W powieści Who
Was That Masked Woman? (1981) Noretta Koerge wyraziła
ważną myśl: jeśli cały swój czas i energię poświęca się temu, by się bronić
przed opresją czy też by ją przetrwać, ma się niewiele już energii do tego, by
zbudować bibliotekę. Być może w tym kontekście warto przeczytać, co Lillian
Faderman napisała o historii lesbijek w USA. Faderman, emerytowana od kilku lat
kalifornijska historyczka niestrudzenie dokumentująca lesbijską przeszłość,
znana jest chyba najbardziej z opracowań: Surpassing
the Love of Men. Romantic Friendship and Love Between Women from the
Renaissance to the Present
(1981) oraz Chloe Plus Olivia. An
Anthology of Lesbian Literature from the 17th Century to the Present (1994).
W
Odd Girls and Twilight Lovers: A History
of Lesbian Life in Twentieth-Century America podjęła się opisu widocznej i
niewidocznej obecności lesbijek w społeczeństwie i społecznościach, począwszy
od 2. poł. XIX w. i, jak rok pierwszego wydania podpowiada, dochodząc do lat
1990. Autorka zadeklarowała, iż jest konstruktywistką, ale w prezentowanym
studium nie odwołała się do teorii queerowych, w rozwijającym się w owym czasie
queerze upatrując nadziei dla aktywizmu, nie zaś refleksji akademickiej (jak dwie
dekady temu napisała Barbara Creed, teoria queer i praktyka queer to byty
cokolwiek oddzielne, jednak w tym miejscu nie będę rozwijać tematu).
Punkt
wyjścia jest niemal stereotypowo już Foucaultowski, tj. opowieść rozpoczyna
się, kiedy seksuolodzy zaczęli definiować homoseksualność i homoseksualistów –
nie jako grzeszników popełniających czyny sodomskie, ale jako niemal osobny
gatunek. W tym punkcie świat pokazany przez autorkę jest wiktoriański. Jeśli pamiętamy,
że sama królowa Wiktoria była przekonana, że żadne żeńskie odpowiedniki
homoseksualistów (których akty były w Wielkiej Brytanii prawnie niedozwolone), mówiąc
o wiktoriańskich lesbijkach, choćby i w USA, otrzymujemy dość zabawny efekt.
Pierwszym opisanym przez Faderman etapem jest czas romantycznych przyjaźni
między kobietami, ich wielkiej afektywności, czułostkowości, niekiedy będącej
jedną z twarzy zaangażowania erotycznego, niekiedy nią niebędącej. Po tym
etapie przyszła fala zainteresowania „ustaleniami” pionierów seksuologii,
spóźniona, ale zmywająca niewinność z rzeczonych romantycznych relacji –
widząca w nich zboczenie i siedliska występków. Jak gdyby dopiero w owym
momencie to, co później np. Ken Plummer czy Michel Foucault opisali jako
„wynalezienie” homoseksualisty jako gatunku (subgatunku?) człowieka, zaczęło
mieć odniesienie również do kobiet. Ci XIX-wieczni seksuolodzy (i nie tylko, do
wpływowych tu teoretyków należał też np. Cesare Lombroso) podawali zestawy
cech, na podstawie jakich można było identyfikować taką „zaburzoną jednostkę”.
To akurat rzeczy powszechnie kojarzone, np. przekonanie, że taka (nie)kobieta
ma narządy intymne przerośnięte i tak ukształtowane, iż może używać ich tak,
jak mężczyzna penisa – w seksie, nie przy oddawaniu moczu. Jednak niektóre kryteria
zdumiewają – do niechlubnych cech zaliczano palenie papierosów. Noszenie spodni
to też oczywistość. Jasne, wtedy kobieta nie paliła (nie w świecie, który te
zestawy cech powymyślał) i nie ubierała spodni (j.w.) – ale pomysł
zweryfikowano, kiedy na masową skalę zaczęła praktykować jedno i drugie, z
powodów emancypacyjnych, a nie dlatego, że popęd ku temu wynikał z jej
orientacji. Faderman daje też inne przykłady tego, jak w toku upływu czasu
miłość lesbijska była definiowana przez czynniki kompletnie inne, niż samo
pożądanie seksualne. Ponadto wg autorki (społecznie) utworzono kategorię
lesbijek nie tylko dlatego, że seksuolodzy podrzucili taką etykietkę, ale
zarazem w momencie historycznym, kiedy na Zachodzie warunki ekonomiczne
umożliwiły kobietom utrzymywać się samodzielnie, bez mężczyzn (znów z
zastrzeżeniem, że chodzi o skalę zauważalnie szerszą, niż w przeszłości, np.
feudalnej). Przy okazji uwaga. W The
Traffic in Women: Notes on the 'Political Economy' of Sex (1975) Gayle
Rubin zarysowywała ogólne tło sytuacji, w której kobiety są przedmiotem
wymiany. Nie dość, że wychodząc od Marksa (Kapitał)
i Engelsa (Pochodzenie rodziny...)
napisała coś zdumiewającego, a odnoszącego się do organizacji życia społecznego
w XIX w. Zaleciła mianowicie, by odróżniać pojęcie „system” (czyli organizacja
społeczeństwa pod względem ekonomicznym) od pojęcia „kapitalizm” (czyli konkretna
formacja socjoekonomiczna), ponieważ przecież mogą być inne systemy, np.
socjalizm. Założyła, że dla jej odbiorców jest tylko jeden system do
pomyślenia... Nie dość na tym – domagała się używania słowa „patriarchat” de facto w etymologicznym znaczeniu
starotestamentowym. Utrzymywała, że tak, jak kapitalizm jest jednym z systemów
gospodarczych, również patriarchat jest jednym z systemów seksualno–genderowych.
Nieważne, że ludzkość nie ma historycznej pamięci o niepatriarchalizmie, a o
np. niewolnictwie ma. Dla Rubin nawet organizacja w społecznościach
prymitywnych (w 1975 r. używała takiego słowa; w komentarzu do owego eseju, z
2011 r., podkreśliła, że to wyraz ówczesnej jej świadomości i retoryki
ówczesnej antropologii), gdzie oczywista przewaga i władza mężczyzn nad
kobietami wynikała raczej z arkanów osiągniętych w inicjacji, to nie patriarchat.
Bo patriarchą to był
Mojżesz.
Wróćmy
jednak do Faderman. W opowieści o latach 1920., kiedy zauważalny był
ostentacyjny sprzeciw wobec dominujących wartości społecznych,
eksperymentowanie ze stylami życia wykraczającymi poza standardy kodów
(mieszczańskiej) moralności, książka przenosi nas do Europy, na paryski Lewy
Brzeg oraz do Republiki Weimarskiej. Opisuje tamtejszych kobiet
nienormatywnych, paryżanek z wyboru często będących Amerykankami, wzmiankując
Djunę Barnes, Natalie Barney i inne (wprawdzie o moich „ulubienicach”, Gertrudzie
Stein i Alicji B. Toklas jest u Faderman znacznie mniej, ale to nie były
informacje, których bym w Odd Girls…
szukała!). Przede wszystkim jednak wyjaśnia, jak świadomość istnienia tych
środowisk wywierała wpływ na Amerykanki w USA. Przybliża coś innego, życie
Harlemu, dużo uwagi poświęcając jazzowi i bluesowi. Wtedy też obrywa się Theodorowi
Adorno za wiadomą krytykę muzyki rozrywkowej, lecz Faderman akcentuje co
innego, niż teoretycy obalający Adornowski elitaryzm (polaryzację wysokie=dobre,
niskie=złe), mianowicie zajmuje się empowermentową i liberalizującą rolą samej
muzyki, oraz trybów życia nienormatywnych jej gwiazd.
Autorka
robi chyba zbyt ładny organizacyjnie podział na dekady przynoszące kolejne
zmiany, ale w mojej opinii trafnie opisuje je poprzez przekonania i obyczajowość nie
tyle dominujące, co najbardziej widoczne i najciekawsze w każdej z tych dekad.
Mnie przekonuje, choć zaraz wniosę zastrzeżenie.
Lata
1940. ujęte są przez pryzmat wojny: Amerykanek–żołnierek oraz Amerykanek
wchodzących do miejsc pracy opuszczonych przez powołanych mężczyzn. „Yes, we
can” . Autorka przekonuje, że mimo formalnych zakazów relacje lesbijskie w
jednostkach złożonych z kobiet kwitły (choć bez ostentacji), a damy weń
zaangażowane były karane (np. przenosinami) incydentalnie, na podstawie donosów
składanych przy osobistych animozjach. Faderman przywołuje – za każdym razem! –
relacje bezpośrednio przez siebie zebrane, i zaczerpnięte ze źródeł. Wśród tych
ostatnich wspomnienie sierżant Johnnie Phelps, której sam Eisenhower rozkazał
oczyścić jej jednostkę z lesb. Ona uświadomiła mu (formalnymi słowami
stosownymi dla relacji wojskowej podległości) skalę, na jaką czystki musiałyby
być przeprowadzone. Generał oficjalnie wycofał rozkaz. Zastrzeżenie: Leisa D.
Meyer w tekście Creating G.I. Jane
utrzymywała, że polowania na czarownice (potocznie wiązane przede wszystkim z
dekadą powojenną) miały miejsce już w czasie, gdy amerykańskie siły zbrojne
uczestniczyły w 2. wojnie, i w ogóle, że bardzo pilnowano morale żołnierek,
także w zakresie kontaktów z oddziałami mężczyzn. Ten artykuł był podbudowany
przekonaniem, że mimo powołania WAC, kobiecych sił zbrojnych, nadal wierzono,
iż kobiety ciągnie do armii albo chęć świadczenia usług seksualnych w
charakterze „obozowych” prostytutek, albo fakt uwięzienia mężczyzny w kobiecym
ciele (jak opisywani wcześniej seksuolodzy postrzegali lesbijki – długo nie
umiano wyodrębnić transseksualności). Faderman widziała drugą wojnę światową
jako okres zmniejszenia się oficjalnej opresji (zrelacjonowała debaty, w
których zarzucano rządowi USA sponsorowanie subkultury lesbijskiej – armii kochanek),
i lata późniejsze jako gigantyczny backlash,
udomowienie kobiet (by przypomnieć Mistykę
kobiecości Betty Friedan, bądź powieść Godziny
Cunninghama). Pisała więc Faderman o makartyzmie, ale też o tym, co dało tytuł
całej książce. W latach 1950. nastąpił wykwit śmieciowej literatury dziś zwanej
lesbian pulp fiction. Taniutkie i
szukające sensacji supermarketowe paperbacki z jednej strony były upiornie
homofobicznie i ukazywały karanie, zwykle śmiercią zachodzącą na
najprzeróżniejsze sposoby (samobójstwo w to wliczając), występnych bohaterek. Z
drugiej strony budowały zręby wspólnoty – czytelniczej i nie tylko, ponieważ
choć część z tego wszystkiego pisali mężczyźni, część – pod pseudonimami i
zgodnie z wymogami unhappy endingów –„realne” lesbijki. Przy okazji, pierwszą,
niegroszową i długo jedyną romansową powieścią niekończącą się źle była Carol Patricii Highsmith z 1952 r. (wówczas
wydana pod pseudonimem). Rzecz wydana w Polsce w 1994 r. jest urocza choć
anachroniczna. W każdym razie u Faderman Odd
Girl czy Twilight Lovers to przykładowe tytuły lesbian pulp
fiction.
Część
2 i przypisy tu.