wtorek, 4 listopada 2014

Peter Høeg, „Kobieta i małpa”



Po pochodzącą z 1996 roku, a na polski przetłumaczoną w 2003 powieść Petera Høega  Kobieta i małpa sięgnęłam jako zainteresowana posthumanistyką, nie tylko w zakresie teorii socjokultorowych i akademickich dywagacji, ale też w beletrystyce.

Autor, słynny przede wszystkim z powieści Smilla w labiryntach śniegu,  jest Duńczykiem. Akcję osadził w Anglii, głównie w Londynie, choć tytułowa bohaterka jest Dunką... podobnie jak małpa. Niewątpliwie brzmi to dziwacznie, ale niżej ujawniam powód, dla którego teraz wskazuję na „duńskość” małpy. Nie gdzie indziej, jak właśnie w Londynie zatem mieszka bardzo bogate młode małżeństwo. Mężczyzna, Adam Burden, szefuje instytutowi badającemu zachowania zwierząt, kobieta, Madelene tymczasem nudzi się w domu, korzysta z przywilejów klasy wyższej, i topi się w alkoholu.

Adam, ceniony naukowiec, ma siostrę, Andreę, również – choć w inny sposób – zajmującą się zwierzętami. Rodzice tej dwójki w toku dekolonizacji musieli przeprowadzić się z Indii do Anglii, przy zachowaniu wysokiego statusu materialnego i społecznego. Uważam to za dość zaskakujące, i gotowam to wiązać ze zbyt małą wiedzą autora w zakresie tego, jak z „wyjściem” z Indii było (i jakie moralne odium spadło na tych, którzy byli elitami administracji kolonialnej, albo po prostu bardzo wysoko postawionymi rezydentami i beneficjentami brytyjskiej supremacji). Madelene odebrała brytyjską edukację na poziomie średnim w duńskiej szkole dla dzieci dyplomatów, była jednak potomkinią rodu Mortensenów, wzbogaconego na „przyziemnym” biznesie. Akurat, by kwestia upodmiotawiania zwierząt wybrzmiewała dobitniej, ojciec kobiety prosperował budując wielkoprzemysłowe obory i chlewnie.

Pewnego dnia do Londynu przypłynęła (na łodzi przemytnika zwierząt) małpa, prawdopodobnie szympans, który ucieka na brzeg, sieje chaos w porcie i na ulicach, aż w końcu zostaje złapany. Ze względu na pozycję Burdena, jego możliwości krycia sprawy przed służbami weterynaryjnymi i nie tylko, małpa trafiła do szybko przystosowanej do odnośnej potrzeby oranżerii kolonialnej rezydencji, gdzie Adam ze swoim zespołem, na wysoce specjalistycznej aparaturze, rozpoczął badania i eksperymenty, i gdzie zarazem Erazmus – gdyż tak ma osobnik na imię – zaczął budzić zainteresowanie wciąż ostro pijącej Madelene.

Kobieta początkowo była zazdrosna o męża, na dziwne sposoby śledzi jego poczynania, potem zaczęła przeważać jej fascynacja małpą.

W narracji jako postaci drugoplanowe pojawiają się też: Bally, przemytnik (który przeżył rozbicie swej łodzi), Johnny, kierowca i współpracownik przemytnika, Susan, szkolna przyjaciółka Madelene, jacyś weterynarze, np. Bowen, jacyś funkcjonariusze służb weterynaryjnych. Sedno stanowi jednak romans czy też miłość Madelene i Erazmusa. Fascynacja doprowadziła tytułową parę do wejścia w swego rodzaju związek, aktów seksualnych, i do wspólnej ucieczki – sprytnego oszukania obławy, i pieszej podróży do parku–rezerwatu gdzieś na angielskiej prowincji. Nowe podniety sprawiły, że Madelene z godziny na godzinę kompletnie przestała pić i czuć potrzebę alkoholu. W rezerwacie „kobieta i małpa” spędzili 7 tygodni, na pogłębianiu relacji seksualnej, poznawaniu się i nauce mowy. Oczywiście Erazmus okazał się nieprawdopodobnie zdolny, także do werbalnej abstrakcji. Opisy wrażeń i zdarzeń są niesamowicie pretensjonalne. „Zbliżali się do czegoś w rodzaju wieczności (...) Zadarła głowę, spojrzała w niebo, zaniechała wszelkiego oporu i zdała sobie sprawę, że permanentne teraz, jakie powstało po zatrzymaniu się czasu, nie jest wolne od przykrości, nawet w raju” (s. 144). „Madelene poczuła chłodny powiew. Powiew czasu, przypomnienie, że prócz nich istnieje coś jeszcze, że za murem ogrodu istnieje uniwersum” (s. 146). „Trzecie, ostatnie pytanie, jakie zadają sobie wszyscy, których nagle dopadło szczęście, brzmiało: Ile to jeszcze potrwa? Wydawało się, że odpowiedź jest oczywista (..). W życiu Madelene i Erazmusa nie istniało nic takiego, co wskazywałoby na kres ich szczęścia i nietrwałość idylli” (s. 148).

Tymczasem Adam przygotowywał się do objęcia stanowiska dyrektora londyńskiego ZOO, mającego też bardzo wysoką rangę jednostki badawczej. Na swoją inaugurację planował zaprezentować swoje badania nad Erazmusem, niestety bez Erazmusa, gdyż ten uciekł porywając jego żonę – motyw ów nie był bez znaczenia, gdy decydowano o dyrektorskiej kandydaturze. Adam bowiem wzbudził współczucie opinii publicznej.

Kres nietrwałej idylli nastał. Erazmus i Madelene wrócili do Londynu, by się dostać na dyrektorską inaugurację, na którą zaproszone były same VIP-y oraz wyselekcjonowane media. W odpowiednim momencie wystąpienia Adama Erazmus akrobatycznie zeskoczył na scenę i przejął mównicę. Zgromadzeni wpierw byli po prostu pod wrażeniem, potem zamarli. Małpa umie mówić! Za Erazmusem zrobił to dziekan Uniwersytetu Londyńskiego, „znany z krytyki nauk przyrodniczych, które jego zdaniem okazywały pogardę wobec globalnej odpowiedzialności” (s. 188), potem wiceprzewodnicząca Królewskiego Towarzystwa Zoologicznego, „rzeczniczka etyki w świecie zwierząt” (s. 189), dwóch urzędników z Ministerstwa Rolnictwa, policjant, pielęgniarz, producent TV. Najsprawiedliwsi wśród sprawiedliwych, i co? I wyoutowali się jako małpy. Ogłosili, że odchodzą ze świata ludzi.

Pokłosiem wieczoru stał się kilkudniowy chaos – stanęło nawet BBC, ba! elektrownie, zamarł ruch, Anglia była jak wymarła. Ludzie nie wiedzieli, kto nagle mógł okazać się nie-człowiekiem. Niby powoli życie wróciło w swoje tryby, a Madelene dołączyła do małp i łodzią Bally’ego odpłynęła niczym Tolkienowskie elfy do nieśmiertelnych krain za morzem. Miała już inny obraz miłości swojej i Erazmusa, chyba tym bardziej dlatego, że straciła jedyne pole poczucia wyższości. Oto bowiem gatunek małp okazał się wyższy, niż homo sapiens (gdy Madelene nie słyszała, Bowen powiedział o tym Erazmusowi: „Burden, jego siostra i ja pomyliliśmy się. Sądziliśmy, że uzyskamy dane o jednym z hominidów poprzedzających człowieka. Ale wy nie jesteście naszymi poprzednikami. Jeśli już, to następcami” – s. 184). A popłynęła, bo – co zostało mi zasugerowane w epizodzie z „raju”, tj. z parku–rezerwatu o nazwie St. Francis Forest – zaszła w ciążę. Jeśli dodać do tego nazwę łodzi przemytnika zwierząt: „Arka”, naprawdę ręce opadają.

Warto jeszcze odpowiedzieć na pytanie, dokąd się owa łódź skierowała? Ku Bałtykowi. Małpy pochodziły z jakiejś duńskiej wysepki. Z powodu historii imperializmu w jakiś niepokojący sposób zrozumiałe, a może wręcz „przezroczyste” są bazujące na hegemonii kultury masowej i języka angielskiego, egocentryzmy amerykański i brytyjski ...duński jednak?

W jakiś sposób co zasygnalizowałam wcześniej, spodziewałam się narracji wywrotowo posthumanistycznej, queering the nonhuman. Przy wszystkich  próbach ustawienia optyki na upodmiotowienie zwierząt, rozgoryczenie i zawód sprawia to, jak do cna patriarchalna jest ta powieść, jak stereotypowymi postaciami są kobiety, jak forsowany jest konformizm genderowy.

Madelene jest słaba, afektywna, lubieżna, konwencjonalnie atrakcyjna fizycznie. Jej mąż ma na imię Adam, ale to Erazmusa dotyczy scena w stylu Księgi Rodzaju à rebours: zawiązanie się relacji kobiety i małpy ma miejsce w momencie darowania tej pierwszej owocu.

Kobieta to intrygantka, kombinatorka (np. przytulała się do męża i chwyta za pośladki, by podebrać mu klucze (przy okazji odnotujmy, że brak potem sceny bądź to oddania, podrzucenia Adamowi kluczy, bądź jego zorientowania się, że kluczy brakuje), ale też osoba niezainteresowana karierą. Mężczyźni to zdobywcy, awanturnicy; silni, ale też podporządkowujący się przewadze i autorytetowi męskości Erazmusa, jak to w stadzie bywa.

Tropy wskazujące na akomodację ludzi do konserwatywnych ról płciowych są subtelne i rozsiane. (Przypuszczam, że autor nie zaplanował takiej wizji, a poszedł najprostszą drogą, gdyż koncentrował się na konceptualizacji małpiego nadczłowieka). Przykłady: kobieta wyobraża sobie, jak byłaby eksponowana jako przedstawicielka gatunku (podobnie niczym w gablocie z gatunkami motyli) i myśli o podpisie „Madelene Burden, z domu Mortensen” (s. 109); odprawiając pielęgniarzy z karetki i dając im drobną łapówkę Madelene mówi: „Proszę wziąć taksówkę i wracać do domu. A po drodze mogą panowie kupić kwiaty dla żon” (s. 170). Podkreślana jest „męskość” Adama jako konsekwencja dążeń, kierowanie się rozumiem, etc. W przypadku Madelene często pojawia się określenie „instynktownie”. Nie wiem, jak można „instynktownie” orientować się w londyńskim metrze!

Jeszcze jeden aspekt. Madelene jest „zmysłowa”, lubi współżycie seksualne z mężem, lubi z Erazmusem. W Szkole Angielskiej w Kopenhadze jej dziewczęca przyjaźń z Susan była też eksperymentatorską formą relacji lesbijskiej, nieostentacyjnej (ergo niewidocznej dla grona nauczycielskiego czy innych mieszkanek internatu), stanowiącej nie tylko źródło doraźnej przyjemności, lecz przede wszystkim naukę seksu. To wg mnie homofobiczna, męskocentryczna klisza. Owszem, takie historie zdarzają się nastolatkom, ale razi obecność takiego motywu właśnie w książce, potęgując wymowę prezentowania genderowej „normalności”. Kojarzone przeze mnie męskie narracje o homorelacji w czasach zamieszkiwania w internacie raczej kończą się ogólnożyciowym gejostwem bohatera, jak w klasycznym Maurycym E.M. Forstera... Można na to rzec: tym lepiej dla Høega, skoro u niego jest inaczej (Madelene ani Susan nie okazują się lesbijkami). Niekoniecznie, gdyż chodzi o kobiety poprzez swoje nastolackie praktyki rozbudzone i przygotowane do normatywnego życia erotycznego. Środek ciężkości normy jest specyficzny: rozbuchanie seksualne Susan (mężatki nieustannie sprowadzającej sobie kochanków) blednie przy Madelene – wprawdzie Susan pozamałżeńsko, ale Madelene pozamałżeńsko z małpą!

W mojej opinii polityczna poprawność i „postępowość” w pewnym ograniczonym (!) zakresie zadziałały w jednej sferze, w innej obnażony jest swego rodzaju fałsz „otwartej” postawy autora. Skoro dość autora kompromitujący płciowy konformizm omówiłam, pozostaje kwestia posthumanistyczna. Dlaczego mam zastrzeżenia do zaprezentowanej przez Høega?  Po pierwsze, zignorowane są zwierzęta „nieinteligentne” w sposób humanonormatywny. W Kobiecie i małpie preferowana jest wyższość nad gatunkiem homo sapiens, nie zaś możliwość harmonijnego współkorzystania z ziemskich zasobów. Po drugie, w sumie przykra jest myśl, że aktywiści i aktywistki, których celem jest zwiększanie dobrostanu zwierząt i ich upodmiotawianie, to nie-ludzie, czyli nie ludzie. Chciałabym myśleć, że jednak my, ludzie, posiadamy na tyle elementarną wrażliwość.

Literacko powieść rozczarowuje, nie operuje sugestywnym językiem artystycznym, balansuje na granicy zupełnej potoczności i banału. Niewykluczone, że to kwestia przekładu z duńskiego.

Nie chodzi o tempo zmian w naukach biologicznych, które przekreślają podstawy pomysłu na takie czy inne wątki science-fiction. Chodzi o nieforsowaną sferę ideową, która jest dyskredytująca. U Høega zwyciężyła utopia reprodukcyjna, tj. ciąża jako początek Nowego, przełamanie konfliktowego impasu. To podobnie jak u P.D. James w Ludzkich dzieciach – choć fabuła kompletnie inna, wymowa światopoglądowa dość zbliżona, szczególnie w zakresie konserwatywnych metafor genezyjskich. Tanich. Polski wydawca na okładce określa książkę jako „filozoficzny zoothriller”. Ładna etykietka, i niewiele poza tym. Dla mnie Kobieta i małpa to również rzecz bardzo bliska ideowo powieści ostatnio sfilmowanej: Pod skórą Michela Fabera – też doceniałam pewne jej aspekty, ale byłam bardzo rozczarowana całokształtem. Naprawdę niesamowicie trudno o satysfakcjonującą „posthumanistyczną” beletrystykę. Palma pierwszeństwa wciąż u Margaret Atwood (Oryks i Derkacz). A być może po prostu lepiej obejrzeć Planetę małp Franklina J. Schaffnera z 1968 roku.



Paulina Szkudlarek



Peter Høeg,  Kobieta i małpa, przeł. Halina Thylwe, Noir Sur Blanc, Warszawa 2003. Cytaty pochodzą z tego wydania, wyróżnienia w obrębie cytatów są moje.



poniedziałek, 27 października 2014

Majgull Axelsson, „Pępowina”


Wprawdzie nie jestem entuzjastką Majgull Axelsson, i kolejne jej powieści uważam za powielające te same schematy, przedstawiające zlewające się w jeden potok historie kilku pokoleń straumatyzowanych Szwedek, wszelako każdą następną przetłumaczoną na polski książkę czytam. Ostatnią z nich jest Pępowina. Na jej kartach snuta jest opowieść o tym, jak rzeczone pokolenia przekazują sobie piętno dziwki. Jako oczywiste traktowane jest założenie, że kobieta za plecami nazywana dziwką (lub podobnie, a nawet wtedy, gdy samo słowo jest niewypowiadane), w sposób nieunikniony doznaje traumy, i to wraz ze starszymi członkiniami swojego rodu oraz z potomkiniami do siódmego pokolenia. Członkiniami i potomkiniami, ponieważ w powieści (ważne) są tylko matki i córki. Moja irytacja taką wizją zaprezentowaną w 2011 roku powoduje, że o Pępowinie wypowiem się kpiąco, jeśli nie pogardliwie.

Całe miasto jest „ofiarą” apokaliptycznych ulew i burz, przez co Axelsson ma pretekst do zgrupowania iluś osób w określonej lokalizacji, i zestawienia ich narracji, posplatania ich losów. Lokalizacją tą jest stosunkowo bezpieczna przystań restauracji–zajazdu. Kogo w nim spotykamy? By dowartościować postaci męskie rozpocznę od tego, że jest na kartach Pępowiny Tyrone, milkliwy emerytowany strażak wezwany do interwencji kryzysowej z powodu potęgi żywiołu, mąż miłej pielęgniarki i ojciec córki, która już w średnim wieku, akurat planując rozwód, decyduje się wykrzyczeć mu, jak bardzo w toku dotychczasowego życia brakowało jej ojcowskiej uwagi. Och och. Ojej. Jest Anette, pracownica restauracji ślepo zakochana w swoim bezrobotnym mężu – ciężkim alkoholiku. Nastoletnia córka tej pary woli żyć bezpiecznie i spokojnie z rodzicami matki, za co matka ma do córki żal, zaś babka dziewczynki ma do córki pretensje za uleganie mężowi, wybielanie go. Znienacka żonie alkoholika udaje się przejrzeć na oczy. Wow. Och och. Mamy Ritvę, dziennikarkę walczącą o stałe zatrudnienie po stażu, córkę ojca, który zapadł na chorobę Alzheimera. Ciekawostka, w kontekście reportaży Zaremby zakrawająca nieledwie na szwedzkie fantasy: mężem opiekuje się w domu matka aspirującej dziennikarki. Mamy Marguerite, aktorkę, która odeszła z narodowego teatru (sztokholmskiego Dramaten) z powodu alkoholizmu, żonę wciąż nią pomiatającego profesora–finansisty i matkę 18–latka, który uciekł do sekty (szwedzkie fantasy jest, jak widać, wieloaspektowe) po tym, jak jego biologiczny ojciec, upadły były aktor, zmarł „na ulicy” (a konkretnie spalił się w jakiejś altanie). Aktorce – nie uwierzycie – udało się przejrzeć na oczy, zdecydować na rozwód, i wyprosić u syna opuszczenie sekty. Wow. Oraz och, och.

Wszelako szkielet opowieści stanowi Minna, z opowieścią o swej matce, swej babce, swej ciotce oraz córce. Kobieta jest właścicielką wspomnianej restauracji. Oto jej dzieje w skrócie. W czasach licealnych dziecko (ją) zrobił jej matce kolega z klasy, syn arystokratycznej rodziny. Ruszył w świat, tj. do Sztokholmu, zrobić karierę (dziennikarza telewizyjnego), a matka z córką biedowały wyklęte, zwłaszcza, że matka była osobą niekonwencjonalną i chętnie o niej plotkowano jako o dziwce. Życie nastolatki zmieniło się na lepsze, gdy matka zmarła na zbyt późno wykrytego raka. Dziewczyna przeprowadziła się do matki siostry. Matka swej siostry nie znosiła, obgadywała, zazdrościła jej jako rzekomej  ulubienicy rodziców. Osierocona córka, Minna właśnie, pokochała ciotkę, i awansowała materialnie. Oto miała swój pokój, nowe ubrania, kieszonkowe. Ciotka była pogodna, żywiołowa i lubiana, a że – do pewnego wieku – wielce podobała się mężczyznom, miała – uwaga uwaga! – łatkę dziwki. Ale jej restauracja prosperowała, jako prowadzona z oddaniem, gościnna i porządna. Minna dobrze się uczyła, poszła na studia. Kilka razy przespała się z przypadkowo spotkanym, nawet dla niej nieatrakcyjnym, Arabem czy Turkiem. Fabularna nieważność identyfikacji etnicznej mężczyzny nie tylko odzwierciedla ignorancję bohaterki w tej mierze – jest też wyrazem braku politycznej poprawności, w myśl której wszystkie nierówne relacje społeczne powinny być przedmiotem krytycznego namysłu. Axelsson zainteresowana jest wyłącznie feminizmem. Minna zaszła w ciążę, studia przerwała, wróciła do „rodzinnej” restauracji, urodziła idealną, hołubioną córeczkę, Sofię. Parę lat później ciotka zmarła, a młoda matka odziedziczyła dom i restaurację, i z łatką dziwki, bo jakżeby inaczej, wychowywała córkę, nieprawdopodobnie ją rozpieszczając, ale zarazem kłamiąc o jej ojcu. Minna, która przez lata uważała własną matkę za wariatkę, przez to, że tej zdarzało się wyklinać w kierunku telewizora (dziennikarz naprawdę zrobił karierę), swojej córce powiedziała, że jej ojcem był żonaty amerykański naukowiec, który później zginął w wypadku. Dała córce zdjęcie jakiegoś hollywoodzkiego aktora. To było już lata po tym, jak się pokapowała, że jej własna matka klęła widząc w wiadomościach Minny ojca.

Z czasem kłamstwo wyszło na jaw, córka znienawidziła matkę. Przestała się uczyć i zaczęła się puszczać, co jedna z jej koleżanek z klasy upubliczniła w internecie. Dziewczyna, napiętnowana jako dziwka, powiesiła się. Minna nie umiała się pogodzić z faktem tego samobójstwa. Zachowywała się, jak gdyby słusznie na nią wściekła córka po prostu zamykała się w swoim pokoju.  Aż w dniu ulewy i wichury stare drzewo przewróciło się na okno biura restauracji, walnęło Minnę, która, po uratowaniu życia, wobec siebie i wobec innych przyznała, że zaiste, jej córka od roku nie żyje. Imponująco katarktyczne. Wow.

Dziennikarz–ojciec i arystokratka–babka też zmarli. Reszta przeżyła.

To w polskim przekładzie prawie 550 stron. Przegadane, przesadzone. Osobliwe jest dla mnie, jak mówi się o Axelsson: niby że realistycznie opisuje rodzinne traumy. Ja uważam, że mikronapięcia rozdyma do rozmiarów słonia, ale nie żywego, tylko balonu wielkości słonia. Nawet nie „bum”, „pssyk!” raczej wystarczy, by ze słoniobalona został smętny gumowy flaczek. Akurat to mężowskie chlanie i rzyganie daje pracownicy restauracji objawienie co do nieświetlanych perspektyw trwającego związku. Akurat ten incydent z synem w sekcie jest dla aktorki odpowiednim impulsem do decyzji o rozwodzie. W pierwszym przypadku za katalizator nie wystarczyło, gdy kilkuletnia córka przeprowadziła się do dziadków. W drugim przypadku za katalizator nie wystarczyła próba samobójcza syna, który naprawdę cudem został w ostatniej chwili przed śmiercią zdjęty ze stryczka. Żadne psychologiczne prawdopodobieństwo nie przemawia za takimi pomysłami fabularnymi. To, jak upadły anioł nawiedza nieprzytomną Minnę, która niczym w filmie animowanym typu Looney Tunes (?) potrzebowała puknięcia w łeb, by uznać śmierć córki, już w ogóle pod nic nie podchodzi. Katharsis i burza. Etykietka dziwki łącząca pokolenia kobiet niczym pępowina. Świadectwa recepcji, na jakie po publikacji powieści trafiałam nawet w „szacownych” miejscach, tj. poważniej, niż blogi traktowanych mediach, ugruntowały moje przekonanie o tym, że nachalny marketing zastąpił działalność krytyczno-recenzencką, i że chwalone jest to, co chwalić wypada. Dla idei? Z owczego pędu? Ja nie mam zamiaru się przyłączać.

Dlaczego? Nieuprawnione jest krytykowanie jednostkowej wrażliwości na przemoc symboliczną, np. podatności na zranienie obelgą czy wrogim gestem (w odróżnieniu od bycia ofiarą przemocy fizycznej). Zarazem współcześnie w walce o prawa kobiet etykietka „dziwki” (szmaty, wywłoki, a nawet kurwy) jest ze sporym sukcesem odzyskiwana i przepracowywana, wykorzystywana jako prowokacyjny oręż w walce z opresją – nie tylko symboliczną. Co więcej, założenie niezmienności patriarchalnych i mizogynicznych mechanizmów społecznych jest zbytnim uogólnieniem. Zbyt wiele się zmieniło od czasów, kiedy każda nonkonformistka, ba! każda niezależna czy uniezależniająca się ekonomicznie i seksualnie kobieta musiała liczyć się z ostracyzmem najłatwiej wyrażanym poprzez napiętnowanie jako dziwki.

Zaraz, zaraz. A czy aby Axelsson nie pisze raczej o porażkach rodzicielskich, o nieszczęściach rodzinnych? Trudno mi faworyzować to odczytanie, ponieważ nie budzi mojego ideowego entuzjazmu nakładanie odpowiedzialności na monady rodzinne, pomijanie aspektu feministycznych dążeń politycznych jako działań systemowych – i wykraczających poza problematykę ściśle kobiecą (w wypadku Pępowiny na dodatek: hetero- i ciskobiecą). „Zaraz” po raz drugi: nakładanie czy zwracanie uwagi na takie nałożenie? Mam wrażenie, że dla Axelsson ten problem nie istnieje.


Paulina Szkudlarek


Majgull Axelsson, Pępowina, przeł. Katarzyna Tubylewicz, W.A.B., Warszawa 2013.


sobota, 6 września 2014

Radosny taniec z prowadzoną na rzeź. O węgierskiej podróży Krzysztofa Vargi w „Czardaszu z mangalicą”

Na początku swojego istnienia magazyn dla hipsterskich foodies „Kukbuk” umieścił na swojej stronie internetowej kilka wywiadów ze „znanymi” osobami (pisarzami, artystami w średnim wieku) na temat ich upodobań i doświadczeń kulinarnych. Załapał się na ten krótki cykl Krzysztof Varga. Przytaczam fragmenty niestety z pamięci, ponieważ na stronie internetowej „Kukbuka” wywiad jest już niedostępny.

W rozmowie dla „Kukbuka” Varga przyznał, że nie gotuje, a jeśli już, to niewiele. Ponadto nie czuje specjalnego zaufania do kobiet, które jedzenia unikają tudzież gustują jedynie w potrawach roślinnych. Obawy uzasadniał podejrzeniem, iż każda dziewczyna unikająca kiszki, kiełbasy lub mięsa w ogóle, może unikać/ rezygnować/ wystrzegać się również innych przyjemności życiowych, co Vargę zniechęca do zawarcia bliższej znajomości. Najwidoczniej pisarz postanowił kultywować myśl jednego z pierwszych teoretyków gastronomii, Brillat-Savarina i uległ pokusie łatwej i urzekająco naiwnej klasyfikacji zwyczajów żywieniowych innych.

Przypomniał mi się ten wywiad podczas lektury Czardasza z mangalicą, w którym to, po uhonorowanym w 2009 Nagrodą Nike czytelników Gulaszu z turula, Krzysztof Varga snuje niespieszną opowieść o swoich związkach z Węgrami i „węgierskością”.

Pomijając ochotę podesłania Vardze znajomych osób płci obojga, które i którzy mimo diety wegańskiej lub wegetariańskiej żadnych przyjemności się nie wyrzekły i nie wyrzekli, pomyślałam: no dobrze, a jakichże to radości zmysłowych zaznał narrator książki podczas zatapiania się w tłuszczu kuchni węgierskiej? Na jakie nowe doznania się otworzył? Czy na pewno spektrum barw – bo przecież nie tęcza, coraz bardziej podejrzana i zagrożona wyrugowaniem z przyrody – rozkoszy ziemskich poszerza się dzięki gulaszom z kociołków, kotletom, zupom rybnym i morzu śmietany w każdej potrawie? Jak sycące węgierskie dania pocieszają Węgrów gdy rozpamiętują traktat z Trianon?

To także pytanie, co jada melancholik, w dodatku szczególny, bo markotny i patriotyczny, niczym dynamit z wiecznie mokrym lontem. Madziarski smutas lubuje się w potrawach tłustych, mięsnych, gęstych, treściwych, pełnych smaków i aromatów – pod warunkiem, że to smaki i aromaty papryki i mięsa – składających się na menu „prawdziwego mężczyzny” (co piszę z przymrużeniem oka).

Owe dania są w większości ciężkostrawne i do ciężaru historii węgierskiej, ciężaru egzystencji  wiecznie przegranego, stojącego na ostatnim szańcu Madziara, dorzucają dodatkowy ciężar -przyziemny, gastryczny, grożący koniecznością poratowania żołądka środkami farmakologicznymi.

Czardasz z mangalicą to pełna sentymentalnych wspomnień relacja z podróży narratora po Węgrzech, mniejszych i większych miasteczkach (choć jak twierdzą hungaryści i dane statystyczne, poza Budapesztem wszystkie miasta węgierskie są niewielkie). Narrator z dobrotliwą ironią opisuje węgierski patriotyzm, pełen umiłowania klęski, czczący przegranych, wpatrzony obsesyjnie w wielką przeszłość i zaznane historyczne niesprawiedliwości (tak jakby istniała takowa sprawiedliwość, pokpiwa Varga). Trochę brzmi to niczym monolog podczas prowadzenia samochodu, który wygłasza kierowca, by nie znudzić się jazdą i nie zasnąć.

Nie pojawia się w Czardaszu... żadna nowa jakość po pierwszej książce Vargi o węgierskich peregrynacjach i refleksjach nad „esencją” węgierskiej tożsamości. Dostajemy kontynuację, w tym samym tonie i dotyczącą tych samych kwestii – węgierska kuchnia, historia, muzea, słynni Węgrzy i Węgierki (o tych ostatnich warto przeczytać tutaj), węgierskie miasta i miasteczka. Nie zmienia tego nawet nieco wyraźniejszy akcent na  biografii autora, syna Polki i Węgra. Varga wspomina swoje dzieciństwo spędzane po części w Polsce, po części w kraju ojca, dobrostan i błogość dawaną przez nieprawdopodobnie syte i ciężkostrawne, smaczne węgierskie potrawy. Bardziej niż kolejne ciekawostki węgierskiej historii zapamiętuję opowieści o nieudanych zabiegach ojca narratora, któremu nie udało się zaszczepić w synu zamiłowania do filatelistyki, tej zakurzonej królowej dziwacznych, staromodnych hobby smutnych mężczyzn, wierzących w fantastyczną wartość maleńkich znaczków pocztowych, upamiętniających z równą atencją i fantazją pisarzy, noblistów, owady czy bohaterów bajek.

Czardasz... mimo braku nowej tonacji, pozostaje ciekawą lekturą. Nadal dobrze czyta się lekki, pobłażliwy a jednocześnie szydzący, komentarz do zawirowań węgierskiej historii i współczesnych przejawów nacjonalizmu i ksenofobii… Varga kwituje ironicznie polsko–węgierskie braterstwo, które od czasów poparcia Putina przez Orbana jest jakby mniej celebrowane przez prawicę. Otóż dzięki wspólnym wartościom i zasadom polskim i węgierskim, słowiańskie słowo, zakorzenione w nadwiślańskiej tradycji i kulturze, przyjęło się w języku ugrofińskim –„ustawka”. Nareszcie węgierscy kibole odnaleźli najpiękniejsze brzmienie swej bezinteresownej agresji! Polak Węgier dwa bratanki, do ustawki i do szklanki!

Tropię w Czardaszu z mangalicą ślady tych radości życia, które może dać jedynie kociołek mięsnego gulaszu, schabowy, panierowany chleb, pieczona papryka czy ciasto z serem, które są podstawą przewagi mięsożernego bon vivanta nad mizerię wegetariańską, ale niestety żadnych nie znajduję. Gęsty i sycący gulasz wydaje się za to doskonałą metaforą węgierskiej mentalności, która choć wg narratora jest niezgłębiona, to całkowicie oddana stałym, wysokiej jakości składnikom – patriotyzmowi i umiłowaniu przegranej.

Varga doczekał się niejeden raz słów nagany ze strony jedynego głosu w Polsce sprawiedliwego i społecznie wrażliwego, Krytyka, pardon, Krytyki Politycznej. Główną winą Vargi zdaje się fakt, że nie zachwycił się niektórymi powieściami wydawanymi przez Krytykę, a jak wiadomo, nie ma w polskim środowisku lewicowy gorszego przewinienia. W takim przypadku śmiałka i obrazoburcę czeka publiczne zrównanie z takimi tuzami prawicy jak np. Rafał Ziemkiewicz. Szkoda, że KP nie docenia faktu, że w literackim mainstreamie znajduje się autor konsekwentnie wyśmiewający obłąkane przejawy polskiego i węgierskiego patriotyzmu nie tylko w swoich książkach, ale również w bardzo udanych felietonach zamieszczanych w "Gazecie Wyborczej", a zebranych w tomie Polska mistrzem Polski (Wydawnictwo Agora, Warszawa 2012).

Wojciech Nowicki na okładce książki Vargi pisze: „O Węgrach czytam, ale im dłużej się tym Węgrom przyglądam, tym mocniejsze żywię przekonanie, że śmieję się z nas samych”. Varga mówi o tym wprost, porównując z elegancką ironią rozmaite przejawy braterstwa polsko–węgierskiego, jak np. kibolskie sojusze i przyjaźnie. Interesujące są również inne zbieżności i rozbieżności na tym polu, choćby np. dotyczące neopoganizmu węgierskiego, popularnego wśród nacjonalistów. Paradoksalnie z jednej strony kładzie się na Węgrzech nacisk na chrześcijańską tradycję, włącza odpowiednie zapisy do węgierskiej konstytucji, z drugiej – zauważalne jest odrodzenie zainteresowania rawaszem, zmitologizowanymi początkami państwa, słowem – sięganie do „korzeni” i „źródeł”. W Polsce rodzimowiercy nie mają tak silnego głosu, a nacjonaliści chętniej sięgają po inspiracje faszyzmem niż współcześnie interpretowaną słowiańszczyzną.

Sceptycyzm wobec zgniłego Zachodu brzmi podobnie wśród polskich tzw. eurosceptyków (chociaż polska ksenofobia jest bardziej złożona i sięgająca dalej, niż tylko ku kwestiom dotyczącym bezpośrednio rozwiązań unijnych). Varga nie pisze o rosnącym antysemityzmie węgierskim czy homofobii, raczej komentuje ze smutkiem szaleństwo historii pełnej wojennego obłędu.

Pod koniec Czardasz… zaczyna się dłużyć, niczym narratorowi droga na Węgry, za to trafiamy na kurioza, np. opisane dwukrotnie wizerunki nagich mężczyzn. W obu przypadkach są w jakiś sposób dla narratora „niepokojące”, „dziwne”, raz nawet, tak jakby, o zgrozo, homoseksualne! Ta homofobiczna naiwność jest wręcz zabawna. Równie dziwaczny jest komentarz narratora (s. 262) dotyczący – jak się możemy domyślać – węgierskiego transmężczyzny, w którym choć udowadnia, że choć znany jest mu termin queer, rozumie go jak przystało na Węgra lub Polaka broniącego się przed wiatrami zachodniej zgnilizny. Vargę ratuje tylko to, że nie drąży tematu i nie dorzuca kompromitujących go stwierdzeń.

Intrygujący jest rozdział o nienapisanej powieści o Budapeszcie, która miała mieć tytuł oznaczający w tłumaczeniu (w przybliżeniu) - „wystawka”, w której autor chciał umieścić kondensat węgierskości.

Tytułowy Czardasz... budzi skojarzenie z przaśną zabawą ze zwierzęciem, które w węgierskiej mitologii ma znaczenie jedynie jako surowiec cenionego w kuchni mięsa. Taniec z istotą przeznaczoną na rzeź nieźle wpisuje się w węgierskie biografie w ujęciu Vargi.



Sławomira Raczyńska



Krzysztof Varga, Czardasz z mangalicą, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014. Cytaty i inne odniesienia pochodzą z tego wydania.


Fotograficzną relację z muzeum Trianonu w Várpalota można obejrzeć tutaj:
Również na tym blogu możemy przeczytać, że opinia Vargi o węgierskiej kuchni dotyczy raczej jego wspomnień niż współczesnych kulinarnych wyborów Węgrów:




niedziela, 3 sierpnia 2014

Kaja Malanowska, „Patrz na mnie, Klaro!”


Recenzja, czy też relacja z lektury powieści, która zyskała już swoją pozycję na rodzinnym parnasie, na przykład jako finalistka Nagrody Literackiej Nike, co więcej, lektura powieści, której autorka wzbudziła kontrowersję znaną także poza gronem osób zainteresowanych ambitną beletrystyką, to zadanie ryzykowne. Proponuję jednak dzisiaj Patrz na mnie, Klaro! związanej z „Krytyką Polityczną” Kai Malanowskiej ufając, iż rzucę na tę książkę światło inne, niż dotąd to robiono. Do dotychczasowych świadectw recepcji będę się też odnosić.

Na okładce, w ramach streszczającej rekomendacji, wskazano, że powieść rozpisana jest na „trzy głosy, trzy punkty” widzenia. Niezupełnie. Ilość tych (nierównoprawnych!) głosów jest niestabilna i niepewna, a czytelnicza uwaga zdecydowanie koncentruje się na Klarze. Trójgłos tedy dają: ona właśnie (w trzeciej osobie), Agata jako blogerka (pierwszoosobowo) i najprawdopodobniej Agata poza blogiem. Wydawniczy blurb sugeruje trzy kompletnie różne osoby, zwłaszcza poprzez wzmiankę o mężu Klary.

Bohaterki to osoby we wczesnośrednim i średnim wieku, narracja o ich losach sięga jednak do młodości, i w mniejszym, choć bardzo znaczącym zakresie, do dzieciństwa. Kobiety zatem, oraz dziewczynki. Mężczyźni z kolei uchwytywani są w wieku dojrzałym, średnim, środkowym, by tak rzec, ukształtowanym, lepiej zdefiniowanym, lecz nie są umocowani w swoich doświadczeniach z przeszłości. To odbiera bohaterom wielowymiarowość – bohaterki są zdecydowanie pełniejszymi, bogatszymi postaciami.

Wychowywana wyłącznie przez matkę, Annę, jako uczennica podstawówki Klara była zainteresowana Agatą, koleżanką z klasy, która na niedługi czas została jej najlepszą przyjaciółką. Klara nie mogła sobie później poradzić z utratą dziewczyńskiego współzainteresowania, z odsunięciem na biegun niechęci. Reagowała zdumieniem, rozpaczą i gniewem (s. 16). W myśl powieściowej wizji ówczesna fiksacja, wraz z odrzuceniem, uwarunkowała Klarę na całe życie. Nie jest to – w mojej opinii – zależność konieczna. Równie dobrze to Klara mogłaby być inicjatorką wygaszenia intensywnej (jak to w dzieciństwie: „na śmierć i życie”) relacji, gdyby to ona pierwsza się nią znudziła. Dowodzą tego późniejsze podobnie obsesyjne, lecz przemijające fascynacje mężczyznami. Zmiany w emocjach ukierunkowanych na daną osobę wcale nie są najtrafniej wyjaśnia(l)ne w psychoanalitycznych kategoriach (i) przez pryzmat dzieciństwa. Dla mnie to raczej kwestia dynamiki osobowości. Zarazem przyznaję, że zapewne w intencji modelowej autorki interpretacja psychoanalityczna jest preferowana.

Chronologia jest oczywiście zaburzona, przy czym mnie w toku lektury staranne jej rekonstruowanie było zupełnie niepotrzebne. Wystarczy wiedzieć, że Klara jako studentka przeżywała intensywne zakochanie w Michale, wykładowcy antropologii, który przez pewien czas grał na zwłokę wpierw nie ujawniając, iż jest w związku, później karmiąc złudzenie Klary, iż mężczyzna ją woli i ją wybierze. Nie wybrał.

Klara była córką samotnej matki, Anny, ogólnie „postępowej”, lecz jednak dysfunkcyjnej, zagarniającej, szantażującej. Raczej łagodnie – jak w innym tytule Malanowskiej to, ot, „drobne szaleństwa”. Pomniejsze naciski, zbyt lekkie, bym była skłonna mówić o przemocy jako definiującej związek matka–córka… choć przemocowe incydenty się kobietom zdarzały.

Bohaterka została tłumaczką–freelancerką. Wskutek wręcz wyswatania poznała Franciszka, artystę malarza pracującego również na uczelni artystycznej, którego poślubiła zarazem z rozsądku i z miłości. Mężczyzna zdawał się być typem dobrodusznego, mającego do siebie dystans stoika, może wręcz poczciwca. Do końca się nie dowiadujemy, czy robił tylko takie wrażenie, czy rzeczywiście taki był, wszelako Klara zbyt długo brała go za „oczywistego”, „zagwarantowanego”, i ryzykowała, nadwyrężała emocjonalne podstawy relacji czując się bezkarna w kpinach i okazywaniu obojętności (której nie żywiła!). Mąż zainteresował się inną kobietą, i Klara uznała to za romans skutkujący rozpadem ich małżeństwa. Kwestia winy zdrady, czy emocjonalnej, czy fizycznej, jest drugo- jeśli nie trzeciorzędna. Kluczowe jest popadnięcie przez Klarę w obsesję na punkcie tej kobiety. Znalezienie jej bloga, zdjęć… bynajmniej nie jest pewne, jakoby ową kobietą była właśnie szkolna koleżanka Agata, ale to tyleż sporne, ile nieważne. Oto obsesja się odrodziła.

Z tego powodu powieść bywa odbierana w kluczu niewyrażonego werbalnie pożądania lesbijskiego. Czy to nie pomyłka? aż chce się sparafrazować Judith Butler: is (the need for) homosocial bonding always already homosexual? Zazdrość, chęć upodobnienia się, chęć przejęcia tego, co czyni inną kobietę atrakcyjną lub interesującą, wpadnięcie w samonakręcenie, dążenie do kontaktu, do bycia zauważoną, tworzenie scenariuszy, scenariuszy kompletnie nieerotycznych, trudno mi to nazwać lesbijskim pożądaniem. W jaki alternatywny sposób można zaklasyfikować powiązanie bohaterek, zaproponuję nieco później.

Tytułowe wołanie Patrz na mnie nie jest kierowane do Klary – odwrotnie, właśnie Klara to mówi, tego się domaga i od Agaty, i od blogerki: „Pragnęła prawdziwego kontaktu, nie wojny podjazdowej” (s. 242).

Niedoszła relacja męża Klary i fascynującej go, a potem Klarę, blogerką, katalizuje działania Klary, aktywizuje ją po okresie bierności. Owa relacja – jakkolwiek by określić jej charakter – okazała się krótka. Blogerka w chwili, gdy „zyskała” Klarę jako obsesyjną czytelniczkę, była ze swoimi niebagatelnymi skądinąd problemami emocjonalnymi w zupełnie innym miejscu, Franciszek już nie istnieje w jej autonarracjach. Ale w jakim jest miejscu? I kiedy? Czy Klara w ogóle czyta na bieżąco? To właśnie jeden z punktów, w których chronologia nie ma znaczenia.

To przebogata opowieść o destabilizacjach, mobilności emocjonalnej, o szansach podnoszenia się z najgłębszych zaniedbań (np. Klarze uchodzi niepłacenie rachunków – uregulowała je później matka, przerwanie pracy – zlecenia z wydawnictwa też nadrobiła), a nawet o przekuciu porażki w sukces. Nieudane „zbliżenie się” do drugiej kobiety, blogerki, zaowocowało narodzinami artystki, gdyż Klara zaczęła tworzyć portrety, które później wystawiono. (Zostały przyjęte znakomicie).

„Chwilowo próbuję się jakoś pozbierać. Próbuję się w świecie odnaleźć... W nim się rozeznać. I odpowiednio ulokować. Próbuję się do rzeczywistości dopasować” (s. 85). Blogerka–przedmiot uwagi Klary jest taka zdezorientowana, niepewna, pogubiona, ponieważ to Klara, jako widząca tylko elementy, kawałeczki, skrawki, ją dekomponuje, fragmentaryzuje. A Klara widzi ją różnie – raz podziwia wielką urodę, raz kwituje:  „Pospolita, roześmiana dziewczyna, ani specjalnie ładna, ani brzydka”, i dalej myśli: „Powinnam (…) przerwać ten niedorzeczny pościg, tę absurdalną walkę z cieniem, która toczy się jedynie w mojej głowie” (s. 261). Jak gdyby narracji brakowało Witkowskiej puenty „Choć tak naprawdę, to przecież ja sobie ciebie, Sasza, wymyśliłem”!

„Kierowca autobusu zatrzasnął mi drzwi przed nosem (…) w następnym autobusie zignorował mnie kanar (...). Jak gdybym nie istniała” (s. 132) – trafiamy na ważne słowa z bloga. Scena niewidzialności ma dalszy ciąg w sklepie i przy domu. Bohaterka – znów! (patrz wyżej) – uznała, że albo zniknęła, albo się zgubiła, a żeby się poszukać, wynaleźć siebie, teraz „[n]ależało pominąć cudze wpływy. Naleciałości. I opinie” (s. 133).

Kobiety łączy mizantropia i skłonność do atrofii, może nawet podobne stosunki z matkami, choć w tym temacie o Klarze dowiadujemy się nieporównywalnie więcej, ba!, w niektórych momentach Anna przejmuje narrację opowiada o sobie i swojej matce (babce Klary, Zofii).
Obsesja Klary czy utożsamienie? Za wspomnianym wyżej powtórzeniem biograficznego schematu świadczy zestawienie:
  • „Ta nowa koleżanka ma na ciebie zły wpływ. Porozmawiam z waszą wychowawczynią. Pójdę do jej rodziców” (s. 15), „Klara musi przestać prześladować Agatę, inaczej przeniosą ją do innej szkoły albo zgłoszą sprawę na milicję” (s. 27) – to niepokoje matki Klary; drugi cytat to relacja z matczynych prób perswazji, podejmowanych po wizycie u rodziców Agaty.
  • „Zrozum wreszcie, nie chcę się z tobą widywać. Musisz się uspokoić. Przestać mnie nachodzić” (s. 107) – z kolei to antropolog Michał, niedoszły kochanek.
  • „Okazuje się, że mam cień. Co mnie nie odstępuje (…). I śledzi. Trudno, myślałam. Udam, że jej nie widzę. (…) Więc post powyższy cieniowi dedykuję. I ostrzegam: daj mi spokój. Nie chcę cię widzieć. Nie interesuje mnie, co cię boli. Ani co sobie myślisz” (s. 263-264).
Potencjalna nierealność kobiety-blogerki jest tropem psychoanalitycznym. W narracji zbyt wiele przemawia za jej realnością. Przypuszczalnie tak, jak mąż Franciszek był lepszą heteroinwestycją życiową, niż Michał, tak blogerka była lepszym od Agaty z dzieciństwa przedmiotem uwielbienia i prześladowania. A dlaczego? Ponieważ była do Klary podobna – rzecz jasna w tej mierze, w jakiej mogła to wywnioskować czytelniczka jej bloga.

Zatem Klara zna skrawki blogerki. W finale powieści pierwszoosobowe narracje tej kobiety, blogowa i oddająca jej niezapisane myśli, przeplatają się i zazębiają, realia i wirtualia się mieszają. Blog: „ten dzień nachalny. Do bólu prawdziwy. To nie w porządku, żeby tak człowiekowi od samego rana rzeczywistość fundować bez opamiętania”, myśl „Tymczasem powietrze linieje powoli. Łuszczą się z niego kolory, obłupują się kształty” (s. 276). Wiemy, ale tylko z kontekstu, że to element opisu końca lata. Słowa te brzmią wszelako, jak gdyby chodziło o powierzchnię niszczejącego ekranu, o niemal Baudrillardowskie wirtualne będące wrogiem realnego, które zdaje się wygrywać.

Być może status – by tak rzec – ontologiczny jest nieistotny, a może zbyt oczywisty, by go problematyzować. Ja jednak chciałabym przywołać klasyczną feministyczną koncepcję wariatki, zaproponowaną przez duet krytyczek: Sandrę Gilbert i Susan Gubar w książce The Madwoman in the Attic. The Woman Writer and the Nineteenth-Century Literary Imagination. Dostrzegły w kobiecej twórczości literackiej specyficznego rodzaju pary bohaterek, z których jedna stanowi sobowtórkę, cień czy też negatywny odpowiednik drugiej. Choć w najłatwiejszym ujęciu takie postaci byłyby ostro spolaryzowane (jako anielica i diablica, jako „normalna” i „wariatka”), feministyczna świadomość nie pozwoliłaby na aż takie uproszczenie. Przecież – jak zauważano – standardy rozsądności czy moralności definiowali mężczyźni, zatem były one narzędziem dyscyplinowania, w konsekwencji czego bunt kobiecy był rozumiany jako szaleństwo. Mamy wszelako XXI wiek, i wizja Kai Malanowskiej byłaby  „pod tezę” i w ogóle niewiele warta, gdyby do Patrz na mnie, Klaro! można byłoby przyłożyć XX-wieczną teorię wypracowaną dla literatury XIX-wiecznej! Dostrzegam jednak tropy pozwalające mówić o frapującym przepracowaniu odnośnej figury szalonej sobowtórki. W świadectwach recepcji powieści trafiam na stawianie pytań o normę, normalność osobowości Klary (np. tu).

Ale… Która z bohaterek jest wariatką? Czy zależy im na wypełnianiu roli normalnych członkiń społeczeństwa? Drugie pytanie jest retoryczne: im nie zależy. Im się to okresowo przytrafia, a o utrzymaniu takiego stanu rzeczy walczą osoby z ich otoczenia. Zauważmy. Dwaj mężczyźni to wykładowcy, czyli depozytariusze i szafarze wiedzy, także rozsądku. Z kolei kobiety, po patriarchalnemu, reprezentują emocjonalność. Drobne szaleństwa dnia codziennego” mogą więc być nie odrzucane, a waloryzowane.

Ignacy Karpowicz z tylnej części okładki rekomenduje powieść chwaląc autorkę właśnie za umiejętność przeprowadzania „operacji na otwartych emocjach”. Nietrafne! Emocjonalność bohaterek jest przygodna, kapryśna, niestabilna i nieprzewidywalna. Kobiety nie wiedzą, co same zrobią, jak zareagują, za jakimi pójdą impulsami, ponadto ich postępowanie nie jest zrozumiałe dla innych osób (np. matka Klary nie rozumie, czemu córka rozstała się z mężem i doń nie próbuje wrócić, nie „godzi się” z nim). Mimo nielineralnej narracji wprowadzającej istotne antycypacje również osoba czytająca z trudem byłaby w stanie przewidywać przebieg zdarzeń. Wskazałam na okładkowy blurb, jednak wiele recenzji podkreśla, jakoby Malanowska napisała Patrz na mnie, Klaro! emocjami. Ja odbieram powieść jako pisanie o emocjach, jednak w sposób bardzo uporządkowany, znakomicie rozrysowany. Karpowiczowa „operacja” sugeruje celowość, ukierunkowanie, a nie meandryczne snucie się po określonym terenie, gdzie każdy zakręt wzbogaca mapę tego terenu w kolejne sensy.

Mnie wciąż frapuje przywołany wcześniej tytuł, Drobne szaleństwa dnia codziennego. (Okresowo) fascynująca Klarę blogerka daje w swoich postach wyraz odczuciom i postawom intymnym i potencjalnie wstydliwym. W kontekście zestawienia problemu normatywności i upubliczniania swoich, hm, „zaburzeń” za fundamentalne uważam pytanie nie o normę psychologiczną, diagnostyczną czy też terapeutyczną, a o częstotliwość, ukrytą powszechność żywienia takich obsesji, jakie odmalowała Malanowska (szczególnie w czasach gigantycznej popularności mediów społecznościowych, zachęcających użytkowników i użytkowniczki to do „obserwowania”, to do „śledzenia”). I o odwagę w obliczu kłopotliwego, trochę Flaubertowego pytania: czy Klara to ja?

Honorarium, jakie autorka otrzymała za swoją książkę, stało się sprawą publiczną. Był to pretekst do podjęcia dyskusji systemowej, o pisarskich zarobkach, zaliczkach, trybach rozliczania, statusie zawodowym osób środowisk twórczych, jednak zapamiętane zostało, iż Patrz na mnie, Klaro! jest „powieścią za 6800 zł”. Powieścią wartą znacznie, znacznie więcej, na przykład sto tysięcy, które autorka otrzymałaby, gdyby wygrała wspomnianą Nagrodę Nike. Na którą – mimo mojego dużego sentymentu do Joanny Bator i radości z faktu, iż laur trafił do feministki – to Malanowska w 2013 roku bardziej zasługiwała. Czy raczej – zapracowała.


Paulina Szkudlarek


Kaja Malanowska, Patrz na mnie, Klaro!, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012. Cytaty i parafrazy odnoszą do tego wydania. Wyróżnienia pochodzą ode mnie. Zacytowany został też Michał Witkowski, Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej, W.A.B., Warszawa 2008, s. 251.


środa, 2 lipca 2014

Marilyn French, „Miejsce dla kobiet”



Każda mężatka z przedmieść cierpiała w samotności. Ścieląc łóżka, robiąc zakupy w spożywczym, szukając odpowiedniego materiału na poszewki, jedząc z dziećmi kanapki z masłem orzechowym, odwożąc je na zbiórkę skautów, leżąc nocą u boku męża – bała się nawet samą siebie zapytać, wypowiedzieć na głos to nieme pytanie: „Czy tak już będzie zawsze?”

Słowa Betty Friedan (1921 – 2006) zostały tu wykorzystane jako wprowadzające motto nie bez powodu. Mistyka kobiecości, książka z 1963 roku, z której cytat pochodzi, w Polsce opublikowana została w 2011 jako coś aktualnie potrzebnego, nie jako publikacja źródłowa, nie jako historyczna relacja o pewnym miejscu i czasie, nie jako coś, co doczekało znanej także w naszym kraju krytyki. Przewartościowań trzeba było oczywiście dokonać, i tego zadania podjęła się Agnieszka Graff, która przygotowała wstęp o aktualności Mistyki dowodnie przekonujący, o czym można się przekonać tu

Lektura, jaką proponuję tym razem, to w mojej opinii w wielkiej mierze beletrystyczna Friedan. Ba! rzecz lepsza, niż Friedan: Miejsce dla kobiet z 1977 roku daje dobrą lekcję historii feminizmu w USA, jako powieść zaś przetrwało próbę czasu. Jest to rzecz, nie ukrywajmy, dydaktyczno-propagandowa, jednak napisana na tyle sprawnie i pomysłowo, że idea współgra z fabułą.

Polska edycja ukazała się dwadzieścia lat temu – i to w jakim przekładzie! Mimo wszystkich czynników, których jestem w tym momencie świadoma, zaryzykuję stwierdzenie, iż okolice roku 1994 były czasem feministycznego raczkowania, czasem pierwszych rodzimych prac akademickich (na gruncie filologicznym i socjologicznym) i publicystycznych świadomie posługujących się lekcją amerykańskiego feminizmu w ówczesnej socjologii (i innych naukach społecznych, oczywiście z ekonomią na czele) niekwestionującej nowego neoliberalnego ustroju. Na cud to zatem zakrawa, że feminizm kojarzący się z PRL-owską propagandą mógł w ogóle zaistnieć (pisały o tym np. Anna Nasiłowska, Agnieszka Gajewska, a ostatnio Arleta Galant). Tak wiele było też do zrobienia! Zaś czytając French już wtedy można się było dowiedzieć, w jakich warunkach właściwie wezbrała amerykańska druga fala (tymczasem w USA czytano sobie właśnie Bodies That Matter Judith Butler, no cóż).

Przyjaciółka–obserwatorka, mimo ewidentnego pochłonięcia własnymi problemami (kryzysem życiowym), opowiada o życiu pewnej kobiety o imieniu Mira. To historia jej protofeministycznego dzieciństwa, takiejż młodości, historia upadku w małżeński konformizm, wyzwolenia się zeń, wejścia we właściwy, drugofalowy feminizm, tworzenie kobiecych więzi innych, aniżeli „przyjaźnie” z upiornego przedmieścia, z innymi gospodyniami domowymi, doświadczenia macierzyńskie. Multum idei w pigułce!

Mała Mira szybko zaczęła dostrzegać społeczne nierówności. Była też nieinspirowaną do rozwoju intelektualistką, gorliwą czytelniczką. W college’u swoboda w towarzystwie mężczyzn dała jej niezasłużoną skądinąd etykietkę „Łatwej”. Studiujący medycynę chłopak niewierzący w złą reputację stał się jej pierwszym kochankiem, potem mężem. Zerwanie studiów, praca na rzecz utrzymania męża, wygaszające potencjał intelektualny przytłoczenie codziennością, niedoceniana inteligencja, narodziny dwóch synków, zadomowienie się na przedmieściu, społeczny awans rodziny okupiony mieszaniną desperacji i rezygnacji.

Przy okazji łyk statystyki. W 1961 roku w USA mężatkami było 808 na tysiąc kobiet, podczas gdy w 1911 r. – 552 i w 1931 r. – 572 na tysiąc.

French wprowadziła dużo ciekawych wątków pobocznych, o sąsiadkach i ich partnerach, o przerażających, choć przytłumionych dramatach, frustracjach spełnionego amerykańskiego marzenia. Owe kobiety z przedmieść to rodzicielki pokolenia baby boomers, w innym, niż w Polsce i reszty Europy sensie dziedziczki drugiej wojny. Inkubatory przyszłości jedynie możliwego wspaniałego świata. To jeszcze nie buntowniczki, wśród akurat nich zrekrutuje się ich później mało. Te buntowniczki, które się jednak wyrwą, będą starsze od swoich koleżanek. Nierzadko mądrzejsze.

Mira, matka dwóch synów, rozwiodła się – i wróciła do college’u, na Harvard zresztą. czas na budowanie więzi z potomkami miał dopiero przyjść. Tymczasem jako dama w średnim wieku trafiła w tumult prowolnościowy i pacyfistyczny, i znów, nie bez rozczarowań, nie bez irytacji, lecz jednak płynnie wpisała się w nurt życia obrośniętego tym razem bluszczem. Studiowała literaturoznawstwo. Przyjaciółki, jakie pozyskała, nie były niezależne ani wyemancypowane. dopiero uczyły się rozumieć się systemowe uwarunkowania, rozpoczynając nie od kuchni własnych i nie od kuchni swoich matek, a od militarystycznego imperializmu USA oraz przepracowując problem rasizmu (i: nie, feminizm drugiej fali nie był ślepy na rasizm!).

Nie wszystkie kobiety były w „wieku studenckim”. Szczególną osobą dla Miry stała się Val, wyzwolona seksualnie i politycznie matka nastolatki, Chris, najbardziej radykalna z opisywanego grona, i to radykalna konsekwentnie, na śmierć i życie.

W harvardzkiej części powieści mamy też iście katalogowe nagromadzenie feministycznych tematów. Równościowy związek z młodszym mężczyzną, proróżnorodnościowe wychowywanie córki, spóźnione marzenie o artystycznej karierze, relacja humanistki z robiącym karierę specjalistą nauk ścisłych (protoinformatykiem, powiedziałabym), stosunki ze starzejącymi się rodzicami, związki lesbijskie, tworzenie utopijnych enklaw, słowa „prostytutki nie mogą być zgwałcone” (s. 502), czyli fallocentryczna maszyneria wymiaru sprawiedliwości wobec zgwałconej. Ta lista oddaje procesy formowania się puli Kwestii Feministycznych, z której czerpie się do dzisiaj, oraz krystalizowania się politycznej poprawności.

Rezolutna córka Val, Chris, padła ofiarą zgwałcenia, dla ówczesnej policji i sądu – zgwałcenia nieoczywistego. Zaszczuta w toku postępowania karnego, przerwała studia. Jej pretensje do matki, także w związku z „zastosowanymi” przez Val metodami wychowawczymi, współcześnie mogą być odczytane jako antycypacja buntu córek przeciw feminizmowi drugiej fali. Zarazem feministyczna uwaga została w systematyczny sposób skierowana na gwałty dopiero w pierwszej połowie lat 1970., zaś przełomowa książka Against Our Will. Men, Women and Rape Susan Brownmiller to rok 1975. Chris w końcu trafiła do swego rodzaju kolonii, na farmę prowadzoną przez kobiecy kolektyw. Val natomiast przekreśliła lata swej pracy „na rzecz praw obywatelskich, ruchu pacyfistycznego, na rzecz uwolnienia więźniów politycznych”, uznawszy, że pomagała „bandzie gwałcicieli”. „Wszyscy mężczyźni to gwałciciele! (…). Od tej pory nie będę traktowała mężczyzn inaczej niż wrogów” (s. 470). Zdecydowała się odwrócić od „ich” męskiego świata, od kariery naukowej, od mężczyzn – szefów. Nie wzięła jednak kursu na Lesbos. Decyzja była nieprywatno-polityczna, a sytuacja emocjonalna zbyt trudna, by w tych scenach miał być ważny aspekt ewentualnego zaangażowania miłosnego. W innym miejscu rozmowa o opresjach patriarchalnych taki kurs wyznacza: Clarrisa, Kyla, Iso i Mira  przeklinają na patriarchat, pytają, czy mężczyźni mogliby (zacząć) podzielać ich feministyczne wartości. Na końcu „zbliżając się jeszcze bardziej do Iso. Iso w tej sprawie była niewinna, bezpieczna” (s. 439). Iso była „urodzoną” lesbijką. Tej postaci kilka uwag poświęcam poniżej.

Val natomiast wstąpiła do – w tłumaczeniu brzmi to osobliwie – „wojującej organizacji feministycznej” (s. 471). Mira chyba najbardziej ubolewała nad tym, że oto rozchodzą się jej drogi z przyjaciółką (Mira bowiem, co jej Val wytknęła, miała nie dość, że synów, to jeszcze partnera …w każdym razie w momencie odbywania odnośnej rozmowy), niż nad splotem przyczyn, które doprowadziły Val do takiej desperacji. Ta zaś była konsekwentna. Zginęła zastrzelona w czasie policyjnej akcji, gdy wraz z innymi „fanatyczkami” próbowała odbić więźniarkę z transportu.

Jak zapowiadałam, szczególną uwagę chciałabym poświęcić „wątkowi lesbijskiemu” w powieści. Dlaczego? W drugiej połowie lat 1970. autorka miała już świadomość rozwoju nurtu feminizmu lesbijskiego, a także separatyzmu. Z tym sobie współczesnym bagażem wiedzy socjokulturowej w ciekawy sposób sportretowała Iso, jedną z zaprzyjaźnionego grona. Wszelako pierwsza wzmianka o homoseksualności „datuje się” na lata małżeńskie Miry. Gdy zasugerowała, że być może pewnej leczonej psychiatrycznie koleżance należałoby przydzielić „kobietę-psychiatrę”, gdyż kobieta owa jest zbyt negatywnie nastawiona do mężczyzn, jej rozmówca, psychiatra, zaoponował: „uznał, że to byłoby najgorsze. Uznał – relacjonowała – że to może prowadzić do homoseksualizmu”. Przyjaciółka, dla której Mira przywoływała ten dialog, rzuciła prowokacyjnie: „A nie pytałaś go, co może się stać, kiedy mężczyzna chodzi do psychiatry mężczyzny?”. Mira nie pytała, co przyznała „z zażenowaniem” (s. 197, wyróżnienie moje).

Na Harvardzie rozwiedziona już, niemieszkająca na koszmarnym przedmieściu Mira poznała Isoldę. Jej lesbijska relacja wpierw jest nienazwana, kryje się w „szafie” współlokatorstwa. Później jednak Iso nie dość, że zostaje dla swoich przyjaciółek – i czytelniczek – nauczycielką teorii żeńskiej homoseksualności, to wchodzi w miłosne relacje z niejedną z nich. Narracja jest niemal podręcznikowa. O procesie samozrozumienia Iso opowiadała podkreślając: zawsze wiedziała, że jest inna. Nie rozumiała jednak, że ta „różnica”, którą reprezentuje, jest społecznie znacząca. „Odkryłam – kontynuowała – że te moje odczucia [wobec dziewcząt], ta moja inność ma nazwę, że to jest wstrętna nazwa i że przez tę inność uważana jestem za grzeszną, zepsutą i chorą” (s. 374-375). Czasy rzecz jasna nie sprzyjały akceptacji: „Nie chciałam być taka, jaka jestem”, „Myślałam, że potrafię to zwalczyć”, a przynajmniej „miałam nadzieję, że moja dewiacja nie wyjdzie na jaw” (s. 275).  Zaczęła randkować z mężczyznami, co skończyło się – pozwolę sobie na ryzykowną grę słów – gwałtownie. Z czasem Iso po prostu utwierdziła się w przekonaniu, że nie ma szans na „zmianę”, z czego wyciągnęła wniosek, że nie może być obecna w głównym nurcie życia, chciałaby tego czy nie. Podając przykłady sztampowo rozumianej heterokobiecości, stwierdziła: „nie mam możliwości być taka jak inne, być akceptowana jak inne”. Dlatego będąc „żebrakiem pod restauracją” nie brała swoich związków „poważnie” (s. 492). Na brak relacji się nie uskarżała. Niestety nie były one trwałe ani szczęśliwe. Przyjaciółki wręcz eksperymentowały na niej. Lizały rany zadane przez partnerów, nie dostrzegając zaangażowania emocjonalnego Iso. W słowach Kyli (będącej wcześniej w nieudanym związku z Harveyem) sytuacja taka była fair: „Ty! Ty! (…) Dla ciebie to czysta przyjemność, to miłość, nic nie jestem ci winna” (s. 481). Podobnie stało się z Clarissą rozchodzącą się z Duke’iem.

Nic dziwnego, że Iso czuła się wykorzystywana materialnie i uczuciowo.  „Dała im wszystko, co miała do zaofiarowania, wylała się dla nich, a one ją wypiły. I tak by piły, dopóki by nalewała. A gdyby przestała, kto by do niej przyszedł, dlaczego zresztą miałby przyjść? Do niej, z tą jej odmiennością? Mężczyźni przychodzili, bo chcieli z nią spać; kobiety – bo ofiarowywała im miłość. I nigdy nikomu nie przyszło do głowy, że ona też czegoś pragnie” (s. 481). W tej skardze bohaterki French ujmuje emocje mogące prowadzić do lesbijskiego separatyzmu skuteczniej, niż doświadczenia Val. Niejedna droga ku temu nurtowi prowadziła, jednak na żadną z nich nie zdecydowała się wstąpić „uporczywie” heteroseksualna Mira. Po zawodzie, jakiego doznała, wybrała gorzkniejącą samotność.

Wprawdzie narratorka opowiada o Mirze, jednak z uwagi na jej o niej wiedzę, i nieobecność „dodatkowej” osoby w gronie harvardzkich przyjaciółek, dość oczywistym jest, iż to autonarracja głównej bohaterki, słabo zresztą zakamuflowana. Potwierdzenie tego nie jest zatem szczególnym zaskoczeniem, choć można uznać, iż ujawnia pewien narcyzm kobiety. Widać też zarazem jej zmęczenie, poczucie daremności, świadomość powtarzalności rozmaitych wariantów sytuacji już doświadczonych, petryfikacji układu sił. Stały partner, Ben, po latach iluzji egalitarnego związku, chciał ją w końcu podporządkować swoim planom rozwoju kariery oraz wmanewrować w późne macierzyństwo. Z kolei świat akademicki mógł zaoferować „spóźnionej” doktorce–literaturoznawczyni prowincjonalne, nie prestiżowe miejsce pracy. Po trzecie, więzi przyjaźni zostały porozrywane. Notabene wszystkie te rozczarowania i porażki (?) łączy mianownik wieku średniego. Partner był młodszy, inne doktorki oraz niemal wszystkie przyjaciółki takoż.

Tymi sposobami powieść jest jednocześnie formacyjna, manifestowa (choć nie daje prostych haseł, a rozkłada wachlarz opcji), ale też rozliczeniowa, nienaiwna, złożona. Nie da się powiedzieć, że aktualna tu i teraz, lecz niewątpliwie dająca do myślenia. Właśnie rozliczeniowość, rachunek goryczy jest smutnym atutem: mimo kompletnie odmiennych warunków geopolitycznych i mimo upływu lat nadal – jak napisałam – powtarzają się warianty tych samych uwikłań dyskryminacyjnych, uprzedzeń, analogiczne poczucie daremności. Być może najbardziej znaczącą różnicą na korzyść polskiej współczesności jest widoczność licznych mężczyzn–feministów!


Paulina Szkudlarek


Marilyn French, Miejsce dla kobiet, przeł. Bożena Umińska i Ewa Romkowska, Warszawa 1994. Wszystkie cytaty – poza oczywiście mottem – pochodzą z tego wydania.



poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Tomasz Sikora, “Bodies Out of Rule. Transversal Readings in Canadian Literature and Film”


Jak lata po Foucaulcie uprawiać krytykę (neo)liberalnej biowładzy nad ciałami nienormatywnymi? Jak definiować te ostatnie, a raczej – gdzie ich szukać? Wreszcie, dlaczego – z pozycji Polski – kwestionować prawa i swobody dostępne w otwartej, wieloetnicznej, niehomofobicznej Kanadzie? Odpowiedzi na te pytania szukałam w pracy Tomasza Sikory Bodies Out of Rule. Transversal Readings in Canadian Literature and Film.

Obszar, z którego autor robi wycieczkę do Kanady, jest posthumanistyka. Wybiera kilka utworów literackich i filmowych które lakonicznie interpretuje pod kątem transgresji cielesnych. Dwie podstawowe perspektywy to queer i gotycyzm. Narracja jest tu elegancka, ale treść śmiała.

Co ciekawe, prezentacji ściśle autorskiej, oszczędnie wyłożonej wizji queeru towarzyszy omówienie gotycyzmu w większej mierze zdające się na zastane ustalenia. W skrócie, kanadyjski gotycyzm jest tym, co podmywa idealistyczny i wyidealizowany kształt wielokulturowości, otwartości i innych prawonośnych cech kraju. Okazuje się, że Kanada urządzana „dla wszystkich” jest niczyja, nie „należy” ani do ludności rdzennej, ani do dawniejszych, białych emigrantów o pochodzeniu europejskim, ani – tym bardziej – do nowszych i najnowszych fal emigracji. Każdy i każda może zadawać sobie pytanie: where is home?

W porównaniu z prężącym muskuły, ostentacyjnie zmilitaryzowanym sąsiadem, czyli USA, Kanada jest zniewieściała. Widziana z USA kanadyjska polityka wchłaniania wielokulturowości i budowania konsensusu jest osłabiająca dla kraju. Nie bez powodu przytoczona jest hipoteza tzw. pacjenta zero, pierwszego roznosiciela HIV i chorego na AIDS, jakim rzekomo miał być kanadyjski steward–gej. Ten przykład jest ważny, ponieważ odnosi się do autorskiej wizji biowładzy zainteresowanej immunologią, ochroną przed wirusami i epidemiami metaforycznymi i realnymi (przypomina to uprawiany przez polskich konserwatystów dyskurs o homoseksualności czy „ideologii gender” jako zarazach przychodzących z Zachodu). Problem omówiony jest w końcowych partiach książki poprzez interpretację filmowego musicalu Johna Greysona pt. Zero Patience (1993).

Można jednak przyjąć odwrotny od tego amerykańskiego punkt widzenia i znarratywizować kanadyjskie realia jako reżim politycznej poprawności liberalnego humanizmu. By go zdemaskować, autor nie odnosi się do podmiotowości czy wolności (gdyż to koncepty liberalno-humanitarne, a the master's tools will never dismantle the master's house), tylko do cielesności. Nieuporządkowanej, groźnej, zbuntowanej siłą mięsności, a nie rozumu; nieintegralnej, niehigienicznej, demonstracyjnie innej, przy czym ten bunt i ta inność nie są wyrozumowane, wyanalizowane i wybrane jako strategia prowadząca do politycznej sprawczości. Te dziwne cielesności są efektem przypadku, niedopasowania, wycieków, różnych „błędów matrixa”.

W Rozdziałach 2, 3 i 4 znajdujemy staranny wybór drobnych elementów dorobku kilku kanadyjskich autorek, zanalizowany właśnie pod kątem rozbijania w ich prozie zbyt ciasnych ram człowieczeństwa jako kategorii niewystarczającej, by za jej pomocą oddać sploty uwarunkowań społecznych, w których funkcjonują podmioty nienormatywne, negatywne, out of rule. Przytoczona jest proza poetycka Margaret Atwood (do tego wrócę poniżej), opowiadania Alice Munro oraz szerzej w Polsce nieznanych Barbary Gowdy*, Dionne Brand i Isabel Huggan. Drugą pulą odniesień są filmy. Zrazu zastanawiająca wydaje się okoliczność, że literatura reprezentowana jest przez kobiety, zaś kinematografia – przez mężczyzn: Davida Cronenberga, Guya Maddina, Bruce’a LaBruce’a i wspomnianego Greysona. Łatwo to wyjaśnić banalną okolicznością niewspółmiernością kosztów produkcji wydawniczej i filmowej, jednak warto też zapytać o funkcjonowanie „kobiecości” w kanadyjskim raju równouprawnienia. Koresponduje to też z refleksją o gotyckiej obcości (freudowskie das Unheimliche) sfery domowej, pomijającą bezdomność kobiet w świecie tradycyjnego pozornego udomowienia (przypisania wpierw domowi ojca, potem domowi małżonka), por. s. 65.

Godna przybliżenia jest analiza twórczości LaBruce’a, cenionego także w Polsce reżysera, który wykorzystuje gejowskie porno, by powiedzieć „coś więcej”.

W filmie Otto; or, Up with Dead People (2008) dominują dwie postacie: tytułowy Otto, młody gej, który (wierzy że) jest zombie; syn rzeźnika, zagorzały wegetarianin, który jako zombie łaknie żywego mięsa, oraz zainteresowana jego przypadkiem ekstrawagancka reżyserka Medea Yarn, feministyczna krytyczka kapitalistycznych relacji społecznych. Gdzie jest film Medei, gdzie jest „prawda” o Ottonie – to prawdziwy zombie czy bezdomny schizofrenik? Chłopak małomówny, zbuntowany, wyalienowany, dziwny? Właśnie, małomówny. W świecie LaBruce’a zombie porozumiewają się w podstawowy sposób. Medea opowiada o tym, jak „skomunikowywalne” środowisko gejów zombie z Berlina ma rozpocząć bunt – nie dość, że jako żyjący byli dyskryminowani, to teraz dodatkowo mogą wystąpić w geście sprzeciwu wobec kapitalistycznej opresji (to element typowy dla kina zombie, vide Noc żywych trupów, reż. George Romero, 1968).

Zombie jest figurą niską, proletariacką/prekariacką (robotnik czy wyzyskiwany w korporacji powtarzający rutynowe czynności), cielesną – mięsną, straszącą chaosem bezwładu, co tradycyjnie jest przeciwstawiane analitycznie postaci wampira. Ten jest bowiem modelem arystokraty: jego kondycja tkwi we krwi, jest krwią transferowana, co wiąże się z degeneracją analogiczną do arystokratycznego „chowu wsobnego”, oraz z upadkiem moralnym. Tak rozumiany wampir jest elementem burżuazyjnej wyobraźni, ideologii, jaką mieszczaństwo wysuwało przeciw szlachcie w XIX wieku, jednak stopniowo to burżuazja zgromadziła kapitał i stała się klasą wyzyskiwaczy (s. 106). Mimo zatem pozornego wspólnego mianownika, jakim jest reprezentowanie popędu śmierci, wampir jest czymś zupełnie różnym od zombie: jako „tragiczny” może być podmiotem liberalnym. Zauważmy: to, iż ludzie są mięsni i za tą sprawą „radykalnie równi”, jest przewrotne w kontekście chrześcijańskiej koncepcji zrównania w oczach boga czy na sądzie ostatecznym, co bywa postrzegane jako chrześcijańskie źródło demokracji.

A zombie, skoro się u LaBruce’a komunikuje, nie jest swego rodzaju podmiotem liberalnym? Skoro ma przynajmniej ten rodzaj sprawczości, który pozwala reprodukować nowe zombie? Zawieśmy na chwilę to pytanie, i wróćmy do Margaret Atwood. We fragmencie o kradzieżach komiksowych horrorów – 12 lat – narratorka straszy (?) swoją przyjaciółkę, C.: „Wiesz, naprawdę to jestem wampirem”, i zapewnia, że w imię przyjaźni C. nie skrzywdzi. Następnie wspomina rzucanie śnieżkami nie w, a obok ludzi, i reakcje jednej niedoszłej ofiary zabawy, pani w futrze, która się odwróciła i spojrzała z czystą nienawiścią. „Spotkałyśmy zombie”. Dziewczynka uzurpuje sobie sprawczość: jest pewnego rodzaju potworem, i umie się powstrzymać, nie skrzywdzi towarzyszki – a zirytowanej kobiecie jej odmawia (ta ma tylko odruch i afekt). Wspomnienia z dziecięcych zabaw, oczywistych, kiedy miały miejsce, ale dla dorosłej osoby okazują się przerażające. Analogicznie, jak mi się zdaje, funkcjonują odbiorczo współczesne długometrażowe filmy animowane przywoływane przez Judith J. Halberstam w The Queer Art of Failure (Duke UP, Duke – London 2011).

Co więc ze sprawczością gejów zombie LaBruce’a? Mogliby oni zrobić swoją rewolucję i siać terror, ale gdy przychodzi co do czego, oddają się orgii. Z jednej strony niczego nie wskórają, z drugiej jasne jest połączenie pornografii z zombizacją: aktorzy mający pokazywać tylko seks to zombiszony wykorzystywane przez biznes, zamulone jako i ich widzowie. Przemysł porno zarabia nie na tym, że ludzie się zbierają i czasem protestują, a czasem robią orgię, tylko dlatego, że chowają się po domach ze swoimi pornolami.  Czyli korzysta z rozdziału prywatne – publiczne.

Propozycja autora, by „uspołecznić” transgresywne praktyki seksualne poprzez ich uwidocznienie i konfrontację zastanymi trybami funkcjonowania w życiu zbiorowym (s. 115) wydaje mi się jednak dyskusyjna. Gotowam traktować ją raczej jako grę intelektualną, albo – jak w filmie La Bruce’a – jako artystyczną wizję tego, co by było gdyby, gdyby jednak. Zombie w filmie okazują się politycznymi impotentami, ponieważ ponosi ich spontaniczna seksualność. Co na to ideowa Medea? Film jest ciekawy także z feministycznej strony, jako kobieca historia tworzenia fikcji nośnej jako empowerment, wzmocnienie (jak w The Watermelon Woman, reż. Cheryl Dunye, 1996) kobieca übersprawczość: LaBruce oddał Medei rolę Marionettenspielerin, co w mojej opinii odbiera filmowi potencjał mizoginiczny.

Atwood i LaBruce to tylko przykładowe bodies out of rule. Przybliżenie owych autorskich interpretacji – i ich skomentowanie – powinno wystarczyć jako, o ironio, reprezentatywne. A przecież wszystkie drobiazgi, ślady, przebłyski idei są godne bacznej uwagi: w detalach sedno!

Niektóre szczegółowe stwierdzenia wydają mi się okrojone w sposób nieuwzględniający, wstrzymujący się od podążenia jakimś dla mnie kuszącym tropem (dotyczy to np. wątku o niesamowitych domach w konwencji gotyckiej u kanadyjskich pisarek, s. 65), albo jako uzurpatorskie skanadyzowanie czegoś, co ma szerszą kulturową funkcjonalność (np. stan stałej obecności „negatywnego” w naszej codzienności, „negatywnego” na skraju erupcji, podbicia codzienności utrzymywaną – do czasu – pod kontrolą agresją: to już klisza popkulturowa, a nie coś szczególnego u tych pisarek, s. 78).

To jednak kwestia nierozbudowania wywodu w każdą stronę, jaka zdawałaby się możliwa. Mój problem z Bodies Out of Rule usytuowany jest gdzie indziej – w paradygmacie. Queer otwiera możliwości dla anty(neo)liberalnej rzeczywistości społecznej, dla oporu wobec klasycznej wizji podmiotu, za pomocą jakiejś alternatywnej popędowości (np. negatywizmu, albo jak we wspomnianej skanonizowanej wersji, performatyczności). Tylko nawet w tym ujęciu przekreślającym koncept tożsamości i indywidualnej, i kolektywnej (zbiorowej) tkwi przymus albo przynajmniej imperatyw kolektywizmu. Chodzi mi o zasadę, nie o szczegóły. Myślenie o dowolnie zróżnicowanej, niestabilnej, ale jednak wspólnocie za bardzo przypomina mi korporacyjne ideały pracy zespołowej, budowanie ekipy – dowolnie zróżnicowanej dzięki kompetencjom poszczególnych osób, niestabilnej, gdyż stworzonej dla realizacji danego projektu. Dla mojej podmiotowości i jedno i drugie jest odbierającym mi przestrzeń roszczeniem w imię konsensusu. „Ciała bezrządne” są czasem jedne jedyne (niepowtarzalne), ale świadomie lub bezwładnie antagonistyczne wobec mainstreamu, który w Kanadzie oznacza właśnie różnorodność zadekretowaną. Nawet Otto jest jedyny, inny od pozostałych zombie gejów (ponadto jest wybrany przez Medeę). Dobrowolnie deklarowana queerowa rezygnacja z indywidualizmu odnosi się w głównej mierze do miejsca, w jakim jest społeczeństwo przedsiębiorcze i konsumujące (także przedsiębiorczo domagające się praw jednostkowych i w sytuacji ich uzyskania ochoczo konsumujące efekty – takie rozumienie stawia liberalne ruchy LGBT po tej samej stronie, po której sytuują się konserwatywni wrogowie różnorodności), społeczeństwo złożone z rodzin i tworzące elektorat.

Autor unika paradoksu optymistycznej albo wręcz utopijnej wizji konsensualności dzięki soczewce negatywizmu, jednak propozycja poszukiwań alternatywnego etosu „deprywatyzacji” nie rozstrzyga dylematów. W innym wszakże miejscu Sikora wypowiedział się szerzej o destabilizacji parametrów społecznej przynależności zachęcając do obserwacji rozmaitych rozproszonych procesów namnażania się, wyłaniania się różnic i inności, rezygnacji z obrony przed możliwością dezorganizacji, dezintegracji – dodałabym: dezorientacji. Zatem mój – jak napisałam – usytuowany gdzie indziej problem może być dyskutowany jeszcze gdzieś indziej. Warto przeczytać odnośny artykuł jako uzupełnienie tych passusów z Bodies Out of Rule.

Nade wszystko jednak należy spojrzeć na frapującą warstwę teoretyczną i epistemologiczną książki.

W odróżnieniu od tego, jak wprowadza pojęcie gotycyzmu, i w odróżnieniu od kilkorga polskich autorów i autorek, Sikora nie prezentuje queeru spetryfikowanego, zdefiniowanego za pomocą konstruktywizmu i performatyczności czy innych skanonizowanych komponentów paradygmatu (s. 18). Nie oferuje systematyki w przyjętej epistemologii. Zakłada – lub wcale się tym nie interesuje – że osoba czytająca zna dotychczasowe kody i konwencje, ma świadomość historycznego już statusu, chce czegoś nowego, a być może zna tez inne teksty autora. W analogii do tego, jak Inga Iwasiów dekadę temu opublikowała Gender dla średnio zaawansowanych (W.A.B., Warszawa 2004), powiedziałabym, że od Sikory otrzymujemy queer for the native speakers. W książce wykorzystane są nie tyle różne źródła, co wiedza, kompetencja, znajomość tych źródeł pozwalająca na w sumie zdawkowe odwołania. Żadne organiczne całości, tylko podkradane wątki, wykorzystane z dowolnością, bez okazywania respektu dla czyjegoś dzieła życia. Mowa wręcz o nieoddawaniu sprawiedliwości” użytym tekstom, o pasożytowaniu na nich (s. 19). Ta deklaracja jest świetna, ponieważ wytrąca broń z rąk krytyków, czyni też książkę bogatą i naprawdę wymagającą, choć nieobszerną.


Paulina Szkudlarek



Tomasz Sikora, Bodies Out of Rule. Transversal Readings in Canadian Literature and Film, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, Kraków 2014.


* W Polsce wydano dwie jej powieści: Romantyczna (przeł. Maja Charkiewicz, Rebis, Poznań 2005) oraz Czarodziej snów (przeł. Marlena Justyna i Beata Gontar, Zysk i S-ka, Poznań 2000).

** Margaret Atwood, Morderstwo w ciemności, przeł. Anna Żukowska-Maziarska, Bellona, Warszawa 2012, odpowiednio s. 17 i 18.