sobota, 7 marca 2015

Jeffrey Eugenides, „Middlesex”





Choć – przyznam – nie czytałam najsłynniejszych Samobójczyń tudzież Przekleństw niewinności (1993) Jeffreya Eugenidesa, a Intryga małżeńska (2011) nie przekonała mnie do tego autora, bardzo zależało mi na lekturze Middlesex (2002). Podstawowym powodem była słaba obecność tematyki interpłciowości w beletrystyce nawet współczesnej. Nie oczekuję, że ktoś – choćby i laureat Pulitzera – ujmie ją lepiej, aniżeli Andrzej Czcibor-Piotrowski, zdziwiła mnie wszelako nikła recepcja powieści w działach typu „kultura i sztuka” na portalach i stronach poświęconych nienormatywnościom płciowym i seksualnym, dla prostszego rachunku akronimizowanych jako LGBT. Zaiste, w standardowym skrótowcu brakuje literki „i”, z kolei utytułowana profesorka opiniująca mój artykuł o wspomnianej trylogii Czcibora-Piotrowskiego w swojej recenzji pomyliła interseksulaność z transseksualnością. Najwyraźniej to tematyka wymagająca „poszerzania świadomości”.

Odniosłam wrażenie, że taki właśnie cel przyświecał Eugenidesowi. Ważnym bohaterem Intrygi małżeńskiej uczynił młodego mężczyznę z chorobą dwubiegunową. Narrator Middlesex natomiast jest nie tylko interpłciowy. Zidentyfikowany po narodzinach jako dziewczynka Cal jest słynnym, „fascynującym” (s. 487) przypadkiem.

Podjęłam lekturę z nastawieniem na narrację skupioną na życiu postaci o niedostosowanym do płciowego binaryzmu ciele, w aspektach świadomościowych, krytycznych w obszarze społecznej (i być może medycznej) przemocy, niewykluczone, że też fizjologicznych jeśli nie stricte seksualnych. Przypomnę, Czcibor-Piotrowski przygotował mnie do takich roszczeń, a osoby ujęte przede wszystkim poetycką mityzacją „problemu” dwoistości cielesnej i doświadczeń Drzejka–Uty zapewniam, że ta konwencja wystarcza za całą standardowo i aktywistycznie pojętą krytykę polityczną, choćby dlatego, że raj zaistniał w piekle (II wojna światowa), a jego kres stanowiło autorytarne znormalizowanie, zmaskulinizowanie Drzejka w sercu imperium, nad którym w owym czasie słońce już zachodziło… co wszelako nie zburzyło imperialnych roszczeń do dyskursywnego dyktatu (co w tym miejscu znaczy głównie hegemonie angielszczyzny a nie to, że np. w obrębie anglofońskiego dyskursu politycznego nie rodzą się cenne idee).

W konfrontacji z wybitną prozą Andrzeja Czcibora-Piotrowskiego Jeffrey Eugenides oddaje pola. Często słyszy się, że polszczyzna nie umie sprostać destabilizacjom genderowym na poziomie gramatycznym (czy językowi erotyki, o czym wspomina Sławomira Raczyńska w swojej przygotowywanej do publikacji recenzji W powietrzu Ingi Iwasiów). W mojej opinii wiele rozgrywa się na poziomie translacji (skądinąd praca wykonana przez Witolda Kurylaka zdaje mi się stosunkowo nieproblematyczna). Piszący po polsku Czcibor-Piotrowski poradził sobie znakomicie, inwencyjnie, a moim ulubionym przykładem są słowa, które zacytowałam w tytule przywołanego wyżej artykułu: „Przypatruję mu się z daleka, tak jakbym przyglądała się sobie, kiedy byłam chłopcem”. Cóż zaś z Eugenidesem? Niezależnie od anglojęzycznego kontekstu polski efekt jest frapujący: główny bohater nie został umiejscowiony w języku pozapłciowym (a raczej poza związanymi z płcią dualizmami) – jest interpłciowym mężczyzną, i mentalnie, zgodnie z deklaracjami, i wizerunkowo (elegancja strojów, wypracowane umięśnienie).

Kim jest Cal? Wiemy, że wybrał służbę w dyplomacji jako swą ścieżkę zawodową: „stale się przenoszę. Za rok lub dwa wyjadę […] objąć stanowisko w innym miejscu” (s. 130). W okresie, w którym snuje swoje wspomnienia, pracuje w Berlinie. Niemiecka stolica jest tu metaforą złączenia podzielonego, zarazem praca bohatera zbliża go do Orlanda–Orlandy, postaci uprzywilejowanej społecznie, kanonicznej figury nie tylko nienormatywności, ale też wolności i niezależności.

W Intrydze małżeńskiej Eugenides niejako połączył dwa koncepty: konwencję campus novel (szczególną popularnością cieszyła się rekapitulacja następstwa paradygmatów humanistyki jako zmian mód intelektualnych odwołujących się do snobizmu i owczego pędu raczej aniżeli do woli mozolnej eksploracji określonego pola wiedzy) i case study: w powieści ważną rolę odgrywa Leonard zmagający się z chorobą dwubiegunową. Krytykę tych partii Intrygi przeprowadził Ray Grant, lecz ja to połączenie przywołuję gwoli analogii. Middlesex to nie tylko uświadamiająca narracja o interpłciowości.

Aby dojść do owego tematu, trzeba dać się wciągnąć w epopeję (takie słowa pada w jednej z recenzji umieszczonych z tyłu okładki) o kilku pokoleniach greckiej rodziny Stephanidesów: Desdemony i Eleutheriosa zwanego Leftym, Miltona i Tessie, Zoe i Sourmeliny. Kazirodcze małżeństwo babki i dziadka głównego bohatera ukazane jest jako mogące mieć łączność z ujawnieniem się w osobie Callie mutacji chromosomalnej (niedoboru 5α-reduktazy) zgodnie z grecką spuścizną mitologiczną bowiem z incestu biorą się „potwory”. 

Hołdowanie tradycji „starego kraju” ukazane jest na samym początku, w epizodzie opisującym dysputy rodziców dotyczące preferencji co do płci przyszłego dziecka i przepowiadania tejże przez babkę. Porażka (?) jej narzędzia – łyżeczki–wahadełka – jest skonfrontowana ze wspomaganymi specjalistycznym termometrem i szerzej, autorytetem „nauki” zastosowanymi wcześniej zabiegami, by w odpowiednim momencie począć chłopca.

Cal opowiada o swojej mutacji jako sięgającej w znacznie głębszą przeszłość, jednak zdarzeniem fundującym jego rodzinę jest wymuszona wojenną katastrofą emigracja rodzeństwa dziadków do USA (przy okazji przypomnę, iż konflikt grecko–turecki jest tyleż aktualny, co niezauważany). Emigracja ta umożliwiła Desdemonie i Lefty’emu legalizację ich związku.

Przejście przez procedury na Ellis Island, pomoc ze strony kuzynki Sourmeliny i jej wyswatanego na odległość męża, osiedlenie się w Detroit, podjęcie – na krótko – pracy w fabryce Forda, prohibicja i przemyt alkoholu, realia wielkiego kryzysu, segregacji rasowej (notabene europejscy południowcy byli „biali”… współcześnie, jak przypuszczam, identyfikowani byliby raczej jako POC), uruchomienie własnego biznesu gastronomicznego, powiększanie się rodziny, druga wojna światowa, zamieszki na tle rasistowskim, rewolty socjokulturowe lat 1960… 

Niektóre z tych zdarzeń i życiowych okoliczności zostały szeroko wyeksploatowane przez autora, inne niekoniecznie. Posłużyły jednak wszystkie za tło i pretekst dla prezentacji postaw członków i członkiń rodziny Stephanidesów. Zmieniający modele cadillaców Milton, ujawniająca po owdowieniu swoją w młodości „zdyscyplinowaną” lesbijskość ciotka Sourmelina (kobieta została zmuszona przez rodzinę do małżeństwa, por. s. 107), przyjmujący światopogląd republikańsko-konserwatywny Milton, buntujący się przeciw tym wartościom jego (starszy) syn Jonasz, czy wreszcie Cal, który trafia do kontrkulturowego San Francisco… Warto poświęcić kilka słów temu, co miało miejsce przed tą podróżą.

Główny bohater, którego genitaliom przez szereg lat nikt poza nim samym się nie przyglądał, funkcjonował jako Calliope. Martwił się swoim opóźniającym się dojrzewaniem, np. brakiem piersi, symulował menstruację, ale identyfikował się żeńsko, nie męsko. Chodził do ekskluzywnej – zdaje się, że nieco „ponad stan” – szkoły żeńskiej, zgodnie ze stereotypem ocieniającym działalność takich placówek – założonej przez lesbijki, których relacja była tajemnicą Poliszynela. W szkole Callie nawiązała intensywną przyjaźń z dziewczyn(k)ą ukrytą pod mianem Mrocznego Przedmiotu (oryg. obscure, rzecz jasna), zakochała się w niej. We wspomnieniach wyjazdu dwóch uczennic do domku letniskowego znajdujemy wyjątkowo udaną scenę erotyczną. Odbywa się inicjacja seksualna: Callie jest z Jeromem, bratem swojej przyjaciółki, przyjaciółka jest z innym młodym chłopcem, Rexem. Wyjątkowość tych akapitów osadza się nie na tym, co można zrekapitulować. „Po raz pierwszy pijany, po raz pierwszy naćpany” (s. 435) Cal miał poczucie wstępowania w ciało Rexa i uprawiania (współuprawiania?) wymarzonego seksu z Mrocznym Przedmiotem, jednocześnie z uleganiem Jerome'owi we własnym ciele. Tak, za pomocą streszczenia trudno dowieść, że pomysł Eugenidesa jest przekonujący – a jest. Odurzenie Callie sprzyja uwiarygodnieniu takich odczuć. Na fizyczną rzeczywistość nakładają się natomiast niemożliwość sprawczości fallicznej, i z powodów anatomicznych, i w okolicznościach, w których odbywa się nieporadny nastolacki seks, seksualnym niedoświadczeniem, a także obawa przed odkryciem niewinnych, właściwie dziewczyńskich sztuczek typu: wypychanie stanika. (Dodajmy, że Jerome jest zainteresowany Callie jako dziewczyną; w Middlesex nie dochodzi do niczego podobnego do pamiętnej „gejowskiej” sekwencji z filmu XXY). Zawstydzenie cielesnością to typowy składnik nastolackiego poczucia płciowości. Eugenides nie kończy sceny transgresywnego, dwoistego przeżycia optymistycznie. Miast satysfakcji pojawia się strach. Callie we wzroku „patrzącego [...] z góry” Jerome'a dostrzega świadomość, wiedzę, „że nie jestem dziewczyną, tylko czymś pośrednim” (s. 436). Strach nieuzasadniony: „Możesz w to wierzyć czytelniku lub nie – on niczego nie zauważył” (s. 437). Moment upokorzenia odmieńca jest jednak nieunikniony w takiej narracji. Następuje wiele miesięcy później, w parku, w którym cieszący się męskim passingiem, stosunkowo krótko po zmianie wizerunku (np. stroju, fryzury) Cal został napadnięty. 

Zaczyna przeszukiwać moje kieszenie […] wypada moja legitymacja szkolna […].
A to co? Twoja dziewczyna? […] twoja dziewczyna lubi ciągnąć druta, co? Mogę się założyć, że tak – podnosi legitymację. […]
Chuda suka – przenosi wzrok ze zdjęcia na mnie i nagle wyraz jego twarzy zmienia się.
To jest dupa! […] To jest ona! On jest nią! […]
Coś przed nami ukrywasz? No? Masz cos ciekawego schowanego w portkach? […]
Jezu Chryste!
Co!
Kurwa mać!
Co jest?
To jakiś pierdolony odmieniec!
Co?
Zaraz się porzygam. Popatrz! (s. 546-547).

Mimo dosadności opis rozczarowuje sztampowością. Epicki rozmach rodzinnej sagi zdaje się kamuflować fakt, iż samo ujmowanie interpłciowości oparte jest na neofickim zapale, by nieść kaganek oświaty. Wszystko musi zostać ściśle dopowiedziane. Znajdujemy zatem  po pierwsze pouczenie medyczne, dotyczące trybów „rozpoznawania” płci noworodka (s. 473), oraz szczegółową relację z kontaktów Callie z doktorem Lucem zajmującym się na co dzień transpłciowością. Oglądanie ciała, odpodmiotowienie, ale też wymuszanie zwierzeń wysłuchiwanych pod kątem tezy, o ile nie pod kątem kariery badacza jakże obiecującego cause célèbre, to również zapis typowej przemocy nie tylko symbolicznej, lecz też fizycznej. Zapis ów ma uwrażliwiać, przekonywać o ogromie niesprawiedliwości, jaka spotyka człowieka li tylko z powodu nienormatywnej anatomii. „Bez żadnego polecenia, podniosłem nogi i włożyłem pięty w ginekologiczne uchwyty. W pokoju zapanowała złowieszcza cisza. Trzech doktorów podeszło do stołu […]. Pochylili się nade mną, badając mnie […]. Luce, w gumowych rękawiczkach, robił swoje” (s. 486). 

Po drugie, Eugenides poucza nas w sferze socjokulturowej, każąc drugoplanowym bohaterom wygłaszać kwestie o platońskiej koncepcji hermafrodytyzmu, o szczególnej roli osób niebinarnych w pozaanglosaskich formacjach kulturowych. „To prawda, że w niektórych kulturach traktowano nas jak wybryki natury […]. Ale w innych jest zupełnie przeciwnie. U Indian Nawaho istnieje odrębna kategoria osób, zwanych berdache. Berdache to osoba, która przyjmuje inna płeć niż biologiczna. Pamiętaj, Cal, że należy rozróżnić płeć biologiczną od płci kulturowej” (s. 561).

Charakterystycznym elementem jest też doznawanie autofobii, co jest z mojej strony neologizmem ukutym w analogii do „autohomofobii”, a dającym wspólny mianownik innym formom uprzedzeń kierowanych przez jednostkę ku grupie, do której sama przynależy (bądź do której jest niezależnie od swojej preferencji przypisywana) i zaczyna sobie z tego zdawać sprawę. Cal zatem jest autointerfobiczny. Warto przeanalizować ów fakt. Wpierw mamy do czynienia z wyeksploatowanym literacko – podobnie, jak wskazane powyżej stereotypowe „obowiązkowe punkty programu” – doświadczeniem poszukiwania samowiedzy w książkach. „Nigdy jeszcze nie widziałem tak wielkiego leksykonu. […] Wyglądał na bardzo stary, średniowieczny” (s. 496). Za encyklopedycznymi „hiperlinkami” postępując, Cal poznaje znaczenia słów hypospadiasis, eunuch i hermafrodyta. To ostatnie odsyła go do hasła potwór. „I w tym miejscu się zatrzymałem. Podniosłem głowę, aby sprawdzić, czy ktoś mnie nie widzi. […] Paraliżował mnie strach. […] Było tam napisane: potwór, czarno na białym, w zniszczonym leksykonie w wielkiej bibliotece miejskiej. Czcigodna stara […] księga zawierająca zebrana wiedzę przeszłości, a jednocześnie dostarczająca dowodów o współczesnych warunkach społecznych. […] Potwór. Tym właśnie byłem” (s. 496-497) – czytamy o reakcji nastolatka. Z małym wyjątkiem, o którym poniżej, fobicznego nastawienia nie zmieni upływ czasu ani wzrost świadomości. 

„Legendarne” San Francisco, do którego uciekł przerażony perspektywą operacji na genitaliach  i rozgoryczony swoim statusem jednostki podporządkowanej ustaleniom lekarzy „od ciała i ducha” Cal, oznacza dlań najpierw doświadczenie bezdomności (znów sztampa: koczowanie w parku), później ukrycie w lokalu oferującym pokazy erotyczne. Użyte określenie ma nakierować nas ku kolejnemu wątkowi i w sensie fabularnym, i koncepcyjnym. Ukrycie przed rodziną – w której za sprawą tego kryzysu dochodzi do bardzo dramatycznych zdarzeń – a może przed „całym światem”, jest też paradoksalnie czasem odkrycia, prawdopodobnie bardziej drastycznego, aniżeli w przypadku przywołanej wyżej napaści, wiążącego się z innego rodzaju przemocą. Cal stał się atrakcją freak show. Owszem, mówimy o latach 1970., zatem uściślijmy: w klubie erotycznym „Sześć na Dziewięć”. Nazwa w łatwy sposób odnosi się do pozycji, jaką można przyjmować w trakcie stosunku płciowego, ale zauważmy: Cal występował jako Hermafrodytos, istota ouroborotycznie samowystarczalna seksualnie, podważał zasadność nazwy. 

Pływał w odpowiednio przeszklonym basenie (akwarium?) pokazując się klientom odpowiednio nastrojonym po wysłuchaniu adekwatnego „mitu greckiego”. Desperacja bytowa oraz odurzenie alkoholowo-narkotyczne (potocznie rozpoznawane wymiary pracy w seks- i pornobiznesie), wraz ze swoiście rozumianym bezpieczeństwem podwodnego azylu (na bohatera można było tylko patrzeć) ułatwiało pokonywanie skrępowania, przekraczanie barier, którymi są np. pokazanie twarzy, później zaś otworzenie oczu i konfrontacja ze wzrokiem klientów, meduzowe oddanie spojrzenia („Ujrzałem wpatrzone we mnie twarze i zobaczyłem, że nie są zbulwersowane” – s. 567). Cal się przełamywał, zanikał jego „wstręt  do własnej osoby”:

To było w pewnym sensie zbawienne. Miało charakter terapeutyczny […] Uwolnione zostały urazy psychiczne, tłumione w kabinie toalety. Ustępował wstyd z powodu posiadania ciała odmiennego od innych. Hermafrodytos przestawał czuć się potworem (s. 567).

Stany te były nie tylko katalizowane przez używki, ale też dzięki przestawaniu z aktywistycznie nastawioną interpłciową przyjaciółką, przewodniczką po historii obecności interpłciowości w kulturze (co ważne, nowojorski doktor tej roli nie chciał bądź nie umiał wypełnić). Wstyd powrócił, choć z kart Middlesex nie dowiemy się, dlaczego. Pozostało mi domniemanie.

Wspomnienia urywają się w piętnastym zaledwie roku życia bohatera. Następuje ogromna fabularna luka. Jako dyplomata w wieku średnim Cal (wciąż) jest zawstydzony, odnosi do siebie piętnujące pejoratywy: „Tu, w Berlinie, mój sekret zna tylko kilka osób” (s. 131); pisze o „fizycznych kłopotach”, wycisza swe pożądanie, w sytuacjach intymnych nie rezygnując z „ostatecznego zabezpieczenia – […] obszernych, dyskretnych bokserek”. Przed spotkaniem z podobającą się mu kobietą stara się siebie przekonać, że nie grozi mu cielesna ekspozycja, której się tak boi: „To tylko pierwsza randka. Do niczego nie dojdzie” (s. 131). I zaiste nie dochodzi. To wymiar widoczności, co do aktywizmu natomiast słyszymy konwencjonalną formułkę: „mnie akurat nie interesuje polityka” (s. 130).

Pominę inne dowody schematyzmu i nieznośnego dydaktyzmu w narracji Eugenidesa. Wzmiankowałam już dwukrotnie pracę Cala. Rozumieć należy, że jego genitalia nigdy nie zostały zoperowane, co jednak ze statusem formalnym? To, co jest wpisane w Stephanidesowy paszport, jest istotne ze względu na olbrzymią wagę zmiany dokumentów bądź postulatu posługiwania się transkartą przez osoby transpłciowe będące przed lub w trakcie tranzycji (korekty). 

Świat Middlesex obfituje w podobnego rodzaju niedociągnięcia w swej konstrukcji. Nie „puste miejsca”, które mogą być zapełnione w toku uważnej lektury, tylko detale pominięte na rzecz np. mityzacji czy rozbudowy panoramy życia rodzinnego Stephanidesów. Zapowiada to zresztą tytuł, toporny toponim: Middlesex jest nazwą miejsca zamieszkania (dlatego też w polskiej translacji słowo to pozostało nieprzetłumaczone), tylko odruchowo kojarzącą się ze środkową (czyli niepewną, niezbinaryzowaną, niedookreślona, „trzecią”) płcią. 


Zastanówmy się jednak, skąd u dorosłego Cala wstyd. Warto pamiętać, że snuje on swoją narrację z perspektywy wiedzy o inceście Lefty’ego i Desdemony. Jedynie jego nieświadomy, choć rozumiejący już swoją interpłciową kondycję, czyli w czasie występowania w basenie klubu „Sześć na Dziewięć”, potrafił przezwyciężać skrępowanie swoją cielesnością czy – jak w zacytowanym sformułowaniu – wstręt. Świadomy skazy swego pochodzenia, fundującego jego rodzinę grzechu, zaczął (znów) odczuwać wstyd, niczym w Księdze Rodzaju. Fizyczna a-nomalia jako kara za grzechy stanowi u Eugenidesa mariaż religii chrześcijańskiej z nauką. 

Pośród przeróżnych tropów odnoszących się do hermafrodytyzmu w Middlesex zabrakło wzmianki o alchemii, w której adekwatnymi do epoki środkami naukowymi i siłami duchowymi usiłowano powołać do istnienia sztucznego doskonałego człowieka, którego natura byłaby pełna, łącząca przeciwieństwa. Coniunctio oppositorum powinno obejmować także płeć – upragniony homunkulus byłby hermafrodytą.

Co więcej, mityczne przypadki pojawiania się na świecie stworzeń o statusie pośrednim, półludzkim (z pierwiastkiem czy to boskim, czy to zwierzęcym), wiązały się z jakimś moralnym przekroczeniem, w tym często z „chorobliwym” pożądaniem, jak w przypadku Pazyfae, matki Minotaura. Dziecko inne niż wszystkie do kara za takie zachowania. 

Potencjał takich odczytań czyni książkę nie tylko pouczającą, uświadamiającą, politycznie poprawną, ale też sprawia, że jawi się ona jako opowiastka „z morałem”, której w mojej opinii daleko do artystycznej czy choćby obyczajowej prowokacji. Mimo eksplicytnego zdystansowania się wobec tej możliwości, wyzyskiwany jest motyw kary za grzechy. Przez to wymowa całości okazuje się zniechęcająco konserwatywna.







Paulina Szkudlarek



Jeffrey Eugenides, Middlesex, przeł. Witold Kurylak, Sonia Draga, Katowice 2004. Z wyjątkiem frazy z Andrzeja Czcibora-Piotrowskiego wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.


Polecam lekturę cyklu Andrzeja Czcibora-Piotrowskiego: I. Rzeczy nienasycone (W.A.B., Warszawa 1999), II. Cud w Esfahanie (W.A.B., Warszawa 2001), III. Nigdy dość. Mirakle (W.A.B., Warszawa 2011).

środa, 14 stycznia 2015

Jacek Dehnel, „Matka Makryna”


Odkąd usłyszałam, co o pracy nad powieścią powiedział Jacek Dehnel podczas krakowskiego Festiwalu Conrada w 2012 roku, nie mogłam się doczekać jej publikacji. Wydawało mi się, że wiem, czego się mogę spodziewać, jednak zostałam zaskoczona. Na ile pozytywnie? Nie w pełni, ale jestem gotowa w każdych okolicznościach Matki Makryny bronić. Debiutancka Lala (W.A.B., Warszawa 2006) była sentymentalną wizją eskapistyczną, a zarazem hołdem złożonym szczególnej kobiecie, Saturn (tu) dużo mówił o mechanizmach społecznych w duchu krytyki pewnej przemocowej formy męskości jako wielostronnie krzywdzącej i paradoksalnie obracającej się też przeciw samym sprawcom. Te dwa wątki, złożenie hołdu postaci i wysuniecie krytyki polityczno-obyczajowej, spotykają się w najnowszej książce autora, choć rzecz jasna tym razem wyzyskiwane są w zupełnie inny sposób. Co ważne, aspekt społeczny, mimo historycznego tematu i archaizującej stylizacji w Matce Makrynie jest dla mnie wręcz dominantą. Po kolei jednak!

Dehnel zajął się XIX–wieczną awanturniczką, publicznie znaną jako Makryna Mieczysławska, i „jej głosem” opowiedział dwie wersje jej (auto)biografii. Dlatego bywa – w kontekście tej powieści jako kontynuującej zblizoną strategię z Saturna – opisywany jako apokryfista.

Pierwszą z wersji autonarracji tytułowej bohaterki jest kolportowana w połowie XIX wieku, atrakcyjna dla paryskiej popowstaniowej emigracji oraz dla pewnych kręgów w Watykanie, historia męczennicy, unickiej mniszki prześladowanej przez Rosjan (polityczne i w pewnym sensie także duchowne władze zaboru) za niezłomność oporu przed przyjęciem prawosławia. Narratorka wymyśliła sobie szlacheckie pochodzenie, z genealogią jagiellońską, i utrzymywała, że była przełożoną mińskiego klasztoru bazylianek. Klasztor ów miał zostać zlikwidowany, a zakonnice zniewolone, torturowane, przymuszone do ciężkich prac, głodzone – i nieustannie, i intrygancko, i agresywnie, skłaniane do konwersji na wyznawaną przez władze, przyjmowaną przez koniunkturalistów, wersję chrześcijaństwa. W tej relacji prawosławie to nic, tylko rozpusta, gnuśność, lenistwo, opilstwo, obżarstwo, oczywiście poza tym herezja, grzeszne odstępstwo od prawdy. Obraz zwyrodnienia prawosławnych mniszek oraz straszliwych aktów przemocy, jakim za swą niezłomność płacące zdrowiem i życiem unitki były poddawane, to szczyt epatowania przesadą, od domniemanego czasu uwięzienia (7 lat), przez egzaltowany ton rzekomych wspomnień, po detale (mróz był przenajdotkliwszy, od razów wnętrzności wypłynęły bokiem, kajdany były przenajcięższe, pijaństwo sióstr prawosławnych nieustające, profanacja zwłok rzekomych towarzyszek Makryny stanowiła normę, dobroczynność przejętych dolą kobiet różnych przypadkowych ludzi najbrutalniej ukrócano, etc.).

Narratorka utrzymywała, że w końcu z dwoma innymi mniszkami uciekła z prawosławnego klasztoru – więzienia.

Równolegle Makryna zdaje nam rzeczywistą sprawę ze swoich losów. Była bezdzietna i w średnim wieku, gdy owdowiała. Mąż Rosjanin miał rangę kapitana, ale z powodu alkoholizmu para żyła w skrajnej nędzy, ponadto mężczyzna straszliwie żonę bił. Kiedy zmarł, kobieta pozostała zupełnie bez środków do życia. Zdała się na zakonną dobroczynność, z czasem zaczęła pomagać w rozdawaniu posiłków ubogim. Konflikty i oskarżenia, spowodowały zakończenie tego eldorado, i to w nieformalnej, prywatnej niewoli w domu psychopatycznego carskiego żandarma. Brutalne ataki na kobietę rzeczywiście sprawiły, że miała ona na sobie ślady męczeństwa. Innego jednak, niż twierdziła.

Podczas swego „podczepienia” pod klasztor nasłuchała się relacji unickich zakonnic wypędzonych z klasztorów. Przyjęła tożsamość takiej osoby. Realne represje nie były oczywiście tak drastyczne jak te, o których potem konfabulowała. Wpierw wędrowała z tymi opowieściami po zaborze rosyjskim, często po dworach, a w momencie, gdy tu i tam podważano jej świadectwa, przedsięwzięła ucieczkę na zachód. Zawędrowała do Poznania, gdzie wiarę dały jej elity katolickie. Stamtąd wyprawiła się do Paryża.

Paryża, gdzie brylował Adam Mickiewicz, dający „bezbożne” wykłady, trzymający się z Andrzejem Towiańskim. Paryża, gdzie zaczynał wypływać Juliusz Słowacki, nazwisko którego Makryna ciągle przeinaczała, on zaś ją upamiętnił poetycko. Paryża, gdzie świadectwo niewinnej, cierpiącej niewymowne męki za swą religijną niezłomność uciekinierki z zaprzańskiego piekła znajdowało wdzięcznych słuchaczy i kolporterów wśród elit kulturalnych marzących o wybiciu się Polski na niepodległość.

Dehnel połączył więc awanturniczy życiorys odważnej kobiety z narodowymi i katolickimi fantazmatami, na których Makryna rzeczywiście wypłynęła, ale jest to nowe połączenie, przepisane przez świadomość historyczną, jaką mamy w XXI wieku.

Makryna była egzaltowana religijnie, była też jednak – posłużę się kolokwializmami – dość wygodnicka, łasa na hołdy, nieprawdopodobnie uwikłana charakterologicznie w mieszaninę pewności i niepewności siebie. Egotyczka czy narcyzka? W pewnej książce, jaką kompletnie przypadkowo rozpoczęłam bezpośrednio o Dehnelu, a której tytułu nawet nie uważam za godne odnotowania, trafiłam na może i niskie psychologizowanie o narcyzmie jako rodzaju dysocjacji, cierpieniu biorącym się z poczucia pustki powodowanego takim odcięciem od własnych uczuć, że jednostka narcystyczna kompensuje sobie pustkę wewnętrzną wrażeniami z zewnątrz. Zanik empatii i wstydu, wola wystawienia się na widok, pragnienie zainteresowania: choć to banały, kojarzące się z bohaterami reality shows czy internetowym ekshibicjonizmem, jednak zdały mi się pasować do Makryny.

Kobieta nie bez trudu starała się zapamiętywać swe kłamstwa i się w nich nie mylić... zarazem walczyła o swoje, o siebie, swoje miejsce, swój głos. To ważne, przekreślające „zarzut” narcyzmu typowego dla naszych czasów.

Podczas podróży z „Genuji” do Rzymu towarzyszący ojczyńka (ksiądz) Jełowicki opowiadał historię Makrynowego męczeństwa w kościołach w miejscach, przez które wiodła ich droga. Ona pozostawała bierna: „On rośnie, a ja się umniejszam; ja była tylko kobita, stara, brzydka (...). niema (...): ot, siedzę z boku, bo w kruchcie mnie zostawić głupio; on – mężczyzna, więc mógł być sobie każdym: i żołnierzem, i drukarzem, i księdzem, (...) i głosem, głosem donośnym moją opowieść niósł dalej, niżbym ja potrafiła” (s. 168).

W Rzymie Makryna zabiegała o powołanie swojego klasztoru (w pewnym sensie się to udało), ale i lobbuje za Polską i przeciw carowi Mikołajowi u papieża. To urocze sceny, gdy namawiała go, by ustanowił rok jubileuszowy dla (?) Polski, a on wytykał fakt, że w Polsce dozwolone są rozwody.

Zarazem „politykę” Makryny widać w momencie, gdy car odwiedził Watykan. Kobieta zainteresowana była tylko tym, by monarchę spotykały (osobiste) afronty, nie widziała w nim swojego (osobistego) krzywdziciela, i chyba nie była świadoma, jaką rangę dyplomatyczną to wszystko miało. Makryna wciągnięta została ponadto w żmudnie opisane targi, spory między frakcjami i emigrantów, i osób duchownych (tu potencjał anegdotyczny ma opis tworzenia mickiewiczowskiego legionu polskiego, np. dyskusje o wartościach: Matka Boska częstochowska czy ostrobramska?). W tych fragmentach podkreślany jest konserwatyzm bohaterki, sprzeciwiającej się uwłaszczeniu chłopów i wszelkim ideom społecznej równości.

Zainteresowanie torturowaną przez prawosławnych oprawców niezłomną mniszką malało, wreszcie zanikło. „ Zmartwychwstańcy za życia mnie pochowali (...). W niczym mnie się nie radzą, o nic nie zapytają (...) w gazetach cicho o mnie, żaden żurnalista z kulawą nogą do mojej celi się nie przyplącze” (s. 356). W narracji Dehnela kobiecie udało się utrzymać w mocy zagmatwane i przesadzone historie, unika prawdziwej demaskacji, jednak stopniowo ujawniał się fakt, iż traciła ona „społeczny kapitał zaufania”: „nie potrzebują już (...) moich opowieści (...) wiara w moją opowieść (się) skończyła – a nawet jeśli wprost mi tego nikt nie powie, to czuję to przecie” (s. 356-357).

Przewodniczyła swej małej kongregacji... do czasu jednak. Wyszło na jaw, że nie tylko nie potrafiła nią gospodarować i przewodzić, ale też stosowała wobec sióstr przemoc. „Oskarżały mnie zakonnice, że biję je czasem, że grubszym słowem obrażam (...). Krnąbrna była, to (cięgi) brała, nie przeczę, ale przecież one wszystkie jakie dzieci moje, a nie kocha kto dziecięcia, kto rózgi oszczędza (...) gdzież ich (siostrzyczek) gotowość do cierpienia, gdzie bezgraniczne zaufanie w mądrość matki przełożonej, ksieni ich umiłowanej, która jeśli bije, to bije dlatego, że miłuje, że od zła chce je wybawić, przed szatanem ocalić? Gdzie ufne przyjmowanie razów, gdzie zrozumienie, że gniew może z najsłodszego serca płynąć, że może być wybawieniem dla duszy gnuśnej, bezbożnej krnąbrnej...” (s. 355) etc. Na mnożące się i coraz wyżej docierające skargi na siebie Makryna reagowała komentarzem: „Ach, co oni wszyscy o okrucieństwach wiedzieli (...)?”( s. 356).

Przywołuję te słowa in extenso, ponieważ kwestia reprodukowania przemocy wydaje mi się w powieści kluczowa. O mężowskiej agresji wobec siebie Makryna mówiła: „Nikomu się poskarżyć, bo i kto by słuchał”. Jako instancje, z których nie otrzymałaby pomocy ani nawet życzliwego współczucia, wymienia rodziców, od których odeszła w dzieciństwie, majora będącego przełożonym męża, stójkowego, i oczywiście każącego jej nieść swój krzyż spowiednika. „Że babę mąż bije – kogo to obchodzi, komu to opowiadać i jak?” (s. 380) – pytała retorycznie.

Pozornie to „feministyczny anachronizm”, chwila ukazania łączności między pierwszą połową XIX wieku a czasami aktualnymi. Jednak to świadomość społecznej nieważności takiej bolesnej doli kobiecej jest źródłem późniejszych kłamstw Makryny: jest wysłuchiwana, ponieważ narrację o cierpieniu łączy ze sferą religii i narodu. Właśnie: w prywatnych czterech ścianach to może być co najwyżej nikogo nieobchodzące cierpienie – w klasztorze, w imię właściwej narodowi konfesji (unickiej, ergo katolickiej), awansuje do rangi męczeństwa. W tym sensie repetycje i enumeracje, jakimi charakteryzują się zawierane w rzekomych wspomnieniach skargi nie są li tylko „dłużyznami”: to litanie.

Z prawdziwego cierpienia wzięło się fikcyjne męczeństwo: Makryna inspirowała się realnymi okolicznościami, jednak dopasowała je do zmyślonych sytuacji. A do swojej samotności w obliczu mężowskiej brutalności dopisała sobie towarzyszki – współmniszki, wraz z nią prześladowane. Dehnel napisał apokryf o życiorysie apokryficznym. Wgłębił się w dzieje polistopadowe, i to jest nieszczególnie porywające. Wgłębił się też w mechanikę działania przemocy, i opisał ambiwalentną strategię osobistej ucieczki z niej. Powieści o kłamstwie bywają urocze, jak np. Baudolino Umberta Eco... podobnie jak powieści awanturnicze. Matka Makryna jest gorzka.

Nie wiem, co oferuje osobom niewybierającym takiego klucza interpretacyjnego. Prawdopodobnie Dehnel nie uniknie oskarżeń, że to tylko postmodernistyczna igraszka. Być może liczne delikatne, ale wedle mnie sugestywne kpiące wycieczki ku współczesności (Rosja, Watykan…), nie zostaną odnotowane. Ja je zauważam nie tyle jako czytelniczka paranoiczna, a jako osoba starająca się śledzić Dehnela – komentatora, osobę publiczną niebojącą się wystawiać na hejt: tu hejt bogoojczyźniany, z powodu niebogoojczyźnianości pisarza „jak na złość” prezentującego staroświecki image.

Matce Makrynie daleko do fajerwerków Saturna, ale źle byłoby gdyby autor zaczął się powtarzać.

Z rozczarowaniem odnotowałam przyznanie nagrody Paszport „Polityki” Zbigniewowi Miłoszewskiemu. Jego Gniew (W.A.B., Warszawa 2014), wychwalany na niejednych – by tak rzec – „liberalnych” łamach, ba! wychwalany w gronach feministycznych, mnie odrzucił po pierwsze, tanim dydaktyzmem, po wtóre, koniunkturalizmem, a wreszcie: zbędnym (!) epatowaniem przemocą. Ten ostatni aspekt przybliżył go w mojej opinii do Marka Krajewskiego. Rozumiem posługiwanie się konwencją, ale preferowałabym inaczej rozumianą celowość tego zabiegu. W swojej recenzji Kinga Dunin zbagatelizowała siłę powieści jako wystąpienia w sprawie przemocy wobec kobiet, przemocy w rodzinie. Uważam, że niesłusznie, szczególnie w obliczu stawiania na piedestale Miłoszewskiego. Jacek Dehnel subtelniej, bardziej pomysłowo, mądrzej, a nawet dowcipniej zadeklarował w utworze beletrystycznym swoją profeministyczną postawę, a warstwa ideologiczna nie przysłoniła artystycznej.


Paulina Szkudlarek



Jacek Dehnel, Matka Makryna, W.A.B., Warszawa 2014. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

niedziela, 14 grudnia 2014

Uroki roztaczane przez nasze zwłoki. Mary Roach, „Sztywniak”, Bill Bass i Jon Jefferson, „Trupia Farma” (cz. 1).


Fascynująca historia kultury gastronomicznej zachęca mnie do łączenia tematów pozornie odległych od siebie, by powiązać w szalonym kole paranoicznych skojarzeń niemal dowolne tematy. Zaczęło się od rozważań Piero Camporesiego o serach, w Laboratoriach zmysłów. Sery, w dawniejszych czasach (od średniowiecza i później) uważano za podejrzane przysmaki o ostrym zapachu i smaku. Kojarzono je z rozkładem ciała i obwiniano je za namnażanie się robaków w żywym organizmie, a także sprowadzanie szaleństwa i demonów. Współczesne artykuły o serach wspominają o gatunku „Stinking Bishop” (podobno zagrał w filmie Wallace i Gromit: Klątwa Królika) czy Limburgerze, do produkcji którego używa się bakterii występujących na ludzkiej skórze. Jeszcze inne przypominają woń niemytego od tygodnia ciała, amoniaku, czy rozkładających się zwłok.

 Właśnie te ostatnie pojawiają się w książce Trupia farma autorstwa Billa Bassa i Jona Jeffersona w kilku kulinarnych kontekstach. Projekt trupiej farmy jest znany każdej osobie zainteresowanej kryminałami czy kryminalistyką – mowa o ogrodzonym terenie, na którym, pod nadzorem antropologów sądowych, badany jest proces rozkładu zwłok w różnych warunkach środowiskowych. W klasycznej pracy Louis-Vincenta Thomasa Trup: od biologii do antropologii czytamy o sposobie przewożenia kości zmarłych praktykowanych przez nomadów – obgotowywali zwłoki w kotle, aż mięso odpadło od kości, które zabierano ze sobą w worku. Współczesna antropologia korzysta również z gotowania zwłok (czasem z padlinożernych owadów) w znacznym stanie rozkładu, by uzyskać oczyszczony szkielet do dalszych badań. Bill Bass, antropolog sądowy, wspomina w lekkim, anegdotycznym tonie, jak zdarzyło mu się w tym celu korzystać z domowej kuchenki do gotowania (stare dobre czasy, gdy badacze zabierali do prywatnych mieszkań szczątki ofiar morderstw i zabójstw). Morał z tego płynie (dosłownie) taki – jeśli się zagapisz i rosół na ludzkich kościach zacznie kipieć, lepiej kup nowa kuchenkę! Podobna rada towarzyszy opowieści o mieleniu kości w blenderze.

Bill Bass swoją opowieść o losach „trupiej farmy” opowiada ze swadą amerykańskiego wykładowcy, który wie, jak zrobić show. Lekki, anegdotyczny ton jest jednak pełen zapewnień o szacunku do zmarłych i zaangażowaniu w systematyzowanie wiedzy pozwalającej lepiej zbadać proces gnicia martwego ciała. Zebrane informacje przydają się w ścisłym określeniu chwili zgonu, a także mogą być pomocne podczas poszukiwań sprawców zbrodni.

Jak podaje Bill Bass, do czasów badań na „trupiej farmie”, specjaliści sądowi mogli polegać na wiedzy i doświadczeniu patologów sądowych i antropologów, którzy badali albo zwłoki z tkankami zachowanymi na tyle dobrze, że dawało się stwierdzić przyczynę zgonu, lub szkielet.

Jednak jak pokazało jego własne doświadczenie, dotychczasowa wiedza nie zawsze okazywała się pewna, gdy natrafiano na zwłoki w znacznym stanie rozkładu, co do których trudno było orzec czas śmierci. Jeśli ciało było zbyt mocno rozłożone, patolog nie był w stanie rozpoznać uszkodzeń tkanki wynikłych z urazów przedśmiertnych. Natomiast kości, pomocne w określeniu wieku, płci biologicznej czy pochodzenia etnicznego (Bill Bass stosuje określenie rasy, argumentując to istotnymi różnicami w budowie szkieletów) czy pozwalające określić tryb życia zmarłej osoby (np. na podstawie zniszczeń od ciężkiej pracy fizycznej czy aktywności obciążającej określone partie szkieletu), nie zawsze mogą podpowiedzieć, jak zmarła dana osoba, co jest bardzo istotne w postępowaniu mającym wyjaśnić, czy nie padła ofiarą morderstwa. Co prawda autorowi znana jest książka chińskiego medyka sprzed 700 lat, badającego proces rozkładu zwłok, niemniej jednak argumenty formułowane na podstawie takiej książki nie przeszłyby w sądzie.

Interesujące jest, jak zawsze, tło obyczajowe, w tym przypadku amerykańskich ośrodków uniwersyteckich w różnych stanach. Początki swojej kariery antropologa Bill Bass poświęcił na badania cmentarzysk indiańskich. Wydobyte kości najczęściej trafiały do zbiorów jednego z wielu muzeów, dopiero ustawa z 1990 roku zakazała gromadzenia przez instytucje muzealne kości rdzennych Amerykanów.

Pomysł na „trupią farmę” dojrzewał latami. Początkowo Bass planował obserwację zwłok zwierząt, jednak nie zostało to zrealizowane. Podczas pracy na uniwersytecie w Tennessee w 1981 roku zaproponował władzom uczelni eksperymentalne badania obserwacji rozkładu zwłok i otrzymał oficjalną zgodę na nie. Ciekawiło mnie, czy natrafił na jakiś opór „zwykłych obywateli”, którzy poczują się obrażeni nietypowym traktowaniem zwłok. Pierwsze protesty wybuchły niemal przez przypadek – trupia farma na początku swojej działalności nie była zbyt wyraźnie odgrodzona od otoczenia, ponadto wydział uczelni, który podarował Bassowi działkę, „zapomniał”, że posiada mniej ziemi, niż hojnie przekazał. Tak zatem, któregoś dnia antropolog ze zgrozą odkrył, że w sąsiedztwie jego unikalnego laboratorium pracują buldożery i inne ciężkie maszyny drogowe. Budowniczy dróg zorientowali się, że uczelnia nie uprawia na pobliskim polu żadnych ciekawych roślin ani nie hoduje miłych zwierzątek. Ostatecznie protest miejscowej grupy poparcia ochrony zdrowia (Solutions to Issues of Concern to Knoxvillans – w skrócie S.I.C.K.) zakończył się szybko i prosto dzięki wysokiemu ogrodzeniu okalającemu farmę Bassa. Kolejne, dużo poważniejsze problemy spotkały projekt amerykańskiego antropologa w 1994 roku i później. Po tym, jak wyciekły do mediów fragmenty dokumentacji jednego z badań procesu powstawania tłuszczowosku pojawiającego się na topielcach, a także po tym, ujawniono, że na trupią farmę trafiają zwłoki weteranów wojennych (lekarze sądowi przekazywali ciała bezdomnych ludzi, których przeszłości nie badano), protesty wielu grup obywatelskich, w tym przedstawiciela organizacji kombatantów stanu Tennessee doprowadziły do powstania projektu ustawy, która uniemożliwiałaby przekazywanie ciał zmarłych do obiektów badawczych w rodzaju trupiej farmy. Na szczęście dla Bassa i rozwoju kryminalistyki, amerykański senat odrzucił ustawę. W książce nie są odnotowane jakiekolwiek późniejsze protesty.

Ciała, po które nikt się nie zgłosił, trafiały na trupią farmę w różnych porach roku. Ponoć obecnie donatorów jest więcej niż ośrodek jest w stanie przyjąć – swoje ciała po śmierci pragną przekazać najczęściej nauczyciele i pracownicy służby zdrowia (na podstawie: http://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/trupia-farma-ciala-po-prostu-sie-tam-rozkladaja,204271.html).

Naukowcy mogli opisywać, w jaki sposób ludzkie ciało rozkłada się w różnych warunkach pogodowych. Niektórzy skupiali się na analizie robactwa żerującego na gnijącym mięsie (co bardzo się przydało nie tylko w ustalaniu czasu zgonu ofiar morderstw i zabójstw, ale również przyczyn), inni na składzie gleby, w której spoczywały zwłoki, inni – na śladach, jakie różne rodzaje narzędzi zbrodni zostawiają na kościach. Zespół Bassa przyczynił się do znacznego rozwoju w dziedzinie antropologii sądowej – starano się badać wszelkie możliwe sytuacje, w których ciało i szkielet człowieka może ulec zniszczeniu. Obecnie w Stanach Zjednoczonych prowadzi się kilka trupich farm, działających w podobny sposób, co pierwsze laboratorium rozkładu. 

Chociaż narracja jest utrzymana w tonie głębokiej wiary w możliwości nauki i poprawność wyników badań, jakie może dawać np. mierzenie poszczególnych kości szkieletu, Bass unika stwierdzenia, że antropolog sądowy może na podstawie badania szczątków ocenić ze stuprocentową pewnością, jakiej płci była ofiara czy w jakim wieku zmarła. 

Czy w Polsce projekt trupiej farmy byłby możliwy? Opowiada o tym antropolog sądowy, Andrzej Czubak, przybliżając też nieco badania nad rozkładem ciał w Europie: wywiad tutaj.


Książkę Bassa i Jeffersona, autorka kolejnej pozycji opisywanej w tej recenzji, Mary Roach opisała tak: „Chyba jest ze mną coś nie tak, ale lektura tej książki naprawdę sprawiła mi dużą przyjemność”. Zapewne podobną do tej, jaka towarzyszy jedzeniu sera śmierdzącego trupem?

Jak zauważa anglojęzyczna Wikipedia, autorka Sztywniaka nie posiada stopnia naukowego, natomiast przedstawia „pewne idee” w sposób zrozumiały dla przeciętnego czytelnika. Z całą pewnością jej książka nie znalazłaby się w znakomitej serii popularnonaukowej wydawnictwa „Prószyński i spółka”. Natomiast pojawiła się na rynku czytelniczym, dla spodziewanego zysku wydawnictwa – najważniejsze są nośne tematy: seks, śmierć i pieniądz, które to Mary Roach prezentuje „naukowo”. Tytuły są niczym z poradnika marketingu: „wybierz jedno słowo, które zapamięta twój czytelnik jako hasło przewodnie” – jednosylabowe „Stiff”, „Gulp”, Bonk”, potoczne i dosadne.


Po książkę Roach sięgałam z dużą rezerwą, ale też ze świadomością, że nie znajdę finezji i błyskotliwości Natalie Angier, w jednej z najlepiej napisanych książek popularnonaukowych jakie zdarzyło mi się czytać: Kanon. Wyprawa galopem przez piękne podstawy nauki (przeł. Paweł Strzelecki, Monika Betley, Prószyński i Spółka, Warszawa 2008). Styl Mary Roach to amerykański pragmatyzm, ciekawość świata laiczki hojnie szafującej bon motami czarnego humoru.

W Sztywniaku Roach zajmuje się kwestią losu zwłok. Poznajemy głównie sytuację w Stanach Zjednoczonych, z całą specyfiką tego kraju, choć Roach udaje się również na podróż do Chin i Szwecji, by zbadać interesujące ją przypadki wyjątkowego traktowania zwłok. Oczywiście nie są to żadne „wyprawy naukowe”, raczej – wycieczki dociekliwej dziennikarki. 

Bezpośredni styl i subiektywne komentarze mogą przeszkadzać w lekturze, czasem denerwują, ale na pewno tematy przedstawione przez Roach zachęcają do przemyśleń. Książka nie jest napisana w duchu światłego modernizmu, który kagankiem oświaty z reflektora oślepia ignorantów i maluczkich, raczej – namawia do konfrontacji ze śmiercią i tym, jak współczesne technologie przekształcają tradycyjną ceremonię pogrzebową w akcję „pomysł na trupa”.

Przy okazji Roach ujawnia swoją hipokryzję, ponieważ deklaruje, że sama nie zdobyła się na taką autorefleksję. Widać wyraźnie po jej komentarzach, że trudno przychodzi jej zająć określone stanowisko wobec poznawanych metod pochówku i wykorzystania donacji ciał do celów naukowych.

Zamiast postulatów i deklaracji dostajemy możliwość śledzenia bardzo szczerze przedstawionego procesu rozpatrywania różnych argumentów za i przeciw każdej opcji. Roach powtarza przez całą książkę, że zwłoki, które zostają, nie mają nic wspólnego z żywą osobą, która była nam bliska. Jeśli wierzyć autorce, jest jej wszystko jedno, co się z nią stanie po śmierci, jednak umieszczone w książce komentarze i opisy rozterek świadczą o czymś przeciwnym. Najpierw Roach deklaruje, jakoby pragnęła, by jej ciało powędrowało do jakiegoś ośrodka, w którym zrobią z niej piękny szkielet do ćwiczeń anatomicznych. Okazuje się jednak, że najbliższy ośrodek, który się tym zajmuje, znajduje się w Meksyku, a poza tym raczej przygotowują tam pojedyncze kości, nie składają całych szkieletów – zatem autorka rezygnuje z przeistoczenia się w pomoc naukową. Dowiaduje się przy okazji, że to anachroniczne, ponieważ aktualnie używa się raczej plastikowych modeli szkieletów ludzkich. Później Roach myśli o tym, że fajnie byłoby oddać mózg Fundacji Harvarda... niestety okazuje się, że bynajmniej nie spocząłby w żadnym ładnym słoju, oświetlony lampką dającą przyjemne światło (żegnaj nadziejo na zostanie gwiazdą odcinka Futuramy). 

Badacze kroją darowane im mózgi na plasterki i konserwują. To już niestety nie podoba się autorce. Cała książka jest nieustającą konfrontacją emocjonalną i intelektualną ze sposobami utylizacji ciał zmarłych – przy czym autorka nieustannie dodaje komentarze w stylu: „Tak, to jest super, ale wiecie, zobaczyłam to na własne oczy i eee…, no nie wiem, może wy, ale ja to chyba nie…”. 

Na szczęście Roach oszczędza czytelnikom powtórki z rozrywki z książek o zbliżonej tematyce, inaczej lektura byłaby nieznośna. Czytając niektóre rozdziały o wykorzystaniu ludzkich zwłok do eksperymentów badających obrażenia, jakie człowiek może odnieść w wypadkach lotniczych, samochodowych, czy od postrzału amunicją różnego kalibru, natrafiłam na bulwersujące opisy zastępowania ludzkich truposzy zwierzętami. I to jest w tej książce szokujące – ilość zwierzęcych istnień wykorzystanych w sadystycznych eksperymentach jest niebywała. Roach rzadko kiedy komentuje ten fakt, choć czasem pisze, że to świadczy o okrucieństwie naukowca, jednak nie zajmuje się tym szerzej.

Autorka prezentuje zarazem niebywałą hipokryzję przemysłu zbrojeniowego, w którym testerzy różnych rodzajów pocisków wzbraniają się przed strzelaniem do zwłok, gdyż to przecież nieetyczne. Więcej na ten temat niżej.

Najciekawsze fragmenty książki dotyczą różnych opcji pochówku. W Polsce, w której dominuje tradycyjny pochówek w trumnie umieszczanej w ziemi, z pogrzebem pełnym kwiatów i miejscem na cmentarzu wykupionym na wiele dziesiątek lat, w kraju, gdzie nawet kremacja robi wrażenie szczególnie złośliwej wobec wierzącej rodziny ateistycznej ostentacji, a którą KK skomplikował, wprowadzając dodatkowe przepisy, które na pewno spodobały się producentom trumien, rodzinom zmarłych pragnących kremacji, niekoniecznie, jakiekolwiek inne opcje pochówku wydają się ekstrawagancją z innej planety. Informacje o nich pojawiają się jako ciekawostki, choć jestem pewna, że niemała liczba osób w Polsce chciałaby skorzystać z alternatywnych opcji.

A są one związane głównie z ekologią. Parę lat temu do polskiej prasy przedostały się wieści o niemieckim cmentarzu, na którym zamiast nagrobków sadzono drzewa, do których przyczepiano informację o imieniu zmarłej osoby. Zwłoki służyły jako nawóz dla drzewa – ten pomysł uważam za genialną alternatywę dla ohydnych nagrobków kosztujących krocie i pochłaniających dalsze sumy na ich czyszczenie i konserwację (o czasie i siłach fizycznych  potrzebnych na te zabiegi nie wspominając).

Zresztą prace porządkowe na cmentarzach w Polsce to osobny temat. Nie ma w zwyczaju społecznego przepracowywania tematu śmierci, procesu umierania, ale nagrobek musi być czysty, kwiaty w świeżej wodzie, znicz zapalony, choćby cmentarz był położony niezmiernie daleko i trzeba było tam jechać z narażeniem zdrowia i życia. Pielgrzymujący po całej Polsce z okazji święta zmarłych, często uznają ten czas za dodatkowy przymus rodzinnych spotkań, wydatek na podróż i ozdoby grobu, które służą jedynie pomnożeniu kiczu cmentarnego.

Mary Roach pisze o dwóch sposobach pochówku, o których nigdy wcześniej nie słyszałam (wyłączając pomysłowe sposoby pozbycia się zwłok przez morderców) – „liofilizowanie” zwłok w warniku, czyli upłynnianie zwłok w kadzi z ługiem, po którym pozostaje tylko drobna część kruchych kości „na pamiątkę”. Metoda szybka, dosyć tania, ekologiczna (ług niszczy toksyny, które mogłyby się przedostać do gleby), niemniej jednak ciężko byłoby ją sprzedać, bowiem może się jawić jako zbyt bezceremonialne pozbywanie się ciała. Druga metoda to przerabianie zwłok na kompost, poprzez zamrożenie ciała w ciekłym azocie, a następnie rozbicie i dehydratyzację. Powstały kompost można wykorzystać we własnym ogródku. 

Roach przybliża problematykę komunikacji obu sposobów pochówku potencjalnym przyszłym klientom nowych usług. Przy okazji nie może nadziwić się szwedzkiej mentalności, pragmatycznej, oszczędnej, wyważonej. Nie da się też nie zauważyć innego aspektu – alternatywne metody pochówku są nieznane również dzięki firmom pogrzebowym, które nie chcą stracić zarobku. Koszty pogrzebu są bardzo wysokie nie tylko w Polsce, ale również w Europie i USA – nic dziwnego, że chciwość przemysłu funeralnego w połączeniu z rosnącą świadomością ekologiczną przyczynia się do wzrostu zainteresowania ekologicznym pochówkiem.

Dwa pierwsze rozdziały książki skupiają się wyraźnie na różnych aspektach „losów” zwłok ofiarowywanych uczelniom medycznym. Wątpliwości autorki budzą opcje wykorzystywania ciał – donatorzy zazwyczaj wyobrażają sobie, że przysłużą się jako pomoc edukacyjna dla studentów medycyny (np. przy sekcjach), tymczasem zdarza się, że ciała te stają się raczej obiektem ćwiczeń na kursach doszkalających chirurgów plastycznych. Roach wskazuje również na zmianę wrażliwości w samym środowisku medycznym w odniesieniu do zwłok przekazywanych podczas donacji.

Z zaskoczeniem dowiedziałam się np. o nabożeństwie bezimiennych zwłok trafiających na trupią farmę, czy o obowiązkowym kursie, na którym studenci amerykańskich uczelni medycznych mogą wymieniać między sobą i uczyć się rozmawiać, o emocjach i szacunku, które pojawiają się podczas pracy nad czyimś ciałem. Roach skomentowała w swoim bezceremonialnym stylu: „Na USCF studenci patomorfologii muszą zaliczyć kurs wstępny prowadzony przez studentów z poprzedniego roku, którzy opowiadają o tym, jak pracowali ze zwłokami i jak się przy tym czuli. Z reguły dużo miejsca poświęca się tam na kwestie szacunku i wdzięczności. Po tym, co słyszałam, sądzę, że po zaliczeniu takiego kursu trudno byłoby beztrosko wtykać papierosy w usta zwłok albo bawić się wyciągniętymi jelitami jak skakanką” (s. 24). Czy: „Jak powiedział mi były instruktor z pracowni anatomicznej: »Proceder wynoszenia do domów głów w wiadrach definitywnie się zakończył«” (s. 25).

W książce jest również rozdział o opisywanej wyżej trupiej farmie, na której bada się proces rozkładu zwłok. Te partie będą zapewne szczególnie interesujące dla osób zainteresowanych technikami kryminalistycznymi. Autorka asystuje również balsamistom przy pracy. Proces balsamowania zwłok jest już coraz popularniejszy w Polsce, choć nadal jest stosunkowo niewielu wykwalifikowanych balsamistów. Zaskakuje powszechność pogrzebu z otwartą trumną w USA. Roach na samym początku książki, opisując pogrzeb swojej mamy, pisze, że uważała to za niepotrzebne i dodatkowe oszustwo:

„Otwieranie trumny podczas zwykłego pogrzebu to stosunkowo nowy obyczaj – liczy sobie około stu pięćdziesięciu lat. Zdaniem Macka ma on służyć kilku celom, poza oczywiście tym, co ludzie z branży nazywają »zdjęciem pamiątkowym«. Mianowicie upewnia rodzinę, że jeden z jej członków jest zdecydowanie martwy i nie będzie pogrzebany żywcem, a po drugie, że ciało w trumnie to rzeczywiście jeden z nich, a nie byle sztywniak, który leżał obok niego w kostnicy” (s. 53). Poznajemy też krótką wersję balsamowania w USA. „Chodzi o to, że cokolwiek zrobisz ze swoim ciałem po śmierci, i tak nie będzie ono szczególnie pociągające. Jeśli myślisz o darowiźnie na rzecz nauki, obrazki z sekcji czy ćwiartowania nie powinny cię zniechęcać. Moim zdaniem, nie są ani bardziej, ani mniej makabryczne niż zwykłe gnicie albo zszywanie szczęk przez nozdrza na pogrzebową prezentację” (s. 57).

Część II i informacje bibliograficzne tu.

Uroki roztaczane przez nasze zwłoki. Mary Roach, „Sztywniak”, Bill Bass i Jon Jefferson, „Trupia Farma” (cz. 2).

Część I tu.

Jak już wspomniałam, w książce znajdziemy opis problemów związanych z mówieniem o tym, co dzieje się z ciałami donatorów po śmierci, czy o nowych sposobach pochówku. Informować ze szczegółami, czy nie? Poznajemy terminy eufemizujące pochówek, rozkład i dekompozycję ciała. 

W rozdziale „Trup idzie do wojska” poznajemy zadziwiające podejście do etyki w amerykańskiej armii. Ekspert badający działanie różnych pocisków na ludzkie ciało – w odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie używał zwłok w swoich badaniach: „Zawsze miałem takie wrażenie, że nie powinniśmy strzelać do ludzi" (s. 100). Inny ciekawy cytat: „Lowden mówił mi, że specjaliści zbrojeniowi w armii mają nawet opory przed strzelaniem do świeżo zabitych zwierząt hodowlanych. »Wielu z nich nie zrobiłoby tego. Wolą iść do sklepu i kupić kawał szynki albo przynieść świńską nogę od rzeźnika. Ale nawet wtedy wielu z nich nie publikuje swoich badań. Boją się, że to ich jakoś napiętnuje«" (s. 100). Roach zauważa też kąśliwie: „Armia dopiero ostatnio zaczęła znowu maczać palce w mętnych wodach publicznie finansowanych badań balistycznych z udziałem zwłok. Jak można się spodziewać, ich cele są jak najbardziej humanitarne” (s. 101).

Dorzućmy kilka kolejnych cytatów o eksperymentach:

„Zachowanie w tym wszystkim równowagi to zadanie niezwykle trudne i delikatne. Ostatecznie jednak wszystko sprowadza się na ogół do odpowiedniego doboru słów. Baker zauważa, że nikt nie chciałby mówić rodzinie: »Więc zrobimy tak: będziemy kroić jego oczy. Wyciągniemy je, położymy na stole, pokroimy na coraz mniejsze kawałki, a potem zdrapiemy to wszystko z blatu i wrzucimy do torby na odpady biologiczne, którą postaramy się trzymać razem z resztą, tak żebyśmy mogli później ci oddać to, co zostanie«. Brzmi to nie najlepiej. »Badania medyczne« brzmią zaś dość niejasno. »No więc mówisz na przykład coś takiego: »Jednym z wiodących działów nauki na naszym uniwersytecie jest okulistyka, pracujemy tu zatem dużo na materiale okulistycznym«. Jeśli ktoś będzie chciał się nad tym chwilę zastanowić, łatwo dojdzie do wniosku, że ktoś w laboratoryjnym kitlu w końcu wyjmie ci oko z głowy i je potnie. Ale większość ludzi nie ma ochoty o tym myśleć. Oni koncentrują się bardziej na celu, a nie na środkach: pewnego dnia uratuje to czyjś wzrok«” (s. 103-104).

„W artykule Defense Atomie Support Agency (DASA) opublikowanym w 1968 roku, zatytułowanym Szacunkowa tolerancja człowieka na bezpośrednie skutki podmuchu powietrza – spowodowanego wybuchem bomby – badacze dyskutowali nad skutkami, jakie wywoływały eksperymentalne eksplozje na myszach, chomikach, szczurach, świnkach morskich, królikach, kotach, psach, kozach, owcach, wołach, świniach, osłach oraz makakach, ale nie na faktycznym przedmiocie badań. Nikt nigdy nie ustawił trupa naprzeciwko sprężarki powietrza, żeby zobaczyć, co się stanie” (s. 105).

„Czego więc nie pozwoliłabym zrobić ze swoimi szczątkami? Przychodzi mi do głowy jeden tylko eksperyment, jaki znam, z którym ja, jako trup, nie chciałabym mieć nic wspólnego. Badań, o których mówię, nie przeprowadzono w imię nauki, dla edukacji, bezpieczniejszych samochodów czy lepiej zabezpieczonych żołnierzy. Przeprowadzono je w imię religii” (s. 108) – mowa o badaczu śladów na Całunie turyńskim, na potrzeby którego krzyżowano ochotników i testowano na zwłokach – jego opis znajdziemy w rozdziale siódmym.

W rozdziale o dawcach organów „Skąd wiesz, że nie żyjesz”, Roach zajmuje się m. in. miejską legendą o tym, że ciała ludzkie po śmierci tracą dokładnie 21 gramów, a zatem tyle waży dusza. Kiedy po raz pierwszy o tym usłyszałam, pomyślałam, że nigdy nie spotkałam się z równie idiotyczną tezą. Dlatego też gdy oglądałam film Alejandro Gonzáleza Iñárritu pod tym tytułem, trudno było mi znieść irracjonalną fabułę mającą jakoby tłumaczyć wspomniany wyżej „fenomen”. Warto za to przeczytać u Roach o tym, jak doktor udowadniający swoją tezę o wadze duszy, prawdopodobnie otruł 15 zdrowych psów tylko po to, by pokazać, że psy po śmierci ważą tyle samo – czyli duszy nie mają. 

Podczas lektury książki Roach można pomyśleć, że ambicją autorki było kompleksowe omówienie nie tylko współczesnych metod funeralnych, ale również wskazanie na frapujące i nierzadko kontrowersyjne stany między życiem i śmiercią. W rozdziale o transplantologii rozmawia z lekarzami o przeszczepach organów i asystuje przy ich donacji, entuzjastycznie opisując żywotność przenoszonych narządów:

„[S]erce wycięte z klatki piersiowej nie przestaje bić. Czy Poe o tym wiedział, pisząc Serce oskarżycielem? Te samobijące serca są tak żywotne, że chirurgom zdarzało się wypuścić je z ręki. „Myliśmy je i były w porządku", odpowiadał nowojorski transplantolog Mehmet Oz, kiedy zapytałam go o to. Wyobrażam sobie serce ślizgające się po linoleum, szybką wymianę spojrzeń, pogoń, podnoszenie i mycie. Jak bratwurst, który ześlizgnął się z talerza w restauracyjnej kuchni” (s. 125).

Roach jedynie wzmiankuje wielowątkowy temat granicy między życia i śmiercią podczas rozmowy z transplantologiem. Skupia się na psychologicznym aspekcie zgody na donację wyrażaną przez rodzinę osób, u których stwierdzono śmierć mózgową. Ujmujące wręcz jest zaakcentowanie, w ostatnim fragmencie poniższego cytatu, nie – problematyczności ustalenia wyraźnej granicy między życiem, a śmiercią (ponieważ jej się tutaj nie kwestionuje), ale – świadomości występowania stanów „pośrednich”, „przygranicznych” życiu. Autorka najwyraźniej unika wikłania się w spory, w których w sposób nieunikniony padają argumenty w stylu „skoro tak trudno oddzielić życie od śmierci, to odbieramy potencjalnie żywym szansę na regenerację”. Otrzymujemy raczej lakoniczną sugestię utworzenia przestrzeni dyskusji o nierozerwalności życia i śmierci.

„Na poziomie racjonalnym większość ludzi nie widzi nic podejrzanego w koncepcji śmierci mózgu czy przeszczepianiu organów. Ale na poziomie emocjonalnym zawsze mogą wystąpić pewne kłopoty z akceptacją tego, zwłaszcza gdy moment akceptacji zbiega się z momentem podjęcia decyzji, czy transplantolog może, czy nie może wyciąć bijącego serca kogoś z naszej rodziny. Szacuje się, że pięćdziesiąt cztery procent pytanych o to rodzin odmawia. „Nie są w stanie poradzić sobie ze strachem, choć irracjonalnym, że prawdziwy koniec ich bliskiej osoby nastąpi wraz z usunięciem jej serca", mówi Oz. Że to oni właściwie podpiszą na nią wyrok. Z przyjęciem faktu, że serce to przecież nic innego, jak zwykła pompka, trudności mają czasami nawet transplantolodzy. Kiedy zapytałam Oza, gdzie, według niego przesiaduje dusza, odpowiedział: „Zdradzę ci tajemnicę: wcale nie wydaje mi się, żeby w całości siedziała w mózgu. Wierzę, że w wielu aspektach sedno naszej egzystencji znajduje się w sercu". Czy wobec tego uważa on, że pacjenci z martwymi mózgami w rzeczywistości nie są martwi? »Nie ma żadnych wątpliwości, że serce bez mózgu nie znaczy nic. Ale życie i śmierć to nie jest układ zerojedynkowy". To kontinuum. Wyznaczenie prawnej granicy w miejscu śmierci mózgu jest sensowne z wielu powodów, ale to nie znaczy, że jest to prawdziwa granica. „Pomiędzy życiem i śmiercią istnieje stan prawie-śmierci lub niby-życia. Większość ludzi nie chce mieć z tym nic do czynienia«" (s. 131-132).

Na koniec tego rozdziału Roach pisze o dawczyni organów – autorka obserwowała, w jaki sposób pobiera się je do przeszczepów: „Uzdrowiła trzy chore osoby. Dała im dodatkowy czas na ziemi. Być zdolnym do takiego daru, będąc jednocześnie martwym, to wspaniała i wielka rzecz. Większość ludzi nie zdołałaby tego dokonać, nawet za życia. Ciała takie jak H są bohaterami w świecie umarłych” (s. 136).

Próby przekraczania granicy śmierci i życia eksploruje szokujący rozdział dziewiąty „Tylko głowa”, opisujący eksperymenty z dekapitacją zwierząt i ludzi – i próbami przeszczepów głów. Choć czytałam już wcześniej o nich w rozmaitych tomach o historii medycyny, po raz pierwszy miałam skojarzenie z doświadczeniami rodem z opowiadań klasyka literatury weird H. P. Lovecrafta – zupełnie jakby opisani lekarze, medycy, eksperymentatorzy mieli ambicję stworzyć „Nienazwane”. Roach opisuje eksperymenty ówcześnie żyjącego chirurga, Roberta White’a (zmarł w 2010 roku).

„W połowie lat sześćdziesiątych pewien neurochirurg, Robert White rozpoczął eksperymenty z »wyizolowanymi preparatami mózgowymi«: żywym mózgiem wyjętym z jednego zwierzęcia, podłączonym do układu krążenia innego zwierzęcia i w taki sposób utrzymywanym przy życiu. W przeciwieństwie do całych głów przeszczepianych przez Demichowa i Guthriego mózgi te, pozbawione twarzy i narządów sensorycznych, żyły życiem ograniczonym do pamięci i myśli. Biorąc pod uwagę, że wiele z tych mózgów należących do psów czy małp wszczepiano w szyje i brzuchy innych zwierząt, mogło to być jedynie błogosławieństwem. (...) White doszedł do wniosku, że poprzez chłodzenie mózgu podczas zabiegu, co spowalnia procesy obumierania komórek – technikę tę stosuje się obecnie przy pobieraniu organów i przy przeszczepach – możliwe jest zachowanie większości jego normalnych funkcji. Oznacza to, że osobowość – psyche, duch, dusza – tych małp żyje przez ten cały czas, bez swojego ciała i żadnego ze swoich zmysłów, wewnątrz innego zwierzęcia. Jak to może wyglądać? Jaki miałoby to cel, uzasadnienie? Czy White brał pod uwagę, że któregoś dnia wyizoluje w ten sposób ludzki mózg? Jakim trzeba być człowiekiem, żeby wpaść na taki pomysł i wprowadzać go w życie?” (s. 146).

Roach nie zadaje pytań retorycznych. Udała się na uczelnię, gdzie White jeszcze wykłada. Opisuje też jeden z najsłynniejszych eksperymentów, przeszczep głów dwóch małpek, opisany między innymi przez Orianę Fallaci. 

„White widzi taką operację raczej w kategoriach przeszczepu ciała niż przeszczepu głowy. Pomyśl o tym w ten sposób: zamiast dostać jeden czy dwa organy, umierający biorca otrzymuje całe ciało żywego trupa, czyli zwłok z martwym mózgiem i bijącym sercem. Inaczej niż Guthrie i Demichow i ich dwugłowe monstra, White po prostu odciąłby głowę dawcy ciała i na jej miejsce wprawił nową. Logicznym biorcą nowego ciała, jak to sobie wyobrażał White, mógłby być tetraplegik, czyli pacjent dotknięty porażeniem czterokończynowym” (s. 148).

Dalej poznajemy szczegółowy opis metod chirurgicznych White’a.

„W roku 1971 White dokonał rzeczy niewyobrażalnej. Odciął głowę jednej małpie i osadził ją na szyi innej małpy, której głowę wcześniej usunął. (...) kogo interesują szczegóły, może zajrzeć do lipcowego wydania »Surgery« z 1971 roku, które zawiera tekst White'a opisujący przebieg zabiegu wraz z rysowanymi piórkiem ilustracjami. Mój ulubiony obrazek przedstawia ciało małpy z omdlewającą, upiorną głową nad ramionami, pokazującą, gdzie przed chwilą się znajdowała, oraz żwawą strzałką podążającą łukiem przez cały rysunek do miejsca nieco powyżej ciała drugiej małpy, gdzie głowa pierwszej małpy jest obecnie osadzona. Rysunek nadaje czystą, biznesową neutralność czemuś, co musiało być chaotyczną i wyjątkowo przerażającą operacją. (... ) Małpki żyły w takim zawieszeniu od sześciu godzin do trzech dni. Większość z nich zdechła z powodu problemów związanych z odrzutem organów albo z wykrwawienia” (s. 149–150).

White nie narzekał na brak ochotników z gatunku homo sapiens. Oceniał też, że taka operacja na ludziach jest możliwa, ale będzie zapewne wykonana poza USA, w jakimś kraju – ujmę to eufemistycznie - bardziej przyjaznym otwartemu podejściu do niestandardowych procedur, jak np. Chiny. Największym problemem dla White’a były jednak pieniądze. Nawet zainteresowane tym rządy nie chciały wyłożyć odpowiedniej sumy potrzebnej do przeprowadzenia zabiegu. 

Roach powątpiewa w realizację ambicji White’a.

Ale dowodów, że to nastąpi, też jest niewiele. Raczej nie jest prawdopodobne, aby towarzystwa ubezpieczeniowe kiedykolwiek pokrywały koszty tak drogich operacji, co sprawiłoby, że ta specyficzna forma przedłużania życia byłaby jedynie w zasięgu ludzi bardzo zamożnych. Czy ma sens zużywanie zasobów medycznych, aby utrzymywać przy życiu ludzi śmiertelnie chorych i ekstrawagancko bogatych? Czy nie powinniśmy raczej jako kultura promować zdrowszej, bardziej akceptującej postawy wobec śmierci? White utrzymuje, że nie ma wyrobionego zdania na ten temat. Ale ciągle chętnie podjąłby się operacji. Co ciekawe, White, jako żarliwy katolik, jest członkiem Papieskiej Akademii Nauk, zrzeszającej około osiemdziesięciu sławnych naukowych umysłów (i ich ciała), które co dwa lata lecą do Watykanu, ażeby papież był na bieżąco z postępami nauki w interesujących Kościół dziedzinach, takich jak: badania nad komórkami macierzystymi, klonowanie, eutanazja, a nawet życie na innych planetach. W pewnym sensie to dziwne miejsce dla White'a, biorąc pod uwagę katolicki pogląd, że dusza zajmuje całe ciało, a nie tylko mózg. Temat ten poruszony został zresztą na jednym ze spotkań White'a z Ojcem Świętym. „Powiedziałem mu: »Wasza Świątobliwość, muszę poważnie brać pod uwagę możliwość, że duch ludzki, czy też dusza, w sensie fizycznym umiejscowione są w mózgu«. Papież wyglądał na zmęczonego i nic nie odpowiedział". White urywa i spogląda na swój kubek z kawą, jak gdyby żałował swojej szczerości tamtego dnia (s. 151).

Co najmniej intrygujące jest zaproszenie White’a do Papieskiej Akademii Nauk znanego z tak kontrowersyjnych eksperymentów, w zestawieniu z choćby nieprzejednaną, negatywną postawą Kościoła wobec procedur in vitro. 

Na zakończenie Roach sprawdza, jak wygląda kompostowanie ciała przeprowadzane w Szwecji, a także próbuje wybadać, jakie jest oficjalne stanowisko Kościoła katolickiego wobec podobnych metod „ostatniego pożegnania”. Można je podsumować cytatem: „ciału ludzkiemu zawsze należy się godny pochówek, czy to jest ciało jako takie, czy też jego prochy” (s. 193). Roach roztrząsa też rozmaite problemy prawne, jakie napotkałyby osoby w Stanach Zjednoczonych, decydując się na jedną z nowatorskich dróg utylizacji swoich szczątków. Wydaje się jednak, że w polskich warunkach podobna próba walki z biurokracją w temacie pochówku, byłaby o wiele trudniejsza i raczej przegrana.

W ostatnim rozdziale autorka pisze o swoich własnych dylematach: jak ma być potraktowane jej ciało po śmierci. Rozpatrywała donację – by zachował się mózg lub szkielet, przypatrywała się też metodzie plastynacji (co ciekawe, patent na nią wygasł i w USA opracowano dużo tańszą i szybszą metodę pozyskiwania niemal niezniszczalnych preparatów anatomicznych). Roach dochodzi do konkluzji, że decyzja co zrobić ze zwłokami, powinna należeć do rodziny. Argumentuje to następująco – żałoba jest wystarczającym stresem dla bliskich, nie ma sensu obarczać ich obowiązkiem, który im się wydaje kontrowersyjny. Trupowi jest przecież wszystko jedno. Jednak w Polsce, gdy tak wiele osób, zwłaszcza kobiet, nie czuje pełni władzy do rozporządzania swoim ciałem podczas życia, być może stanowisko Roach byłoby tylko ostatecznym potwierdzeniem całkowitej przynależności człowieka do nie zawsze pożądanych więzów społecznych i bezsilności wobec konwenansów narzucanych przez konserwatywną religijność. 


Sławomira Raczyńska




Bill Bass i Jon Jefferson, Trupia Farma, tłumaczenie: Janusz Ochab, Wydawnictwo Znak,  Kraków 2012;

Mary Roach, Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków, tłumaczenie: Maciej Sekerdej, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.

środa, 10 grudnia 2014

Julia Fiedorczuk, „Biała Ofelia”




Julia Fiedorczuk to poetka – i anglistka pracująca na Uniwersytecie Warszawskim. Ściślej, to literaturoznawczyni, co zdaje się ważne, zwłaszcza w porównaniu z „sytuacją” Justyny Bargielskiej, poetki, która zasłynęła Obsoletkami, i której Małej lisy to jedno z moich niedawnych lekturowych rozczarowań. Znajomość konwencji prozatorskich, świadomość teoretyczno–krytyczna autorki znajduje w Białej Ofelii odbicie. Jestem przekonana, że czyni ją lepszą, aniżeli powieść byłaby, gdyby Fiedorczuk polegała wyłącznie na zmyśle – czy też żywiole – poetyckim.

Poza Ofelią wydała też tom opowiadań Poranek Marii (2010). Powieść z 2011 roku często była wymieniana jako „nareszcie dobra polska proza lesbijska”. Jako obserwatorka tematu mogę się jedynie zgodzić... oczywiście poza moimi – i nie tylko moimi – nieledwie rytualnymi zastrzeżeniami dotyczącymi samej kategorii literatury lesbijskiej.

Podobnie jak w przypadku innej znakomitej narracji, Patrz na mnie, Klaro! Kai Malanowskiej, bohaterkami są spotykające się po latach szkolne przyjaciółki. W mojej interpretacji u psychologizującej Malanowskiej dominował dylemat „kto jest kim”. U Fiedorczuk pojawia się pytanie pokrewne: o to, która z bohaterek jest autorką. Zresztą w Białej Ofelii aspekt, by tak rzec, kliniczny, nie jest wyzyskiwany. Mamy raczej do czynienia z analizującymi relacjami trybów funkcjonowania głównej bohaterki, Anny, w dwóch kluczowych okresach życia: na etapie dojrzewania fizycznego i społecznego oraz w momencie przewartościowań i zmian dokonywanych u progu wieku średniego.

Anna to rozwiedziona graficzka komputerowa. Urodziła się na prowincji, i pod koniec nauki w szkole podstawowej trafiła – z rodzicami – do Warszawy.

Nie była prześladowana jako „ze wsi”. Wpasowała się, mimo cienia obojętności wobec szkolnych hierarchii, umiała być przezroczysta: „Była jak nieszkodliwa meduza, nikt się nią nie zachwycał, ale też nikomu jakoś szczególnie nie przeszkadzała. Źle się ubierała (...), ale też nie pretendowała do roli klasowej piękności, więc to też było w porządku. Uczyła się dość dobrze, ale nie wystarczająco dobrze, żeby wzbudzać zazdrość. Dawała ściągać, nie rywalizowała” (s. 17). Zaprzyjaźniła się z dziewczynką „popularną”, Elizą. Pochodziła ona z rodziny ekonomicznie uprzywilejowanej – jej rodzice posiadali dom jednorodzinny, wyjeżdżali (PRL!) za granicę, należeli do środowiska plus minus artystycznego. Anna nie miała świadomości, że w rzeczywistości w wielkiej willi rodziców Elizy źle się działo. Matka upijała się, nie mogąc pogodzić się z mężowskimi zdradami („Kiedy ojciec przyjeżdżał do domu, słyszałam ich kłótnie, płacz matki, jej krzyki” – po latach wspominała Eliza, śmiejąc się: „Sama pomyśl: tobie było wstyd z powodu obciachowych mebli”; s. 120). Dziewczęta snuły się po mieście, miały swoje miejsce, „elementy”, by się tam chować i dziwnie bawić (zgrywanie i naruszanie porządku ról, dochodzenie do granicy głupowatego, czyli dokonywanie przekroczeń, o których się poza kontekstem zabawy nie mówiło). Bawić niekiedy niebezpiecznie – np. z ogniem, co być może należy rozumieć metaforyczne... a być może to po prostu typowe dla pewnego okresu dzieciństwa (ja sama nie mam podobnych wspomnień). Nigdy nie bywały w domu Elizy.

Matka Anny bardzo się przejmowała tym, że córka unika z nią kontaktów, zamyka się w pokoju, nie rozmawia. Rozumiała to jako efekt przeprowadzki, oraz symptom buntu związanego z dojrzewaniem. Trochę jest postać matki niewyzyskana, tym bardziej, że w początkowych partiach powieści to ona jest bohaterką ogniskującą. Całość rozpoczyna się bowiem sceną brnięcia przez kobietę i mężczyznę do szpitala – na poród. Potem Fiedorczuk wrzuca nas już w emocje zatroskanej i zbolałej matki, potrzebującej kontaktu z w owym momencie trzynastoletnią córką. Ta zaś niebawem zajmie pierwszy plan.

Wprawdzie do Anny i Elizy na pewnym etapie „dobił” przyjaciel, Robert, lecz oczywiście łatwo zgadnąć, że relacja dziewcząt miała też oblicze homoerotyczne. Eliza chciała zostać pisarką. Wszystko wskazuje jednak na to, iż raczej Anna była językowo wyczulona i utalentowana. Jak gdyby się jednak od swoich możliwości odcinała... „I prawie zupełnie nie pamiętała [potem] o tych momentach przebudzenia, o dziwnych chwilach klarowności, które jej się przydarzały jakby przez pomyłkę – jakby ni z tego, ni z owego uchylały się drzwi prowadzące do cudzego świata” (s. 41, z naciskiem na „pomyłkę” jako wskazanie, że Annie nie zależało, że nie ona miała zostać artystka słowa, i „cudzy świat” jako odniesienie do narratorskiego potencjału nastolatki, może nie „natchnienia”, ale umiejętności wnikania w nie-swoje bądź wrażliwości postrzeżeniowej).

Jest w powieści ciekawa scena, w której dziewczęta spotykają się w plenerze (nad Wisłą), i Eliza decyduje się przeczytać Annie swój wiersz. Słuchaczka reaguje odruchowo, śmiechem. Potem „niemal błagalnie” stara się usprawiedliwić: „Bardzo mi się podoba, tylko...”, „nie znam się dobrze na poezji, ale jestem pewna, że to jest bardzo dobry wiersz. Po prostu mam głupawkę”, „Nie gniewaj się (...). Ty jesteś pisarką, ja nie. Musisz mieć do mnie cierpliwość” (s. 59).

Eliza wyprowadzi się z Warszawy. Ojciec Anny umrze, gdy nastolatka będzie imprezować. Notabene rola ojca jest ciekawie sproblematyzowana. To, potocznie mówiąc, porządny człowiek, podobnie jak późniejszy mąż – Robert właśnie. Niezależnie od swego rodzaju lesbijskiej dominanty u Fiedorczuk mężczyźni są bohaterami nieszczególnie ważnymi, lecz zdecydowanie pozytywnymi (w odróżnieniu np. od ojców w powieściach Ann–Marie MacDonald). Dokonany jest skok czasowy. Anna, rozwódka, graficzka komputerowa, dowiedziała się z prasy o spotkaniu autorskim Elizy Adler, pisarki.

W narrację Białej Ofelii wplecione są opowiadania. Czyje? To nieoczywiste, ponieważ wyzyskana jest w nich świadomość Anny, jej doświadczenia, jej specyfika, że właśnie postawiłam ten znak zapytania w nawiasie. To Eliza „karmiąca się” Anną, czy może jednak Anna napisała?

Co się jednak stało „po latach”? Anna udała się na wieczór autorski, przypomniała po nim o sobie, a Eliza była na tyle ucieszona, że zaproponowała wspólny „after”, a nawet spotkanie po kolejnym wieczorze autorskim. W innym mieście.

Kobiety zaczęły się widywać, i weszły w relację seksualną. Wspólny czas obu kobiet był ciekawy. Wiele sobie opowiedziały, wiele odzyskały. Jednak Annie nie wystarczała epizodyczność. Nie miała wprawdzie rojeń o dwóch pannach młodych, jednak przyjęła perspektywę pogłębiania związku. Zaangażowała się silniej aniżeli partnerka. Nalegała, czekała, wreszcie zaczęła się narzucać.

W tych partiach powieści na „dorosłość” przepisana jest nastolacka relacja Anny i Elizy. I to się świetnie udało, ponieważ Fiedorczuk zrobiła to zupełnie inaczej, niż np. Katarzyna Tubylewicz w bardzo słabych Rówieśniczkach (W.A.B., Warszawa 2014). Przyjaźń nastolatek generuje w Białej Ofelii inne konsekwencje emocjonalne, aniżeli przyjaźń–związek tych samych osób w dorosłości. Właśnie: to są te same osoby, lecz ich charaktery się rozwinęły, ewoluowały, zarazem jednak w ich zderzeniu aktywowało się też coś pochodzącego z przeszłości. Nastolacka nonszalancja Elizy zmieniła się w dorosłą nonszalancję. Takoż – choć może to zbyt ostre określenie – pewna jej protekcjonalność. Podobnie u Anny potrzeba spodobania się, akceptacji decydują o zabarwieniu jej stosunku do Elizy – inaczej jednak w czasach szkolnych i inaczej w dorosłości, u progu wieku średniego.

Przeplecione opowiadaniami ostatnie fragmenty powieści to rozbita formalnie (nie tylko z powodu włączenia tych opowiadań, ale też poprzez przywołane niedługie maile, poprzez graficzne wyróżnienie zapisu stanu świadomości Anny) skarga odrzuconej i nierozumiejącej tej sytuacji Anny. Myślała, że trudności, z jakimi wiąże się związek na odległość to czyściec przygotowujący na niebo (s. 168). Chwile spełnień okazały się krótsze, Anna wkrótce przekonała się, że nie miała na co czekać. Kobieta (znów?) zapętliła się w depresji. Zawiesiła. Gdzieś w tle jest była matka, gdzieś była jej praca, wykonywana zresztą zdalnie, ale dominują obrazy samotności (samotniczości oraz osamotnienia). Jak w nastolackiej refleksji, która u dziewczyny pojawiła się w zupełnie innym kontekście, „najpierw jest szczęście, a potem nieszczęście. Szczęście jest po to, żeby było wiadomo, co się traci” (s. 38)”. Po swej utracie Anna gasła, zwijała się, ziębła, zasypiała. To ostatnie należy rozumieć mniej metaforycznie, chodzi bowiem o związaną z depresją nadmierną senność.

Nałożyła na Elizę siatkę zbyt gęstych, zbyt rozległych oczekiwań. „Jeśli coś miało się wkrótce zdarzyć, Anna często przeżywała to tak, jak gdyby już się zdarzyło” (s. 99). To nie tylko narratywizacja rzeczywistości: spodziewając się wizyty kochanki chciała, by zrealizowany został precyzyjny, cokolwiek romantyczny scenariusz (kolacja jako wstęp do aktu seksualnego), i do ostatniej możliwej chwili wierzyła w szansę powodzenia, w efekcie zostając sama wśród szczątków marzeń o idealnym spotkaniu–spełnieniu. Gotowość tworzenia takich stereotypowych scenariuszy raczej nie świadczy pozytywnie o Anny zdolnościach narracyjnych, jednak bohaterka w tym momencie nie kierowała się rozsądkiem czy regułami komponowania sztuki wysublimowanej, a emocjami. Nie-porządek uczuć to coś innego niż wypracowany, wręcz przepracowany porządek opowiadania. Fikcjonalizacja autobiograficznych doświadczeń następująca wtedy, kiedy osoba doświadczająca jest na to gotowa, to dowód na rozumową, nie zaś natchnieniową genezę dzieła artystycznego. (Na marginesie dorzućmy, iż oczywiście najsłynniejszy dowód tego ponad półtora wieku temu dał E.A. Poe w Filozofii kompozycji). 

Można byłoby powiedzieć, że Anna upoiła się swoją wizją–fikcją... gdyby nie inna możliwość, że to Eliza wzięła od Anny wizję–fikcję i sfikcjonalizowała ją jako beletrystka. Pierwszoplanowe okazuje się pytanie o autorstwo, albo – jak chce Inga Iwasiów – pracę twórczą. Przywołana literaturoznawczyni stwierdziła: „Noce w hotelach wydaja się snami lub notatkami do powieści, nie ma pewności, czy wydarzyły się naprawdę”. Istotnie o „prawdę” trudno, jednak w mojej opinii owszem, wydarzyły się. Okazały się swego rodzaju kosztem powstawania sztuki, czyjejkolwiek, niezależnie od tego, która ze stron go poniosła.

Tytułową Ofelią jest oczywiście Anna. Pozostająca w łóżku, autoerotyczna („zsunie ramiączka biustonosza i czule się obejmie”, s. 144), ale niezaspokojona: „I ucieszy się na to lepkie ciepło, kiedy już będzie całkiem naga jak biały duch dryfujący na powierzchni czarnej rzeki” (s. 145). Niezaspokojona, gdyż jej zbliżenia seksualne z Elizą dawały więcej, niż ucieszenie się z lepkiego ciepła. Miała skarby, „oszałamiające dary” (s. 134). Myślała, że przez nią i jej kochankę płynie rzeka (s. 130). W końcu została w niej sama, jako topielica.



Paulina Szkudlarek




Julia Fiedorczuk, Biała Ofelia, Biuro Literackie, Wrocław 2011. Cytaty i parafrazy odnoszą do tego wydania. Wyróżnienia pochodzą ode mnie. Odniesienie do Ingi Iwasiów: tejże Granice. Polityczność prozy i dyskursu kobiet po 1989 roku, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Szczecińskiego, Szczecin 2013, s. 129.