sobota, 18 maja 2013

Lillian Faderman, “Odd Girls and Twilight Lovers: A History of Lesbian Life in Twentieth-Century America” (1991), cz. 1


W powieści Who Was That Masked Woman? (1981) Noretta Koerge wyraziła ważną myśl: jeśli cały swój czas i energię poświęca się temu, by się bronić przed opresją czy też by ją przetrwać, ma się niewiele już energii do tego, by zbudować bibliotekę. Być może w tym kontekście warto przeczytać, co Lillian Faderman napisała o historii lesbijek w USA. Faderman, emerytowana od kilku lat kalifornijska historyczka niestrudzenie dokumentująca lesbijską przeszłość, znana jest chyba najbardziej z opracowań: Surpassing the Love of Men. Romantic Friendship and Love Between Women from the Renaissance to the Present (1981) oraz Chloe Plus Olivia. An Anthology of Lesbian Literature from the 17th Century to the Present (1994). W Odd Girls and Twilight Lovers: A History of Lesbian Life in Twentieth-Century America podjęła się opisu widocznej i niewidocznej obecności lesbijek w społeczeństwie i społecznościach, począwszy od 2. poł. XIX w. i, jak rok pierwszego wydania podpowiada, dochodząc do lat 1990. Autorka zadeklarowała, iż jest konstruktywistką, ale w prezentowanym studium nie odwołała się do teorii queerowych, w rozwijającym się w owym czasie queerze upatrując nadziei dla aktywizmu, nie zaś refleksji akademickiej (jak dwie dekady temu napisała Barbara Creed, teoria queer i praktyka queer to byty cokolwiek oddzielne, jednak w tym miejscu nie będę rozwijać tematu).

Punkt wyjścia jest niemal stereotypowo już Foucaultowski, tj. opowieść rozpoczyna się, kiedy seksuolodzy zaczęli definiować homoseksualność i homoseksualistów – nie jako grzeszników popełniających czyny sodomskie, ale jako niemal osobny gatunek. W tym punkcie świat pokazany przez autorkę jest wiktoriański. Jeśli pamiętamy, że sama królowa Wiktoria była przekonana, że żadne żeńskie odpowiedniki homoseksualistów (których akty były w Wielkiej Brytanii prawnie niedozwolone), mówiąc o wiktoriańskich lesbijkach, choćby i w USA, otrzymujemy dość zabawny efekt. Pierwszym opisanym przez Faderman etapem jest czas romantycznych przyjaźni między kobietami, ich wielkiej afektywności, czułostkowości, niekiedy będącej jedną z twarzy zaangażowania erotycznego, niekiedy nią niebędącej. Po tym etapie przyszła fala zainteresowania „ustaleniami” pionierów seksuologii, spóźniona, ale zmywająca niewinność z rzeczonych romantycznych relacji – widząca w nich zboczenie i siedliska występków. Jak gdyby dopiero w owym momencie to, co później np. Ken Plummer czy Michel Foucault opisali jako „wynalezienie” homoseksualisty jako gatunku (subgatunku?) człowieka, zaczęło mieć odniesienie również do kobiet. Ci XIX-wieczni seksuolodzy (i nie tylko, do wpływowych tu teoretyków należał też np. Cesare Lombroso) podawali zestawy cech, na podstawie jakich można było identyfikować taką „zaburzoną jednostkę”. To akurat rzeczy powszechnie kojarzone, np. przekonanie, że taka (nie)kobieta ma narządy intymne przerośnięte i tak ukształtowane, iż może używać ich tak, jak mężczyzna penisa – w seksie, nie przy oddawaniu moczu. Jednak niektóre kryteria zdumiewają – do niechlubnych cech zaliczano palenie papierosów. Noszenie spodni to też oczywistość. Jasne, wtedy kobieta nie paliła (nie w świecie, który te zestawy cech powymyślał) i nie ubierała spodni (j.w.) – ale pomysł zweryfikowano, kiedy na masową skalę zaczęła praktykować jedno i drugie, z powodów emancypacyjnych, a nie dlatego, że popęd ku temu wynikał z jej orientacji. Faderman daje też inne przykłady tego, jak w toku upływu czasu miłość lesbijska była definiowana przez czynniki kompletnie inne, niż samo pożądanie seksualne. Ponadto wg autorki (społecznie) utworzono kategorię lesbijek nie tylko dlatego, że seksuolodzy podrzucili taką etykietkę, ale zarazem w momencie historycznym, kiedy na Zachodzie warunki ekonomiczne umożliwiły kobietom utrzymywać się samodzielnie, bez mężczyzn (znów z zastrzeżeniem, że chodzi o skalę zauważalnie szerszą, niż w przeszłości, np. feudalnej). Przy okazji uwaga. W The Traffic in Women: Notes on the 'Political Economy' of Sex (1975) Gayle Rubin zarysowywała ogólne tło sytuacji, w której kobiety są przedmiotem wymiany. Nie dość, że wychodząc od Marksa (Kapitał) i Engelsa (Pochodzenie rodziny...) napisała coś zdumiewającego, a odnoszącego się do organizacji życia społecznego w XIX w. Zaleciła mianowicie, by odróżniać pojęcie „system” (czyli organizacja społeczeństwa pod względem ekonomicznym) od pojęcia „kapitalizm” (czyli konkretna formacja socjoekonomiczna), ponieważ przecież mogą być inne systemy, np. socjalizm. Założyła, że dla jej odbiorców jest tylko jeden system do pomyślenia... Nie dość na tym – domagała się używania słowa „patriarchat” de facto w etymologicznym znaczeniu starotestamentowym. Utrzymywała, że tak, jak kapitalizm jest jednym z systemów gospodarczych, również patriarchat jest jednym z systemów seksualno–genderowych. Nieważne, że ludzkość nie ma historycznej pamięci o niepatriarchalizmie, a o np. niewolnictwie ma. Dla Rubin nawet organizacja w społecznościach prymitywnych (w 1975 r. używała takiego słowa; w komentarzu do owego eseju, z 2011 r., podkreśliła, że to wyraz ówczesnej jej świadomości i retoryki ówczesnej antropologii), gdzie oczywista przewaga i władza mężczyzn nad kobietami wynikała raczej z arkanów osiągniętych w inicjacji, to nie patriarchat. Bo patriarchą to był Mojżesz.

Wróćmy jednak do Faderman. W opowieści o latach 1920., kiedy zauważalny był ostentacyjny sprzeciw wobec dominujących wartości społecznych, eksperymentowanie ze stylami życia wykraczającymi poza standardy kodów (mieszczańskiej) moralności, książka przenosi nas do Europy, na paryski Lewy Brzeg oraz do Republiki Weimarskiej. Opisuje tamtejszych kobiet nienormatywnych, paryżanek z wyboru często będących Amerykankami, wzmiankując Djunę Barnes, Natalie Barney i inne (wprawdzie o moich „ulubienicach”, Gertrudzie Stein i Alicji B. Toklas jest u Faderman znacznie mniej, ale to nie były informacje, których bym w Odd Girls… szukała!). Przede wszystkim jednak wyjaśnia, jak świadomość istnienia tych środowisk wywierała wpływ na Amerykanki w USA. Przybliża coś innego, życie Harlemu, dużo uwagi poświęcając jazzowi i bluesowi. Wtedy też obrywa się Theodorowi Adorno za wiadomą krytykę muzyki rozrywkowej, lecz Faderman akcentuje co innego, niż teoretycy obalający Adornowski elitaryzm (polaryzację wysokie=dobre, niskie=złe), mianowicie zajmuje się empowermentową i liberalizującą rolą samej muzyki, oraz trybów życia nienormatywnych jej gwiazd.

Autorka robi chyba zbyt ładny organizacyjnie podział na dekady przynoszące kolejne zmiany, ale w mojej opinii trafnie opisuje je poprzez przekonania i obyczajowość nie tyle dominujące, co najbardziej widoczne i najciekawsze w każdej z tych dekad. Mnie przekonuje, choć zaraz wniosę zastrzeżenie.

Lata 1940. ujęte są przez pryzmat wojny: Amerykanek–żołnierek oraz Amerykanek wchodzących do miejsc pracy opuszczonych przez powołanych mężczyzn. „Yes, we can” . Autorka przekonuje, że mimo formalnych zakazów relacje lesbijskie w jednostkach złożonych z kobiet kwitły (choć bez ostentacji), a damy weń zaangażowane były karane (np. przenosinami) incydentalnie, na podstawie donosów składanych przy osobistych animozjach. Faderman przywołuje – za każdym razem! – relacje bezpośrednio przez siebie zebrane, i zaczerpnięte ze źródeł. Wśród tych ostatnich wspomnienie sierżant Johnnie Phelps, której sam Eisenhower rozkazał oczyścić jej jednostkę z lesb. Ona uświadomiła mu (formalnymi słowami stosownymi dla relacji wojskowej podległości) skalę, na jaką czystki musiałyby być przeprowadzone. Generał oficjalnie wycofał rozkaz. Zastrzeżenie: Leisa D. Meyer w tekście Creating G.I. Jane utrzymywała, że polowania na czarownice (potocznie wiązane przede wszystkim z dekadą powojenną) miały miejsce już w czasie, gdy amerykańskie siły zbrojne uczestniczyły w 2. wojnie, i w ogóle, że bardzo pilnowano morale żołnierek, także w zakresie kontaktów z oddziałami mężczyzn. Ten artykuł był podbudowany przekonaniem, że mimo powołania WAC, kobiecych sił zbrojnych, nadal wierzono, iż kobiety ciągnie do armii albo chęć świadczenia usług seksualnych w charakterze „obozowych” prostytutek, albo fakt uwięzienia mężczyzny w kobiecym ciele (jak opisywani wcześniej seksuolodzy postrzegali lesbijki – długo nie umiano wyodrębnić transseksualności). Faderman widziała drugą wojnę światową jako okres zmniejszenia się oficjalnej opresji (zrelacjonowała debaty, w których zarzucano rządowi USA sponsorowanie subkultury lesbijskiej – armii kochanek), i lata późniejsze jako gigantyczny backlash, udomowienie kobiet (by przypomnieć Mistykę kobiecości Betty Friedan, bądź powieść Godziny Cunninghama). Pisała więc Faderman o makartyzmie, ale też o tym, co dało tytuł całej książce. W latach 1950. nastąpił wykwit śmieciowej literatury dziś zwanej lesbian pulp fiction. Taniutkie i szukające sensacji supermarketowe paperbacki z jednej strony były upiornie homofobicznie i ukazywały karanie, zwykle śmiercią zachodzącą na najprzeróżniejsze sposoby (samobójstwo w to wliczając), występnych bohaterek. Z drugiej strony budowały zręby wspólnoty – czytelniczej i nie tylko, ponieważ choć część z tego wszystkiego pisali mężczyźni, część – pod pseudonimami i zgodnie z wymogami unhappy endingów –„realne” lesbijki. Przy okazji, pierwszą, niegroszową i długo jedyną romansową powieścią niekończącą się źle była Carol Patricii Highsmith z 1952 r. (wówczas wydana pod pseudonimem). Rzecz wydana w Polsce w 1994 r. jest urocza choć anachroniczna. W każdym razie u Faderman Odd Girl czy Twilight Lovers to przykładowe tytuły lesbian pulp fiction.

Część 2 i przypisy tu.

Lillian Faderman, “Odd Girls and Twilight Lovers: A History of Lesbian Life in Twentieth-Century America” (1991), cz. 2


Część 1 tu.

W dalszej historii dominuje perspektywa ruchów wolnościowych lat 1960.: nie tylko pacyfizm, ale i np. skandal postulatu wolnego używania kobiet (kto spał dwa razy z tą samą, ten burżuj). I feministyczne, i gejowskie rozczarowanie wykluczeniem zrodziło falę, do której teraz chcę przejść. Walka z penalizacją i medykalizacją („psychiatryzacją”) homoseksualności, wzrost świadomości feministycznej i parę innych czynników dało początek temu, co teraz funkcjonuje pod nazwą feminizmu lesbijskiego. W przeszłości mniemałam, że aby otrzymać takie coś, osoba ma się identyfikować zarazem jako feministka i jako lesbijka. Dalece się wówczas myliłam. To bardzo konkretny nurt, w którym przyjęta została sformułowana przez Adrienne Rich koncepcja kontinuum, oraz hasło: feminizm to teoria, lesbianizm to praktyka. Oto kobiety dotąd heteroseksualne (?) odkrywały swój lesbianizm (np. Gayle Rubin się tym „chwali”, choć oczywiście robiły to  nie tylko znane akademiczki), doprawdy na zasadzie owczego pędu, i z negacją przeszłości... tej nieodległej. Powstał nieformalny, ale naprawdę obowiązujący kodeks, w znacznej mierze dający początek politycznej poprawności. Wśród praw i samozobowiązań znalazło się choćby uwzględnianie potrzeb dzieci czy kobiet na wózkach, np. przy organizacji wydarzeń typu koncerty. Dalej mamy odrzucenie wszystkiego, co (uznane za) patriarchalne, w tym lesbijskich relacji butch–femme, jako małpujących tradycyjny układ męsko–damski. Ta formacja ideowa wzięła sobie za wzór czułostkowe (i niekoniecznie seksualne) XIX-wieczne związki kobiet. Wzór ów, naświetlony przez Faderman we wspomnianej już książce Surpassing the Love of Men, Gayle Rubin zdemaskowała jako klasowo opresyjny, nieujmujący doświadczeń kobiet mniej uprzywilejowanych socjoekonomicznie. W Odd Girls… Faderman naprawia swój błąd, poszerzając rozważania o (proto)lesbijki rzeczywiście we wcześniejszej książce pominięte.

Już na tych przykładach widać, co w feminizmie lesbijskim lat 1970. poszło nie tak. Problematyczne było wpuszczanie na wydarzenia dzieci płci męskiej. Odrzucano transkobiety jako mężczyzn zakamuflowanych. Odbierano możliwość takiego realizowania potrzeb i marzeń seksualnych, na jakie ktoś mógł mieć ochotę. Poza odgrywaniem ról (w tym używaniem dilda) zakaz obejmował wszystko związane z niewzajemnością (był obowiązek wzajemnego doprowadzania do orgazmów), stymulacją przy pomocy porno, aranżację zbliżeń intymnych w stylu przemocowym (BDSM), etc. Seks miał być „fair trade” lub też „waniliowy”, przy czym seks jako aktywność cielesna nie definiował lesbijki – należało po prostu być „woman-identified woman”. W opracowaniach tematu (np. w tym) stawiano jak najbardziej słuszny nacisk na WASP-owość tego środowiska; dla mnie dość szczególną kompromitacją jest pomysł zakazywania noszenia (ostrego) makijażu i szpilek. Dogmatyzm feminizmu lesbijskiego marniał w obliczu realiów, np. gdy grupa „woman-identified women” zasiedlała farmę na odludziu, by kultywować swój preferowany tryb życia, tudzież zakładała przenajściślej kobiecą firmę dla kobiet.

Tak jak kilka lat wcześniej Betty Friedan nazwała lesby „lawendowym (fioletowym?) zagrożeniem” i była przeciwna ich członkostwu w NOW (National Organization for Women), oto wahadło się odchyliło tak, że feministka i lesbijka dla niektórych stały się synonimami. Odtąd często nie mówiło się „lesbian (sub)cultures”, tylko „women’s culture”, ponieważ taka forma według Faderman konotowała wartości związane z wzajemną opiekuńczością czy troskliwością. To wtedy właśnie, z powodu odcinania się od wszystkiego, co męskie, wymyślono słowo herstory albo pisownię typu womyn, wimmin, gdyż bo słowo woman jest brzydkie...).

Oczywiście podobnie zaistnienie feminizmu lesbijskiego wiązało się również z wcześniejszym poczuciem lesbijek, że są nie u siebie w ruchu gejowskim.

Kolejna zmiana to lata 1980. Przede wszystkim mnóstwo młodych lesbijek, choć również tym pamiętającym lata 1950., opisywany środowiskowy dogmatyzm kompletnie nie odpowiadał. Po drugie w USA nastąpił backlash. Już u progu lat 1980. odnotowała go wspomniana Gayle Rubin. Po trzecie, HIV i AIDS odbierano długo jako „chorobę gejów” (ciot, pedałów...) i lesbijki raczej jednoczyły front z mężczyznami, niż się cieszyły, że to nie ich problem (rzecz jasna mam na myśli okazywanie solidarności i pomocy w czasie, gdy nie rozumiano jeszcze, iż to może być problem absolutnie każdego). Zatem lata 1980. to odpowiedź na reakcjonizm, prawicowy tradycjonalizm, ale i otwarcie się na dotąd kontrowersyjne praktyki: widoczność BDSM, demonstracyjne odrodzenie konwencji butch i femme, ale w takim sensie, w jakim odpowiada to pomysłom teorii performatywności, wkluczenie autoidentyfikacji zakrawających na mnożenie bytów ponad miarę (boi, tomboi, futch, etc.).

Uznano, że relacja butch–femme jest akceptowalna – i dobra, ponieważ nie małpuje patriarchalnych ról społecznych, tylko jest konwencją w seksie. Wychodzi na to samo, jeśli przyjąć za dobrą monetę koncepcję Judith Butler. Barbara Creed w inny sposób zinterpretowała społeczne funkcjonowanie lesbijek przyjmujących konwencję femme. Dla homofobicznego społecznego mainstreamu taka kobieta jest bądź „uleczalna” (skoro odbiera „męskość” butch jako atrakcyjną, jest szansa, że odbierze jako atrakcyjnego także mężczyznę), bądź odwrotnie, groźniejsza, niż butch, ponieważ ze względu na spełnianie przez femme standardów kobiecej atrakcyjności fizycznej budzi się strach, że każda (standardowo się prezentująca) kobieta to potencjalna lesbijka. (Tu warto przywołać postać Violet z pamiętnego filmu Bound z 1996 r.). Oczywiście autorka wyjaśnia, że femme nie jest żadną „kobietą w związku z (niby)mężczyzną”, ponieważ – jej zdaniem – związek heteroseksualny zasadza się na dominacji męskiej satysfakcji, natomiast relacja butch–femme to dążenie raczej do satysfakcji (orgazmu) famki.

Na koniec Faderman odnotowuje pojawienie się queeru... nie jako tego, z czym się w polskiej akademii może kojarzyć, czyli z konstruktywistyczną teorią – tylko jako akcjonizmu, aktywizmu. Przypomnijmy jednak – pierwotnie książka była opublikowana w roku 1991.

Począwszy od początku omawianego okresu, Faderman uwzględnia i relacje osób ze środowiska (ze źródeł oraz zebrane w toku własnych badań), i beletrystykę odzwierciedlającą dane myślenie (w małej mierze, ale jednak), i stan przekonań mainstreamu na temat tego, kim jest lesbijka. Kolejno zatem:

1) żywiono, w XIX wieku, podziw dla czułych kobiecych przyjaźni (bez wnikania w seksualny charakter tej intymności),
2) następnie odkryto „gatunek”, rzadki fenomen medyczny polegający na uwięzieniu mężczyzny w ciele kobiety (bez wnikania, czy to transseksualność czy ot, homopożądanie i niefunkcjonowanie w ówczesnym genderowym stereotypie),
3) później zaczęto potępiać występność. Wreszcie pojawiło się podejście uwzględniające
4) aspekt subkulturowy oraz
5) jednostkowe prawo do miłości.

Połączenie relacji osobistych, źródeł akademickich i analiz pozycji beletrystycznych to mix, dzięki któremu otrzymujemy narrację ukazującą nam bardzo szeroki obraz problematyki. Niestety nie oddałam tego w mojej relacji, jednak Faderman niemal mimochodem pozwala zrozumieć antagonizm między II a III falą feminizmu niekiedy słabo czytelny w polskim kontekście. Zresztą polski kontekst odegrał rolę w moim wyborze niniejszej rekomendacji. Faderman wykonała pracę na przebogatym materiale, o jakim możemy tylko pomarzyć w rodzimych staraniach o rekonstrukcję historii gejów, lesbijek i innych osób nieheteronormatywnych. Anglosaska akademia oferuje już cały katalog monografii na najbardziej nawet niszowe tematy dotyczące kultur płciowych i seksualnych nonkonformistów, erotycznych buntowniczek, zboków i odmieńczyń. Przyznam, że pochłaniam tą literaturę z wielkim zainteresowaniem, klasyczne opracowanie pióra Faderman polecam głównie ze względu na przystępność lektury. Mimo nieuniknionej z akademickiego punktu widzenia częściowej utraty aktualności, Odd Girls and Twilight Lovers to fascynujący przykład studium z zakresu historii kultury.


Paulina Szkudlarek


Lillian Faderman, Odd Girls and Twilight Lovers: A History of Lesbian Life in Twentieth-Century America [1991], Columbia University Press, New York – Oxford 2012.


Pozostałe odwołania:

Barbara Creed, Lesbian Bodies: Tribades, Tomboys and Tarts [1995], w: Elizabeth Grosz i Elspeth Probyn (red.), Sexy Bodies. The Strange Carnalities of Feminism, Routledge, New York 2002.
Leisa D. Meyer, Creating G.I. Jane: The Regulation of Sexuality and Sexual Behavior in the Women's Army Corps during World War II, “Feminist Studies”, Vol. 18, No. 3, Autumn, 1992.
Gayle Rubin, Deviations. A Gayle Rubin Reader, Duke University Press, Durham NC 2012.

wtorek, 7 maja 2013

Magdalena Tulli, „Włoskie szpilki”



Po raz kolejny zabieram się za pisanie o książce, która znalazła już swoją pozycję na półce z prozą wybitną. O książce nominowanej do Nagrody Literackiej Nike oraz Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus, laureatce Nagrody Literackiej Gdynia oraz Nagrody Literackiej Gryfia. O książce obrosłej mnóstwem komentarzy, interpretowanej na liczne sposoby, nawzajem się korygujące w toku ich publikowania. Po raz kolejny świadectwa recepcji sprowokowały mnie do wyznania: nie zachwyca, choć – jak stara się mnie przekonać zarówno bardziej doraźna, nastawiona na wydawnicze nowości, jak też głębsza i nieśpieszna krytyka – powinna.

W omówieniach chętnie akcentowana jest nieciągłość: Włoskie szpilki na tyle różnią się od Trybów (2003) czy W czerwieni (1998), że sprowokowały do powtarzania pewnej frazy, np.

„Magdalena Tulli przyzwyczaiła nas do […] do świata, który tworzył się i znikał na naszych oczach…”
„Tulli przyzwyczaiła czytelników do afabularnych eksperymentów…”.   

Przyzwyczaiła, i w 2012 roku zaproponowała prozę uznaną za bardziej przystępną. Czy na pewno?

Fabuła jest prosta, o ile można mówić o niej, nie zaś o afabularności. Oto kobieta w średnim wieku bez określonego imienia, identyfikowalna z autorką, wspomina swoje relacje z matką, częściowo też z ojcem. Perspektywę ma współczesną. Mówi w czasie po śmierci matki, po tym, jak sama już „odchowała” swoich synów, lecz większość materii literackiej utkano w latach 1960. (w mniejszej mierze – jeszcze w 1950.). Są to czasy straszliwe, nie tylko trudne ze względu na trudy powolnego odbudowywania Polski z wojennych ruin, lecz i redefiniujące więzi społeczne, formujące nowe pokolenia (znane dzisiaj jako „wyż demograficzny”). „Wychowałam się w kraju, w którym poniżanie obywateli było głównym sposobem komunikowania się z nimi w szkołach, w zakładach pracy, w urzędach i na ulicy”. Przypomnijmy, że sama Tulli urodziła się w 1955 roku.

Matka ze Szpilek to kobieta nieobecna duchem i ciałem, zimna, niekochająca, nieumiejąca się nawet opiekować córką, w sensie zaniedbania opieki podstawowej (niemuszącej głęboko angażować emocjonalnie). Dziewczynka nie była w stanie się „zorganizować”, jako zbyt mała, by dbać o garderobę, nieotrzymująca pomocy w pakowaniu szkolnego tornistra, etc. Prześladowana w szkole przez uczniów i nauczycieli (miała trudności z nauką, oraz nawyki budzące kpiny innych dzieci, np. gdy z nerwów ssała końcówkę pióra i brudziła się atramentem) nie znajdowała w domu ratunku, ani nawet azylu. Do tej kwestii wrócę niżej. Z uwagi na postać matki, w pewnym momencie narracji „ujawnionej” jako ocalała z Zagłady Żydówka, komentarze często odnosiły prozę Tulli do Utworu o matce i ojczyźnie (2008) Bożeny Keff–Umińskiej. To za mało! Warto zauważyć, iż wątki szkolne kojarzą się z Absolutną amnezją (1995) Izabeli Filipiak, szczególnie ze względu na wizję pewnego zaczadzenia ideologicznego.

Dziewczynka była uczennicą we wczesnych latach 1960., czasach „zeszytów z papieru V klasy” (ja z mojego dzieciństwa pamiętam awans do klasy trzeciej). Właściwie trudno powiedzieć, czy większym problemem dla otoczenia była matka, czy ojciec, Włoch. Z przekonań lewicowiec, ale z wielkiej, solidarnej rodziny – nie jest to eksponowane jako „typowo włoskie”. Historia rodu mężczyzny jest starannie odtworzona (Niezgodność brzmień), co siłą rzeczy stanowi kontrast wobec linii matki (szczególnie od momentu ujawnienia wojennej przeszłości – to rodzina, która zginęła). Dziewczynka spędza wakacje za granicą. Nie rozumiała różnic ustrojowych, widziała przede wszystkim relacje międzyludzkie – i ich „umoszczenie” w starych mieszkaniach (oczywiście bohaterka nie umiała i nie próbowała oceniać, czy umeblowanie było cenne; to obojętne, ważne, że mieszkania pulsowały życiem). Mediolańska rodzina z przerażeniem patrzyła na jej bagaż, tekturową walizkę pełną „wyrobów państwowego przemysłu”, i co roku „obkupuje” ją. Panowała życzliwość, dziecko było otoczone troską. Powrót do ojczyzny „ludowej” (półojczyzny... wcaleojczyzny, skoro matka to Żydówka) oznaczał wtrącenie do piekła. Brak opieki w domu plus udręka szkolna. Dziewczynka była prześladowana nawet za to, że miała ubrania dobrej jakości. „Musiałam płacić za zgaszone kolory wyrobów państwowego przemysłu”. W późniejszych dekadach dziewczynce zazdroszczono by zagranicznych rzeczy – w latach 1960. nie. Takie przedmioty były podejrzane. Dodatkowym problemem była konieczność poruszania się w dwóch rzeczywistościach językowych. Przypomnę w tym miejscu, że zakorzenieniu Magdaleny Tulli w języku włoskim zawdzięczamy wybitne przekłady książek Fleur Jaeggy.

Postać ojca, który jako pogodny i pełen dobrej woli, ale „niezasymilowany” obcokrajowiec „po prostu spadł z księżyca” oczywiście w żaden sposób nie kojarzy się z Absolutną amnezją – raczej z autobiofikcjami Ewy Kuryluk. Jest u Tulli cudowna scena, kiedy bezczelny sąsiad insynuuje, że ojciec to Żyd.

- Przepraszam za ciekawość, ale zawsze chciałem o to zapytać... Pan chyba nie jest Polakiem...
[…]
- Jeśli dobrze rozumiem, o co pan pyta... - ojciec odpowiedział sąsiadowi swoją bardzo poprawną polszczyzną z leciutkim nalotem obcego akcentu. Mrugnął do niego, po czym ustawił się profilem i przejechał palcem po grzbiecie nosa. - O, widzi pan tutaj takie typowe zakrzywienie?

Mężczyzna – jak rozumiemy, reprezentujący włoski typ urody – humorem stępił ostrze perfidii (sąsiad zachowywał się niemal jak szantażysta grożący wydaniem Żyda Niemcom w czasie II wojny!), czego ograniczony agresor w pierwszej chwili nawet nie umiał docenić – doceniamy zaś my w lekturze. Co zaskakuje to trafność reakcji: w innym miejscu Tulli opisuje ojca jako nieustannie się Polsce dziwiącego. Zatrucie jadem antysemityzmu natomiast zupełnie nie było dlań czymś zaskakującym.

Tytułowe buty są włoskie stereotypowo, jako synonim szewstwa na najwyższym poziomie – i powiewu światowości w zaścianku przaśności. Matka to szykowna kobieta, akademicka socjolożka, co ostro kontrastuje z jej chłodem w stosunkach międzyludzkich, pewnego rodzaju bezradnością wobec realiów, np. wezwań do szkoły córki... Z drugiej strony może ów brak socjo-wrażliwości i socjo-adaptacji to dobre odniesienie do scjentyzmu w socjologii, de facto społecznej obojętności nauki społecznej?

Po latach okazało się, że matka choruje na Alzheimera. Narratorka z nią zamieszkała (parę razy wspomina o mężu czy o dwóch synach, ale nie mają oni swego miejsca w powieści), i relacjonowała postępy choroby. Jest ona ujmowana raczej metaforycznie – autorka czyni z niej narzędzie wędrówki w przeszłość. Matka zapominała wszystkiego w kolejności odwrotnej do chronologicznej, zaś dorosła córka odgrywała odpowiednie do sytuacji role. Gdy matce się wydawało, że będąca przy niej kobieta to np. jakaś ciotka, córka się dostosowywała, spełniała oczekiwania, jednocześnie funkcjonując w rodzinnej historii. „Musiałam tylko się orientować, kim jestem tego popołudnia”. Czy te ożywione wspomnienia odpowiadają rzeczywistemu przebiegowi zdarzeń? Sylwia Chutnik o tym motywie napisała: „Rodzina zamieniła się w pojedyncze historie. Dryfują one w mrokach pamięci, obijają się o krawędzie głowy i za nic nie mogą ułożyć się w logiczną całość. Tak na marginesie, to chyba nikt nie oczekuje od pamiętania jakiejś logiki”. Nie mogę się zgodzić z taką konstatacją. Narratorka chyba zbyt łatwo uznaje realizm achronologii, odwrócenia wskazówek zegara, „płynięcia pod prąd” („moja matka pewnego razu obudziła się pierwszego września”, przeczekać ten dzień. Następny, który był poprzednim…”, „I w końcu wróciło tamto lato”, „Odtąd czas biegł jeszcze szybciej, skrótami”, etc.). Matce z Alzheimerem nic się – tak sugeruje książka – nie myliło, jej świadomość sukcesywnie cofała się w czasie. Oczywiście są opisane też inne objawy choroby, jednak to skupienie na przeszłości, w końcu na przeszłości wojennej, ma za zadanie odkrycie? zasugerowanie? źródeł „nienormalnej” emocjonalności kobiety, jej brak odruchów macierzyńskich, niekochania córki. Zdradzę, że prawdopodobnie (gdyż ja nie jestem skłonna wierzyć w adekwatność Alzheimerowych reminiscencji) wcześniej miała dziecko, które straciła w obozie, dziecko, o którym potem milczała, ale „po” którym nie zostało już w niej miłości do przelania na powojenną córkę. Wg mnie pewnie jest to raczej kwestia tego, jak córka – w średnim wieku – w końcu, u kresu życia matki wyjaśniła sobie, nareszcie zracjonalizowała, wytłumaczyła, usprawiedliwiła zachowanie, jakiego ofiarą była w dzieciństwie. Dla własnego spokoju, dla lepszej pamięci o matce.. jak gdyby samo przejście przez obóz nie było wystarczającym czynnikiem mogącym na zawsze zmienić czyjeś życie uczuciowe, zdolności do przeżywania. Recenzentka „Tygodnika Powszechnego” uznała, że w książce „nie ma wyraźnego rozwiązania”. Dla mnie jest: „odkrycie” przyczyn zachowań matki, odkrycie nierozpraszające jednak mrocznej chmury mogącej oznaczać balast Zagłady. Narratorka mówi: „w tej czarnej chmurze […] płynęła po niebie moja rodzina”. To metafora tak banalna i nachalna, jak i okrutna.

Świetnie się, mimo wszystko, Tulli czyta. Jednak jej piękna (tak!) proza wydała mi się jakby zbyt łatwo prowokująca do zestawienia wątków z wspomnianych utworów Keff-Umińskiej, Filipiak i Kuryluk. Nieoryginalna, nienowatorska. Jak tu jednak dyskutować z obciążeniem biograficznym? Nie próbowałam się niczego szczegółowego dowiedzieć o Tulli, odnotowałam jednak, że wywiadów udziela rzadko. Rękojmią autentyczności daną przez autorkę jest jednak przenikający książkę ból.

Jak napisałam, dziewczynka była dręczona i pogardzana przez koleżanki i kolegów ze szkoły, przez nauczycieli, przez sąsiadów i rodziców innych dzieci, i nigdzie nie znajdowała azylu. Narratorka w pewnym momencie postanowiła jej, sobie z przeszłości pomóc. Pojawiła się w świecie dziesięciolatki, w 1966 roku, niczym wróżka-opiekunka. Ogrzała, nakarmiła, wysłuchała. Okazało się, że to dziecko, którego „nikt nie kocha”, wdzięczna „wróżce” dziewczynka („[j]akby od dawna czekała na kogoś takiego jak ja”) czuła, że tak naprawdę „przecież nie działa jej się żadna krzywda” w życiu, nie pożaliła się więc na swe „drobne przykrości”. To, w mojej opinii, apogeum bólu, milkliwego, niewykrzyczanego (jak w przypadku Keff-Umińskiej). Krzywda dziewczynki jest niedostatecznie ważna! Skontrastowana została ponadto nieuchronność, fatalność historii matki (ukazana za pomocą choroby Alzheimera w medycznej rzeczywistości niemogącej przebiegać tak, jak na kartach Szpilek) z możliwością dania córce chwilowego pocieszenia. Kontrast łagodzony jest daremnością. Choć w przeszłość można się wycofać lub cofnąć, ratunku – znikąd.

Paulina Szkudlarek

Magdalena Tulli, Włoskie szpilki, Nisza, Warszawa 2012.

środa, 1 maja 2013

„Miłość i śmierć. Opowieści z Japonii”. Wspomnienia Wacława Sieroszewskiego


Bydgoskie wydawnictwo Diamond Books, specjalizujące się głównie w literaturze poświęconej japońskim sztukom walki i militariom, posiada w swojej ofercie również parę pozycji beletrystycznych.  Wśród nich znajduje się interesujące wydanie krytyczne powieści inspirowanych japońską kulturą i zapisków z podróży po Japonii, autorstwa Wacława Sieroszewskiego. Pierwotnie wydane w 1923 roku, pisma Sieroszewskiego w wydaniu Diamond Books z 2007 roku zostały opatrzone komentarzami  nieżyjącego już Witolda Nowakowskiego, tłumacza książek z języków angielskiego i japońskiego, propagatora sztuki walki kendo w Polsce (za Wikipedią).

Wacław Sieroszewski (1858-1945) był prozaikiem, zaangażowanym w działalność konspiracyjną i socjalistyczną (dokładniejsza nota biograficzna tutaj).

            Do Japonii trafił niejako „za karę” – w 1900 roku „został aresztowany przez carską żandarmerię za domniemany udział w przygotowaniach do pochodu robotniczego w Warszawie, w dniu odsłonięcia pomnika Mickiewicza. Przed ponownym zesłaniem do Irkucka uratował go wiceprezes Petersburskiego Towarzystwa Geograficznego, senator P. Siemionow, który „do spółki z Akademją Nauk” zorganizował mu badawczą wyprawę na Hokkaido, do kraju Ajnów” (za Nowakowskim, w przedmowie do rozdziału Japonja w zarysie, s. 10). Sieroszewski dotarł tam w czerwcu 1903 roku, gdzie spotkał się z bratem Józefa Piłsudskiego, Bronisławem, z którym razem badał przez kilka miesięcy kulturę Ajnów. Wojna japońsko–rosyjska przerwała pobyt pisarza w Japonii, który już we wrześniu 1903 roku rozpoczął podróż powrotną do Europy.

We wprowadzeniu do Japonji w zarysie Nowakowski zastrzega, że Sieroszewski „nigdy nie poznał biegle japońskiego” (s. 7) – imiona własne, nazwy, słowa zapisywał często fonetycznie (czasem w dwóch wersjach), niekiedy dodając nieznane Japończykom dźwięki... jednak współczesna redakcja postanowiła zachować oryginalną formę ortografii pisarza, dodając tam, gdzie było to możliwe, informacje o dzisiejszej konwencji transkrypcji.

Książka zawiera dwa eseje o Japonii, list autora opisujący podróż przez Chiny (ze wzmiankami o napotkanych Japończykach), a także pięć opowiadań różnej długości. Ponieważ interesujące są dla mnie przede wszystkim reporterskie wrażenia Sieroszewskiego i jego opinia o Japonii, nie będę analizowała jego utworów beletrystycznych (również z uwagi na ich wtórność – część z nich, jak pisze Witold Nowakowski, to opowiedziane na nowo historie znane z anglojęzycznych zbiorów historycznych i ludowych podań japońskich).

Czytając Sieroszewskiego nie sposób nie przywołać listów Kiplinga z jego podróży do Japonii, o których można przeczytać tutaj.

Dokonajmy zestawienia. Kipling przebywał w Japonii w 1889 roku, Sieroszewski w 1903 – ich relacje dzieli jednak nie tyle dystans czasowy co mentalny. O ile światowej sławy angielski prozaik dał popis szowinistycznego, kolonialnego protekcjonalizmu, Sieroszewski akcentuje swój zachwyt pięknem i złożonością japońskiej kultury i natury, komentując obserwowane krajobrazy i zwyczaje z szacunkiem i wnikliwością. Zaskakuje różnorodność i dokładność obserwacji, które Sieroszewski zdołał poczynić podczas stosunkowo krótkiego pobytu w Japonii.  W eseju Japonja w zarysie Sieroszewski opisuje niezrównaną japońską przyrodę, wymieniając gatunki drzew i kwiatów, które wywarły na nim szczególne wrażenie. „Japonja jest krainą wiecznie drżącego i falującego życia” (s. 12) stwierdza Sieroszewski, mając na myśli nie tylko morski i oceaniczny żywioł otaczający wyspy, ale przede wszystkim nieustanne zagrożenia niesione przez naturę – katastrofalne trzęsienia ziemi, tajfuny i tsunami (tutaj pisarz odwołuje się do zjawisk opisanych przez Lafcadio Hearna). Dodatkowo dowiadujemy się, jak wygląda zwykle pogoda w Japonii, jak wpływa na codzienne samopoczucie mieszkańców i obcokrajowców, a także jaki przebieg mają japońskie pory roku. Gęstość opisu i informacji jest na tyle imponująca, że każe się zastanawiać, gdzie w takim razie przebywał Kipling, a także czy na pewno jego pisarska sława jest zasłużona. Wszystkie ciekawostki Sieroszewski przeplata cytatami z japońskiej poezji i obyczajowości. Wspomina również o religijności Japończyków, stwierdzając, że jest to dla nich sfera osobista, do której nie dają przystępu innym. Rozmowy na tematy religijne nie istnieją, tolerancja religijna jest zakorzeniona w zwyczajach, a prześladowania chrześcijan wzięły się tylko i wyłącznie z powodów podejrzeń o ich polityczne knowania. Bazując na swoich obserwacjach, Sieroszewski opisuje z dużym taktem i empatią modlących się Japończyków, podziwiając, że nie robią niczego „na pokaz” (co dla przybysza z Polski musiało być niezwykle egzotycznym doświadczeniem). Zauważając, że Japończykom zdarza się stawiać pomniki zasłużonym ludziom – nie tylko bohaterom narodowym, ale także lokalnym herosom – stwierdza: „czczą twórczego ducha ludzkiego, który żywiołowe potęgi, mocą swej woli i odwagi zamienia w sługi swoje... Stąd ta wielka ich tolerancja i uznanie dla wszelkich przekonań ludzkich, stąd głęboka cześć dla wszystkiego, co wzniosłe!” (s. 32). Nawet jeśli peany Sieroszewskiego bawią chwilami naiwnością przypisującą Japonii tylko dobre i wspaniałe cechy, nie dyskredytuje to jego portretu Japonii tamtych czasów.

Dowiadujemy się jeszcze, że Japończycy wielką czcią otaczają obecnie wiedzę i naukę, rozwijając szkolnictwo, które jest dostępne dla dzieci płci obojga. Sieroszewski opisuje również budownictwo japońskie – wygląd przeciętnego japońskiego domu, jego funkcjonalność i ascetyczny wystrój, a także schludność mieszkańców, dbających nie tylko o czystość mieszkania, ale i higienę osobistą w stopniu nieznanym w Polsce po dziś dzień. We fragmencie dotyczącym rolnictwa czytamy, że Japonia „posiada najgęstszą na całym świecie sieć stacji meteorologicznych (...) oraz najobszerniejszą sieć stacyj doświadczalnych rolniczych, doskonale zorganizowanych i komunikujących się ze sobą” (s. 42). Przy okazji autor czyni uwagę, że imponujące zaludnienie miast i miasteczek japońskich nie oznacza, że jest to niezwykle ludny naród – i szacuje, że niezamieszkana pozostaje większa część kraju (ok. dwóch trzecich), ponadto zróżnicowany fizycznie (mieszkańcy górskich okolic wyróżniają się atletyczną budową na tle swoich rodaków zamieszkujących obszary nizinne). Pożywienie Japończycy zawdzięczają głównie płodom rolnym, a także morskim – i jak zauważa Sieroszewski, te dwa filary japońskiego dobrobytu są połączone ze sobą nierozerwalnie, gdyż dzięki rybim kompostom możliwa jest uprawa nie tylko najbardziej wartościowych odmian ryżu, lecz i morw, na których żyją jedwabniki. Niehodujący i niejedzący mięsa (pomijając ptactwo – kury, kaczki, gołębie) Japończycy, zajadają się świeżymi i konserwowanymi rybami. Nowością jest wielorybnictwo. Zaskakujące może się wydawać, że Sieroszewski pisze: „rybne bogactwa Japonji wyczerpały się i maleją coraz szybciej wobec udoskonalających się sposobów połowu” (s. 47). Niektóre gatunki ryb na stałe zniknęły już z okolic przybrzeżnych, a rybacy poświęcają o wiele więcej czasu na złowienie wystarczającej na potrzeby wyżywienia i handlu ilości ryb, niż niegdyś. Jeśli taka sytuacja była opisywana już w roku 1903, aż dziw, że cokolwiek jeszcze pływa dziś w pobliżu Japonii...

W tej sytuacji rybacy japońscy udają się na połowy dalej niż zazwyczaj – głównie na północ, na terytoria należące już do Rosji - Sachalin i Kamczatkę: „Ciągnęła (...) Rosja wielkie i wciąż wzrastające zyski ze swoich nocnych ułowów – i stosunków z Japonją. Ale do sprawy tej wmieszała się polityka. (...) kwestja rybołówcza stała się jedną z przyczyn krwawej i okropnej wojny i grozi nią w przyszłości” (s. 50-51). Narastający konflikt wokół  stosunków handlowych, wg Sieroszewskiego, z całą pewnością doprowadzi do kolejnej wojny – ciekawe, że autor upatruje tylko w tym przyczynę przyszłego konfliktu zbrojnego. W całym eseju nie znajdziemy informacji o rosnącym w siłę nacjonalizmie japońskim towarzyszącym snom o potędze i budowaniu imperium. Sieroszewski pisze natomiast: „Przezorni, mądrzy, zabiegliwi Japończycy (...) ich handel morski, ich młody, szybko rosnący przemysł wymaga rynków, wymaga supremacji na tutejszych morzach. Japończycy umieją być konsekwentni, umieją wyciągać daleko idące wnioski z błahych napozór przesłanej i umieją nie cofać się przed żadną ofiarą w teraźniejszości dla ulżenia sobie w przyszłości...” (s. 51). Trudno nie zwrócić uwagi na różnicę pomiędzy takimi uwagami a dywagacjami Kiplinga, które umniejszały cywilizacyjnie Japończyków, będących dla przedstawiciela Imperium Brytyjskiego jedynie narodem zdatnym do zmyślnego kopiowania zachodnich wzorców. Być może o innym nastawieniu Sieroszewskiego zdecydowały jego własne doświadczenia – przedstawiciela kraju pozbawionego suwerenności, o którą należało nadal walczyć. To jednak tylko moja sugestia - sam autor unika takich porównań i nie przyznaje, aby właśnie to ukierunkowało jego spojrzenie na państwo, który go zafascynowało. Pisze natomiast we fragmencie o rozmaitych koncepcjach politycznych i ekonomicznych, które przedostają się z Zachodu do Japonii: „Czy Japonja pójdzie ku tym lepszym stosunkom drogą, wskazaną przez nasze europejskie teorje – tego nie wiem. Przypuszczam, że nie, że znajdzie jakąś własną ścieżynę, gdyż, wbrew okrzyczanemu naśladownictwu Japończyków, znajdują oni, nie zaniedbując uczyć się u wszystkich, zawsze własną na wszystko odpowiedź” (s. 63).

Esej zawiera także rozważania o pochodzeniu Japończyków. Sieroszewski wspomina, że sami Japończycy uważają, że pochodzą ze „Sjamu”, czyli Tajlandii, natomiast, wedle niego, dane historyczne i etnograficzne sugerują, że przybyli z południa. Pisarz odnotowuje też, że źródeł pochodzenia narodu japońskiego, jak i jego kultury można też poszukiwać w północnej i południowej Korei, której Japonia zawdzięcza nie tylko podwaliny cywilizacji, ale i... kanony urody. Opisani są również Ajnowie (w książce Ainosi) jako japońscy aborygeni – wg autora oprócz tego ludu Japonię zamieszkiwały jeszcze cztery inne tubylcze plemiona, jednak niewiele o nich wiadomo.

W części kończącej esej Sieroszewski zawiera pokrótce historię Japonii i aktualny stan sztuki w niej powstającej.  Interesujące są zwłaszcza uwagi pisarza na temat tej ostatniej – choć autor ma świadomość, skąd Japończycy czerpią wiedzę o malarstwie, budownictwie czy garncarstwie, akcentuje oryginalność i świeżość spojrzenia japońskich artystów i rzemieślników. Porównując sztukę chińską z japońską pisze: „Ale niepodobna zaprzeczyć, że śliczna sztuka japońska tak ma się do niej, jak śliczna, wytworna, młodsza, rozkwitająca siostra do pięknej, podstarzałej już matrony... I to w każdej dziedzinie” (s. 64). Do japońskiego umiłowania artyzmu zalicza również Sieroszewski planowanie parków w wielkich miastach. Umiejscawianie dzieł sztuki w szczególnie pięknych krajobrazach, ale i kreowanie takich punktów – choćby poprzez sadzenie drzew wzdłuż „drogi królewskiej” (niestety autor nie precyzuje, o której dokładnie drodze wspomina) z myślą o potomnych to dla Sieroszewskiego dowód na japońską troskę o poczucie estetyki przyszłych pokoleń (Hello Kitty nic jeszcze nie zapowiadało...). Opinie Sieroszewskiego mogą być dla czytelników polemiką z obserwacjami Kiplinga, które umieścił w listach z podróży do Japonii – zwłaszcza następujący fragment: „Ci, co mylnie wyobrażają sobie Japończyków jako »dłubaczy cacek«, niech zwiedzą Nikko, spojrzą na ponsowe »tori« na sinem tle świętej góry” (s. 68).

W Wachlarzu japońskim (kartce z podróży w 1903 r.) Sieroszewski relacjonuje, ze swoją charakterystyczną wrażliwością, podróż do Chin na pokładzie japońskiego statku pasażerskiego. Dzięki niej o poznajemy realia przygody turystycznej na początku XX wieku (na statku śmierdzi opium, załoga jest przygotowana na atak chińskich piratów, ponadto podróżowanie klasą inną niż pierwsza może być wyjątkowo nieznośne z uwagi na liczbę pasażerów...). Pisarz nie stroni od anegdot towarzysko–społecznych (jedyne pasażerki pierwszej klasy okazują się polskojęzycznymi prostytutkami z Rosji, które szczerze wyznają swoje losy Sieroszewskiemu), choć przychodzi mu również wykazać się hartem ducha w obliczu pożaru na statku (na szczęście ugaszonego). Nie udaje się zwiedzić Nankinu, natomiast Sieroszewski opisuje docelowe miasto podróży, którego nazwę oddaje jako „Chań–kou” – niestety współczesna redakcja nie skorygowała jej. Szkoda, bo autor zatrzymuje się w nim na dłużej – i opisuje część miasta należącą do europejskich osiedleńców. Poznajemy rosyjskie faktorie herbaciane, pozbawione maszyn i jakichkolwiek udogodnień technicznych – Sieroszewski dowiaduje się, że dzieje się tak nie z powodu skąpstwa zamożnych firm rosyjskich, ale z zakazów chińskiej biurokracji, która zakazując sprowadzania maszyn do fabryk, chroni rodzimych drobnych kupców herbatą. Rywalizujący z kupcami rosyjskimi Anglicy zarządzają najlepiej zorganizowaną dzielnicą „Chań–kou”. Jednak właśnie tam Sieroszewski ma okazję widzieć Chińczyków odbywających publiczne kary – i torturowanych w biały dzień: „Zapewne, że Anglicy nie są w możności i nawet może nie powinni poprawiać lub zmieniać dobrowolnie kodeksu chińskiego, lecz obecność gromady jawnie torturowanych ludzi przed kordegardą angielską za każdym razem mocno mi psuła moją cześć dla Albjonu” (s. 294).

W podróży Sieroszewski zawiera bardzo interesującą znajomość z japońskim poetą, Sasakim Nobutsuną, który snuł przed nim wizję imperialnej Japonii: „To nic, że obecnie trzeba walczyć, przelewać krew swoją i cudzą... Wojny i rewolucje są jak tajfuny, które odświeżają zastałe nad bagnami powietrze!... – mówił tak natchniony Sasaki Nobu–tsuna” (s. 290). Sieroszewski w żaden sposób nie komentuje tych złowrogich słów – może nawet, jako syn powstańca myślał podobnie?

W posłowiu do książki Witold Nowakowski pisze, iż Sieroszewski po powrocie do Polski nie porzucił swojego zainteresowania Japonią. Czytał książki poświęcone tematyce japonistycznej, śledził rynek wydawniczy. Gdy w 1927 roku Stefan Łubieński wydał Między Wschodem a Zachodem. Japonia na straży Azji, Sieroszewski napisał doń przedmowę – choć, jak zauważa Nowakowski, to już „czasy całkiem innej Japonii, ufnej we własną siłę i »misję« wśród ludów Azji” (s. 303). Brakuje informacji, czy Sieroszewski komentował te przemiany i „obudzenie Wschodu” – wszak Japonia rozpoczęła budowę imperium w kształcie, który niekoniecznie mógł się podobać osobie chwalącej japońską tolerancję wobec wszelakich idei.

Sławomira Raczyńska

Wacław Sieroszewski, Miłość i śmierć. Opowieści z Japonii. Utwory wybrane z tomu „Z fali na falę”, Diamond Books, Bydgoszcz 2007. Wszystkie cytaty pochodzą z tego wydania.



poniedziałek, 4 marca 2013

Andrzej Chojecki, „Mowa mowy. O języku współczesnej humanistyki”



Książka zapomniana albo niezauważana… tudzież niewygodna. Rozbiera nas – humanistów i humanistki – do naga i stawia przed nami lustro. Andrzej Chojecki zaproponował oto analizę retoryki obecnej w nauce, przekazach dziennikarskich i w potoczności (odnosi się np. do napisów nieuprawnionych, czyli bazgrołów na murach). Analiza jest niekompletna co do źródeł: zasadniczo odniesienia są do humanistycznych tekstów „postmodernistycznych”, zaś materiały prasowe, uliczne (reklamowe, sprejowe) są dość przypadkowe. Pełny jest natomiast katalog strategii językowych, używanych i nadużywanych. Daje do myślenia! Czym prędzej zapewnię, że Chojecki posługuje się polszczyzną tyle nieskazitelną, co pomysłową, a jego świadomość lingwistyczna imponuje. Autor wydobywa ze współczesnych, tj. dostępnych mu w czasie pisania książki, rozpraw i esejów z zakresu humanistyki (te interesują mnie najbardziej, więc „mowę” mediów i codzienności pominę) rozmaite zabiegi autogeneracyjne, które mają teksty akademickie wzbogacać, także treściowo. Tworzenie słów i określeń jako tworzenie humanistyki. Wymyślna forma każąca podejrzewać bezmyślną treść. Oj, teraz to już się bawię. Poczułam się też jednak trochę winna. Wyjaśnienie: autor nie piętnuje. Czy wyśmiewa? Wychodzi na to, że użyte jako ilustracje koncepty po takim podświetleniu ośmieszają się same – zarazem ciekawią. Takiego czytelnika jak Chojecki, życzę każdemu autorowi – i akademikom, i publicystom, a pewnie i beletrystom. Uzupełnić należy, że mamy do czynienia z pewnego rodzaju metapoziomem dekonstrukcji. Przedmiotem mikroanaliz jest dynamika semantyki słów-pojęć ujęta w czasie rozpowszechnienia się dyskursów poststrukturalistycznych – i dekonstrukcyjnych właśnie. Ambicją autora nie była rekapitulacja myśli przewodnich tych paradygmatów, jednak osoba z nimi zaznajomiona niewątpliwie więcej wyniesie z lektury. Ma szanse ujrzeć poststrukturalizm i dekonstrukcję w innej optyce.

Zazdroszczę osobom sprawnie posługującym się akademickim idiolektem, naprawdę. Wykorzystującym obce mi ścieżki myślenia, używającym określeń, które mi by nie przyszły do głowy. Przyznajmy: Chojecki na dodatek daje cały katalog podpowiedzi!

Ograniczę się do kilku przykładów struktur kategorialnych i mechanizmów sterujących retoryką, powtarzalność jakich odnotowana jest w tym niezwykłym opracowaniu.

Rozpocznijmy od konwencji zapisu. Pomijając akcentowanie kursywą czy wytłuszczaniem oczywiście! Chojecki nazywa myślnik „rozbijaczem słowa”. Wiadomo: odpowiedzieć i od–powiedzieć to wielka różnica, druga wersja konotuje cofnięcie (odczarować, odwołać, odkazić, oddać), i myślnik rzeczywiście każe spytać, co tu jest „ nie tak”, choć czasowniki z nawiasu piszemy bez myślników. Spójrzmy: „odpowiedzieć” = zareagować na pytanie, „od–powiedzieć” = podać swoją wersję sprzeczną z tym, co dotąd było mówione (jak odkłamać). Dla przejrzystości posłużyłam się potocznymi czasownikami, by wyjaśnić zasadę postępowania.

Cudzysłów z kolei może być oczywiście strażnikiem własności (intelektualnej), wyodrębniając cudze słowo (cytat). Wyznacza też nowe, nieregularne, albo niepoprawne użycie wyrazu. W ładnej formule Chojeckiego, cudzysłów to zobowiązanie słowa wobec innych słów (albo, dodam, wobec zakresu semantycznego kanonicznej wersji samego siebie).

Dalej mamy słowotwórstwo, przemysł nie do ogarnięcia. Może w tą samą pulę wrzucę budowanie związków frazeologicznych. Wrażenie mogą robić wypełnienia gradacyjne (w stylu – najprawdziwsza prawda), a jeszcze silniejsze: wypełnienia dekonstrukcyjne, np. teoria praktyczna (autor to chyba prorok: obecne istnieje czasopismo „Praktyka Teoretyczna”), peryferia stają się centrum, istota techniki nie jest czymś technicznym. Ponadto działa dwojakiego rodzaju neantyzacja. Jako powrót do „czystych” źródeł ówczesnej filozofii, oraz jako powrót do starożytnych pojęć... nie pojęć! ot, fajnych określeń z greki i łaciny, wyciąganie ich jako efektownych, możliwych do resemantyzacji także poprzez zagubienie tradycji odniesień. Do takich „reinvented wheels” wliczyć można: parergon, doxa, episteme, chora...

Potoczne słowa również mogą brzmieć godniej, mądrze – po substancjalizacji. Upodmiotowienie bytów to zabieg wdzięcznie wykonywany na drodze zmian: rzeczownik zamiast zaimka (późniejszość, naszość... zapomnianą awangardą byłaby tu najzwyklejsza już... teraźniejszość, nieprawdaż?).

Chwytliwe związki frazeologiczne powstają poprzez odebranie binaryzmowi jednego bieguna, np. kopia bez oryginału, nie ma początku, są tylko powtórzenia, czy: każda prezentacja jest reprezentacją.

Czytam często (i chętnie) prace tak nasycone tymi oraz podobnymi zabiegami idiosynkratycznymi, że zastanawiam się: naprawdę jestem aż tak nieudolna, skoro tak nie umiem? A może to ucieleśnienie tego, co wykpił niezrównany Umberto Eco w felietonie Jak pisać do katalogu wystawy (w: Zapiski na pudełku od zapałek, przeł. Adam Szymanowski, Historia i Sztuka, Poznań 1993)? I nie mam tu na myśli osławionych „podpisów po dziełami w MOCAK-u”...

Jedno skłonna jestem stwierdzić na pewno: to, co pobudza do refleksji w najważniejszych, najpoważniejszych, niejako fundacyjnych pracach w szerokim sensie postmodernistycznych, naśladowane i nadużywane razi, odbiera epigonom siłę przekonywania, i niestety nie zachęca do sięgania po wciąż – w mojej opinii – potencjalnie inspirujące źródła.


Paulina Szkudlarek


Andrzej Chojecki, Mowa mowy. O języku współczesnej humanistyki, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 1997.

środa, 27 lutego 2013

Niezupełnie o kurczaczku na opakowaniu wielkanocnej edycji czekolady. J.M. Coetzee, „Żywoty zwierząt”


Żywoty zwierząt to pokłosie słynnych wykładów Tannera, The Tanner Lectures on Human Values, danych przez pisarza w latach 1997-1998. Uzupełnię od razu, iż w Elizabeth Costello (2003, wydanie polskie w przekładzie Zbigniewa Batko: Znak, Kraków 2006) te same treści zostały powtórzone. Inaczej to ujmując: w późniejszej powieści tytułowa bohaterka więcej podróżuje i ma więcej wystąpień publicznych, jednak partia o zwierzętach się nie zmienia. Drobna różnica polega na tym, że w Żywotach zwierząt pewne stwierdzenia opatrzone są przypisami ułatwiającymi poszukiwanie lektur, do których czynione są odwołania.

Podczas swoich czterech wykładów Tannerowskich Coetzee przedstawił dwa wystąpienia niejakiej Elizabeth Costello, a posłużył się narracyjną konwencją, którą poszerzył w powieści z 2003 roku. Oto uznana, starsza pisarka ma pojawić się w fikcyjnym Appleton College po to, by zrobić to, co uznany (ale choć w średnim wieku, jednak zdecydowanie młodszy) pisarz zrobił realnie. Coetzee opowiada zatem, jak Costello przylatuje z Australii do USA, spotyka się z synem, Johnem Bernardem (przypadkowo fizykiem na tej samej uczelni; mężczyzna „nie rozpowiada wszem wobec, że jest synem Elizabeth”, choć jednocześnie „[n]ie wstydzi się matki” – s. 23), synową Normą (również akademiczką, jednak w tym momencie niewykładającą) i wnukami; jak się Elizabeth czuje, co robi, jaka jest cała otoczka jej odczytów, jakie nań reakcje (szczególnie rozdartego między matkę a żonę syna), co dzieje się na przyjęciu „u rektora”, kiedy dyskusje są kontynuowane, etc. Oczywiście dramatyzacja relacji rodzinnych przeniesiona jest potem do powieści Elizabeth Costello, a w Żywotach zwierząt nie wysuwała mi się na pierwszy plan, ustępując namysłowi nad tym, co nazwałabym sprytem autora (Coetzeego). Wybierając fikcję jako formę wykładów Tannerowskich, mógł bowiem przedstawić nie tylko to, co mówi Elizabeth (jako jego porte parole), ale również argumentacje oponentów i sceptyków. Przywołuje je Coetzee na różne sposoby – np. krytyka lub zastrzeżenia pojawiają się na sali wykładowej, a także na kolacji w rektoracie; jeden oburzony słuchacz wysyła Elizabeth list, wreszcie: John, syn, dyskutuje z żoną, po pierwsze kompetentną, po drugie zeźloną tym, jak wizyta teściowej dezorganizuje im życie rodzinne. John nie umie bronić matki merytorycznie, wskazuje przede wszystkim jej dobre intencje, i domaga się wyrozumiałości z uwagi na jej wiek. Na konto Elizabeth, nie zaś Coetzeego, idą wszystkie miałkości wywodu, np. marna struktura argumentacji, momenty zagubienia, niekonsekwencja. Świadectwo lektury, jakie w tym momencie daje, umotywowane jest w głównej mierze irytacją wywołaną, cóż, kolejną, na jaką trafiłam, niefortunną próbą obrony spraw ważnych.

Wydanie książkowe (jako zapis) wykładów Tannera jest wielogłosem. Otrzymujemy wstęp Amy Gutmann, będący de facto streszczeniem całości, zapis tego, jak o wystąpieniach Elizabeth opowiedział Coetzee, a potem gościnne występy, i tu robi się jeszcze ciekawiej!

Oba wystąpienia Elizabeth, Filozofowie i zwierzęta oraz Poeci i zwierzęta, są słabe, przyczynkarskie. Kobietę motywuje „pragnienie ratowania własnej duszy”, co nie jest uzasadnieniem, jakie sama chciałabym usłyszeć od moralisty czy moralistki w dyskusji ze mną.  Jest Elizabeth misjonarką  wegetarianizmu, ale gdy słyszy (tak naprawdę kurtuazyjne jedynie!) słowa podziwu, mówi o swej hipokryzji. Nosi rzeczy ze skóry, a różnica – jej zdaniem – polega na stopniu obsceniczności (s. 62).

W dość widocznym założeniu „główną kontrowersją” odczytu Filozofowie i zwierzęta jest skojarzenie przemysłowej hodowli zwierząt na rzeź z Zagładą Żydów. To bardzo stary już pomysł (zresztą w książce używa się słowa „holokaust”, którego obecnie znawcy tematu unikają – być może to też signum, ale gafa idzie nie na konto fikcyjnej pisarki, Costello, a wszystkich zaangażowanych w prace nad realną książką Żywoty zwierząt).

Podjętych przez Elizabeth problemów jest rzecz jasna więcej, np. możliwość wczucia się w świat przeżywany zwierzęcia, w analogii do prób wczucia się w sytuację własnej śmierci. To o tyle przejmujące, że przecież chodzi o staruszkę. Część Coetzeego, prozatorska, kończy się, gdy John o poranku odwozi matkę na lotnisko. Ta ma moment załamania, syn zaś nie rozumie, pyta w myślach, czego ona chce. A chce ona odpowiedzi na swe retoryczne dylematy dotyczące bytowania „wśród ludzi... czy to możliwe, że oni wszyscy są uczestnikami zbrodni na niesamowitą skalę...” (s. 96 – i czemu ona , Elizabeth, jako „jedyna” się z tym nie godzi, s. 97). John zatrzymuje auto, obejmuje Elizabeth próbując uspokoić jej płacz. Mówi: „Spokojnie. Niedługo będzie po wszystkim”. Nie chodzi o nic innego, aniżeli o śmierć. Słowa Johna, które zacytowałam, kończą całość.

Skończywszy dygresję nadmienię, iż w mej opinii analogia odnosząca się do „wczuwania” jest słabo pomyślana i nieprzekonująco przeprowadzona.

Zagadnienia, jakie porusza Elizabeth, to ponadto m.in. status człowieka jako zwierzęcia (na przykładzie Guliwera w kraju Houyhnhnmów), status i los zwierzęcia uczłowieczanego (Czarny Piotruś Kafki, eksperymenty Köhlera – to akurat ciekawy problem, wracam do niego poniżej); sięga po ilustracje z tradycji filozoficznej (Tomasz Akwinata, Immanuel Kant, Kartezjusz – słabo) albo stawia pytania, jakże to jest z duszą nieśmiertelną i duszą śmiertelną, tudzież o antropomorfizm boga (teomorfizm ludzi?). Fragmenty o samej poezji uważam za kompletnie nieinteresujące...

Wolfgang Köhler (1887-1967) zatem! To przykład doświadczeń badających rzekomo inteligencję małp człekokształtnych. W skrócie przybliżającym aspekty interesujące Elizabeth: Wpierw Köhler normalnie karmił swojego podopiecznego. Następnie zawiesił wysoko kiść bananów, i do klatki–zagrody włożył trzy puste skrzynie. Potem utrudnienie – banany wisiały tak samo, ale skrzynie zostały wyładowane bardzo ciężkimi kamieniami. I tak dalej. Opisywany osobnik, o imieniu Sułtan, radził sobie z zadaniami i pozyskiwał banany, jednak Costello problematyzuje myślenie małpy. Behawiorysta każe pytać „jak wykorzystać skrzynie, aby sięgnąć do bananów?”, a Sułtan mógł iść w innym kierunku: „Dlaczego on mnie głodzi? (...) Co takiego zrobiłem? Dlaczego przestał mnie lubić? (...) Dlaczego niepotrzebne mu są już te skrzynie? (...) Co z nim jest nie tak (...), z jakiego powodu uznał, że łatwiej mi sięgać po zwisający z drutu banan niż podnieść owoc z ziemi”? (s. 40). I to mnie przekonuje, także jako pretekst do skrytykowania za „nieżyciowość” (nie bywamy wrzucani do labiryntów, w których ukryte jest jedzenie niezbędne do przeżycia – z większym prawdopodobieństwem już „bywamy” zostawiani w środku dżungli w Borneo czy gdziekolwiek tam – ale sytuacje doświadczalne to nie to samo, co doświadczane). Poza tym jednak Elizabeth „odpływa”, np. każąc retorycznemu Sułtanowi martwić się tym, iż od tego, jak on się będzie sprawował z bananami, zależy los innych małp. Problem oczywiście w tym, że mamy tu ukryte odniesienie do ludzkich więzień i obozów koncentracyjnych (odpowiedzialność zbiorowa, karanie „dla przykładu”, etc.) – w nich pojawiały się dylematy jak ten ostatni, niby możliwy do przypisania Sułtanowi Köhlera.

W momentach, w których pojawiają się „mądrzejsze” w mej opinii problemy etyki wegetarianizmu, autor oddaje pole walkowerem. Autor, Coetzee, gdyż nieważne, czy akurat chodzi o Elizabeth, jej synową Normę, czy kogoś dyskutującego z Elizabeth publicznie. Ciekawym punktem spornym mogłoby być przywołanie sceny, w której Guliwer wśród Houyhnhnmów „dostaje” mleko od krowy. Idea w owym odwołaniu jest taka, że owo mleko rozsądny kompromis pomiędzy „radykalnym wegetarianizmem” (zideologizowanym, walczącym), a okrucieństwem zabijania zwierząt na mięso. Jest jednak nie do przeniesienia na realia społeczeństw współczesnych, gdzie żywność produkuje się przemysłowo, ponieważ – nie tylko w mojej opinii – po prostu nie ma „etycznego jedzenia”... Areały upraw zmieniają ekosystemy, w których próbują żyć zwierzęta na wolności, ale akurat w kontekście pozyskiwania mleka to oczywiście kwestia eksploatacji krów mających sztucznie wywoływaną ciągłą laktację, o samych klatkach nie wspominając. Generalnie pytania ściśle praktyczne, dotyczące prozy rzeczywistości, nie są brane pod uwagę.

Inny przykład: Elizabeth próbuje przekonywać, że troska o zwierzęta nie musi być postrzegana jako „fanaberia” współczesnego Zachodu, ponieważ w każdych realiach etnicznych ludzie „oswajają” i się ze zwierzętami przyjaźnią, albo: „dzieci wszędzie w zupełnie naturalny sposób bawią się i żyją ze zwierzętami, nie dostrzegając granicy” (s. 85). I to jest po prostu nieprawda, ponieważ bardzo niewiele osób ogląda owo zabijanie i przetwarzanie. Poza tym niewegetarianizm nie przeszkadza mnóstwu ludzi w kochaniu swoich domowych ulubieńców. Co w takim razie z tą „granicą”? Kolejną rzeczą są bardzo liczne relacje osób, które właśnie dorastały na wsiach, widywały – w polskich warunkach – „świniobicia”, itp., i niczym innym, jak właśnie swoją dokładną wiedzą o tym, jak to jest, motywują swoje prawo do jedzenia mięsa. Dodajmy do tego oznaczenia produktów spożywczych, słowa i obrazy. Mleko z krową na łące (albo samą łąką, krajobrazem). Szynka swojska, kiełbasa śląska, polędwica wiśniowa, parówki z filetem (przykłady z marketowej ulotki, jaką mam dosłownie pod ręką). Na opakowaniu pasztetu w puszcze kurczaczek, na opakowaniu makaronu rolnik z kłosami, prosiaczek na szyldzie delikatesów mięsnych, zaś na opakowaniu karmy dla kotów kot. Tu zwierzę domowe, tu metonimiczna lub pseudometonimiczna antropomorfinizacja na potrzeby handlowe, a dodajmy do tego realne warunki na fermach. Aj.

Sensowne argumenty, padające np. w gronie naukowców słuchających Elizabeth, są ucinane albo przemilczane. Gdy mowa o wyższości moralnej, jaką rzekomo mają wegetarianie, jako kontra wyciągnięty jest przypadek Gandhiego. W jak jednak dziwny sposób! Przyszły polityk, student prawa był podczas swego pobierania nauk w Londynie odcięty od życia towarzyskiego, ponieważ obiecał matce utrzymywać wegetarianizm. Nie czytałam wprawdzie jego biografii, ale dla sporu rozpisanego przez Coetzeego to różnica, czy Gandhi chciałby móc jadać z mięsożernymi Anglikami, a czuł się zobowiązany matce, czy też sam uważał (wtedy) niewegetarianizm za coś nieakceptowalnego, od czego chciał trzymać się daleko. Numer polega na tym, że nie da się przenieść „ogólnego klimatu” wokół wegetarianizmu z lat 1890. – w XXI wiek, szczególnie, że najtańszy kontrargument wobec „Gandhi” brzmiałby oczywiście „Hitler”! (Szacunek wobec czyichś religijnych norm dietetycznych to coś jeszcze innego).

Generalizowanie w kwestii poczucia etycznej wyższości żywionego przez wegetarian jest nieuprawnione. Inny zarzucony niemądrze argument: zwierzęta oszczędzone, jak mówi jeden z oponentów Elizabeth, nie docenią tego faktu, nie są właściwymi beneficjentami naszego wyboru spożywania mięsa. Elizabeth reaguje bezradnie: i co z tego? (tj. co z tego, że wegetarianizm to antropocentryczna umowa, gdyż „jedna ze stron, ta, która odnosi korzyści, w ogóle nie jest tego świadoma”, s. 62-63). Wyręcza ją demagog, przypominający, że skoro zwierzęta nie mają świadomości umożliwiającej docenienie szlachetnego gestu, nie mają jej także niemowlęta (których się nie je), zatem wszystko jest kwestią szowinizmu gatunkowego. I co w tym momencie? Coetzee idzie na łatwiznę: Elizabeth jest zmęczona, koniec dyskusji.

Przejdę teraz do paratekstów. Artykuł napisała Wendy Doniger, o kwestiach odnośnych w historii hinduizmu, i Barbara Smuts (o swoich doświadczeniach „badań uczestniczących” w stadach małp, np. pawianów). Wywodów tych autorek nie będę rekapitulować, ponieważ nie są one istotne dla mojej argumentacji. Są też dwaj autorzy, obaj ciekawie żerujący na podrzuconej przez noblistę konwencji.

Peter Singer napisał swój dialog z córką, w nim zaś krytykuje wystąpienia Coetzeego, co – jak przystało na gatunek zwany dialogiem – córka podważa. Niezależnie od poziomu ściśle merytorycznego, ale jest to bardzo ironiczne. Dialogujący ojciec podkreśla, że argumenty Costello nie mogą iść na konto Coetzeego, ten zaś może do woli jechać po bandzie. „Kiedy zauważa, że argumentacja [Elizabeth] zaczyna kuleć, każe Normie powiedzieć, że Costello bredzi, i to wystarczy!” (s. 126). Córka docenia koncept: „Niełatwo będzie cokolwiek mu wytknąć”, zachęca ojca, by posłużył się też sztuczką przebrania w fikcję literacką. Wyszło to wszystko naprawdę eleganckie – i raniące w sedno.

Jest też Wiliam Kensan jr., podpisany jednak jako Marjorie Garber. Analizuje teksty Coetzeego literaturoznawczo. Niektóre wątki nie są zbyt ciekawe (np. czy wykłady Tannerowskie Coetzeego to campus novel), ale najważniejsze  postawione tu pytanie brzmi: „Co forma ma wspólnego z treścią? (...) Co forma tych wykładów zmienia, tłumi lub dezawuuje?” (s. 102). W tej replice Garber-  Kenana nie ma mowy o asekuranctwie Coetzeego, ale o tym, że strategia „wykładu w ramach wykładu” (z pytaniami, odpowiedziami, dyskusjami) to strategia kontroli (s. 106), jaką sobie Coetzee zapewnił (potwierdza to Singer, jak to opisałam wyżej). Tak przedstawiona akademicka metafikcja (oddanie głosów o „ideach” pisarce i naukowcom z danego college’u) to demonstracja zrzeczenia się przez Coetzeego roszczeń co do racji. Garber – Kenan wskazuje słusznie na przerysowanie środowiska uczonych – tak ich Coetzee odmalował, że są niewiarygodni, „zbyt zapalczywi” (s. 110), zbyt łatwo „z marszu” podejmujący argumentację nie tyle – to już moja uwaga – o szczególnie „trudnej”, wyrafinowanej merytorycznie treści, a efektowną retorycznie. Budowanie kunsztownych metafor, hiperboli, etc., totalnie ad hoc. Autor koreferatu, tj. Kenan jako Garber, uważa, że to narracja niewiarygodna. Za którym z głosów Coetzee kryje siebie? Za każdym i za żadnym? Wniosek: pozostaje przyjąć, że jego wykłady Tannerowskie to krytyka akademickich konwencji, problem (dobrostanu) zwierząt jest trzeciorzędny.

Książka ma wstęp Anny Gutmann. Właściwie więc jeszcze przed lekturą samego Coetzeego (o ile czytamy po kolei) dowiadujemy się, że pytania, jakie będą postawione – o prawa zwierząt, o obowiązki ludzi wobec zwierząt, o „dusze” – nie mają odpowiedzi, „ponieważ ich wymiar jest zbyt filozoficzny” jak na Elizabeth (s. 9). Phi tam! Według Elizabeth, i ufam, że według Coetzeego, filozofia idzie w rytm naszych serc, które zamknęły się na los zwierząt, więc bez ich otwarcia w ogóle nie ma co podejmować tematu od strony etycznej... ponieważ etyka to część filozofii, która racjonalizuje. Swoją drogą, właśnie racjonalna argumentacja za prawami zwierząt i wegetarianizmem (wegaństwem) to od czterech praktycznie dekad emploi Petera Singera.

W kontekście samej Elizabeth Costello, która w powieści (nie w Żywotach…!) mocuje się z tym, że jest doceniana, fetowana, zapraszana, ale zarazem nierozumiana, jej wykłady w Appleton College stanowią istotny, jeśli nie kluczowy element portretu postaci. Jeżeli jednak chodzi o wkład J.M. Coetzeego w debatę o prawach zwierząt i prawach (oraz obowiązkach) ludzi wobec zwierząt, jest on w mojej opinii tyle osławiony, co miałki. Pozostaje zatem forma. Pomyśleć, że Umberto Eco, także gość wykładów Tannera, krytykowany był jako cyniczny relatywista, zainteresowany literackimi zabawami, sztuczkami, metaironią i innymi grzechami postmoderny, natomiast J.M. Coetzee to noblista uosabiający Etyczność, Sumienie i Zaangażowanie. Mimo sugestii szacowności – a wręcz uświęcenia (Żywoty świętych…) –wynikającej z użycia w tytule anachronizującej formy liczby mnogiej (konotacja nieobecna w języku angielskim), dla mnie to Żywoty zwierząt są „postmodernistyczną” zabawką – nie zaś Imię róży czy Interpretacja i nadinterpretacja!



Paulina Szkudlarek


John Maxwell Coetzee, Żywoty zwierząt, przeł. Anna Dobrzańska-Gadowska, Świat Książki, Warszawa  2004. Cytaty i parafrazy odnoszą do tego wydania.