dehnel zajął się XIX–wieczną awanturniczką, publicznie znaną jako Makryna Mieczysławska, i „jej głosem” opowiedział dwie wersje jej (auto)biografii. Dlatego bywa – w kontekście tej powieści jako kontynuującej zblizoną strategię z Saturna – opisywany jako apokryfista.

Pierwszą z wersji autonarracji tytułowej bohaterki jest kolportowana w połowie XIX wieku, atrakcyjna dla paryskiej popowstaniowej emigracji oraz dla pewnych kręgów w Watykanie, historia męczennicy, unickiej mniszki prześladowanej przez Rosjan (polityczne i w pewnym sensie także duchowne władze zaboru) za niezłomność oporu przed przyjęciem prawosławia. Narratorka wymyśliła sobie szlacheckie pochodzenie, z genealogią jagiellońską, i utrzymywała, że była przełożoną mińskiego klasztoru bazylianek. Klasztor ów miał zostać zlikwidowany, a zakonnice zniewolone, torturowane, przymuszone do ciężkich prac, głodzone – i nieustannie, i intrygancko, i agresywnie, skłaniane do konwersji na wyznawaną przez władze, przyjmowaną przez koniunkturalistów, wersję chrześcijaństwa. W tej relacji prawosławie to nic, tylko rozpusta, gnuśność, lenistwo, opilstwo, obżarstwo, oczywiście poza tym herezja, grzeszne odstępstwo od prawdy. Obraz zwyrodnienia prawosławnych mniszek oraz straszliwych aktów przemocy, jakim za swą niezłomność płacące zdrowiem i życiem unitki były poddawane, to szczyt epatowania przesadą, od domniemanego czasu uwięzienia (7 lat), przez egzaltowany ton rzekomych wspomnień, po detale (mróz był przenajdotkliwszy, od razów wnętrzności wypłynęły bokiem, kajdany były przenajcięższe, pijaństwo sióstr prawosławnych nieustające, profanacja zwłok rzekomych towarzyszek Makryny stanowiła normę, dobroczynność przejętych dolą kobiet różnych przypadkowych ludzi najbrutalniej ukrócano, etc.).

Narratorka utrzymywała, że w końcu z dwoma innymi mniszkami uciekła z prawosławnego klasztoru – więzienia.

Równolegle Makryna zdaje nam rzeczywistą sprawę ze swoich losów. Była bezdzietna i w średnim wieku, gdy owdowiała. Mąż Rosjanin miał rangę kapitana, ale z powodu alkoholizmu para żyła w skrajnej nędzy, ponadto mężczyzna straszliwie żonę bił. Kiedy zmarł, kobieta pozostała zupełnie bez środków do życia. Zdała się na zakonną dobroczynność, z czasem zaczęła pomagać w rozdawaniu posiłków ubogim. Konflikty i oskarżenia, spowodowały zakończenie tego eldorado, i to w nieformalnej, prywatnej niewoli w domu psychopatycznego carskiego żandarma. Brutalne ataki na kobietę rzeczywiście sprawiły, że miała ona na sobie ślady męczeństwa. Innego jednak, niż twierdziła.

Podczas swego „podczepienia” pod klasztor nasłuchała się relacji unickich zakonnic wypędzonych z klasztorów. Przyjęła tożsamość takiej osoby. Realne represje nie były oczywiście tak drastyczne jak te, o których potem konfabulowała. Wpierw wędrowała z tymi opowieściami po zaborze rosyjskim, często po dworach, a w momencie, gdy tu i tam podważano jej świadectwa, przedsięwzięła ucieczkę na zachód. Zawędrowała do Poznania, gdzie wiarę dały jej elity katolickie. Stamtąd wyprawiła się do Paryża.

Paryża, gdzie brylował Adam Mickiewicz, dający „bezbożne” wykłady, trzymający się z Andrzejem Towiańskim. Paryża, gdzie zaczynał wypływać Juliusz Słowacki, nazwisko którego Makryna ciągle przeinaczała, on zaś ją upamiętnił poetycko. Paryża, gdzie świadectwo niewinnej, cierpiącej niewymowne męki za swą religijną niezłomność uciekinierki z zaprzańskiego piekła znajdowało wdzięcznych słuchaczy i kolporterów wśród elit kulturalnych marzących o wybiciu się Polski na niepodległość.

Dehnel połączył więc awanturniczy życiorys odważnej kobiety z narodowymi i katolickimi fantazmatami, na których Makryna rzeczywiście wypłynęła, ale jest to nowe połączenie, przepisane przez świadomość historyczną, jaką mamy w XXI wieku.

Makryna była egzaltowana religijnie, była też jednak – posłużę się kolokwializmami – dość wygodnicka, łasa na hołdy, nieprawdopodobnie uwikłana charakterologicznie w mieszaninę pewności i niepewności siebie. Egotyczka czy narcyzka? W pewnej książce, jaką kompletnie przypadkowo rozpoczęłam bezpośrednio o Dehnelu, a której tytułu nawet nie uważam za godne odnotowania, trafiłam na może i niskie psychologizowanie o narcyzmie jako rodzaju dysocjacji, cierpieniu biorącym się z poczucia pustki powodowanego takim odcięciem od własnych uczuć, że jednostka narcystyczna kompensuje sobie pustkę wewnętrzną wrażeniami z zewnątrz. Zanik empatii i wstydu, wola wystawienia się na widok, pragnienie zainteresowania: choć to banały, kojarzące się z bohaterami reality shows czy internetowym ekshibicjonizmem, jednak zdały mi się pasować do Makryny.

Kobieta nie bez trudu starała się zapamiętywać swe kłamstwa i się w nich nie mylić... zarazem walczyła o swoje, o siebie, swoje miejsce, swój głos. To ważne, przekreślające „zarzut” narcyzmu typowego dla naszych czasów.

Podczas podróży z „Genuji” do Rzymu towarzyszący ojczyńka (ksiądz) Jełowicki opowiadał historię Makrynowego męczeństwa w kościołach w miejscach, przez które wiodła ich droga. Ona pozostawała bierna: „On rośnie, a ja się umniejszam; ja była tylko kobita, stara, brzydka (...). niema (...): ot, siedzę z boku, bo w kruchcie mnie zostawić głupio; on – mężczyzna, więc mógł być sobie każdym: i żołnierzem, i drukarzem, i księdzem, (...) i głosem, głosem donośnym moją opowieść niósł dalej, niżbym ja potrafiła” (s. 168).

W Rzymie Makryna zabiegała o powołanie swojego klasztoru (w pewnym sensie się to udało), ale i lobbuje za Polską i przeciw carowi Mikołajowi u papieża. To urocze sceny, gdy namawiała go, by ustanowił rok jubileuszowy dla (?) Polski, a on wytykał fakt, że w Polsce dozwolone są rozwody.

Zarazem „politykę” Makryny widać w momencie, gdy car odwiedził Watykan. Kobieta zainteresowana była tylko tym, by monarchę spotykały (osobiste) afronty, nie widziała w nim swojego (osobistego) krzywdziciela, i chyba nie była świadoma, jaką rangę dyplomatyczną to wszystko miało. Makryna wciągnięta została ponadto w żmudnie opisane targi, spory między frakcjami i emigrantów, i osób duchownych (tu potencjał anegdotyczny ma opis tworzenia mickiewiczowskiego legionu polskiego, np. dyskusje o wartościach: Matka Boska częstochowska czy ostrobramska?). W tych fragmentach podkreślany jest konserwatyzm bohaterki, sprzeciwiającej się uwłaszczeniu chłopów i wszelkim ideom społecznej równości.

Zainteresowanie torturowaną przez prawosławnych oprawców niezłomną mniszką malało, wreszcie zanikło. „ Zmartwychwstańcy za życia mnie pochowali (...). W niczym mnie się nie radzą, o nic nie zapytają (...) w gazetach cicho o mnie, żaden żurnalista z kulawą nogą do mojej celi się nie przyplącze” (s. 356). W narracji Dehnela kobiecie udało się utrzymać w mocy zagmatwane i przesadzone historie, unika prawdziwej demaskacji, jednak stopniowo ujawniał się fakt, iż traciła ona „społeczny kapitał zaufania”: „nie potrzebują już (...) moich opowieści (...) wiara w moją opowieść (się) skończyła – a nawet jeśli wprost mi tego nikt nie powie, to czuję to przecie” (s. 356-357).

Przewodniczyła swej małej kongregacji... do czasu jednak. Wyszło na jaw, że nie tylko nie potrafiła nią gospodarować i przewodzić, ale też stosowała wobec sióstr przemoc. „Oskarżały mnie zakonnice, że biję je czasem, że grubszym słowem obrażam (...). Krnąbrna była, to (cięgi) brała, nie przeczę, ale przecież one wszystkie jakie dzieci moje, a nie kocha kto dziecięcia, kto rózgi oszczędza (...) gdzież ich (siostrzyczek) gotowość do cierpienia, gdzie bezgraniczne zaufanie w mądrość matki przełożonej, ksieni ich umiłowanej, która jeśli bije, to bije dlatego, że miłuje, że od zła chce je wybawić, przed szatanem ocalić? Gdzie ufne przyjmowanie razów, gdzie zrozumienie, że gniew może z najsłodszego serca płynąć, że może być wybawieniem dla duszy gnuśnej, bezbożnej krnąbrnej...” (s. 355) etc. Na mnożące się i coraz wyżej docierające skargi na siebie Makryna reagowała komentarzem: „Ach, co oni wszyscy o okrucieństwach wiedzieli (...)?”( s. 356).

Przywołuję te słowa in extenso, ponieważ kwestia reprodukowania przemocy wydaje mi się w powieści kluczowa. O mężowskiej agresji wobec siebie Makryna mówiła: „Nikomu się poskarżyć, bo i kto by słuchał”. Jako instancje, z których nie otrzymałaby pomocy ani nawet życzliwego współczucia, wymienia rodziców, od których odeszła w dzieciństwie, majora będącego przełożonym męża, stójkowego, i oczywiście każącego jej nieść swój krzyż spowiednika. „Że babę mąż bije – kogo to obchodzi, komu to opowiadać i jak?” (s. 380) – pytała retorycznie.

Pozornie to „feministyczny anachronizm”, chwila ukazania łączności między pierwszą połową XIX wieku a czasami aktualnymi. Jednak to świadomość społecznej nieważności takiej bolesnej doli kobiecej jest źródłem późniejszych kłamstw Makryny: jest wysłuchiwana, ponieważ narrację o cierpieniu łączy ze sferą religii i narodu. Właśnie: w prywatnych czterech ścianach to może być co najwyżej nikogo nieobchodzące cierpienie – w klasztorze, w imię właściwej narodowi konfesji (unickiej, ergo katolickiej), awansuje do rangi męczeństwa. W tym sensie repetycje i enumeracje, jakimi charakteryzują się zawierane w rzekomych wspomnieniach skargi nie są li tylko „dłużyznami”: to litanie.

Z prawdziwego cierpienia wzięło się fikcyjne męczeństwo: Makryna inspirowała się realnymi okolicznościami, jednak dopasowała je do zmyślonych sytuacji. A do swojej samotności w obliczu mężowskiej brutalności dopisała sobie towarzyszki – współmniszki, wraz z nią prześladowane. Dehnel napisał apokryf o życiorysie apokryficznym. Wgłębił się w dzieje polistopadowe, i to jest nieszczególnie porywające. Wgłębił się też w mechanikę działania przemocy, i opisał ambiwalentną strategię osobistej ucieczki z niej. Powieści o kłamstwie bywają urocze, jak np. Baudolino Umberta Eco... podobnie jak powieści awanturnicze. Matka Makryna jest gorzka.

Nie wiem, co oferuje osobom niewybierającym takiego klucza interpretacyjnego. Prawdopodobnie Dehnel nie uniknie oskarżeń, że to tylko postmodernistyczna igraszka. Być może liczne delikatne, ale wedle mnie sugestywne kpiące wycieczki ku współczesności (Rosja, Watykan…), nie zostaną odnotowane. Ja je zauważam nie tyle jako czytelniczka paranoiczna, a jako osoba starająca się śledzić Dehnela – komentatora, osobę publiczną niebojącą się wystawiać na hejt: tu hejt bogoojczyźniany, z powodu niebogoojczyźnianości pisarza „jak na złość” prezentującego staroświecki image.

Matce Makrynie daleko do fajerwerków Saturna, ale źle byłoby gdyby autor zaczął się powtarzać.

Z rozczarowaniem odnotowałam przyznanie nagrody Paszport „Polityki” Zbigniewowi Miłoszewskiemu. Jego Gniew (W.A.B., Warszawa 2014), wychwalany na niejednych – by tak rzec – „liberalnych” łamach, ba! wychwalany w gronach feministycznych, mnie odrzucił po pierwsze, tanim dydaktyzmem, po wtóre, koniunkturalizmem, a wreszcie: zbędnym (!) epatowaniem przemocą. Ten ostatni aspekt przybliżył go w mojej opinii do Marka Krajewskiego. Rozumiem posługiwanie się konwencją, ale preferowałabym inaczej rozumianą celowość tego zabiegu. W swojej recenzji Kinga Dunin zbagatelizowała siłę powieści jako wystąpienia w sprawie przemocy wobec kobiet, przemocy w rodzinie. Uważam, że niesłusznie, szczególnie w obliczu stawiania na piedestale Miłoszewskiego. Jacek Dehnel subtelniej, bardziej pomysłowo, mądrzej, a nawet dowcipniej zadeklarował w utworze beletrystycznym swoją profeministyczną postawę, a warstwa ideologiczna nie przysłoniła artystycznej.


Paulina Szkudlarek



Jacek Dehnel, Matka Makryna, W.A.B., Warszawa 2014. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

niedziela, 14 grudnia 2014

Uroki roztaczane przez nasze zwłoki. Mary Roach, „Sztywniak”, Bill Bass i Jon Jefferson, „Trupia Farma” (cz. 1).


Fascynująca historia kultury gastronomicznej zachęca mnie do łączenia tematów pozornie odległych od siebie, by powiązać w szalonym kole paranoicznych skojarzeń niemal dowolne tematy. Zaczęło się od rozważań Piero Camporesiego o serach, w Laboratoriach zmysłów. Sery, w dawniejszych czasach (od średniowiecza i później) uważano za podejrzane przysmaki o ostrym zapachu i smaku. Kojarzono je z rozkładem ciała i obwiniano je za namnażanie się robaków w żywym organizmie, a także sprowadzanie szaleństwa i demonów. Współczesne artykuły o serach wspominają o gatunku „Stinking Bishop” (podobno zagrał w filmie Wallace i Gromit: Klątwa Królika) czy Limburgerze, do produkcji którego używa się bakterii występujących na ludzkiej skórze. Jeszcze inne przypominają woń niemytego od tygodnia ciała, amoniaku, czy rozkładających się zwłok.

 Właśnie te ostatnie pojawiają się w książce Trupia farma autorstwa Billa Bassa i Jona Jeffersona w kilku kulinarnych kontekstach. Projekt trupiej farmy jest znany każdej osobie zainteresowanej kryminałami czy kryminalistyką – mowa o ogrodzonym terenie, na którym, pod nadzorem antropologów sądowych, badany jest proces rozkładu zwłok w różnych warunkach środowiskowych. W klasycznej pracy Louis-Vincenta Thomasa Trup: od biologii do antropologii czytamy o sposobie przewożenia kości zmarłych praktykowanych przez nomadów – obgotowywali zwłoki w kotle, aż mięso odpadło od kości, które zabierano ze sobą w worku. Współczesna antropologia korzysta również z gotowania zwłok (czasem z padlinożernych owadów) w znacznym stanie rozkładu, by uzyskać oczyszczony szkielet do dalszych badań. Bill Bass, antropolog sądowy, wspomina w lekkim, anegdotycznym tonie, jak zdarzyło mu się w tym celu korzystać z domowej kuchenki do gotowania (stare dobre czasy, gdy badacze zabierali do prywatnych mieszkań szczątki ofiar morderstw i zabójstw). Morał z tego płynie (dosłownie) taki – jeśli się zagapisz i rosół na ludzkich kościach zacznie kipieć, lepiej kup nowa kuchenkę! Podobna rada towarzyszy opowieści o mieleniu kości w blenderze.

Bill Bass swoją opowieść o losach „trupiej farmy” opowiada ze swadą amerykańskiego wykładowcy, który wie, jak zrobić show. Lekki, anegdotyczny ton jest jednak pełen zapewnień o szacunku do zmarłych i zaangażowaniu w systematyzowanie wiedzy pozwalającej lepiej zbadać proces gnicia martwego ciała. Zebrane informacje przydają się w ścisłym określeniu chwili zgonu, a także mogą być pomocne podczas poszukiwań sprawców zbrodni.

Jak podaje Bill Bass, do czasów badań na „trupiej farmie”, specjaliści sądowi mogli polegać na wiedzy i doświadczeniu patologów sądowych i antropologów, którzy badali albo zwłoki z tkankami zachowanymi na tyle dobrze, że dawało się stwierdzić przyczynę zgonu, lub szkielet.

Jednak jak pokazało jego własne doświadczenie, dotychczasowa wiedza nie zawsze okazywała się pewna, gdy natrafiano na zwłoki w znacznym stanie rozkładu, co do których trudno było orzec czas śmierci. Jeśli ciało było zbyt mocno rozłożone, patolog nie był w stanie rozpoznać uszkodzeń tkanki wynikłych z urazów przedśmiertnych. Natomiast kości, pomocne w określeniu wieku, płci biologicznej czy pochodzenia etnicznego (Bill Bass stosuje określenie rasy, argumentując to istotnymi różnicami w budowie szkieletów) czy pozwalające określić tryb życia zmarłej osoby (np. na podstawie zniszczeń od ciężkiej pracy fizycznej czy aktywności obciążającej określone partie szkieletu), nie zawsze mogą podpowiedzieć, jak zmarła dana osoba, co jest bardzo istotne w postępowaniu mającym wyjaśnić, czy nie padła ofiarą morderstwa. Co prawda autorowi znana jest książka chińskiego medyka sprzed 700 lat, badającego proces rozkładu zwłok, niemniej jednak argumenty formułowane na podstawie takiej książki nie przeszłyby w sądzie.

Interesujące jest, jak zawsze, tło obyczajowe, w tym przypadku amerykańskich ośrodków uniwersyteckich w różnych stanach. Początki swojej kariery antropologa Bill Bass poświęcił na badania cmentarzysk indiańskich. Wydobyte kości najczęściej trafiały do zbiorów jednego z wielu muzeów, dopiero ustawa z 1990 roku zakazała gromadzenia przez instytucje muzealne kości rdzennych Amerykanów.

Pomysł na „trupią farmę” dojrzewał latami. Początkowo Bass planował obserwację zwłok zwierząt, jednak nie zostało to zrealizowane. Podczas pracy na uniwersytecie w Tennessee w 1981 roku zaproponował władzom uczelni eksperymentalne badania obserwacji rozkładu zwłok i otrzymał oficjalną zgodę na nie. Ciekawiło mnie, czy natrafił na jakiś opór „zwykłych obywateli”, którzy poczują się obrażeni nietypowym traktowaniem zwłok. Pierwsze protesty wybuchły niemal przez przypadek – trupia farma na początku swojej działalności nie była zbyt wyraźnie odgrodzona od otoczenia, ponadto wydział uczelni, który podarował Bassowi działkę, „zapomniał”, że posiada mniej ziemi, niż hojnie przekazał. Tak zatem, któregoś dnia antropolog ze zgrozą odkrył, że w sąsiedztwie jego unikalnego laboratorium pracują buldożery i inne ciężkie maszyny drogowe. Budowniczy dróg zorientowali się, że uczelnia nie uprawia na pobliskim polu żadnych ciekawych roślin ani nie hoduje miłych zwierzątek. Ostatecznie protest miejscowej grupy poparcia ochrony zdrowia (Solutions to Issues of Concern to Knoxvillans – w skrócie S.I.C.K.) zakończył się szybko i prosto dzięki wysokiemu ogrodzeniu okalającemu farmę Bassa. Kolejne, dużo poważniejsze problemy spotkały projekt amerykańskiego antropologa w 1994 roku i później. Po tym, jak wyciekły do mediów fragmenty dokumentacji jednego z badań procesu powstawania tłuszczowosku pojawiającego się na topielcach, a także po tym, ujawniono, że na trupią farmę trafiają zwłoki weteranów wojennych (lekarze sądowi przekazywali ciała bezdomnych ludzi, których przeszłości nie badano), protesty wielu grup obywatelskich, w tym przedstawiciela organizacji kombatantów stanu Tennessee doprowadziły do powstania projektu ustawy, która uniemożliwiałaby przekazywanie ciał zmarłych do obiektów badawczych w rodzaju trupiej farmy. Na szczęście dla Bassa i rozwoju kryminalistyki, amerykański senat odrzucił ustawę. W książce nie są odnotowane jakiekolwiek późniejsze protesty.

Ciała, po które nikt się nie zgłosił, trafiały na trupią farmę w różnych porach roku. Ponoć obecnie donatorów jest więcej niż ośrodek jest w stanie przyjąć – swoje ciała po śmierci pragną przekazać najczęściej nauczyciele i pracownicy służby zdrowia (na podstawie: http://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/trupia-farma-ciala-po-prostu-sie-tam-rozkladaja,204271.html).

Naukowcy mogli opisywać, w jaki sposób ludzkie ciało rozkłada się w różnych warunkach pogodowych. Niektórzy skupiali się na analizie robactwa żerującego na gnijącym mięsie (co bardzo się przydało nie tylko w ustalaniu czasu zgonu ofiar morderstw i zabójstw, ale również przyczyn), inni na składzie gleby, w której spoczywały zwłoki, inni – na śladach, jakie różne rodzaje narzędzi zbrodni zostawiają na kościach. Zespół Bassa przyczynił się do znacznego rozwoju w dziedzinie antropologii sądowej – starano się badać wszelkie możliwe sytuacje, w których ciało i szkielet człowieka może ulec zniszczeniu. Obecnie w Stanach Zjednoczonych prowadzi się kilka trupich farm, działających w podobny sposób, co pierwsze laboratorium rozkładu. 

Chociaż narracja jest utrzymana w tonie głębokiej wiary w możliwości nauki i poprawność wyników badań, jakie może dawać np. mierzenie poszczególnych kości szkieletu, Bass unika stwierdzenia, że antropolog sądowy może na podstawie badania szczątków ocenić ze stuprocentową pewnością, jakiej płci była ofiara czy w jakim wieku zmarła. 

Czy w Polsce projekt trupiej farmy byłby możliwy? Opowiada o tym antropolog sądowy, Andrzej Czubak, przybliżając też nieco badania nad rozkładem ciał w Europie: wywiad tutaj.


Książkę Bassa i Jeffersona, autorka kolejnej pozycji opisywanej w tej recenzji, Mary Roach opisała tak: „Chyba jest ze mną coś nie tak, ale lektura tej książki naprawdę sprawiła mi dużą przyjemność”. Zapewne podobną do tej, jaka towarzyszy jedzeniu sera śmierdzącego trupem?

Jak zauważa anglojęzyczna Wikipedia, autorka Sztywniaka nie posiada stopnia naukowego, natomiast przedstawia „pewne idee” w sposób zrozumiały dla przeciętnego czytelnika. Z całą pewnością jej książka nie znalazłaby się w znakomitej serii popularnonaukowej wydawnictwa „Prószyński i spółka”. Natomiast pojawiła się na rynku czytelniczym, dla spodziewanego zysku wydawnictwa – najważniejsze są nośne tematy: seks, śmierć i pieniądz, które to Mary Roach prezentuje „naukowo”. Tytuły są niczym z poradnika marketingu: „wybierz jedno słowo, które zapamięta twój czytelnik jako hasło przewodnie” – jednosylabowe „Stiff”, „Gulp”, Bonk”, potoczne i dosadne.


Po książkę Roach sięgałam z dużą rezerwą, ale też ze świadomością, że nie znajdę finezji i błyskotliwości Natalie Angier, w jednej z najlepiej napisanych książek popularnonaukowych jakie zdarzyło mi się czytać: Kanon. Wyprawa galopem przez piękne podstawy nauki (przeł. Paweł Strzelecki, Monika Betley, Prószyński i Spółka, Warszawa 2008). Styl Mary Roach to amerykański pragmatyzm, ciekawość świata laiczki hojnie szafującej bon motami czarnego humoru.

W Sztywniaku Roach zajmuje się kwestią losu zwłok. Poznajemy głównie sytuację w Stanach Zjednoczonych, z całą specyfiką tego kraju, choć Roach udaje się również na podróż do Chin i Szwecji, by zbadać interesujące ją przypadki wyjątkowego traktowania zwłok. Oczywiście nie są to żadne „wyprawy naukowe”, raczej – wycieczki dociekliwej dziennikarki. 

Bezpośredni styl i subiektywne komentarze mogą przeszkadzać w lekturze, czasem denerwują, ale na pewno tematy przedstawione przez Roach zachęcają do przemyśleń. Książka nie jest napisana w duchu światłego modernizmu, który kagankiem oświaty z reflektora oślepia ignorantów i maluczkich, raczej – namawia do konfrontacji ze śmiercią i tym, jak współczesne technologie przekształcają tradycyjną ceremonię pogrzebową w akcję „pomysł na trupa”.

Przy okazji Roach ujawnia swoją hipokryzję, ponieważ deklaruje, że sama nie zdobyła się na taką autorefleksję. Widać wyraźnie po jej komentarzach, że trudno przychodzi jej zająć określone stanowisko wobec poznawanych metod pochówku i wykorzystania donacji ciał do celów naukowych.

Zamiast postulatów i deklaracji dostajemy możliwość śledzenia bardzo szczerze przedstawionego procesu rozpatrywania różnych argumentów za i przeciw każdej opcji. Roach powtarza przez całą książkę, że zwłoki, które zostają, nie mają nic wspólnego z żywą osobą, która była nam bliska. Jeśli wierzyć autorce, jest jej wszystko jedno, co się z nią stanie po śmierci, jednak umieszczone w książce komentarze i opisy rozterek świadczą o czymś przeciwnym. Najpierw Roach deklaruje, jakoby pragnęła, by jej ciało powędrowało do jakiegoś ośrodka, w którym zrobią z niej piękny szkielet do ćwiczeń anatomicznych. Okazuje się jednak, że najbliższy ośrodek, który się tym zajmuje, znajduje się w Meksyku, a poza tym raczej przygotowują tam pojedyncze kości, nie składają całych szkieletów – zatem autorka rezygnuje z przeistoczenia się w pomoc naukową. Dowiaduje się przy okazji, że to anachroniczne, ponieważ aktualnie używa się raczej plastikowych modeli szkieletów ludzkich. Później Roach myśli o tym, że fajnie byłoby oddać mózg Fundacji Harvarda... niestety okazuje się, że bynajmniej nie spocząłby w żadnym ładnym słoju, oświetlony lampką dającą przyjemne światło (żegnaj nadziejo na zostanie gwiazdą odcinka Futuramy). 

Badacze kroją darowane im mózgi na plasterki i konserwują. To już niestety nie podoba się autorce. Cała książka jest nieustającą konfrontacją emocjonalną i intelektualną ze sposobami utylizacji ciał zmarłych – przy czym autorka nieustannie dodaje komentarze w stylu: „Tak, to jest super, ale wiecie, zobaczyłam to na własne oczy i eee…, no nie wiem, może wy, ale ja to chyba nie…”. 

Na szczęście Roach oszczędza czytelnikom powtórki z rozrywki z książek o zbliżonej tematyce, inaczej lektura byłaby nieznośna. Czytając niektóre rozdziały o wykorzystaniu ludzkich zwłok do eksperymentów badających obrażenia, jakie człowiek może odnieść w wypadkach lotniczych, samochodowych, czy od postrzału amunicją różnego kalibru, natrafiłam na bulwersujące opisy zastępowania ludzkich truposzy zwierzętami. I to jest w tej książce szokujące – ilość zwierzęcych istnień wykorzystanych w sadystycznych eksperymentach jest niebywała. Roach rzadko kiedy komentuje ten fakt, choć czasem pisze, że to świadczy o okrucieństwie naukowca, jednak nie zajmuje się tym szerzej.

Autorka prezentuje zarazem niebywałą hipokryzję przemysłu zbrojeniowego, w którym testerzy różnych rodzajów pocisków wzbraniają się przed strzelaniem do zwłok, gdyż to przecież nieetyczne. Więcej na ten temat niżej.

Najciekawsze fragmenty książki dotyczą różnych opcji pochówku. W Polsce, w której dominuje tradycyjny pochówek w trumnie umieszczanej w ziemi, z pogrzebem pełnym kwiatów i miejscem na cmentarzu wykupionym na wiele dziesiątek lat, w kraju, gdzie nawet kremacja robi wrażenie szczególnie złośliwej wobec wierzącej rodziny ateistycznej ostentacji, a którą KK skomplikował, wprowadzając dodatkowe przepisy, które na pewno spodobały się producentom trumien, rodzinom zmarłych pragnących kremacji, niekoniecznie, jakiekolwiek inne opcje pochówku wydają się ekstrawagancją z innej planety. Informacje o nich pojawiają się jako ciekawostki, choć jestem pewna, że niemała liczba osób w Polsce chciałaby skorzystać z alternatywnych opcji.

A są one związane głównie z ekologią. Parę lat temu do polskiej prasy przedostały się wieści o niemieckim cmentarzu, na którym zamiast nagrobków sadzono drzewa, do których przyczepiano informację o imieniu zmarłej osoby. Zwłoki służyły jako nawóz dla drzewa – ten pomysł uważam za genialną alternatywę dla ohydnych nagrobków kosztujących krocie i pochłaniających dalsze sumy na ich czyszczenie i konserwację (o czasie i siłach fizycznych  potrzebnych na te zabiegi nie wspominając).

Zresztą prace porządkowe na cmentarzach w Polsce to osobny temat. Nie ma w zwyczaju społecznego przepracowywania tematu śmierci, procesu umierania, ale nagrobek musi być czysty, kwiaty w świeżej wodzie, znicz zapalony, choćby cmentarz był położony niezmiernie daleko i trzeba było tam jechać z narażeniem zdrowia i życia. Pielgrzymujący po całej Polsce z okazji święta zmarłych, często uznają ten czas za dodatkowy przymus rodzinnych spotkań, wydatek na podróż i ozdoby grobu, które służą jedynie pomnożeniu kiczu cmentarnego.

Mary Roach pisze o dwóch sposobach pochówku, o których nigdy wcześniej nie słyszałam (wyłączając pomysłowe sposoby pozbycia się zwłok przez morderców) – „liofilizowanie” zwłok w warniku, czyli upłynnianie zwłok w kadzi z ługiem, po którym pozostaje tylko drobna część kruchych kości „na pamiątkę”. Metoda szybka, dosyć tania, ekologiczna (ług niszczy toksyny, które mogłyby się przedostać do gleby), niemniej jednak ciężko byłoby ją sprzedać, bowiem może się jawić jako zbyt bezceremonialne pozbywanie się ciała. Druga metoda to przerabianie zwłok na kompost, poprzez zamrożenie ciała w ciekłym azocie, a następnie rozbicie i dehydratyzację. Powstały kompost można wykorzystać we własnym ogródku. 

Roach przybliża problematykę komunikacji obu sposobów pochówku potencjalnym przyszłym klientom nowych usług. Przy okazji nie może nadziwić się szwedzkiej mentalności, pragmatycznej, oszczędnej, wyważonej. Nie da się też nie zauważyć innego aspektu – alternatywne metody pochówku są nieznane również dzięki firmom pogrzebowym, które nie chcą stracić zarobku. Koszty pogrzebu są bardzo wysokie nie tylko w Polsce, ale również w Europie i USA – nic dziwnego, że chciwość przemysłu funeralnego w połączeniu z rosnącą świadomością ekologiczną przyczynia się do wzrostu zainteresowania ekologicznym pochówkiem.

Dwa pierwsze rozdziały książki skupiają się wyraźnie na różnych aspektach „losów” zwłok ofiarowywanych uczelniom medycznym. Wątpliwości autorki budzą opcje wykorzystywania ciał – donatorzy zazwyczaj wyobrażają sobie, że przysłużą się jako pomoc edukacyjna dla studentów medycyny (np. przy sekcjach), tymczasem zdarza się, że ciała te stają się raczej obiektem ćwiczeń na kursach doszkalających chirurgów plastycznych. Roach wskazuje również na zmianę wrażliwości w samym środowisku medycznym w odniesieniu do zwłok przekazywanych podczas donacji.

Z zaskoczeniem dowiedziałam się np. o nabożeństwie bezimiennych zwłok trafiających na trupią farmę, czy o obowiązkowym kursie, na którym studenci amerykańskich uczelni medycznych mogą wymieniać między sobą i uczyć się rozmawiać, o emocjach i szacunku, które pojawiają się podczas pracy nad czyimś ciałem. Roach skomentowała w swoim bezceremonialnym stylu: „Na USCF studenci patomorfologii muszą zaliczyć kurs wstępny prowadzony przez studentów z poprzedniego roku, którzy opowiadają o tym, jak pracowali ze zwłokami i jak się przy tym czuli. Z reguły dużo miejsca poświęca się tam na kwestie szacunku i wdzięczności. Po tym, co słyszałam, sądzę, że po zaliczeniu takiego kursu trudno byłoby beztrosko wtykać papierosy w usta zwłok albo bawić się wyciągniętymi jelitami jak skakanką” (s. 24). Czy: „Jak powiedział mi były instruktor z pracowni anatomicznej: »Proceder wynoszenia do domów głów w wiadrach definitywnie się zakończył«” (s. 25).

W książce jest również rozdział o opisywanej wyżej trupiej farmie, na której bada się proces rozkładu zwłok. Te partie będą zapewne szczególnie interesujące dla osób zainteresowanych technikami kryminalistycznymi. Autorka asystuje również balsamistom przy pracy. Proces balsamowania zwłok jest już coraz popularniejszy w Polsce, choć nadal jest stosunkowo niewielu wykwalifikowanych balsamistów. Zaskakuje powszechność pogrzebu z otwartą trumną w USA. Roach na samym początku książki, opisując pogrzeb swojej mamy, pisze, że uważała to za niepotrzebne i dodatkowe oszustwo:

„Otwieranie trumny podczas zwykłego pogrzebu to stosunkowo nowy obyczaj – liczy sobie około stu pięćdziesięciu lat. Zdaniem Macka ma on służyć kilku celom, poza oczywiście tym, co ludzie z branży nazywają »zdjęciem pamiątkowym«. Mianowicie upewnia rodzinę, że jeden z jej członków jest zdecydowanie martwy i nie będzie pogrzebany żywcem, a po drugie, że ciało w trumnie to rzeczywiście jeden z nich, a nie byle sztywniak, który leżał obok niego w kostnicy” (s. 53). Poznajemy też krótką wersję balsamowania w USA. „Chodzi o to, że cokolwiek zrobisz ze swoim ciałem po śmierci, i tak nie będzie ono szczególnie pociągające. Jeśli myślisz o darowiźnie na rzecz nauki, obrazki z sekcji czy ćwiartowania nie powinny cię zniechęcać. Moim zdaniem, nie są ani bardziej, ani mniej makabryczne niż zwykłe gnicie albo zszywanie szczęk przez nozdrza na pogrzebową prezentację” (s. 57).

Część II i informacje bibliograficzne tu.