środa, 2 lipca 2014

Marilyn French, „Miejsce dla kobiet”



Każda mężatka z przedmieść cierpiała w samotności. Ścieląc łóżka, robiąc zakupy w spożywczym, szukając odpowiedniego materiału na poszewki, jedząc z dziećmi kanapki z masłem orzechowym, odwożąc je na zbiórkę skautów, leżąc nocą u boku męża – bała się nawet samą siebie zapytać, wypowiedzieć na głos to nieme pytanie: „Czy tak już będzie zawsze?”

Słowa Betty Friedan (1921 – 2006) zostały tu wykorzystane jako wprowadzające motto nie bez powodu. Mistyka kobiecości, książka z 1963 roku, z której cytat pochodzi, w Polsce opublikowana została w 2011 jako coś aktualnie potrzebnego, nie jako publikacja źródłowa, nie jako historyczna relacja o pewnym miejscu i czasie, nie jako coś, co doczekało znanej także w naszym kraju krytyki. Przewartościowań trzeba było oczywiście dokonać, i tego zadania podjęła się Agnieszka Graff, która przygotowała wstęp o aktualności Mistyki dowodnie przekonujący, o czym można się przekonać tu

Lektura, jaką proponuję tym razem, to w mojej opinii w wielkiej mierze beletrystyczna Friedan. Ba! rzecz lepsza, niż Friedan: Miejsce dla kobiet z 1977 roku daje dobrą lekcję historii feminizmu w USA, jako powieść zaś przetrwało próbę czasu. Jest to rzecz, nie ukrywajmy, dydaktyczno-propagandowa, jednak napisana na tyle sprawnie i pomysłowo, że idea współgra z fabułą.

Polska edycja ukazała się dwadzieścia lat temu – i to w jakim przekładzie! Mimo wszystkich czynników, których jestem w tym momencie świadoma, zaryzykuję stwierdzenie, iż okolice roku 1994 były czasem feministycznego raczkowania, czasem pierwszych rodzimych prac akademickich (na gruncie filologicznym i socjologicznym) i publicystycznych świadomie posługujących się lekcją amerykańskiego feminizmu w ówczesnej socjologii (i innych naukach społecznych, oczywiście z ekonomią na czele) niekwestionującej nowego neoliberalnego ustroju. Na cud to zatem zakrawa, że feminizm kojarzący się z PRL-owską propagandą mógł w ogóle zaistnieć (pisały o tym np. Anna Nasiłowska, Agnieszka Gajewska, a ostatnio Arleta Galant). Tak wiele było też do zrobienia! Zaś czytając French już wtedy można się było dowiedzieć, w jakich warunkach właściwie wezbrała amerykańska druga fala (tymczasem w USA czytano sobie właśnie Bodies That Matter Judith Butler, no cóż).

Przyjaciółka–obserwatorka, mimo ewidentnego pochłonięcia własnymi problemami (kryzysem życiowym), opowiada o życiu pewnej kobiety o imieniu Mira. To historia jej protofeministycznego dzieciństwa, takiejż młodości, historia upadku w małżeński konformizm, wyzwolenia się zeń, wejścia we właściwy, drugofalowy feminizm, tworzenie kobiecych więzi innych, aniżeli „przyjaźnie” z upiornego przedmieścia, z innymi gospodyniami domowymi, doświadczenia macierzyńskie. Multum idei w pigułce!

Mała Mira szybko zaczęła dostrzegać społeczne nierówności. Była też nieinspirowaną do rozwoju intelektualistką, gorliwą czytelniczką. W college’u swoboda w towarzystwie mężczyzn dała jej niezasłużoną skądinąd etykietkę „Łatwej”. Studiujący medycynę chłopak niewierzący w złą reputację stał się jej pierwszym kochankiem, potem mężem. Zerwanie studiów, praca na rzecz utrzymania męża, wygaszające potencjał intelektualny przytłoczenie codziennością, niedoceniana inteligencja, narodziny dwóch synków, zadomowienie się na przedmieściu, społeczny awans rodziny okupiony mieszaniną desperacji i rezygnacji.

Przy okazji łyk statystyki. W 1961 roku w USA mężatkami było 808 na tysiąc kobiet, podczas gdy w 1911 r. – 552 i w 1931 r. – 572 na tysiąc.

French wprowadziła dużo ciekawych wątków pobocznych, o sąsiadkach i ich partnerach, o przerażających, choć przytłumionych dramatach, frustracjach spełnionego amerykańskiego marzenia. Owe kobiety z przedmieść to rodzicielki pokolenia baby boomers, w innym, niż w Polsce i reszty Europy sensie dziedziczki drugiej wojny. Inkubatory przyszłości jedynie możliwego wspaniałego świata. To jeszcze nie buntowniczki, wśród akurat nich zrekrutuje się ich później mało. Te buntowniczki, które się jednak wyrwą, będą starsze od swoich koleżanek. Nierzadko mądrzejsze.

Mira, matka dwóch synów, rozwiodła się – i wróciła do college’u, na Harvard zresztą. czas na budowanie więzi z potomkami miał dopiero przyjść. Tymczasem jako dama w średnim wieku trafiła w tumult prowolnościowy i pacyfistyczny, i znów, nie bez rozczarowań, nie bez irytacji, lecz jednak płynnie wpisała się w nurt życia obrośniętego tym razem bluszczem. Studiowała literaturoznawstwo. Przyjaciółki, jakie pozyskała, nie były niezależne ani wyemancypowane. dopiero uczyły się rozumieć się systemowe uwarunkowania, rozpoczynając nie od kuchni własnych i nie od kuchni swoich matek, a od militarystycznego imperializmu USA oraz przepracowując problem rasizmu (i: nie, feminizm drugiej fali nie był ślepy na rasizm!).

Nie wszystkie kobiety były w „wieku studenckim”. Szczególną osobą dla Miry stała się Val, wyzwolona seksualnie i politycznie matka nastolatki, Chris, najbardziej radykalna z opisywanego grona, i to radykalna konsekwentnie, na śmierć i życie.

W harvardzkiej części powieści mamy też iście katalogowe nagromadzenie feministycznych tematów. Równościowy związek z młodszym mężczyzną, proróżnorodnościowe wychowywanie córki, spóźnione marzenie o artystycznej karierze, relacja humanistki z robiącym karierę specjalistą nauk ścisłych (protoinformatykiem, powiedziałabym), stosunki ze starzejącymi się rodzicami, związki lesbijskie, tworzenie utopijnych enklaw, słowa „prostytutki nie mogą być zgwałcone” (s. 502), czyli fallocentryczna maszyneria wymiaru sprawiedliwości wobec zgwałconej. Ta lista oddaje procesy formowania się puli Kwestii Feministycznych, z której czerpie się do dzisiaj, oraz krystalizowania się politycznej poprawności.

Rezolutna córka Val, Chris, padła ofiarą zgwałcenia, dla ówczesnej policji i sądu – zgwałcenia nieoczywistego. Zaszczuta w toku postępowania karnego, przerwała studia. Jej pretensje do matki, także w związku z „zastosowanymi” przez Val metodami wychowawczymi, współcześnie mogą być odczytane jako antycypacja buntu córek przeciw feminizmowi drugiej fali. Zarazem feministyczna uwaga została w systematyczny sposób skierowana na gwałty dopiero w pierwszej połowie lat 1970., zaś przełomowa książka Against Our Will. Men, Women and Rape Susan Brownmiller to rok 1975. Chris w końcu trafiła do swego rodzaju kolonii, na farmę prowadzoną przez kobiecy kolektyw. Val natomiast przekreśliła lata swej pracy „na rzecz praw obywatelskich, ruchu pacyfistycznego, na rzecz uwolnienia więźniów politycznych”, uznawszy, że pomagała „bandzie gwałcicieli”. „Wszyscy mężczyźni to gwałciciele! (…). Od tej pory nie będę traktowała mężczyzn inaczej niż wrogów” (s. 470). Zdecydowała się odwrócić od „ich” męskiego świata, od kariery naukowej, od mężczyzn – szefów. Nie wzięła jednak kursu na Lesbos. Decyzja była nieprywatno-polityczna, a sytuacja emocjonalna zbyt trudna, by w tych scenach miał być ważny aspekt ewentualnego zaangażowania miłosnego. W innym miejscu rozmowa o opresjach patriarchalnych taki kurs wyznacza: Clarrisa, Kyla, Iso i Mira  przeklinają na patriarchat, pytają, czy mężczyźni mogliby (zacząć) podzielać ich feministyczne wartości. Na końcu „zbliżając się jeszcze bardziej do Iso. Iso w tej sprawie była niewinna, bezpieczna” (s. 439). Iso była „urodzoną” lesbijką. Tej postaci kilka uwag poświęcam poniżej.

Val natomiast wstąpiła do – w tłumaczeniu brzmi to osobliwie – „wojującej organizacji feministycznej” (s. 471). Mira chyba najbardziej ubolewała nad tym, że oto rozchodzą się jej drogi z przyjaciółką (Mira bowiem, co jej Val wytknęła, miała nie dość, że synów, to jeszcze partnera …w każdym razie w momencie odbywania odnośnej rozmowy), niż nad splotem przyczyn, które doprowadziły Val do takiej desperacji. Ta zaś była konsekwentna. Zginęła zastrzelona w czasie policyjnej akcji, gdy wraz z innymi „fanatyczkami” próbowała odbić więźniarkę z transportu.

Jak zapowiadałam, szczególną uwagę chciałabym poświęcić „wątkowi lesbijskiemu” w powieści. Dlaczego? W drugiej połowie lat 1970. autorka miała już świadomość rozwoju nurtu feminizmu lesbijskiego, a także separatyzmu. Z tym sobie współczesnym bagażem wiedzy socjokulturowej w ciekawy sposób sportretowała Iso, jedną z zaprzyjaźnionego grona. Wszelako pierwsza wzmianka o homoseksualności „datuje się” na lata małżeńskie Miry. Gdy zasugerowała, że być może pewnej leczonej psychiatrycznie koleżance należałoby przydzielić „kobietę-psychiatrę”, gdyż kobieta owa jest zbyt negatywnie nastawiona do mężczyzn, jej rozmówca, psychiatra, zaoponował: „uznał, że to byłoby najgorsze. Uznał – relacjonowała – że to może prowadzić do homoseksualizmu”. Przyjaciółka, dla której Mira przywoływała ten dialog, rzuciła prowokacyjnie: „A nie pytałaś go, co może się stać, kiedy mężczyzna chodzi do psychiatry mężczyzny?”. Mira nie pytała, co przyznała „z zażenowaniem” (s. 197, wyróżnienie moje).

Na Harvardzie rozwiedziona już, niemieszkająca na koszmarnym przedmieściu Mira poznała Isoldę. Jej lesbijska relacja wpierw jest nienazwana, kryje się w „szafie” współlokatorstwa. Później jednak Iso nie dość, że zostaje dla swoich przyjaciółek – i czytelniczek – nauczycielką teorii żeńskiej homoseksualności, to wchodzi w miłosne relacje z niejedną z nich. Narracja jest niemal podręcznikowa. O procesie samozrozumienia Iso opowiadała podkreślając: zawsze wiedziała, że jest inna. Nie rozumiała jednak, że ta „różnica”, którą reprezentuje, jest społecznie znacząca. „Odkryłam – kontynuowała – że te moje odczucia [wobec dziewcząt], ta moja inność ma nazwę, że to jest wstrętna nazwa i że przez tę inność uważana jestem za grzeszną, zepsutą i chorą” (s. 374-375). Czasy rzecz jasna nie sprzyjały akceptacji: „Nie chciałam być taka, jaka jestem”, „Myślałam, że potrafię to zwalczyć”, a przynajmniej „miałam nadzieję, że moja dewiacja nie wyjdzie na jaw” (s. 275).  Zaczęła randkować z mężczyznami, co skończyło się – pozwolę sobie na ryzykowną grę słów – gwałtownie. Z czasem Iso po prostu utwierdziła się w przekonaniu, że nie ma szans na „zmianę”, z czego wyciągnęła wniosek, że nie może być obecna w głównym nurcie życia, chciałaby tego czy nie. Podając przykłady sztampowo rozumianej heterokobiecości, stwierdziła: „nie mam możliwości być taka jak inne, być akceptowana jak inne”. Dlatego będąc „żebrakiem pod restauracją” nie brała swoich związków „poważnie” (s. 492). Na brak relacji się nie uskarżała. Niestety nie były one trwałe ani szczęśliwe. Przyjaciółki wręcz eksperymentowały na niej. Lizały rany zadane przez partnerów, nie dostrzegając zaangażowania emocjonalnego Iso. W słowach Kyli (będącej wcześniej w nieudanym związku z Harveyem) sytuacja taka była fair: „Ty! Ty! (…) Dla ciebie to czysta przyjemność, to miłość, nic nie jestem ci winna” (s. 481). Podobnie stało się z Clarissą rozchodzącą się z Duke’iem.

Nic dziwnego, że Iso czuła się wykorzystywana materialnie i uczuciowo.  „Dała im wszystko, co miała do zaofiarowania, wylała się dla nich, a one ją wypiły. I tak by piły, dopóki by nalewała. A gdyby przestała, kto by do niej przyszedł, dlaczego zresztą miałby przyjść? Do niej, z tą jej odmiennością? Mężczyźni przychodzili, bo chcieli z nią spać; kobiety – bo ofiarowywała im miłość. I nigdy nikomu nie przyszło do głowy, że ona też czegoś pragnie” (s. 481). W tej skardze bohaterki French ujmuje emocje mogące prowadzić do lesbijskiego separatyzmu skuteczniej, niż doświadczenia Val. Niejedna droga ku temu nurtowi prowadziła, jednak na żadną z nich nie zdecydowała się wstąpić „uporczywie” heteroseksualna Mira. Po zawodzie, jakiego doznała, wybrała gorzkniejącą samotność.

Wprawdzie narratorka opowiada o Mirze, jednak z uwagi na jej o niej wiedzę, i nieobecność „dodatkowej” osoby w gronie harvardzkich przyjaciółek, dość oczywistym jest, iż to autonarracja głównej bohaterki, słabo zresztą zakamuflowana. Potwierdzenie tego nie jest zatem szczególnym zaskoczeniem, choć można uznać, iż ujawnia pewien narcyzm kobiety. Widać też zarazem jej zmęczenie, poczucie daremności, świadomość powtarzalności rozmaitych wariantów sytuacji już doświadczonych, petryfikacji układu sił. Stały partner, Ben, po latach iluzji egalitarnego związku, chciał ją w końcu podporządkować swoim planom rozwoju kariery oraz wmanewrować w późne macierzyństwo. Z kolei świat akademicki mógł zaoferować „spóźnionej” doktorce–literaturoznawczyni prowincjonalne, nie prestiżowe miejsce pracy. Po trzecie, więzi przyjaźni zostały porozrywane. Notabene wszystkie te rozczarowania i porażki (?) łączy mianownik wieku średniego. Partner był młodszy, inne doktorki oraz niemal wszystkie przyjaciółki takoż.

Tymi sposobami powieść jest jednocześnie formacyjna, manifestowa (choć nie daje prostych haseł, a rozkłada wachlarz opcji), ale też rozliczeniowa, nienaiwna, złożona. Nie da się powiedzieć, że aktualna tu i teraz, lecz niewątpliwie dająca do myślenia. Właśnie rozliczeniowość, rachunek goryczy jest smutnym atutem: mimo kompletnie odmiennych warunków geopolitycznych i mimo upływu lat nadal – jak napisałam – powtarzają się warianty tych samych uwikłań dyskryminacyjnych, uprzedzeń, analogiczne poczucie daremności. Być może najbardziej znaczącą różnicą na korzyść polskiej współczesności jest widoczność licznych mężczyzn–feministów!


Paulina Szkudlarek


Marilyn French, Miejsce dla kobiet, przeł. Bożena Umińska i Ewa Romkowska, Warszawa 1994. Wszystkie cytaty – poza oczywiście mottem – pochodzą z tego wydania.



poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Tomasz Sikora, “Bodies Out of Rule. Transversal Readings in Canadian Literature and Film”


Jak lata po Foucaulcie uprawiać krytykę (neo)liberalnej biowładzy nad ciałami nienormatywnymi? Jak definiować te ostatnie, a raczej – gdzie ich szukać? Wreszcie, dlaczego – z pozycji Polski – kwestionować prawa i swobody dostępne w otwartej, wieloetnicznej, niehomofobicznej Kanadzie? Odpowiedzi na te pytania szukałam w pracy Tomasza Sikory Bodies Out of Rule. Transversal Readings in Canadian Literature and Film.

Obszar, z którego autor robi wycieczkę do Kanady, jest posthumanistyka. Wybiera kilka utworów literackich i filmowych które lakonicznie interpretuje pod kątem transgresji cielesnych. Dwie podstawowe perspektywy to queer i gotycyzm. Narracja jest tu elegancka, ale treść śmiała.

Co ciekawe, prezentacji ściśle autorskiej, oszczędnie wyłożonej wizji queeru towarzyszy omówienie gotycyzmu w większej mierze zdające się na zastane ustalenia. W skrócie, kanadyjski gotycyzm jest tym, co podmywa idealistyczny i wyidealizowany kształt wielokulturowości, otwartości i innych prawonośnych cech kraju. Okazuje się, że Kanada urządzana „dla wszystkich” jest niczyja, nie „należy” ani do ludności rdzennej, ani do dawniejszych, białych emigrantów o pochodzeniu europejskim, ani – tym bardziej – do nowszych i najnowszych fal emigracji. Każdy i każda może zadawać sobie pytanie: where is home?

W porównaniu z prężącym muskuły, ostentacyjnie zmilitaryzowanym sąsiadem, czyli USA, Kanada jest zniewieściała. Widziana z USA kanadyjska polityka wchłaniania wielokulturowości i budowania konsensusu jest osłabiająca dla kraju. Nie bez powodu przytoczona jest hipoteza tzw. pacjenta zero, pierwszego roznosiciela HIV i chorego na AIDS, jakim rzekomo miał być kanadyjski steward–gej. Ten przykład jest ważny, ponieważ odnosi się do autorskiej wizji biowładzy zainteresowanej immunologią, ochroną przed wirusami i epidemiami metaforycznymi i realnymi (przypomina to uprawiany przez polskich konserwatystów dyskurs o homoseksualności czy „ideologii gender” jako zarazach przychodzących z Zachodu). Problem omówiony jest w końcowych partiach książki poprzez interpretację filmowego musicalu Johna Greysona pt. Zero Patience (1993).

Można jednak przyjąć odwrotny od tego amerykańskiego punkt widzenia i znarratywizować kanadyjskie realia jako reżim politycznej poprawności liberalnego humanizmu. By go zdemaskować, autor nie odnosi się do podmiotowości czy wolności (gdyż to koncepty liberalno-humanitarne, a the master's tools will never dismantle the master's house), tylko do cielesności. Nieuporządkowanej, groźnej, zbuntowanej siłą mięsności, a nie rozumu; nieintegralnej, niehigienicznej, demonstracyjnie innej, przy czym ten bunt i ta inność nie są wyrozumowane, wyanalizowane i wybrane jako strategia prowadząca do politycznej sprawczości. Te dziwne cielesności są efektem przypadku, niedopasowania, wycieków, różnych „błędów matrixa”.

W Rozdziałach 2, 3 i 4 znajdujemy staranny wybór drobnych elementów dorobku kilku kanadyjskich autorek, zanalizowany właśnie pod kątem rozbijania w ich prozie zbyt ciasnych ram człowieczeństwa jako kategorii niewystarczającej, by za jej pomocą oddać sploty uwarunkowań społecznych, w których funkcjonują podmioty nienormatywne, negatywne, out of rule. Przytoczona jest proza poetycka Margaret Atwood (do tego wrócę poniżej), opowiadania Alice Munro oraz szerzej w Polsce nieznanych Barbary Gowdy*, Dionne Brand i Isabel Huggan. Drugą pulą odniesień są filmy. Zrazu zastanawiająca wydaje się okoliczność, że literatura reprezentowana jest przez kobiety, zaś kinematografia – przez mężczyzn: Davida Cronenberga, Guya Maddina, Bruce’a LaBruce’a i wspomnianego Greysona. Łatwo to wyjaśnić banalną okolicznością niewspółmiernością kosztów produkcji wydawniczej i filmowej, jednak warto też zapytać o funkcjonowanie „kobiecości” w kanadyjskim raju równouprawnienia. Koresponduje to też z refleksją o gotyckiej obcości (freudowskie das Unheimliche) sfery domowej, pomijającą bezdomność kobiet w świecie tradycyjnego pozornego udomowienia (przypisania wpierw domowi ojca, potem domowi małżonka), por. s. 65.

Godna przybliżenia jest analiza twórczości LaBruce’a, cenionego także w Polsce reżysera, który wykorzystuje gejowskie porno, by powiedzieć „coś więcej”.

W filmie Otto; or, Up with Dead People (2008) dominują dwie postacie: tytułowy Otto, młody gej, który (wierzy że) jest zombie; syn rzeźnika, zagorzały wegetarianin, który jako zombie łaknie żywego mięsa, oraz zainteresowana jego przypadkiem ekstrawagancka reżyserka Medea Yarn, feministyczna krytyczka kapitalistycznych relacji społecznych. Gdzie jest film Medei, gdzie jest „prawda” o Ottonie – to prawdziwy zombie czy bezdomny schizofrenik? Chłopak małomówny, zbuntowany, wyalienowany, dziwny? Właśnie, małomówny. W świecie LaBruce’a zombie porozumiewają się w podstawowy sposób. Medea opowiada o tym, jak „skomunikowywalne” środowisko gejów zombie z Berlina ma rozpocząć bunt – nie dość, że jako żyjący byli dyskryminowani, to teraz dodatkowo mogą wystąpić w geście sprzeciwu wobec kapitalistycznej opresji (to element typowy dla kina zombie, vide Noc żywych trupów, reż. George Romero, 1968).

Zombie jest figurą niską, proletariacką/prekariacką (robotnik czy wyzyskiwany w korporacji powtarzający rutynowe czynności), cielesną – mięsną, straszącą chaosem bezwładu, co tradycyjnie jest przeciwstawiane analitycznie postaci wampira. Ten jest bowiem modelem arystokraty: jego kondycja tkwi we krwi, jest krwią transferowana, co wiąże się z degeneracją analogiczną do arystokratycznego „chowu wsobnego”, oraz z upadkiem moralnym. Tak rozumiany wampir jest elementem burżuazyjnej wyobraźni, ideologii, jaką mieszczaństwo wysuwało przeciw szlachcie w XIX wieku, jednak stopniowo to burżuazja zgromadziła kapitał i stała się klasą wyzyskiwaczy (s. 106). Mimo zatem pozornego wspólnego mianownika, jakim jest reprezentowanie popędu śmierci, wampir jest czymś zupełnie różnym od zombie: jako „tragiczny” może być podmiotem liberalnym. Zauważmy: to, iż ludzie są mięsni i za tą sprawą „radykalnie równi”, jest przewrotne w kontekście chrześcijańskiej koncepcji zrównania w oczach boga czy na sądzie ostatecznym, co bywa postrzegane jako chrześcijańskie źródło demokracji.

A zombie, skoro się u LaBruce’a komunikuje, nie jest swego rodzaju podmiotem liberalnym? Skoro ma przynajmniej ten rodzaj sprawczości, który pozwala reprodukować nowe zombie? Zawieśmy na chwilę to pytanie, i wróćmy do Margaret Atwood. We fragmencie o kradzieżach komiksowych horrorów – 12 lat – narratorka straszy (?) swoją przyjaciółkę, C.: „Wiesz, naprawdę to jestem wampirem”, i zapewnia, że w imię przyjaźni C. nie skrzywdzi. Następnie wspomina rzucanie śnieżkami nie w, a obok ludzi, i reakcje jednej niedoszłej ofiary zabawy, pani w futrze, która się odwróciła i spojrzała z czystą nienawiścią. „Spotkałyśmy zombie”. Dziewczynka uzurpuje sobie sprawczość: jest pewnego rodzaju potworem, i umie się powstrzymać, nie skrzywdzi towarzyszki – a zirytowanej kobiecie jej odmawia (ta ma tylko odruch i afekt). Wspomnienia z dziecięcych zabaw, oczywistych, kiedy miały miejsce, ale dla dorosłej osoby okazują się przerażające. Analogicznie, jak mi się zdaje, funkcjonują odbiorczo współczesne długometrażowe filmy animowane przywoływane przez Judith J. Halberstam w The Queer Art of Failure (Duke UP, Duke – London 2011).

Co więc ze sprawczością gejów zombie LaBruce’a? Mogliby oni zrobić swoją rewolucję i siać terror, ale gdy przychodzi co do czego, oddają się orgii. Z jednej strony niczego nie wskórają, z drugiej jasne jest połączenie pornografii z zombizacją: aktorzy mający pokazywać tylko seks to zombiszony wykorzystywane przez biznes, zamulone jako i ich widzowie. Przemysł porno zarabia nie na tym, że ludzie się zbierają i czasem protestują, a czasem robią orgię, tylko dlatego, że chowają się po domach ze swoimi pornolami.  Czyli korzysta z rozdziału prywatne – publiczne.

Propozycja autora, by „uspołecznić” transgresywne praktyki seksualne poprzez ich uwidocznienie i konfrontację zastanymi trybami funkcjonowania w życiu zbiorowym (s. 115) wydaje mi się jednak dyskusyjna. Gotowam traktować ją raczej jako grę intelektualną, albo – jak w filmie La Bruce’a – jako artystyczną wizję tego, co by było gdyby, gdyby jednak. Zombie w filmie okazują się politycznymi impotentami, ponieważ ponosi ich spontaniczna seksualność. Co na to ideowa Medea? Film jest ciekawy także z feministycznej strony, jako kobieca historia tworzenia fikcji nośnej jako empowerment, wzmocnienie (jak w The Watermelon Woman, reż. Cheryl Dunye, 1996) kobieca übersprawczość: LaBruce oddał Medei rolę Marionettenspielerin, co w mojej opinii odbiera filmowi potencjał mizoginiczny.

Atwood i LaBruce to tylko przykładowe bodies out of rule. Przybliżenie owych autorskich interpretacji – i ich skomentowanie – powinno wystarczyć jako, o ironio, reprezentatywne. A przecież wszystkie drobiazgi, ślady, przebłyski idei są godne bacznej uwagi: w detalach sedno!

Niektóre szczegółowe stwierdzenia wydają mi się okrojone w sposób nieuwzględniający, wstrzymujący się od podążenia jakimś dla mnie kuszącym tropem (dotyczy to np. wątku o niesamowitych domach w konwencji gotyckiej u kanadyjskich pisarek, s. 65), albo jako uzurpatorskie skanadyzowanie czegoś, co ma szerszą kulturową funkcjonalność (np. stan stałej obecności „negatywnego” w naszej codzienności, „negatywnego” na skraju erupcji, podbicia codzienności utrzymywaną – do czasu – pod kontrolą agresją: to już klisza popkulturowa, a nie coś szczególnego u tych pisarek, s. 78).

To jednak kwestia nierozbudowania wywodu w każdą stronę, jaka zdawałaby się możliwa. Mój problem z Bodies Out of Rule usytuowany jest gdzie indziej – w paradygmacie. Queer otwiera możliwości dla anty(neo)liberalnej rzeczywistości społecznej, dla oporu wobec klasycznej wizji podmiotu, za pomocą jakiejś alternatywnej popędowości (np. negatywizmu, albo jak we wspomnianej skanonizowanej wersji, performatyczności). Tylko nawet w tym ujęciu przekreślającym koncept tożsamości i indywidualnej, i kolektywnej (zbiorowej) tkwi przymus albo przynajmniej imperatyw kolektywizmu. Chodzi mi o zasadę, nie o szczegóły. Myślenie o dowolnie zróżnicowanej, niestabilnej, ale jednak wspólnocie za bardzo przypomina mi korporacyjne ideały pracy zespołowej, budowanie ekipy – dowolnie zróżnicowanej dzięki kompetencjom poszczególnych osób, niestabilnej, gdyż stworzonej dla realizacji danego projektu. Dla mojej podmiotowości i jedno i drugie jest odbierającym mi przestrzeń roszczeniem w imię konsensusu. „Ciała bezrządne” są czasem jedne jedyne (niepowtarzalne), ale świadomie lub bezwładnie antagonistyczne wobec mainstreamu, który w Kanadzie oznacza właśnie różnorodność zadekretowaną. Nawet Otto jest jedyny, inny od pozostałych zombie gejów (ponadto jest wybrany przez Medeę). Dobrowolnie deklarowana queerowa rezygnacja z indywidualizmu odnosi się w głównej mierze do miejsca, w jakim jest społeczeństwo przedsiębiorcze i konsumujące (także przedsiębiorczo domagające się praw jednostkowych i w sytuacji ich uzyskania ochoczo konsumujące efekty – takie rozumienie stawia liberalne ruchy LGBT po tej samej stronie, po której sytuują się konserwatywni wrogowie różnorodności), społeczeństwo złożone z rodzin i tworzące elektorat.

Autor unika paradoksu optymistycznej albo wręcz utopijnej wizji konsensualności dzięki soczewce negatywizmu, jednak propozycja poszukiwań alternatywnego etosu „deprywatyzacji” nie rozstrzyga dylematów. W innym wszakże miejscu Sikora wypowiedział się szerzej o destabilizacji parametrów społecznej przynależności zachęcając do obserwacji rozmaitych rozproszonych procesów namnażania się, wyłaniania się różnic i inności, rezygnacji z obrony przed możliwością dezorganizacji, dezintegracji – dodałabym: dezorientacji. Zatem mój – jak napisałam – usytuowany gdzie indziej problem może być dyskutowany jeszcze gdzieś indziej. Warto przeczytać odnośny artykuł jako uzupełnienie tych passusów z Bodies Out of Rule.

Nade wszystko jednak należy spojrzeć na frapującą warstwę teoretyczną i epistemologiczną książki.

W odróżnieniu od tego, jak wprowadza pojęcie gotycyzmu, i w odróżnieniu od kilkorga polskich autorów i autorek, Sikora nie prezentuje queeru spetryfikowanego, zdefiniowanego za pomocą konstruktywizmu i performatyczności czy innych skanonizowanych komponentów paradygmatu (s. 18). Nie oferuje systematyki w przyjętej epistemologii. Zakłada – lub wcale się tym nie interesuje – że osoba czytająca zna dotychczasowe kody i konwencje, ma świadomość historycznego już statusu, chce czegoś nowego, a być może zna tez inne teksty autora. W analogii do tego, jak Inga Iwasiów dekadę temu opublikowała Gender dla średnio zaawansowanych (W.A.B., Warszawa 2004), powiedziałabym, że od Sikory otrzymujemy queer for the native speakers. W książce wykorzystane są nie tyle różne źródła, co wiedza, kompetencja, znajomość tych źródeł pozwalająca na w sumie zdawkowe odwołania. Żadne organiczne całości, tylko podkradane wątki, wykorzystane z dowolnością, bez okazywania respektu dla czyjegoś dzieła życia. Mowa wręcz o nieoddawaniu sprawiedliwości” użytym tekstom, o pasożytowaniu na nich (s. 19). Ta deklaracja jest świetna, ponieważ wytrąca broń z rąk krytyków, czyni też książkę bogatą i naprawdę wymagającą, choć nieobszerną.


Paulina Szkudlarek



Tomasz Sikora, Bodies Out of Rule. Transversal Readings in Canadian Literature and Film, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, Kraków 2014.


* W Polsce wydano dwie jej powieści: Romantyczna (przeł. Maja Charkiewicz, Rebis, Poznań 2005) oraz Czarodziej snów (przeł. Marlena Justyna i Beata Gontar, Zysk i S-ka, Poznań 2000).

** Margaret Atwood, Morderstwo w ciemności, przeł. Anna Żukowska-Maziarska, Bellona, Warszawa 2012, odpowiednio s. 17 i 18.



poniedziałek, 24 marca 2014

„Transe – traumy – transgresje. T. 1. Niedobre dziecię”. Z Marią Janion rozmawia Kazimiera Szczuka



Wydanie pierwszego tomu wywiadów, Niedobre dziecię. Transe – traumy  tramwaje, och, pardon, transgresje, doczekało się potężnej puli świadectw recepcji, jednak mam wrażenie, że niektóre interesujące wątki były dotąd w opisach i recenzjach pomijane, a niektóre inne ujmowane w sposób niezróżnicowany, jak pod dyktando.

Co zdominowało odbiorcze narracje? Po pierwsze to, że Janion ujawniła się jako córka alkoholika, i to nie ot, mężczyzny pijącego, a stanowiącego ciężki przypadek („Był […] naszym prześladowcą. […] Pamiętam doświadczenie wielkiego strachu. Okropnego” – czytamy, po czym następuje poruszający opis owej sytuacji – s. 6). Po drugie to, że wspominała systemowe i antysystemowe uwikłania PRL-owskiej kadry akademickiej humanistyki. Po trzecie to, że – oraz w jaki sposób –„przyznała się” do orientacji seksualnej, będącej od lat tajemnicą poliszynela. Wszystko to rzeczywiście w tomiku się nie tyle znajduje, co odnajduje: czytając rzecz jakiś już czas po wydaniu trafia na to, że co się już wiedziało. Ale wtedy już nie jest to nowe czy ciekawe! Podobnie było chyba z Maestrem, dziennikarskim „studium przypadku” Wojciecha Krollopa autorstwa Marcina Kąckiego. Wszystkie co bardziej soczyste historie z książki były upublicznione, nim ktokolwiek miał szansę wziąć publikację do rąk.

Janion snuje opowieść niemal nie łamiąc chronologii, jednak oczywiście nakłada na tą narrację swoją aktualną świadomość. Jest w takim miejscu w życiu, że nie musi się niczego krępować. Śmierć rodzeństwa w dzieciństwie (przetrwała ona i brat), fakt, że matka wydana za mąż trafiła na ochlapusa, który dosłownie przepił majątek i stosował przemoc, ucieczka matki z dziećmi, oddanie córki na wychowanie zamożnym bezdzietnym krewnym (to ta ciotka uważała, że Maryjka to niedobre dziecię), powrót do matki po kilku latach, tonięcie w lekturach, wojna, zmiana granic państwowych i przenosiny z Wilna do Łodzi… Janion wydaje się autentyczna, gdy relacjonuje swoją niegdysiejszą świadomość społeczną (bycie podklasą, dokuczająca jej widoczność dyskryminacji Żydów itp.) – to nie dzisiejszy koniunkturalizm, to nie pokłosie faktu, że dzisiaj wiemy lepiej. Po prostu była specyficzną osobą.

Interesujące są drobiazgi, które po latach nabierają znaczenia, np. wieloletnia współpracowniczka Janion, Maria Żmigrodzka była warszawianką i przez dekady przeżywała powstanie z 1944 (s. 92), co było jakby obce Janion (wspominała, jak Żmigrodzka wzięła ją jeszcze przed odbudową do stolicy, na ruiny – nasza bohaterka była tak zdruzgotana, że po dziś dzień jej niedobrze, gdy czuje smród remontu – gołego betonu, tego charakterystycznego pyłu... ja z tym zresztą silnie sympatyzuję, choć nie mam doświadczenia widoku Warszawy zrównanej z ziemią). Jasno wyłożony jest w odnośnym rozdziale radykalny i dający świadectwo przynależności ideowo-politycznej sposób ujęcia problemu rozdmuchiwania postaw martyrologicznych.

Powojenna już praca, osiedlenie się w stolicy, wszystko to, co działo się na uczelniach i w instytutach naukowych, bibliotekach – i zawodowo, i towarzysko – to wielce ciekawe. Obezwładnia ogrom benedyktyńskiej dłubaniny, obcej mojemu „pokoleniu xero” i ludziom jeszcze młodszym, zdigitalizowanym niejako domyślnie.
M.J.: W ogóle ci moi poeci byli zapomniani […].
K.Sz.: I Panią samą trochę nudzili?
M.J.: Nie, jakoś nie. Chociaż… czasem z Maryną do siebie wzdychałyśmy porozumiewawczo, w sprawie nudy. Może zresztą znużenia tylko. Nie, to nie było nudne (s. 110).
Zarazem te trudy, starania, ta „młodość spędzona w bibliotekach” (słowa z promocyjnej notki wydawcy), te dążenia, by odkryć jakiś drobiazg rosnący do rozmiarów Graala, dzisiaj takie się daremne zdają. Po nic. Who cares. (Ach, oto odzywa się moja wielka miłość do damy nadobnej, pani Humanistyki Zbędnej...).
K.Sz.: Ta wiedza była przydatna? Tak szczerze, Pani Profesor?
M.J.: Jako znajomość historii literatury. Czy jest to przydatne? Niech Pani sama na to odpowie. Wiedza to wiedza. Dla mnie przydatna (s. 111).
Wprawdzie – co tu kryć? – nie cenię dorobku Janion, jednak to, w jaki sposób w biograficznym wywiadzie uwzględnione są różne jej koncepcje, uważam za naprawdę ciekawy. Szczuka wymusza definiowanie (np. ironii tragicznej, s. 43 i 97) czy deklaracje metodologiczne (np. obrona eklektyzmu, s. 107) lub dywagacje akademicko–etyczne (np. o Michale Głowińskim, s. 49), etc. Fragmenty te podane są wprawdzie w gawędziarskim tonie, w skrócie publicystycznym, jednak bez populistycznych uproszczeń.

Z jednej strony rozmowa odzwierciedla relację uczennica – mistrzyni, przy czym uczennica przeszła na pozycje raczej koleżeńskie, towarzyskie, z drugiej – jest w niej coś przemocowego (w sensie psychicznym, rzecz jasna). Szczuka momentami wręcz ciągnie autorkę Projektu krytyki fantazmatycznej za język. Wspominałam już o tym nieskrępowaniu w odpowiedziach: Janion nie ma nic do stracenia. Mimo to niekiedy mam wrażenie wykorzystywania – Szczuka jest na pozycji siły, łupi i wyłudza, robiąc podchody, na które Janion reaguje rezygnacją.
„Oj, niech Pani da spokój, naprawdę (...) Bo Pani robi ze mnie jakąś starą wariatkę. Opowiadam, jak potrafię, najlepiej, o swoim życiu (...) Ale jak mi będzie Pani tak ciągle tymi żarcikami przerywać, to naprawdę nic mi się nie uda powiedzieć” (s. 128); 
 W wątku, gdy Szczuka zagaduje przywołując Dzień świstaka, a Janion pamięta film i go rekapituluje, ta pierwsza reaguje, jak gdyby chwaliła dzieciaka przewyższającego oczekiwania wychowawcy: „Ha! Nigdy się Pani nie daje zaskoczyć!” (s. 48);
  M.J.: „Oj, naprawdę... Jakoś, zdaje mi się, przez całe dorosłe życie potrafiłam utrzymywać w miarę przyzwoitą formę. Mam nadzieję, że mnie to jeszcze nie opuściło” K.Sz.: „W żadnym wypadku”. M.J.: „To dobrze. Proszę mnie powiadomić w razie czego” (s. 65);
 K.Sz.: „To była Pani dzielna” (s. 140).
Jakby i komplementowanie, i podpuszczanie, i koleżeńskie przekomarzanie się niebezpiecznie bliskie granicy kpiny, i protekcjonalność... Być może wszędzie węszę relacje, które nie zaistniały, ale retorycznie neutralne to nie jest. Wszelako właśnie na ten wymiar nigdzie w znanych mi recenzjach nie wskazywano. Dlaczego? Tylko ja jestem taką nieufną odbiorczynią? Bo tak ma być, skoro Janion wywiad autoryzowała?

Wielkim przykładem takiego naciągania jest oczywiście kwestia coming outu. Szczuka na uszach staje: NO POWIEDZ TO! POWIEDZ! Proszę! choćby tak, w wątku o ciotce wychowującej Marysię w Siedlcach:
K.Sz.:  Ciotka nie miała kochanka?
M.J.: Miała przyjaciółkę.
K.Sz.:  A Pani? Miała Pani jakieś koleżanki, jakichś ulubionych nauczycieli, nauczycielki? Jakieś miłości?
M.J.:  Lubiłam polonistki, ale one chyba nie bardzo za mną przepadały.
Szczuce „udało się” nieco później, gdy w kontekście „spraw sercowych” jej matki stawia pytanie, jak to było z tym u Janion w czasach studenckich. Ta mówi: „Zawsze interesowały mnie koleżanki”. Dalej podam kwestie tylko Szczuki:

I umiała je Pani podrywać? (...) Nie bały się? (...) Miała Pani Profesor temperament monogamiczny czy poligamiczny raczej? (...) Profesor Żmigrodzka była Pani dziewczyną? (...) Odkąd pamiętam, istniało w świecie przekonanie, że Panie Profesorki są parą (s. 60).
Janion odpowiada dyskretnie, ale w sposób, który zachwycił lesbijski (i nie tylko) readership. Sprawę w biogramie badaczki odnotowała Wikipedia. W omówieniach Niedobrego dziecięcia nie uznawano za istotne tego, iż w swej narracji o relacjach (pracy i przyjaźni) ze Żmigrodzką Janion zbudowała wizję XIX–wiecznej wspólnoty intelektualnej wyemancypowanych i uprzywilejowanych posiadaniem swojej enklawy kobiet. O takich trybach postrzegania kontinuum (potencjalnie lesbijskiego) pisały np. Adrienne Rich i Lillian Faderman. Chyba zaś nikt nie wytknie Janion, że jest reliktem formacji myślowej zwanej feminizmem lesbijskim! Tymczasem do tych kodów się odwołuje („Miała przyjaciółkę” – to znaczy wszystko i nic). Widać tu zarazem bardzo podzielany stosunek pokolenia, do którego należy urodzona w 1926 roku naukowczyni, do werbalizowania spraw intymnych. Tj. do niewerbalizowania właśnie.

Szczuka bardzo drąży też to, jak Janion była jednocześnie wpisana w system, i antysystemowa. Lewicowość jest modna (np. za sprawą „Krytyki”… choć to zdecydowanie nie moja wizja lewicowości), zatem przywołane są takie wątki z różnych wczesnych etapów twórczości Janion, które się dzisiaj bronią i wpisują w poglądy promowane wydawców książki (np. s. 102, 106). To jest arcyciekawe, jednak zwalczając pokusę streszczenia przyznam, że tymi właśnie wypowiedziami Janion mnie wygrała. Nadal bowiem uważam, że Żyjąc tracimy życie, Wampir. Biografia symboliczna oraz Niesamowita Słowiańszczyzna to pozycje złe i przeceniane. Tylko niełatwo wytknąć sędziwej królowej, że jest naga. W każdym razie przedpsychoanalityczne stadium jej pracy lepiej do mnie przemawia, a współczesne odwołanie doń dowodzi niezłego wyczucia obu kobiet – Szczuka po raz pierwszy od lat pokazuje siebie jako uważną czytelniczkę i interpretatorkę... Okazała się też niezłą akuszerką, jednak nie dość, że jako postać publiczna straciła wiarygodność merytoryczną feministycznej literaturoznawczyni. Poszła w innym kierunku, a ostatnio dała się porwać polityce. Na szczęście skończyła prace nad drugą częścią wywiadu–rzeki, Prof. Misia. Wyczekuję tej lektury po tym, co otrzymałam w części pierwszej.

Paulina Szkudlarek


Transe – traumy – transgresje. T. 1. Niedobre dziecię. Z Marią Janion rozmawia Kazimiera Szczuka, Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, Warszawa 2013.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Emma Donoghue, "Pokój"

Emma Donoghue jest popularną pisarką średniego pokolenia, wyspecjalizowaną szczególnie w reclaimingu protolesbijskiej przeszłości (Life Mask czy Sealed Letter – druga z tych powieści przyniosła jej nagrodę literacką Lambda). W Polsce ukazała się jedna jej powieść, w przekładzie pod pozbawionym dwuznaczności oryginału tytułem Ladacznica (oryg. Slammerkin). Room to z kolei powieść-finalistka nagrody Bookera (2010). Niewykluczone, że zostanie zekranizowana, lub prace trwają.

Do napisania o niej zainspirowała mnie niedawna dyskusja rozpoczęta na łamach „Gazety Wyborczej”, a kontynuowana przez „Krytykę Polityczną”, dotycząca popularnego pisarstwa polskiego, dobrej literatury środka. Osoby zainteresowane a nieznające owej debaty, odsyłam do źródeł:

Kinga Dunin 
Magdalena Miecznicka, Grzegorz Wysocki 
Inga Iwasiów, Piotr Kępiński 
Piotr Kofta, Anna Kałuża

I jeszcze moje trzy grosze, chronologicznie wcześniejsze. 

Emmę Donoghue „się czyta”. Emma Donoghue wciąga. Jest bardzo poprawna od strony formalnej: wszystkie suspensy, zwroty, strategie ukrywania sedna są na swoim miejscu. Zdaje się trzymać hollywoodzkiego schematu fabuły o kimś w opresji, np. uwięzionym niesłusznie, jak Andy w Skazanych na Shawshank (reż. Frank Darabont, 1994). Fabuła taka kończy się uratowaniem ...i rozwiązaniem wątku romansowego, o ile taki został uwzględniony.

Narratorem jest chłopiec o imieniu Jack, budzący się w dniu swoich piątych urodzin. Trochę dziwnie wypowiada się o otaczających go rzeczach, o sobie, o matce, ale cóż, dziecko ma swoje słowa, a dorośli chętnie wchodzą w konwencję, najbliżsi rozumieją sposób mówienia (o kanałach telewizyjnych Jack mówi np. planeta lekarzy, planeta gotowania – co ma ogólny sens, skoro niektóre z kanałów mają w nazwach to słowo, np. Animal Planet).

Urodzinowy prezent, jaki otrzymuje mały Jack, jest dziwny: to portret, który matka narysowała, gdy synek spał. O dniu narodzin toczy się dziwna rozmowa, wzmiankowana jest np. plama na dywanie. Niesprana od czasu porodu? …porodu na dywanie?! Jest śniadanie, są zabawy, jest program telewizyjny, po którego końcu matka wyłącza odbiornik przypominając, że za dużo takiego oglądania robi z mózgu galaretę. Zarazem mimochodem mowa o kilku dość marnych powieściach leżących na półce, o tym, że matka ma popsute i bolące zęby, że bierze jakieś dziwne tabletki…

Zaczyna się wydawać, że z matką, kochającą dziecko, mającą z nim głęboką więź, jest coś nie tak. Wymieniany bywa też mężczyzna, który przynosi niezbędne rzeczy, ale w jakimś minimalnym zakresie. Kobieta chowa przed nim synka w szafie. Rysuje się obraz choroby psychicznej, a przynajmniej budzi niepokój. Co jest nie tak? Matka piecze tort, lecz ku rozczarowaniu małego jubilata, bez świeczek. Zapewne nie ma pieniędzy na takie dodatkowe zakupy... Narracja chłopca „niesie”, wyłaniają się dziwne detale, np. to, że nie przebywa on nigdy na zewnątrz, nie wie, co to jest sklep.

Następnie dowiadujemy się, że mężczyzna – Old Nick – którego chłopiec nigdy „z bliska” nie widział, jest kochankiem kobiety, ale jego wizyty są jakieś... przemocowe. Matka mocno debatuje z synem, o przyniesienie czego można mężczyznę poprosić, rozmawia z gościem krótko, cicho, gasi światło (po czym łóżko skrzypi), a rano chłopiec jest znów tylko z matką, budzi się w łóżku, nie w szafie.

Wreszcie udaje się zrozumieć, co to za sytuacja. Gdy czytelnik ma już wystarczająco dużo podpowiedzi, Donoghue odkrywa karty: matka stara się o wszystkim synkowi opowiedzieć.

Siedem lat wcześniej, jako maturzystka, kobieta została uprowadzona i uwięziona w szopie, stopniowo dostosowanej do życia, ale i uczynionej lepszym, bardziej tajnym lochem. Ściany pokryte dźwiękoszczelnym korkiem, nieotwieralne okno w suficie, oczywiście z pancernego szkła, drzwi na kod.

Tam kobieta urodziła dziecko swojego oprawcy, i wtedy też, dla ochrony małego Jacka, przestała się buntować, próbować ucieczki czy atakować. Wyjaśnia się, czemu te zęby takie zniszczone, czemu prezentem dla 5–latka musiał być obrazek, skąd się biorą „wariactwa”. Kobieta ma na przykład zwyczaj zapalania i gaszenia światła, „pstrykania”: staje się jasne, że to ponawiania próba zwrócenia uwagi, gdyby ktoś patrzył z góry. Dziwactwa w tym, jak świat postrzega Jack, co jest dla niego realne, a co nie, wynikają z opowieści matki próbującej stworzyć iluzję oczywistości. Chłopiec miał nie wiedzieć, że jest więźniem. Z tego powodu na wstępie nie zdradziłam, że Donoghue inspirowała się bulwersującymi wydarzeniami z „piwnicy Fritzla”.

Nieprawdopodobnie emocjonujące (!) są partie, gdy matka planuje ucieczkę, ze współudziałem chłopca, dla którego rzecz jest podwójnie niezrozumiała. Nie ogarnia opowieści matki, nie ma koncepcji „zewnętrzności” wobec pokoju... właśnie: pokoju, w którym jest szczęśliwy. Ze względu na wcześniejsze niepowodzenia uwięzionej, na konieczność polegania nie tylko na aktorskich zdolnościach synka w wieku przedszkolnym, ale i na tym, że malec w ogóle zrozumie, jak zaalarmować dorosłych... skoro kilka dni wcześniej wszyscy ludzie byli nieprawdziwi, płascy jak w telewizji.

Autorka uczyniła porywacza nie Hannibalem Lecterem, a redneckiem – Old Nick dał się nabrać, choć próby były dwie. Chłopiec wpierw udawał bardzo chorego (okazało się, że 2 lata wcześniej rzeczywiście był bardzo chory), a potem martwego (okazało się, że 6 lat wcześniej pierwsze dziecko kobiety podczas porodu udusiło się pępowiną). Ucieczka podczas wywózki „zwłok” do lasu była iluśkrotnie zagrożona, ale... to Ameryka. Trafił się czujny obywatel, interweniowała policja, znaleziono matkę w szopie z oknem w dachu, pojmano porywacza.

Fascynującą, choć nie taką trzymającą w napięciu, częścią opowieści jest to, co dzieje się, gdy po hollywoodzkim happy endzie lecą napisy końcowe. Błyskawiczna wiedza mediów podsłuchujących radiowe kanały policji, umieszczenie matki i dziecka w szpitalu, procedury, uwikłania rodzinne, wejście prawnika, ochrona dziecka równoległa z wdrażaniem go do życia pod milionem względów (słońce jest niebezpieczne dla jego skóry i oczu, deszczu Jack się boi, buty są ciężkie, ludzi jest za dużo i chcą różnych rzeczy od jego mamy, samochody jadące w przeciwnych kierunkach oddzielone są linią i się nie zderzają, po schodach można powoli iść trzymając się poręczy, nie trzeba „jak małpa” na czworakach i na tyłku, ani metalowe rączki sztućców nie ranią, ani kolory na talerzach nie schodzą i nie psują jedzenia...), są równoległe z radzeniem sobie matki z powrotem do świata. W odniesieniu do obojga uruchamiana bywa ta specyficzna psychologizowana retoryka politycznej poprawności, często bijąca po oczach obłudą, jak w scenie wywiadu tv robionego pod oknem adwokata, a i tak upiornego dla kobiety. Np. gdy po wspólnej zabawie Jack z impetem ściska przygodnego kolegę, zszokowanemu opiekunowi chłopca babcia Jacka tłumaczy, że jej wnuk dopiero uczy się strategii ustawienia i szanowania granic osobistych.

Problemy matki wracającej do życia społecznego są ciekawe, ale niedopowiedziane, ponieważ bazujemy na tym, co opisze Jack, i jakie wypowiedzi dorosłych usłyszy. Zarazem jako dziecko Jack nie ma lęku przed przyszłością, choć wolałby wrócić do „pokoju”. Dla matki to straszne, tym bardziej, że wciąż kwestionowana jest jej więź z synkiem (przedstawiciele instancji rzekomo pomagających w „powrocie do normalności” podpowiadają: przecież to dziecko oprawcy, postronni ludzie widzą fizyczne podobieństwo) oraz – odwrotnie – procedura wymaga sprawdzenia, czy Jack nie był molestowany, choć matka zapewnia, że nie, że nigdy nie spuszczała dziecka z oczu.

Istotne jest pytanie o rozwój psychiczny chłopca – mamy wrażenie, że  wszystko przebiega bardziej pomyślnie, niż by się można było spodziewać, przy czym w nie tyle zmedykalizowanym, co przesyconym slangiem terapeutyczno–psychoanalitycznym kontekście USA pewnie rozmaite elementy brzmią, hm, niepokojąco (np. Jackowa kompulsja liczenia: „pięć to moja ulubiona liczba”, uspokajanie się poprzez liczenie swoich zębów).

Kolejnym frapującym mnie zagadnieniem jest konsumpcja. W odosobnieniu kobieta musiała prosić swego oprawcę o rzeczy jak najtrwalsze, np. nie pisaki, a kredki ołówkowe itp. Oczywiście jej i chłopcu wszystkiego brakowało. Po ucieczce kobieta na nowo uczy się marnować, marnotrawić, i zadziwia tym synka (nie, nie trzeba zjeść wszystkiego, ktoś resztę wyniesie i wyrzuci!). Dla chłopca to jest niezrozumiałe pod mnóstwem względów. Jest w powieści scena w kuchni babci – Jack jest zszokowany wielkością i napełnieniem lodówki, mnóstwem szafek na jedzenie, oraz niezliczonymi akcesoriami, z rozsądnego punktu widzenia raczej zbędnymi (ja akurat ani tarki do sera, ani wyciskarki do czosnki nie mam, więc, jako osoba na co dzień gotująca, daję zbędności wyciskarek moją rękojmię). Matka i chłopiec otrzymują tymczasowe mieszkanie należącym do szpitala gmachu nazywanym „recovery home”: pięć pomieszczeń, wprawdzie licząc z łazienką. To zbytek, nadkonsumpcja przestrzeni, do jakiej Jack – nie mam wątpliwości – z czasem się przyzwyczai.

Powieści nie zamyka epilog po latach ani nic podobnego. Kończy się otwarciem horyzontu... raczej dla matki, myślącej o college’u, prawie jazdy, etc. Dla synka – zamknięciem, pożegnaniem z „pokojem”, zrozumieniem końca tego miejsca, po pozbawieniu życia, po interwencjach śledczych obcego. Może to banalne, jednak w narracji ogniskującego Jacka przynajmniej brzmi to ciekawie. Dobrze się czytająca powieść o przesuwaniu pojęć normalności społecznej – cenne i instruktywne w dzisiejszych czasach. Wikipedia pisze o Room jako o bildungsroman: nie uważam, by było to trafne. Jack nie wie, że ten przełom jest dla niego po prostu pierwszy, to żadne „dorośnięcie”, tylko wejście w obszar innej magii, innego świata, wciąż dziecięcego. „Artystycznie” to rzeczywiście coś pomiędzy Bookerem a rekomendacją klubu Oprah Winfrey. Ciekawam, jak to byłoby odebrane w Polsce. Oraz jak, gdyby to była polska (uwzględniając wszelkie warunki) książka.


Paulina Szkudlarek



Emma Donoghue, Room, Picador, London 2010. Wydanie polskie: Pokój, przeł. Ewa Borówka, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2011.

niedziela, 26 stycznia 2014

Inga Iwasiów , „Umarł mi. Notatnik żałoby”

Odkładałam długo lekturę nieobszernego tomiku Ingi Iwasiów – bałam się zarazem moich emocji związanych z tematem, jak i rozczarowania. Tyle dobrego się o Umarł mi powiedziano, a ja jestem nieufna, w związku z czym chciałam odwlec moment, w którym mogłoby się okazać, że to rozdmuchanie, aplauz, jakie nastąpił z szacunku wobec autorki podejmującej temat śmierci i żałoby w kontekście osobistym. Autorki, którą ponadto i cenię, i lubię. Autorki bardzo ostatnio medialnej. Otóż Iwasiów dała mi majstersztyk. Być może z czasem nabiorę dystansu; po przeczytaniu jestem pełna podziwu, i oczarowana. To jest niesamowita literatura. Iwasiów to – przypomnijmy – prezeska Polskiego Towarzystwa Autobiograficznego. Mimo emocji stanowiących fundament, a nawet raison d’ètre publikacji, jestem przekonana, że książkę napisała owszem, spontanicznie i w czymś w rodzaju kompulsji, ale jako gotową całość złożyła i zaprezentowała bardzo świadomie.

Książka to hołd dla kochanego ojca, i autobiofikcja akademiczki deklarującej szczerość. Umarł mi powstało z inicjatywy wydawnictwa, które po publikacji notki na blogu zaproponowało napisanie całej książki. Jak powiedziała na jednym z krakowskich spotkań autorskich, zastanawiała się 3 i pół minuty.

Konstrukcja jest zegarmistrzowska – widać porządek, nie widać mechanizmu; patrzymy jak na zegarek – od niechcenia, choć to, co nam pokaże, jest ważne, z obawą, by się dowiedzieć, jak jesteśmy usytuowani wobec tego, co nam pokaże. Poza tym wcale już nie musimy mieć zegarka – jest pod dostatkiem funkcjonalnych substytutów. Znaczy się, nie musimy myśleć, ani tym bardziej czytać o śmierci (cudzej – nie jesteśmy Markami Twainami); nie brak nam innych problemów.

Przywołanie kolejnych zdarzeń związanych ze śmiercią ojca – informacja od matki, pierwsze reakcje i osoby, z którymi narratorka się wtedy stykała, spotkanie z matką, planowanie pogrzebu i jego przebieg, codzienność zaznaczona pustką, stratą, funkcjonowanie jako osoba w żałobie, pociecha i udręka wspomnień i inne – przeplecione jest historiami z życia rodziny, i usadowione wśród zdarzeń niezwiązanych z tą śmiercią w sposób inny, niż koincydentalny, ale przez to właśnie na zawsze już będących się „kojarzyć” (np. Euro 2012, ulewy i upały).

To, że wszystko się zgadza i nic się nie zgadza, że nieunikniona jest nieprzystawalność i wrażenie przystawalności (słów do odczuć, narracji do tego, co się działo, formy pomyślanej do formy odczytanej – np. przeze mnie, choć autorka oczywiście nie antycypuje żadnych możliwych trybów recepcji), jest w mojej opinii pokazane w rozmowie z Germanem Ritzem, niewymienionym z nazwiska, ale identyfikowalnym jako szwajcarski profesor R. Dyskutował on z koleżanką po fachu o rzekomym podobieństwie polskich i szwajcarskich lat 1950. – wymieniał analogie w stylu mechanizowania gospodarstw domowych (kupowanie pralek) i normalizacji po wojnie. Jakie to były w obu przypadkach pralki, a zwłaszcza – jaka to była wojna!

Zdana jest sprawa z bezradności poznawczej wobec osobistego doświadczenia znanego i rozpatrywanego na gruncie zawodowym – wszelkie funeralia to wszak wdzięczny polonistyczny temat, a tutaj bez zaskoczenia i z rezygnacją należy przyjąć, iż wiedza teoretyczna jest martwa, kompletnie nieaktywna, zbędna na poziomie, na którym bytujemy („vainly I had sought to borrow from my books surcease of sorrow...”). Jednocześnie nie jest to próba przekonywania, iż wobec śmierci wszyscy są równi. Nie są. Zderzenie z realiami i trudne wybory przebiegają inaczej u wdowy, inaczej u półosieroconej córki. Podobnie ze wspominaniem.

Śmierć w rodzinie nie była dla Iwasiów czymś abstrakcyjnym. Na łamach książki autorka wraca do okoliczności zgonów innych bliskich jej osób, porównuje. Dystans utrzymuje o tyle, o ile stopnie owych bliskości się różniły.

Ojciec był szczególnie kochany – jest idealizowany. To, co mogło być złe lub dyskusyjne, nieoczywiste, jest zbyte. Weźmy wyjazdy do sanatoriów, opisane jako coś, co iluśkrotnie miało miejsce. Iwasiów mówi o tym, jak zadowolony ojciec wracał, przyjmując za pewnik, iż to był wynik zabiegów, nie zaś towarzyskiego powodzenia wśród współkuracjuszek. Związek rodziców nie jest problematyzowany – jest oczywistością. Feministka pisze z pełnym spokojem i nie bez aprobaty o tym, jak matka przygotowywała osobno obiad dla wracającego z pracy męża (była pielęgniarką, jeśli to to chodzi, nie gospodynią domową). Jedyne, co przywołuje w tym temacie, to fakt awansu społecznego ojca, który miał ciężkie dzieciństwo tzw. bękarta wychowującego się z babką na wsi (matka pracowała w mieście), a tak „dobrze” się ożenił, miał ważną, choć niewyeksponowaną pracę, która do samego końca pozostała jego pasją. Iwasiów i w samej książce, i w wywiadach, opowiada, że od ojca otrzymywała kobiece wsparcie, podstawy do wiary w mężczyzn niebędących krzywdzicielami.

Otrzymujemy elementy, że tak powiem, ekshibicjonistyczne, obnażające to, co potencjalnie zawstydzające. Poddawane są refleksji, przez co nie służą „epatowaniu”, a dają pretekst do namysłu. „Co się ze mną działo?”. Przykładem jest epizod z rozesłaniem MMS-a ze zdjęciem ojca i komunikatem: „Nie chcę, żeby go nie było". To metaproblem współczesnych narzędzi, duszenia i finalizowania aktów komunikacyjnych, w sytuacji... odwiecznej. Oczywistym jest, że narratorka nie rozesłałaby papierową pocztą odbitek zdjęć... tu znów narzuca się obraz zgniatania i ciskania do śmietnika kolejnych niezadowalających brudnopisów listu. To było zatem, no cóż, zajście niezbyt chlubne – zdaje się, iż Iwasiów żałuje tego aktu wyrażenia rozpaczy. Książka zawiera komunikat... stosowniejszy, bardziej godny, imponujący jako sztuka słowa i jako wyraz odwagi, siły w chwilach kruchości i podatności na złamanie. A przecież to z MMS-em się stało. Zaistniał. I nie został przemilczany.

Zaskoczyło mnie, że w toku lektury przypomniałam sobie analogiczne momenty z mojego Umarła mi, jednak nie było to dotkliwe. Raczej ciekawe. Czułam moje prawo do zestawienia nie na podstawie umiejętności mówienia o tych momentach, a poprzez legitymizację biograficzną.

Ojciec autorki był ateistą, jednak rodzina – a być może właśnie sama Iwasiów – podejmuje decyzję o katolickim pochówku, gdyż obawiają się tego, jak wygląda ceremonia świecka. Przeżyłam coś podobnego wokół pogrzebu Mamy. Czemu był katolicki? Gdyż świecki byłby okropny; coś trudniejszego do zniesienia, niż wersja katolicka. Nie rozumiałam i nie rozumiem, cóż może być gorszego w porównaniu z samą śmiercią? Ciekawy ten ateistyczny strach przed „nieznanym” – ateistycznym pogrzebem. Drugą rzeczą jest: świat a moja żałoba. Ojciec Iwasiów zmarł w czasie trwania Euro 2012; codzienność była bezlitosna, wydarzenia się toczyły. Dlaczego wszystko się nie zatrzymało, skoro świat się zawalił i skończył? Moim doświadczeniem był fakt, iż akurat niedługo po mojej Mamie zmarł papież. Do owego czasu nosiłam czarną wstęgę itp. – nagle „wszyscy” paradowali z białymi, gdyż jakiś taki kolorystyczny twist miał miejsce. Co ja miałam wtedy zrobić z moją wstążką? Ktoś, kto na nią patrzył, widział nieprawidłowy kolor, ponieważ przecież powód do żałoby był dla ogółu społeczeństwa tylko jeden. Ja zaś patrzyłam na, powiedzmy po Pratchettowsku, white ribbonsers, i się burzyłam: a tobie to niby kto umarł, że jesteś w żałobie?

Zrozumiałe i współodczuwane były dla mnie również rozmaite drobiazgi związane z towarzyskim funkcjonowaniem po śmierci rodzica. Jest się „specjalnej troski”: i chce się słyszeć pytania, i nie chce, i chce się, by ludzie brali poprawkę na naszą sytuację, i boi się, irytuje i smuci na traktowanie jak trędowatej. Czy wolno się przy mnie śmiać? Czy mnie wolno publicznie mieć dobry nastrój?

Powściągliwa autorka miała odwagę zaproponować narrację o sobie. Została o to zapytana na krakowskim spotkaniu autorskim. Pierwszą kwestią jest tu zamysł, by książka nie była „histeryczna” (nie jestem pewna, czy słyszałam cudzysłów przy tym określeniu, dodaję go od siebie), tylko mogła być sposobem skomunikowania się z ludźmi, którzy mogą być w podobnej sytuacji życiowej. Pisanie autobiograficzne ponadto musi boleć (dopowiem: niezależnie od tematu), więc jest dla autorki niezdrowe. Tu jednak druga kwestia, autokreacja. Iwasiów chciała pisać o swoim rzeczywistym przeżywaniu, jednak trudno określić, co w gotowej książce jest prawdziwym bólem, a co polem wytworzonym w czasie powstawania tej narracji, konsekwencjami pozycji osoby w bólu. Pisząc, miała taką rolę. Gdy zaczęła mieć wątpliwości, gdzie zasadzona jest prawda, a gdzie konwencja, domknęła tekst, nie kontynuowała. Także dlatego na końcu zgromadziła szereg haseł, bardzo mało zresztą otwartych na inne interpretacje, niż ta genetyczna.

„Ferie zimowe ‘88” 
„Ostatni leci po flaszkę” 
„Woda po goleniu prawie tak samo dobra, jak przemysławka”.

Okazało się, że to rzeczy, których nie zdecydowała się już umieścić w narracji w formie rozbudowanej. Ferie spędzała z ojcem i synami, którzy dostali wtedy bardzo wysokiej gorączki. To o ostatnim po flaszkę to ojcowski wielkopolski regionalizm. A przemysławka: ojciec niekiedy dostawał jako prezenty wody toaletowe marek zachodnich, jednak miał inne preferencje. Po tych cytatach następują słowa, że narratorka nie ma już co z nimi zrobić. Po pierwsze dlatego, iż bezpośrednio nie dotyczą już śmierci i żałoby, są z puli wspomnień. Nie brakuje wspomnień w książce, jednak to, które się w niej pojawiły w formie rozwiniętych anegdot, było uzależnione od kolejności, w jakiej się nasuwały. Te powyższe przyszły do głowy zbyt późno, by je pomieścić. Po drugie, to takiego rodzaju wspomnienia, które mają tendencje do obrastania nostalgią. Po latach nie bolą, wracają na rodzinnych spotkaniach, mają ciepły ton. Takiego rodzaju. Potencjalnie. Iwasiów nie wie, jak z nią będzie po latach.

Wizja dzieciństwa Iwasiów ukazana w książce jest idylliczna. Pisarka wyjaśniała, że wynika to z redukcji opowieści do jednej relacji: ojciec – córka. Bohaterka nie opowiada o sobie szerzej, eksponuje tą jedną rolę, i owa redukcja daje obraz idealnie szczęśliwego dzieciństwa. Jednak narratorka nie w każdym momencie życia była córką ojca. O innych relacjach po prostu nie pisze.

Musi się tu pojawić problem feministki, dla której najważniejszą w życiu osobą był ojciec. Jako krytyczka feministyczna Iwasiów widzi status swoje relacji z ojcem, i ją sobie analizuje. Relacja z ojcem nie była „zranieniem”, które doprowadziło do feminizmu. A sytuacja jest – by tak rzec – ideowo kłopotliwa, ponieważ prawdą życiową dla autorki jest fakt, iż ojciec był najważniejszy. Zarazem nie był wzorem. Pojawia się ciekawe odwrócenie: to nie on nauczył ją czytać, tylko ona jego (oczywiście nie analfabetę; chodziło o polubienie literatury w stosunkowo późnym wieku - mowa o tym była w wywiadzie w „Wysokich Obcasach”). Iwasiów pyta siebie: czy ja wolę być bliżej ojca jako figury (w patriarchacie) kulturowo uprzywilejowanej?

Na krakowskim spotkaniu Iwasiów powiedziała, że dziś – w styczniu 2014 r. –  już by nie napisała ani tej, ani takiej książki. To dość jasne! Podoba mi się bardzo jej odcinanie się od psychologizowania, aktywowania kategorii terapeutycznych. Powiedziała, że być może psycholog by to wszystko zakwalifikował jako autoterapię – ale ona nie. Motyw nieufności wobec terapii wiele razy się u Iwasiów pojawiał, i jest to postawa, którą podzielam.

Narracja jest zarazem spokojna i obsesyjna, ale nie w sposób wymuszający jakąś psychoanalityczną interpretację (o jaką prosiła i jaką dostała np. Nicole Müller). Dlatego też tak mnie przekonała. Nie jest „zafiksowana”, nie jest eksperymentalna. Polem jest piękny, przenajpoprawniejszy język, przystępny, niehermetyczny, choć niestroniący od gier słownych. Książka o śmierci i żałobie: dla każdego, w najlepszym znaczeniu tego określenia.



Paulina Szkudlarek


Inga Iwasiów, Umarł mi. Notatnik żałoby, Czarne, Wołowiec 2013.

Dwa krakowskie spotkania z Ingą Iwasiów miały miejsce 13 stycznie 2014.