Dla osób zajmujących się naukami humanistycznymi i społecznymi (z odchyleniem w kierunku studiów kulturowych) problematyka emancypacji i demarginalizacji umożliwiających współuczestnictwo w życiu społecznym i pełnię praw obywatelskich zajmuje miejsce poczesne. Kibicuję temu trendowi i na moją niewielką skalę angażuję się weń, co wiąże się także ze śledzeniem publikacji tematycznych. Dają się zauważyć dwa bieguny, pomiędzy którymi budowane są coraz mocniejsze mosty – teoria akademicka i aktywizm. Książka, której chcę się dzisiaj przyjrzeć, sadowi się po stronie teorii, jednak jest jej niezamierzoną parodią, dowodem kompletnego niezrozumienia podjętej problematyki. Pewnego rodzaju impulsem do niniejszego omówienia był artykuł Błażeja Warkockiego i Tomasza Basiuka Odpadki energii, czyli o nieudanym wyparciu politycznego przez Joannę Tokarską-Bakir („Krytyka Polityczna”, nr 16/17, 2009), demaskujący homofobiczną wymowę wstępu, jakim Tokarska-Bakir poprzedziła polską edycję Czystości i zmazy Mary Douglas (przeł. Marta Bucholc, PIW, Warszawa 2007).
Elżbieta Czykwin kieruje obecnie Zakładem Pedagogiki i Kulturoznawstwa Wyższej Szkoły Administracji Publicznej w Białymstoku, a w 2007 roku nakładem szacownego Wydawnictwa Naukowego PWN opublikowała pracę Stygmat społeczny.
Książka obywa się bez podtytułu, co dość zaskakuje. Sugeruje jednak ambicję, by kwestią zająć się wieloaspektowo, a znajduje to potwierdzenie w rozdziale ostatnim, Stygmatyzacja jako ponaddyscyplinarna perspektywa badań. Nim jednak do niego dotrzemy, trzeba powiedzieć, że przyjęta w opracowaniu optyka uprzywilejowuje ujęcie zaproponowane pół już wieku temu przez Ervinga Goffmana w książce Stigma. Notes on the Management of Spoiled Identity (1963). Polska edycja, Piętno. Rozważania o zranionej tożsamości, pojawiła się w 2005 roku (przeł. Aleksandra Dzierżyńska, Joanna Tokarska-Bakir, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne). Co zrozumiałe ze względu na długość cyklu wydawniczego, Czykwin się nią nie posługuje, co jednak bardziej zastanawiające – w żadnym momencie nie odwołuje się też do wyeksponowanego w bibliografii anglojęzycznego oryginału (wszystkie cytaty, o odniesieniach nie wspominając, podawane są z drugiej ręki). W połączeniu z faktem, iż w stopce książki Czykwin brakuje wzmianki o recenzentach, zaufanie do rzetelności merytorycznej Stygmatu społecznego zostaje zachwiane jeszcze przed podjęciem lektury. Niestety, w jej trakcie jest jeszcze gorzej.
Skoro jednak Stygmat społeczny znajduje koncepcyjne oparcie u Goffmana, przypomnijmy, iż zdefiniował on piętnowanie jako proces, na drodze którego normalna tożsamość jednostki jest niszczona przez reakcję innych osób na ową jednostkę. W konsekwencji tego do mgławicy terminów pokrewnych stygmatowi (piętnu) włączone są: stereotyp, dewiacja, uprzedzenia (antysemityzm, rasizm, homofobia, etc.), wykluczenie, marginalizacja. Ja dodałabym tu też przemoc.
Autorka wspomina próby kwalifikacji dewiacji jako przypisanych lub osiągniętych, i wyrokuje, iż kryterium podziału „nasuwa wątpliwości”. Tu przykładem dewiacji osiągniętej jest prostytucja, homoseksualizm zaś sprawia kłopoty: to niewątpliwie dewiacja, ale nie da się orzec: przypisana czy osiągnięta, z uwagi na jego nieustaloną genezę (s. 32). Zaś stygmatyzacja w przypadku dewiantów jest „konieczna i oczywista” (s. 33). Po cóż zatem zadawać następujące pytanie: „Pozostaje jednak kwestia podstawowa: czy jeśli wszelkie przejawy dyskryminacji zostaną wyeliminowane, to zapanuje równość płci?” (s. 261).
Niebywale razi sentencjonalność i potoczny charakter sformułowań obnażających światopogląd, który Umberto Eco nazwał niegdyś „katastroficznym”. Czykwin ubolewa choćby: „Większość telewizyjnych seriali ukazuje jedynie powierzchniową stronę życia” (s. 385). Gdzie indziej objawia nam, iż podrasowane cyfrowo wizerunki modelek czy celebrytek burzą właściwy ogląd świata: „Niczego nieświadomy widz przyjmuje zdjęcia jako dowody istnienia ciał idealnie pięknych” (s. 345). Zaiste, rzadko kto widuje postaci ludzkie poza billboardami czy bez ekranowego pośrednictwa, powszechna nieświadomość wpędza każdego w „silne poczucie negatywnej nieadekwatności” (s. 344). Na tej samej zasadzie sierota z domu dziecka „nie wie, co to znaczy być ojcem dla swojego syna” (s. 160). Internet, prasa, filmy, spotkania ze znajomymi najwyraźniej nie są w stanie dać żadnego pojęcia o ojcostwie, a już na pewno nie tak cennego, jak bezpośrednie wzorce czerpane z życia w tzw. pełnych rodzinach.
Skoro zaś ubolewamy wraz z Czykwin nad współczesnym upadkiem wartości, warto przeczytać, jak skomentowany został film dokumentalny (paradokumentalny?) Mama Masza Michała Bukojemskiego (Polska, 2002, krótki opis tu ). Lesbijka, niemonogamistka, rosyjska Żydówka, emigrantka, matka adopcyjna, matka biologiczna dziecka spłodzonego dzięki pomocy dawcy spermy… „Czy takie spiętrzenie nietypowych zdarzeń życia nie jest też sprokurowane na potrzeby mediów? Tak właśnie sądzę. Potrzeba medialnego rozgłosu, popularności, jest współcześnie praktycznie jedyną drogą zaistnienia” (s. 359). Biografia Maszy Gessen nie mieści się Czykwin w głowie, dlatego sprowadza wybory życiowe kobiety do przemożnej chęci zaistnienia w mediach. Przekreśla też możliwość, iż Masza Gessen postępowała zgodnie ze swą wolą: nietypowe wydarzenia się spiętrzyły, bo tak chciał los bądź wspomagający mającą niebywałe parcie na szkło bohaterkę medialni demiurgowie.
Cóż, wszak ujawnianie czyichś technik seksualnych (czyli: „jak inni to robią”), osobliwie sekretów współżycia nie(hetero)normatywnego tak fascynuje: „Ikony lesbijek, gejów, transseksualistów, transwestytów, seksoholików etc. zawsze mogą liczyć na sporą widownię” (s. 362). Dlaczego jednak „ikony”? Przy okazji popularny przed kilku laty rosyjski duet Tatu to dla Czykwin „przykład inkorporacji problemu lesbijskich skłonności przez kulturę komercji” (s. 352). Oj, tak tak, o tempora…!
Niegdyś dla porządku społecznego niezwykle ważny był podział dzieci na legitymizowane i bękarty. Nieślubne pochodzenie mogło się kłaść cieniem na całej egzystencji. Zwykle jednak poza miejscem pochodzenia nie dało się tak łatwo określić, czy dana osoba została poczęta w małżeńskim łożu przez parę połączoną prawnie obowiązującą przysięgą. Zacytujmy Stygmat społeczny: „Jeśli zadasz sobie pytanie, Czytelniku: czy związałbyś swoje życie z osobą poczętą in vitro…” (s. 159). Ja zadam inne pytania. A po czym to poznać? A co to za różnica? A może należy spytać Czytelnika, czy związałby się z osobą urodzoną przez cesarskie cięcie? Uwypuklam absurdalność, by tym silniej ukazać, jak taka retoryka w opracowaniu mającym być uznane za naukowe co najmniej zdumiewa. Podobnie fragmenty, w których autorka określa „ogólne wrażenie (…) po lekturze” tygodnika „Nie” (s. 371). Tu czai się sugestia, że jej wrażenie jest po prostu słuszne i adekwatne, a jako takie musi być podzielane jeśli nie przez Wszystkich, to chociaż przez odbiorców Stygmatu społecznego.
Klątwą ogólnodostępnych programów edytorskich jest pokusa przestawiania partii tekstu. Stygmat społeczny nie jest jedyną książką naukową, której uważna lektura ujawnia nadużywanie komend „kopiuj / wklej”, jednak dla uniknięcia gołosłowności wskażę, iż Czykwin dwukrotnie wyjaśnia Bourdieu’ańską koncepcję doksy, ortodoksy i heterodoksy (s. 133 i 335) oraz – by przy tym samym nazwisku pozostać – dwa razy definiuje Bourdieu’ański habitus (s. 131 i 334).
Autorka zbyt często luźno podchodzi do podawanych przez siebie danych. Na przykład strona 423: liczby ofiar procesów o czary w różnych europejskich krajach rzucone są bez odwołania bibliograficznego czy jakiegokolwiek uściślenia, a przecież szacunki dotyczące owych liczb są przedmiotem wieloletnich sporów o dociekań co najmniej od połowy XIX wieku, kiedy Jules Michelet napisał Czarownicę, i nie, historycy ani etnolodzy nie osiągnęli konsensusu. Inny przykład podobnej nierzetelności: „Zdaniem homoseksualistów orientacja ta jest wrodzona, choć nie genetyczna” (s. 311) – brak odwołania, brak odnośnika. Pewnie umknęło mi, że homoseksualiści ustalili swoje wspólne stanowisko na walnym zgromadzeniu wszechświatowego kongresu homoseksualistów. Na stronie 158 znajdujemy natomiast anegdotę o politykach-hipokrytach z gejowskiego miesięcznika „Zero”. Z hiszpańskiego miesięcznika „Zero”, z cytatem wypowiedzi redaktora tego pisma – i przy znów braku odwołania. Jeśli redaktor-gej nie zasługuje na rzetelność autorki, tym bardziej nie zasługuje Adolf Hitler. Akapity o stosunku nazistowskich przywódców do homoseksualności mogą tylko przy maximum dobrej woli uznane za luźno oznaczone przez Czykwin jako ustalenia Christiana Adolfa Isermeyera (Czykwin pomija jego drugie imię, ja zaś je dopisuję – jakimś dziwnym trafem mnie ono się również nie podoba, ale Isermeyer sam go sobie nie nadał), nieobecnego w bibliografii.
W licznych przypadkach przykłady podawane przez Czykwin są dyskusyjne, w niektórych innych – zupełnie chybione i nieadekwatne. Wbrew woli autorki przywołane na s. 416 wypowiedzi polityków, (nieparlamentarne obelgi wobec oponentów) nie są przykładami stygmatyzacji. Podobnie opis sytuacji matki trójki dzieci, która „bardzo przybrała na wadze” (i długo przebywając w domu, nie zdawała sobie z tego sprawy), mający być egzemplifikacją życia w enklawie (s. 303), mija się z rozumieniem tego ostatniego pojęcia. Opisywana kobieta nie mieszka w dobrowolnym getcie osób otyłych, a w domu, do którego co dnia po pracy wraca jej mąż (i ojciec dzieci). O posturze mężczyzny niczego się nie dowiadujemy.
Kolejną kategorią są błędy słowne, w dużej mierze zawinione przez brak czujności redakcyjnej. Należą do nich powtórzenia niejako bezpośrednie, np. podwójne „osoby zaangażowane” (s. 217), ale też powielanie wyrazów o tym samym rdzeniu: “Odkrycie bliskości z najbliższymi” (s. 183) , “Istnieje istotny” (s. 124), i in. Idąc dalej, na s. 181 mamy „skłonności perfekcyjne” zamiast: perfekcjonistyczne, na s. 218 – „wypadek motoryzacyjny”, choć kolokacja kazałaby powiedzieć: drogowy. Czykwin nie wie również, iż osoby transseksualne nie poddają się ani operacji zmiany płci, ani konwersji (s. 233), a tranzycji. Międzynarodowa komercja (s. 424) jako ewidentny anglicyzm powinna być zastąpiona po prostu handlem. Podczas wyliczenia warunków Goffmanowskiej interakcji na s. 110 Czykwin pisze, jakoby „dostępność” (rzeczownik) byłaby polskim odpowiednikiem „accessible” (przymiotnik). Warto najwyraźniej posługiwać się (prostym) angielskim. To tak mądrze brzmi. Na stronach 127–128 autorka powtarza określenia: self-esteem i face to face, które jak wiadomo nie mają żadnych satysfakcjonujących ekwiwalentów w języku polskim.
Na s. 138 znajdujemy ciekawostkę – wizualne telefony komórkowe, których upowszechnienie zapowiada autorka.
Parokrotnie obnaża ona swoją uległość wobec stereotypu spojrzenia na marsze tolerancji jako na czas demonstracyjnej manifestacji seksualności gejów (s. 157), co przybiera „nieraz ostentacyjny i prowokujący wyraz”. Jednak do błędnego użycia konkretnego określenia dochodzi, gdy uparcie (np. s. 157, 211, 301 i 319) nazywa marsze i manifestacje typu gay pride – nieważne, czy mają one istotnie charakter parad – mianem Love Parade. Otóż Love Parade jest wyłączną nazwą organizowanej przez ok. 20 lat w Berlinie (1989-2010, zatem także wtedy, gdy książka Czykwin powstawała i została opublikowana) ulicznej imprezy tanecznej. Kolejna osobliwość: „Miarą wzrostu znaczenia wyglądu, który stał się obowiązkiem nie tylko kobiet, ale i mężczyzn” jest coraz wyższa sprzedaż męskich kosmetyków (s. 139). Nie: zadbany wygląd, nie: atrakcyjny wygląd. Wygląd stał się obowiązkiem. Niefortunnym sformułowaniem niewątpliwie jest: „Kobiety stojące u progu wdowieństwa” (s. 424) – to takie z małżonkami na łożach śmierci? A może planujące mężobójstwo? Kolokwializmem razi też: „Społeczna akceptacja wiejskich głupków” (s. 171), staroświecczyzną zaś „lekkie prowadzenie” (s. 143).
Część 2 i notki bibliograficzne tu.
Dwie poważne damy
wtorek, 7 lutego 2012
Elżbieta Czykwin, „Stygmat społeczny”, cz. 2
Część 1 tu.
Dominującym tonem w – nigdy nie dość przypominania – w książce pretendującej do ujęcia akademickiego (sine ira et studio) jest najczystszej wody homofobia. Nieheteronormatywność to dla autorki nienaturalna seksualność (s. 424) Na stronach 113-114 omawia działalność kontrowersyjnej katolickiej grupy Odwaga działającej w Lublinie i dążącej do „reperacji” osób o niezgodnych z katechizmem kościoła katolickiego preferencjach psychoseksualnych. Czykwin o stosowanej tam „terapii” pisze bezkrytycznie i bezrefleksyjnie. W przywołanej tam narracji niesławnego Richarda Cohena widzi „tekst stygmatyzujący”, jednak gładko prześlizguje się do kolejnego przykładu z jakże szerokiego repertuaru. W charakterystyczny homofobiczny sposób przyjmuje, że geje mają ideologię (a nie mają? „Tremble, hetero swine!”)… choć jako przykład z owej ideologii podaje obawę przed wykryciem (s. 310). Jego konsekwencje są wszak tak straszliwe, że „homoseksualiści się żenią i opowiadają dowcipy o swoich »towarzyszach niedoli«” (s. 142). Nie, to nie pomyłka. Chodzi o zinternalizowaną bądź demonstracyjną homofobię mężczyzn (kobiety się nie „żenią”, nie w Polsce Elżbiety Czykwin) wyśmiewających przegięcie tych, których marnego losu („niedola”!) – mimo analogicznych preferencji psychoseksualnych – żonatym udało się uniknąć. Nie dziwi tedy groza sceny, w której pewien nieustraszony gej „wyznał całą prawdę rodzicom” (s. 159). To niejedyny przypadek straceńczej odwagi. Inny jej akt miał miejsce podczas wyborów mera Paryża – gej „mimo przyznania się do homoseksualnych skłonności zwyciężył w wyborach przytłaczającą ilością głosów” (s. 158). W książce pozostaje anonimowy, jednak rzecz jasna chodzi o zwycięzcę wyborów z 2001 roku, Bertranda Delanoë, który jest nadal na tym stanowisku. Może zatem wygrywa, ponieważ ma dobre program polityczny i koncepcję rozwoju miasta, a jego życie prywatne jest w tym miejscu sprawą trzeciorzędną? Dopowiem, że z uwagi na potencjał emancypacyjny sukces polityka-geja jest niezmiernie istotny, jednak Czykwin koncentrowała się na osobistej odwadze, jakiej wymaga coming out. Jak śliską sprawą jest obecność gejów (nigdy lesbijek, o osobach transseksualnych nie wspominając) w polityce dowiadujemy się od autorki w innym miejscu: „Wśród współczesnych przywódców faszystów przedstawiciele orientacji homoseksualnej mają swoją nadreprezentację” (s. 328). Przypisuje się tu gejom fetyszyzację atrybutów nazistowskich.
Nie wymaga chyba dopowiedzenia fakt, iż Czykwin postrzega homoseksualność w kategoriach esencjonalnych, na dodatek przez swą strategię retoryczną obnażając brak podstawowych kompetencji. Pisze „homoseksualizm” na wzór nazwy z niegdysiejszej klasyfikacji jednostek chorobowych, mając na myśli raczej „homoseksualność” jako zespół stałych bądź nie praktyk opartych na psychoseksualnych preferencjach. Tak, „-izm” jest piętnujący. Cóż, zawsze można sięgnąć do jeszcze bardziej archaicznego słownika. W innym miejscu czytamy, iż „pacjenci szpitali psychiatrycznych nie chcą, aby został ujawniony fakt ich sodomii” (s. 144). Sodomię, czyli – w myśl tej wizji świata – praktykowanie męsko-męskich stosunków seksualnych leczy się w szpitalach psychiatrycznych?
W rzeczywistości, w której z uwagi na pojawienie się i wdrożenie coraz skuteczniejszych metod leczenia czy przedłużania ogólnego dobrostanu osób chorych na AIDS wiele ludzi skłania się do bagatelizacji zagrożenia wirusem HIV (co oznacza, że należałoby działać ku ponownemu uczuleniu na kwestie bezpiecznego seksu), Czykwin tymi słowy kwituje starania, by uniknąć zakażenia HIV – „Całkowicie odzierają one kontakty seksualne ze spontaniczności, romantyzmu i unikalności” (s. 208). Dla autorki zresztą możliwość zakażenia to obawa „ostatnich lat” (s. 208). Otóż w Polsce badania epidemiologiczne wykrywające obecność wirusa prowadzone są od 1985 roku, kiedy obecni studenci Czykwin nie byli jeszcze w planach życiowych swoich rodziców.
Czykwin opisuje rozpowszechnianie się AIDS (jako choroby śmiertelnej) jako epidemii współgrającej z autodestrukcyjnością gejów: „Przywołanie przedwczesnej śmierci jest tu równoznaczne z uwolnieniem od mroków starości. Otwiera perspektywę życia krótkiego, ale intensywnego, bez ograniczeń związanych z obowiązkowym uczestnictwem w wyścigu szczurów, pracy zawodowej, liczenia się z innymi, na których to polach geje są na ogół i tak skazani na niepowodzenie” (s. 210). To najwyraźniej znaczy, że geje nie umieją liczyć się z innymi ludźmi i są skazani na niepowodzenie w pracy zawodowej (niezależnie od tego, czy założymy, że wyścig szczurów istotnie jest obowiązkowy). Sąd tyle bulwersujący, ile osobliwy.
Rozmaite inne stwierdzenia Czykwin również wprawiają w osłupienie, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z enumeracją i jeden z klocków zdaje się pochodzić z zupełnie innego kompletu. Na przykład na s. 224 opisuje negatywną samoocenę osób z nadwagą, które widzą swoją otyłość jako przejaw „lenistwa, opieszałości, braku kontroli, tajemniczości i chciwości” (co to znaczy w świetle przyjmowanej przez autorkę Goffmanowskiej klasyfikacji stygmatów jako jawnych i ukrytych?). „Jednym ze sposobów przeciwdziałania agresji np. kibiców na stadionach sportowych jest (…) ustawienie bilboardów na stadionach (…), co pozwala złamać poczucie anonimowości i ograniczyć agresję” (s. 302). Co w opisanej sytuacji dają bilboardy? Co ma być na nich umieszczone? A może chodzi o telebimy? W innym miejscu, w kontekście ukrywania stygmatu (w celu wykluczenia wszelkich podejrzeń, bo – patrz wyżej) Czykwin dopatruje się „nadreprezentacji osób o skłonnościach homoseksualnych” wśród kiboli, kleryków i taterników (s. 148).
Kompletnej ignorancji dowodzi utrzymywanie, iż „bulimia dotyczy najczęściej osób otyłych, natomiast anoreksja ekstremalnie szczupłych” (s. 351).
Podobnie z prognozowaniem: „moda na banki spermy, w których można zostać matką dziecka sławnego ojca, staną się modne” (s. 123). Pomijając niegramatyczność sformułowania, nie można, a w każdym razie nie ma sposobu, by się o tym dowiedzieć: wedle obowiązujących uregulowań dawca spermy pozostaje anonimowy.
Dyskusyjnie i kontrowersyjnie brzmi rekapitulacja kwestii polskiego antysemityzmu „bez Żydów”. Czykwin utrzymuje, iż „niewielka liczba polskich Żydów jest zasymilowana, w podeszłym wieku, samotna i rozproszona” (s. 380). Przeczy temu to, co widać na krakowskim Kazimierzu, gdy nastaje szabas, przeczą temu ci wszyscy, którzy odkrywając swe rodzinne korzenie dążą do poznania i odzyskania dla siebie judaizmu, czego bynajmniej nie kryją. Wyrazem złej woli byłoby odczytywanie słów Czykwin jako antysemickich, jednak ich wymowa (i oderwanie od realiów XXI wieku) skłania mnie do opinii, iż lepiej byłoby, gdyby się w Stygmacie społecznym nie pojawiły.
Swoją drogą, dobór kategorii osób stygmatyzowanych jest w omawianej książce bardzo chaotyczny. Skoro jednak w tym miejscu odnoszę się do niezręczności popełnianych przez autorkę w jej staraniach scharakteryzowania np. homoseksualistów i Żydów, nadmienię, iż oczywiście szeroki nurt kontinuum specyficznych uprzedzeń wobec pierwszych i drugich umknął jej uwadze. Kwestią tą zajmowała się np. Agnieszka Graff (Rykoszetem, W.A.B., Warszawa 2008). Mniej w Polsce znane jest zestawienie dwóch rozpraw: Réflexions sur la question juive Jean-Paula Sartre’a i celowo napisanej w Sartre’owskim idiomie Réflexions sur la question „gay” Didiera Eribona.
Charakterystyczne dla podejścia epistemologicznego autorki jest ponadto zdanie: „Ktoś, kto urodził się z matki Żydówki, jest, obiektywnie rzecz biorąc, Żydem, jakkolwiek może się czuć np. Amerykaninem” (s. 24). Otóż nie. Ktoś taki jest Żydem w myśl halachy (czy de facto wszystkich współczesnych odłamach judaizmu), co w zestawieniu z innymi kryteriami uznawania żydostwa (np. Żydem jest ktoś, kto przeszedł wymagany przez prawo religijne proces konwersji) dyskredytuje pretensje do „obiektywności”. Ta zaś jest również pojęciem cokolwiek przeterminowanym i usprawiedliwianym jedynie celami retorycznymi, nie zaś poznawczymi. Nie mamy jednak do czynienia z czystą retoryką. Czykwin opowiada się w innym miejscu za totalizującą rolą rzekomej obiektywności. Ubolewa nad upadkiem sfery publicznej: na agorze wypracowywano niegdyś „prawdy pozajednostkowe, wspólne i obiektywne”, teraz zaś nie mają się one gdzie krystalizować (s. 395).
Wiarę w wielką wagę „obiektywności” głosi również wskazując na nędzę osoby pozbawionej odniesienia „uniwersalnego i transcendentnego”, która będzie „wyizolowana i samotna”, a jej tożsamość pozostanie niezintegrowana (s. 395). Ratunkiem, przede wszystkim dla osoby stygmatyzowanej, będzie „funkcjonowanie w grupach wsparcia oraz wkład znaczących innych” (s. 266). Takie zestawienie dwóch sfer wpływów oznacza przekonanie autorki o kompletnej niemożności radzenia sobie samodzielnie. Trzeba jednak uważać, kogo uczynimy naszymi „znaczącymi innymi”. Jawność autoekspresji bez względu na stygmat wobec wybranej grupy (wspierającej tudzież znaczącej) w parze z ukrywaniem stygmatu w kontaktach z „niewtajemniczonymi” – jak czytamy – „prowadzi do zamykania się w społecznych enklawach” niczym w więzieniach zaludnionych przez sobie podobnych (s. 207). Jest to zbyt kategorycznym (czy też mylnym) stwierdzeniem, jako że ukrywanie stygmatu równie dobrze może skłaniać do dążeń przeciwnych, na przykład odcięcia się od danej społeczności. W każdym razie sytuacja zdaje się być bez wyjścia.
Mimo to Czykwin nie szczędzi udzielanie rad osobom stygmatyzowanym rad będących zbiorem pustych sloganów oraz infantylizacją, upupieniem potencjalnych adresatów (s. 268).
Są u Czykwin momenty, w których w swym słusznym zapędzie posuwa się cokolwiek zbyt daleko. Spójrzmy: „pojawienie się AIDS oraz permanentne mylenie homoseksualizmu z pedofilią, transseksualizmem i transwestytyzmem (w Polsce) zdaje się podtrzymywać społeczne odium zarówno wobec kobiet, jak i gejów” (s. 300). Odium to synonim wstrętu czy odrazy. Trudno zaprzeczyć istnieniu licznych form dyskryminacji kobiet, jednak wstręt i odraza?
„Określenia: chory na AIDS, lesbijka, bezrobotny, otyły czy dziecko z chorobą Downa etc. mają negatywną konotację, ale nie można przecież z nich zrezygnować. Próbuje się więc zamienić takie określenia słowami nieobciążonymi (np. gej, puszysta pani, sprawni inaczej) lub zmienić negatywne konotacje (…) na przyjaźniejsze” (s. 28). Zupełnie nie rozumiem, w myśl jakich uzusów językowych słowo „lesbijka” niesie konotację negatywną, a – do kompletu – „gej” jest neutralne, poza tym dość zabawne wrażenie robi zestawienie szeregów „nie do pary”. Czykwin jednak podsuwa nam politycznie poprawne ekwiwalenty wyrażeń niestosownych na s. 96. Znajdziemy wśród nich kuriozalnych „puszystych”, „kochających inaczej” i „sprawnych inaczej”, jednak możemy odetchnąć z ulgą, posługiwanie się nimi nie jest przymusowe. Ku wyraźnej uldze Czykwin postulaty poprawnego politycznie języka nie są powszechnie aprobowane (s. 97). Rzeczowa wymiana myśli w języku niewykluczającego dialogu nie ucierpi, jeśli ktoś raz czy drugi chlapnie „pedałem” (zdanie zbudowane z fraz ze s. 96). Choć we wskazanych passusach autorka jasno deklaruje się swe sceptyczne nastawienie do politycznej poprawności, w innym miejscu powołuje się na nieokreślonych przeciwników tej konwencji. Czykwin pisze, iż wedle argumentacji owych przeciwników „political correctness zmusza do wprowadzenia do języka np. polskiego określeń obcych, np. gej, co oznacza zachwaszczanie języka, a przede wszystkim nie jest powszechnie zrozumiałe lub może mieć groteskowy charakter jak w przypadku (…) propozycji zmiany nazwy Placu Inwalidów w Warszawie na »Plac Niepełnosprawnych«” (s. 418). To moment godny uwagi, gdyż przy okazji mamy tu błąd logiczny. Czykwin myli skutek z przyczyną.
W Stygmacie społecznym rażą ponadto usterki spowodowane niedostateczną kompetencją jeżeli chodzi o rozmaite niuanse nie tylko dzisiejszej, ale nawet „wczorajszej” humanistyki. To, co na s. 361 jest dla Czykwin odkrytym w etnometodologii zjawiskiem et cetera, to raczej – jak wynika z kontekstu – działanie Jakobsonowskiej funkcji fatycznej języka. Lingwistyka to najwyraźniej wiedza tajemna, skoro Czykwin pisze: „Stwierdzenia w rodzaju: »Wszyscy dyrektorzy honorują święta prawosławne i pracownicy oczekują tego od pana«, wydają się mocnym argumentem” (s. 272). W świetle wymogów, jakie uczestnikom racjonalnej dyskusji stawia się w logicznej teorii języka, przytoczony argument (posługujący się na domiar złego kwantyfikatorem generalnym) należy do słabych (vide prace np. Teresy Hołówki). Idźmy dalej. Zgromadzone na s. 388 przykłady paniki moralnej, mające ilustrować to pojęcie, są niejasne w polskich realiach jako przynależne brytyjskiej popkulturze. Przepisane z innego opracowania i niejasne także dla autorki, skoro członków subkultury rockersów nazywa „rokersami”.
Czykwin postanawia pochylić się też nad kwestią deprecjacji przedmałżeńskiej biografii żony, czego znamieniem jest utrata panieńskiego nazwiska (s. 94). Gdzie indziej wszelako jako rzecz niegdyś oczywista określone jest „pozostawanie przez kobiety przy nazwisku panieńskim” (s. 133). Ależ odwrotnie: oczywistym, a nawet nieuniknionym było przybieranie nazwiska mężowskiego. Studia feministyczne w sposób wieloaspektowy tłumaczyły te uwikłania i przywołanie zdawkowej ich rekapitulacji pióra Czykwin nie jest konieczne, jednak odnotować należy, że autorka utrzymuje, iż w języku angielskim „gramatyka stygmatyzowała kobiety zamężne” (sic!) jako te, o które – z uwagi na Mrs przed nazwiskiem – nie należy zabiegać. Miss nie jest (czy też nie było, bo tu użyty jest czas przeszły) wedle Czykwin stygmatem staropanieństwa. Nie ma mowy o niedyskryminującym honoryfikatorze Ms., który w ogromnej mierze dezaktualizuje problem. Czykwin nie wspomina również, że nie jest on rozwiązany raczej w języku francuskim, gdzie – o ile mi wiadomo – do dzisiaj pokutuje podział „dwuwartościowy” i brak neutralnej, albo choć neutralizującej paternalizm formy. Osobliwe uwagi Czykwin dotyczące myśli feministycznej możemy znaleźć na s. 49-50.
Deklarowana (vide tylna część okładki) „interdyscyplinarność” książki każe sytuować ją na polach socjologii, pedagogiki i psychologii społecznej (zresztą to ostatnie to dla mnie „chłoporobotnik i boa grzechotnik”), w których istotną rolę odgrywają badania własne. Czykwin takich nie wykonała. Zdecydowana większość przykładowych przypadków, jakimi ilustruje swe wywody, wzięta jest z opracowań cytowanych – obcojęzycznych (by nie powiedzieć: amerykańskich) i pochodzących sprzed lat. Zasadniczo Stygmat społeczny zawiera liczne propozycje klasyfikacji wpływów i skutków piętnowania na tożsamość. Jednak systematyzacje dokonane przez Czykwin w myśl różnych teorii psychologicznych (głównie z akcentem na interakcje) kompletnie tracą na znaczeniu. Ich wartość perswazyjną – a nawet poznawczą – przekreśla światopoglądowy wydźwięk książki. W rzekomo zainspirowanych dziełami Pierre’a Bourdieu partiach rozdziału pt. Obrona Ja przed skutkami stygmatyzacji znajdziemy takie spojrzenie na istotę społecznych protestów (w których „celują” rozmaite mniejszości):
Tak, dominujące życie społeczne grupy interesów (by było egzotycznie i absurdalnie, Czykwin stawia na misz-masz: poza mniejszościami narodowymi i seksualnymi wymienia przeciwników „stacji benzynowych, pornografii, agencji towarzyskich, spalarni śmieci, dzwonów kościelnych” oraz miłośników sportów ekstremalnych i… parkingów) „zaprzątają głowy spokojnych obywateli niekończącymi się sporami, które utrudniają wszelkie działanie” (s. 331). Aktywiści, strzeżcie się; lepiej zapomnijcie o Strukturalnych przeobrażeniach sfery publicznej Jürgena Habermasa i Antagonistycznych przestrzeniach publicznych i polityce demokratycznej Chantal Mouffe!
Wracając do zacytowanego wyżej retorycznego pytania ze s. 261, wedle autorki przynajmniej akceptacja homoseksualności przez społeczeństwo „jest w rozsądnej perspektywie czasowej nieosiągalne” (s. 210). Dzięki postawie zaprezentowanej w rzetelnym, wyczerpującym i wielostronnym opracowaniu teoretycznych i praktycznych aspektów piętnowania i dyskryminacji, jakim jest Stygmat społeczny, rzeczywiście nieosiągalne. Książka jest skandalicznym popisem niekompetencji sankcjonowanej tytułem naukowym autorki i renomą wydawnictwa. Notabene renomą niegdyś zasłużoną, dziś będącą pretekstem do dyktowania zawyżonych cen przy czynieniu oszczędności na pracy korektorskiej i redakcyjnej (co w omawianym opracowaniu poświadcza treść stopki). To co dla odbiorców niewyrobionych, np. studentów, szkodliwą dezinformacją, dla innych może być po prostu źródłem żartów.
Przybliżając we wstępie do Wynaleźć codzienność 2 myśl Michela de Certeau Luce Giard zauważa, że ujmowanie „rzeczy w formie wielkich projektów”, wypowiadanie się w sposób pompatyczny i tworzenie „ogólnego i uogólniającego dyskursu o społeczeństwie” znamionuje „niewystarczające opracowanie konceptualne”. Autorka notuje dalej: „Mając zazwyczaj odpowiedź na każde pytanie, dyskurs ów nie dopuszcza sprzeciwu, zręcznie omija konfrontację z rzeczywistością i nigdy nie spotyka się z odrzuceniem”. Deskrypcja ta może być przyłożona do Stygmatu społecznego. Kwestionowanie oczywistości wydaje się w naukach społecznych niemal obowiązkowe, tymczasem Czykwin wręcz chętnie posługuje się komunałami i zahacza swoją retoryką o teologię pastoralną. W jej duchu formułuje postulaty tolerancji, demarginalizacji i przeciwdziałania wykluczeniom (por. np. s. 38). Z nieco mniej zaściankowego punktu widzenia nietrudno zauważyć, że takie ujęcie służy jedynie dobremu samopoczuciu autorki, niewątpliwie uważającej się za osobę o otwartym umyśle i wyzbytą uprzedzeń. Otóż cała książka zdaje się być staraniem, by dopasować teorię Goffmana do własnych uprzedzeń. Czykwin nie widzi jednostek mogących być przedmiotem jej wywodów – realnych osób zagrożonych stygmatyzacją (jeśli w ogóle zgodzimy się na przyjęcie tego terminu) – a buduje ich abstrakcyjne grupowe reprezentacje. Wspomniany postulat tolerancji funkcjonuje u niej na zasadzie dobroczynności: jako pochylanie się nad nieświadomymi maluczkimi (wzmiankując „ideologię gejów” autorka nie odwołuje się do żadnej znaczącej pozycji z dorobku studiów genderowych, LGBT czy queer). W nieco bardziej życzliwej interpretacji można powiedzieć, iż Czykwin deklaruje zwiększoną wrażliwość na różnorodność współczesnych strategii życiowych, jednak czyni to w celu umocnienia swej własnej pozycji poprzez poddanie opisywanych cudzych doświadczeń dyskursywizacji. Poddanie nieudolne i umotywowane koniunkturalizmem w wersji o tyle nietrafionej, że - wbrew konwencjom cieszącym się największym uznaniem – pozbawionej cienia osobistej rękojmi i najmniejszej próby okazania współprzynależności. My i oni. Hołd dla mocno już przykurzonego paradygmatu każącego przemawiać z wyżyn odseparowanej od świata akademickiej Katedry w tym temacie nie mógł się sprawdzić.
Paulina Szkudlarek
Elżbieta Czykwin, Stygmat społeczny, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007. Cytaty lokalizuję w tekście, wytłuszczenia pochodzą ode mnie. Luce Giard przywołuję za jej Wprowadzeniem do: Michel de Certeau, Luce Giard i Pierre Mayol, Wynaleźć codzienność 2, przeł. Katarzyna Thiel-Jańczuk, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2011, s. XII.
Dominującym tonem w – nigdy nie dość przypominania – w książce pretendującej do ujęcia akademickiego (sine ira et studio) jest najczystszej wody homofobia. Nieheteronormatywność to dla autorki nienaturalna seksualność (s. 424) Na stronach 113-114 omawia działalność kontrowersyjnej katolickiej grupy Odwaga działającej w Lublinie i dążącej do „reperacji” osób o niezgodnych z katechizmem kościoła katolickiego preferencjach psychoseksualnych. Czykwin o stosowanej tam „terapii” pisze bezkrytycznie i bezrefleksyjnie. W przywołanej tam narracji niesławnego Richarda Cohena widzi „tekst stygmatyzujący”, jednak gładko prześlizguje się do kolejnego przykładu z jakże szerokiego repertuaru. W charakterystyczny homofobiczny sposób przyjmuje, że geje mają ideologię (a nie mają? „Tremble, hetero swine!”)… choć jako przykład z owej ideologii podaje obawę przed wykryciem (s. 310). Jego konsekwencje są wszak tak straszliwe, że „homoseksualiści się żenią i opowiadają dowcipy o swoich »towarzyszach niedoli«” (s. 142). Nie, to nie pomyłka. Chodzi o zinternalizowaną bądź demonstracyjną homofobię mężczyzn (kobiety się nie „żenią”, nie w Polsce Elżbiety Czykwin) wyśmiewających przegięcie tych, których marnego losu („niedola”!) – mimo analogicznych preferencji psychoseksualnych – żonatym udało się uniknąć. Nie dziwi tedy groza sceny, w której pewien nieustraszony gej „wyznał całą prawdę rodzicom” (s. 159). To niejedyny przypadek straceńczej odwagi. Inny jej akt miał miejsce podczas wyborów mera Paryża – gej „mimo przyznania się do homoseksualnych skłonności zwyciężył w wyborach przytłaczającą ilością głosów” (s. 158). W książce pozostaje anonimowy, jednak rzecz jasna chodzi o zwycięzcę wyborów z 2001 roku, Bertranda Delanoë, który jest nadal na tym stanowisku. Może zatem wygrywa, ponieważ ma dobre program polityczny i koncepcję rozwoju miasta, a jego życie prywatne jest w tym miejscu sprawą trzeciorzędną? Dopowiem, że z uwagi na potencjał emancypacyjny sukces polityka-geja jest niezmiernie istotny, jednak Czykwin koncentrowała się na osobistej odwadze, jakiej wymaga coming out. Jak śliską sprawą jest obecność gejów (nigdy lesbijek, o osobach transseksualnych nie wspominając) w polityce dowiadujemy się od autorki w innym miejscu: „Wśród współczesnych przywódców faszystów przedstawiciele orientacji homoseksualnej mają swoją nadreprezentację” (s. 328). Przypisuje się tu gejom fetyszyzację atrybutów nazistowskich.
Nie wymaga chyba dopowiedzenia fakt, iż Czykwin postrzega homoseksualność w kategoriach esencjonalnych, na dodatek przez swą strategię retoryczną obnażając brak podstawowych kompetencji. Pisze „homoseksualizm” na wzór nazwy z niegdysiejszej klasyfikacji jednostek chorobowych, mając na myśli raczej „homoseksualność” jako zespół stałych bądź nie praktyk opartych na psychoseksualnych preferencjach. Tak, „-izm” jest piętnujący. Cóż, zawsze można sięgnąć do jeszcze bardziej archaicznego słownika. W innym miejscu czytamy, iż „pacjenci szpitali psychiatrycznych nie chcą, aby został ujawniony fakt ich sodomii” (s. 144). Sodomię, czyli – w myśl tej wizji świata – praktykowanie męsko-męskich stosunków seksualnych leczy się w szpitalach psychiatrycznych?
W rzeczywistości, w której z uwagi na pojawienie się i wdrożenie coraz skuteczniejszych metod leczenia czy przedłużania ogólnego dobrostanu osób chorych na AIDS wiele ludzi skłania się do bagatelizacji zagrożenia wirusem HIV (co oznacza, że należałoby działać ku ponownemu uczuleniu na kwestie bezpiecznego seksu), Czykwin tymi słowy kwituje starania, by uniknąć zakażenia HIV – „Całkowicie odzierają one kontakty seksualne ze spontaniczności, romantyzmu i unikalności” (s. 208). Dla autorki zresztą możliwość zakażenia to obawa „ostatnich lat” (s. 208). Otóż w Polsce badania epidemiologiczne wykrywające obecność wirusa prowadzone są od 1985 roku, kiedy obecni studenci Czykwin nie byli jeszcze w planach życiowych swoich rodziców.
Czykwin opisuje rozpowszechnianie się AIDS (jako choroby śmiertelnej) jako epidemii współgrającej z autodestrukcyjnością gejów: „Przywołanie przedwczesnej śmierci jest tu równoznaczne z uwolnieniem od mroków starości. Otwiera perspektywę życia krótkiego, ale intensywnego, bez ograniczeń związanych z obowiązkowym uczestnictwem w wyścigu szczurów, pracy zawodowej, liczenia się z innymi, na których to polach geje są na ogół i tak skazani na niepowodzenie” (s. 210). To najwyraźniej znaczy, że geje nie umieją liczyć się z innymi ludźmi i są skazani na niepowodzenie w pracy zawodowej (niezależnie od tego, czy założymy, że wyścig szczurów istotnie jest obowiązkowy). Sąd tyle bulwersujący, ile osobliwy.
Rozmaite inne stwierdzenia Czykwin również wprawiają w osłupienie, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z enumeracją i jeden z klocków zdaje się pochodzić z zupełnie innego kompletu. Na przykład na s. 224 opisuje negatywną samoocenę osób z nadwagą, które widzą swoją otyłość jako przejaw „lenistwa, opieszałości, braku kontroli, tajemniczości i chciwości” (co to znaczy w świetle przyjmowanej przez autorkę Goffmanowskiej klasyfikacji stygmatów jako jawnych i ukrytych?). „Jednym ze sposobów przeciwdziałania agresji np. kibiców na stadionach sportowych jest (…) ustawienie bilboardów na stadionach (…), co pozwala złamać poczucie anonimowości i ograniczyć agresję” (s. 302). Co w opisanej sytuacji dają bilboardy? Co ma być na nich umieszczone? A może chodzi o telebimy? W innym miejscu, w kontekście ukrywania stygmatu (w celu wykluczenia wszelkich podejrzeń, bo – patrz wyżej) Czykwin dopatruje się „nadreprezentacji osób o skłonnościach homoseksualnych” wśród kiboli, kleryków i taterników (s. 148).
Kompletnej ignorancji dowodzi utrzymywanie, iż „bulimia dotyczy najczęściej osób otyłych, natomiast anoreksja ekstremalnie szczupłych” (s. 351).
Podobnie z prognozowaniem: „moda na banki spermy, w których można zostać matką dziecka sławnego ojca, staną się modne” (s. 123). Pomijając niegramatyczność sformułowania, nie można, a w każdym razie nie ma sposobu, by się o tym dowiedzieć: wedle obowiązujących uregulowań dawca spermy pozostaje anonimowy.
Dyskusyjnie i kontrowersyjnie brzmi rekapitulacja kwestii polskiego antysemityzmu „bez Żydów”. Czykwin utrzymuje, iż „niewielka liczba polskich Żydów jest zasymilowana, w podeszłym wieku, samotna i rozproszona” (s. 380). Przeczy temu to, co widać na krakowskim Kazimierzu, gdy nastaje szabas, przeczą temu ci wszyscy, którzy odkrywając swe rodzinne korzenie dążą do poznania i odzyskania dla siebie judaizmu, czego bynajmniej nie kryją. Wyrazem złej woli byłoby odczytywanie słów Czykwin jako antysemickich, jednak ich wymowa (i oderwanie od realiów XXI wieku) skłania mnie do opinii, iż lepiej byłoby, gdyby się w Stygmacie społecznym nie pojawiły.
Swoją drogą, dobór kategorii osób stygmatyzowanych jest w omawianej książce bardzo chaotyczny. Skoro jednak w tym miejscu odnoszę się do niezręczności popełnianych przez autorkę w jej staraniach scharakteryzowania np. homoseksualistów i Żydów, nadmienię, iż oczywiście szeroki nurt kontinuum specyficznych uprzedzeń wobec pierwszych i drugich umknął jej uwadze. Kwestią tą zajmowała się np. Agnieszka Graff (Rykoszetem, W.A.B., Warszawa 2008). Mniej w Polsce znane jest zestawienie dwóch rozpraw: Réflexions sur la question juive Jean-Paula Sartre’a i celowo napisanej w Sartre’owskim idiomie Réflexions sur la question „gay” Didiera Eribona.
Charakterystyczne dla podejścia epistemologicznego autorki jest ponadto zdanie: „Ktoś, kto urodził się z matki Żydówki, jest, obiektywnie rzecz biorąc, Żydem, jakkolwiek może się czuć np. Amerykaninem” (s. 24). Otóż nie. Ktoś taki jest Żydem w myśl halachy (czy de facto wszystkich współczesnych odłamach judaizmu), co w zestawieniu z innymi kryteriami uznawania żydostwa (np. Żydem jest ktoś, kto przeszedł wymagany przez prawo religijne proces konwersji) dyskredytuje pretensje do „obiektywności”. Ta zaś jest również pojęciem cokolwiek przeterminowanym i usprawiedliwianym jedynie celami retorycznymi, nie zaś poznawczymi. Nie mamy jednak do czynienia z czystą retoryką. Czykwin opowiada się w innym miejscu za totalizującą rolą rzekomej obiektywności. Ubolewa nad upadkiem sfery publicznej: na agorze wypracowywano niegdyś „prawdy pozajednostkowe, wspólne i obiektywne”, teraz zaś nie mają się one gdzie krystalizować (s. 395).
Wiarę w wielką wagę „obiektywności” głosi również wskazując na nędzę osoby pozbawionej odniesienia „uniwersalnego i transcendentnego”, która będzie „wyizolowana i samotna”, a jej tożsamość pozostanie niezintegrowana (s. 395). Ratunkiem, przede wszystkim dla osoby stygmatyzowanej, będzie „funkcjonowanie w grupach wsparcia oraz wkład znaczących innych” (s. 266). Takie zestawienie dwóch sfer wpływów oznacza przekonanie autorki o kompletnej niemożności radzenia sobie samodzielnie. Trzeba jednak uważać, kogo uczynimy naszymi „znaczącymi innymi”. Jawność autoekspresji bez względu na stygmat wobec wybranej grupy (wspierającej tudzież znaczącej) w parze z ukrywaniem stygmatu w kontaktach z „niewtajemniczonymi” – jak czytamy – „prowadzi do zamykania się w społecznych enklawach” niczym w więzieniach zaludnionych przez sobie podobnych (s. 207). Jest to zbyt kategorycznym (czy też mylnym) stwierdzeniem, jako że ukrywanie stygmatu równie dobrze może skłaniać do dążeń przeciwnych, na przykład odcięcia się od danej społeczności. W każdym razie sytuacja zdaje się być bez wyjścia.
Mimo to Czykwin nie szczędzi udzielanie rad osobom stygmatyzowanym rad będących zbiorem pustych sloganów oraz infantylizacją, upupieniem potencjalnych adresatów (s. 268).
Są u Czykwin momenty, w których w swym słusznym zapędzie posuwa się cokolwiek zbyt daleko. Spójrzmy: „pojawienie się AIDS oraz permanentne mylenie homoseksualizmu z pedofilią, transseksualizmem i transwestytyzmem (w Polsce) zdaje się podtrzymywać społeczne odium zarówno wobec kobiet, jak i gejów” (s. 300). Odium to synonim wstrętu czy odrazy. Trudno zaprzeczyć istnieniu licznych form dyskryminacji kobiet, jednak wstręt i odraza?
„Określenia: chory na AIDS, lesbijka, bezrobotny, otyły czy dziecko z chorobą Downa etc. mają negatywną konotację, ale nie można przecież z nich zrezygnować. Próbuje się więc zamienić takie określenia słowami nieobciążonymi (np. gej, puszysta pani, sprawni inaczej) lub zmienić negatywne konotacje (…) na przyjaźniejsze” (s. 28). Zupełnie nie rozumiem, w myśl jakich uzusów językowych słowo „lesbijka” niesie konotację negatywną, a – do kompletu – „gej” jest neutralne, poza tym dość zabawne wrażenie robi zestawienie szeregów „nie do pary”. Czykwin jednak podsuwa nam politycznie poprawne ekwiwalenty wyrażeń niestosownych na s. 96. Znajdziemy wśród nich kuriozalnych „puszystych”, „kochających inaczej” i „sprawnych inaczej”, jednak możemy odetchnąć z ulgą, posługiwanie się nimi nie jest przymusowe. Ku wyraźnej uldze Czykwin postulaty poprawnego politycznie języka nie są powszechnie aprobowane (s. 97). Rzeczowa wymiana myśli w języku niewykluczającego dialogu nie ucierpi, jeśli ktoś raz czy drugi chlapnie „pedałem” (zdanie zbudowane z fraz ze s. 96). Choć we wskazanych passusach autorka jasno deklaruje się swe sceptyczne nastawienie do politycznej poprawności, w innym miejscu powołuje się na nieokreślonych przeciwników tej konwencji. Czykwin pisze, iż wedle argumentacji owych przeciwników „political correctness zmusza do wprowadzenia do języka np. polskiego określeń obcych, np. gej, co oznacza zachwaszczanie języka, a przede wszystkim nie jest powszechnie zrozumiałe lub może mieć groteskowy charakter jak w przypadku (…) propozycji zmiany nazwy Placu Inwalidów w Warszawie na »Plac Niepełnosprawnych«” (s. 418). To moment godny uwagi, gdyż przy okazji mamy tu błąd logiczny. Czykwin myli skutek z przyczyną.
W Stygmacie społecznym rażą ponadto usterki spowodowane niedostateczną kompetencją jeżeli chodzi o rozmaite niuanse nie tylko dzisiejszej, ale nawet „wczorajszej” humanistyki. To, co na s. 361 jest dla Czykwin odkrytym w etnometodologii zjawiskiem et cetera, to raczej – jak wynika z kontekstu – działanie Jakobsonowskiej funkcji fatycznej języka. Lingwistyka to najwyraźniej wiedza tajemna, skoro Czykwin pisze: „Stwierdzenia w rodzaju: »Wszyscy dyrektorzy honorują święta prawosławne i pracownicy oczekują tego od pana«, wydają się mocnym argumentem” (s. 272). W świetle wymogów, jakie uczestnikom racjonalnej dyskusji stawia się w logicznej teorii języka, przytoczony argument (posługujący się na domiar złego kwantyfikatorem generalnym) należy do słabych (vide prace np. Teresy Hołówki). Idźmy dalej. Zgromadzone na s. 388 przykłady paniki moralnej, mające ilustrować to pojęcie, są niejasne w polskich realiach jako przynależne brytyjskiej popkulturze. Przepisane z innego opracowania i niejasne także dla autorki, skoro członków subkultury rockersów nazywa „rokersami”.
Czykwin postanawia pochylić się też nad kwestią deprecjacji przedmałżeńskiej biografii żony, czego znamieniem jest utrata panieńskiego nazwiska (s. 94). Gdzie indziej wszelako jako rzecz niegdyś oczywista określone jest „pozostawanie przez kobiety przy nazwisku panieńskim” (s. 133). Ależ odwrotnie: oczywistym, a nawet nieuniknionym było przybieranie nazwiska mężowskiego. Studia feministyczne w sposób wieloaspektowy tłumaczyły te uwikłania i przywołanie zdawkowej ich rekapitulacji pióra Czykwin nie jest konieczne, jednak odnotować należy, że autorka utrzymuje, iż w języku angielskim „gramatyka stygmatyzowała kobiety zamężne” (sic!) jako te, o które – z uwagi na Mrs przed nazwiskiem – nie należy zabiegać. Miss nie jest (czy też nie było, bo tu użyty jest czas przeszły) wedle Czykwin stygmatem staropanieństwa. Nie ma mowy o niedyskryminującym honoryfikatorze Ms., który w ogromnej mierze dezaktualizuje problem. Czykwin nie wspomina również, że nie jest on rozwiązany raczej w języku francuskim, gdzie – o ile mi wiadomo – do dzisiaj pokutuje podział „dwuwartościowy” i brak neutralnej, albo choć neutralizującej paternalizm formy. Osobliwe uwagi Czykwin dotyczące myśli feministycznej możemy znaleźć na s. 49-50.
Deklarowana (vide tylna część okładki) „interdyscyplinarność” książki każe sytuować ją na polach socjologii, pedagogiki i psychologii społecznej (zresztą to ostatnie to dla mnie „chłoporobotnik i boa grzechotnik”), w których istotną rolę odgrywają badania własne. Czykwin takich nie wykonała. Zdecydowana większość przykładowych przypadków, jakimi ilustruje swe wywody, wzięta jest z opracowań cytowanych – obcojęzycznych (by nie powiedzieć: amerykańskich) i pochodzących sprzed lat. Zasadniczo Stygmat społeczny zawiera liczne propozycje klasyfikacji wpływów i skutków piętnowania na tożsamość. Jednak systematyzacje dokonane przez Czykwin w myśl różnych teorii psychologicznych (głównie z akcentem na interakcje) kompletnie tracą na znaczeniu. Ich wartość perswazyjną – a nawet poznawczą – przekreśla światopoglądowy wydźwięk książki. W rzekomo zainspirowanych dziełami Pierre’a Bourdieu partiach rozdziału pt. Obrona Ja przed skutkami stygmatyzacji znajdziemy takie spojrzenie na istotę społecznych protestów (w których „celują” rozmaite mniejszości):
W wyniku walk tych, którzy są za, z tymi, którzy są przeciw, to co partykularne powoli drąży zastany ład i porządek rzeczy oraz wyobrażenie tego porządku przez konserwatywnych obywateli. Jest to denerwujące, ponadto dążenie do społecznie wynegocjowanego ładu przeciąga się w czasie, grożąc permanentnym chaosem. Mniejszości, na wzór terrorystów, uniemożliwiają utworzenie społecznego ładu (s. 332).
Tak, dominujące życie społeczne grupy interesów (by było egzotycznie i absurdalnie, Czykwin stawia na misz-masz: poza mniejszościami narodowymi i seksualnymi wymienia przeciwników „stacji benzynowych, pornografii, agencji towarzyskich, spalarni śmieci, dzwonów kościelnych” oraz miłośników sportów ekstremalnych i… parkingów) „zaprzątają głowy spokojnych obywateli niekończącymi się sporami, które utrudniają wszelkie działanie” (s. 331). Aktywiści, strzeżcie się; lepiej zapomnijcie o Strukturalnych przeobrażeniach sfery publicznej Jürgena Habermasa i Antagonistycznych przestrzeniach publicznych i polityce demokratycznej Chantal Mouffe!
Wracając do zacytowanego wyżej retorycznego pytania ze s. 261, wedle autorki przynajmniej akceptacja homoseksualności przez społeczeństwo „jest w rozsądnej perspektywie czasowej nieosiągalne” (s. 210). Dzięki postawie zaprezentowanej w rzetelnym, wyczerpującym i wielostronnym opracowaniu teoretycznych i praktycznych aspektów piętnowania i dyskryminacji, jakim jest Stygmat społeczny, rzeczywiście nieosiągalne. Książka jest skandalicznym popisem niekompetencji sankcjonowanej tytułem naukowym autorki i renomą wydawnictwa. Notabene renomą niegdyś zasłużoną, dziś będącą pretekstem do dyktowania zawyżonych cen przy czynieniu oszczędności na pracy korektorskiej i redakcyjnej (co w omawianym opracowaniu poświadcza treść stopki). To co dla odbiorców niewyrobionych, np. studentów, szkodliwą dezinformacją, dla innych może być po prostu źródłem żartów.
Przybliżając we wstępie do Wynaleźć codzienność 2 myśl Michela de Certeau Luce Giard zauważa, że ujmowanie „rzeczy w formie wielkich projektów”, wypowiadanie się w sposób pompatyczny i tworzenie „ogólnego i uogólniającego dyskursu o społeczeństwie” znamionuje „niewystarczające opracowanie konceptualne”. Autorka notuje dalej: „Mając zazwyczaj odpowiedź na każde pytanie, dyskurs ów nie dopuszcza sprzeciwu, zręcznie omija konfrontację z rzeczywistością i nigdy nie spotyka się z odrzuceniem”. Deskrypcja ta może być przyłożona do Stygmatu społecznego. Kwestionowanie oczywistości wydaje się w naukach społecznych niemal obowiązkowe, tymczasem Czykwin wręcz chętnie posługuje się komunałami i zahacza swoją retoryką o teologię pastoralną. W jej duchu formułuje postulaty tolerancji, demarginalizacji i przeciwdziałania wykluczeniom (por. np. s. 38). Z nieco mniej zaściankowego punktu widzenia nietrudno zauważyć, że takie ujęcie służy jedynie dobremu samopoczuciu autorki, niewątpliwie uważającej się za osobę o otwartym umyśle i wyzbytą uprzedzeń. Otóż cała książka zdaje się być staraniem, by dopasować teorię Goffmana do własnych uprzedzeń. Czykwin nie widzi jednostek mogących być przedmiotem jej wywodów – realnych osób zagrożonych stygmatyzacją (jeśli w ogóle zgodzimy się na przyjęcie tego terminu) – a buduje ich abstrakcyjne grupowe reprezentacje. Wspomniany postulat tolerancji funkcjonuje u niej na zasadzie dobroczynności: jako pochylanie się nad nieświadomymi maluczkimi (wzmiankując „ideologię gejów” autorka nie odwołuje się do żadnej znaczącej pozycji z dorobku studiów genderowych, LGBT czy queer). W nieco bardziej życzliwej interpretacji można powiedzieć, iż Czykwin deklaruje zwiększoną wrażliwość na różnorodność współczesnych strategii życiowych, jednak czyni to w celu umocnienia swej własnej pozycji poprzez poddanie opisywanych cudzych doświadczeń dyskursywizacji. Poddanie nieudolne i umotywowane koniunkturalizmem w wersji o tyle nietrafionej, że - wbrew konwencjom cieszącym się największym uznaniem – pozbawionej cienia osobistej rękojmi i najmniejszej próby okazania współprzynależności. My i oni. Hołd dla mocno już przykurzonego paradygmatu każącego przemawiać z wyżyn odseparowanej od świata akademickiej Katedry w tym temacie nie mógł się sprawdzić.
Paulina Szkudlarek
Elżbieta Czykwin, Stygmat społeczny, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007. Cytaty lokalizuję w tekście, wytłuszczenia pochodzą ode mnie. Luce Giard przywołuję za jej Wprowadzeniem do: Michel de Certeau, Luce Giard i Pierre Mayol, Wynaleźć codzienność 2, przeł. Katarzyna Thiel-Jańczuk, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2011, s. XII.
piątek, 20 stycznia 2012
Pu Songling, „Mnisi-czarnoksiężnicy, czyli niesamowite historie o dziwnych ludziach”
Od lat znane są w Polsce japońskie opowieści niesamowite, głównie dzięki edycji Kwaidana. Opowieści niezwykłych czy Ballady o Narayamie Lafcadio Hearna, a ostatnio także za sprawą bardzo ciekawego i wzbogaconego o niewielką antologię opracowania Marcina Tatarczuka*. Tymczasem istniał analogiczny nurt w literaturze chińskiej, i niedawno został wznowiony (wydany po polsku w 1960 roku) wybór nowel Pu Songlinga (1640-1715) zatytułowany Mnisi-czarnoksiężnicy, czyli niesamowite historie o dziwnych ludziach. Zwykle przedmiotem naszych wpisów jest literatura współczesna, jednak wyjątkowo chciałabym się dzisiaj cofnąć do Chin czasów dynastii Tang oraz Ming.
W niemal tej samej epoce w Japonii kształtował się korpus kaidan, wpierw jako konglomerat podań ludowych, stopniowo „kodyfikowanych” i przenoszących się w sfery odbiorców piśmiennych, będących kompetentnymi uczestnikami kultury, krytycznymi, ironicznymi i spragnionymi rozrywek w duchu ukiyo – także rozrywek z dreszczykiem. Lektura kaidanów nawet dzisiaj może taki dreszczyk zapewnić, podobnie jak seans filmu Kwaidan, czyli opowieści niesamowite Kobayashiego z 1964 roku. Inaczej jest z chińskimi nowelami niesamowitymi, których Pu Songling zebrał i spisał aż 430 (edycja wydawnictwa Iskry to tylko 17 z nich). Nadprzyrodzone interwencje służą przede wszystkim publicznej moralności, mirowi domowemu i zgodzie międzyludzkiej, mają tedy charakter dydaktyczny, dodatkowo wzmacniany podsumowaniami i komentarzami autorskimi rekapitulującymi nauki płynące z danej historii.
Zadziwiającym odpowiednikiem „żyli długo i szczęśliwie” jest wskazanie dalszych losów bohaterów jako związanych z rozwojem urzędniczej kariery. Na przykład Mniszka-narzeczona Chen Yunqi kończy się w następujący sposób: „Wszyscy wnukowie pomyślnie przeszli przez egzaminy urzędnicze pierwszego stopnia, a najstarszy (…) zdał nawet egzaminy okręgowe” (s. 70).
To preferowany model kariery, choć są nowele, w których mowa o pracy kupców czy rolników również mogących się wzbogacić i zyskać szacunek swą pracą. Premiowana jest jednak pilna nauka, zyskiwanie pozycji cesarskiego funkcjonariusza i postępowanie drogą awansów. Co więcej, źli urzędnicy są degradowani albo usuwani ze swych stanowisk. Oczywiście to określenie nie pada w Mnichach-czarnoksiężnikach, jednak widzimy tu przykład apologii konfucjańskiej merytokracji, która – wedle życzeniowego myślenia Pu Songlinga – jest systemem nieomylnie sprawiedliwym (sam autor pomyślnie przeszedł przez cesarskie egzaminy dopiero w… osiemdziesiątym drugim roku życia!).
Wśród postaci nadprzyrodzonych spotykamy przede wszystkim lisice wcielone w piękne, roztropne i zaradne kobiety, uczone duchy, u których można zasięgać dobrych rad (jeden, Nieśmiertelny He, pomaga w poprawianiu prac egzaminacyjnych i ocenach twórczości literackiej!), ale i ludzi obdarzonych szczególnymi mocami – umiejętnością wróżenia czy znajomością proroczej mowy ptaków.
Interesujące w prezentowanych nowelach jest to, że w przeciwieństwie na przykład do powstałej współcześnie Miłości Peonii (szczegóły tu), Pu Songling nie akcentuje zbyt ostro różnic klasowych między bohaterami, nie podkreśla tych wyznaczników, które dziś oceniamy jako znamiona szczególnej kulturowej opresji (np. łamanie i specyficzne kształtowanie kości stóp u arystokratek i dam z zamożnych rodzin, niekiedy mylnie zwane jedynie bandażowaniem).
Oczywiście postaci są bogate lub ubogie, jednak ich powodzenie czy upadek są silnie uzależnione od pracowitości, ambicji, niekiedy też od fatum (spotkań z istotami nadnaturalnymi i ich ingerencji w życie śmiertelników), i nie można mówić o petryfikacji społecznego status quo. Praworządność konfucjańska nie triumfuje wszelako na każdym polu. Mężczyźni i kobiety nie są ukazywani jako uzupełniające się i splecione za sobą elementy yin i yang. Nie znajdują potwierdzeń znane nam stereotypy o niegdysiejszych Chinkach, ani obrazy znane z cyklu opowieści o sędzim Di Roberta van Gulika. Kobiety niekoniecznie są łagodne i spokojne, jednak „niegodne” zachowanie zawsze ma swe wyjaśnienie, i można znaleźć na nie radę. Na przykład żona-furiatka Jiangzheng traktowała swego męża Gao niezwykle brutalnie, gdyż w swym poprzedniej inkarnacji była myszą, którą on niechcący rozdeptał (on, tudzież jego przeszłe wcielenie). Wyjaśnienie tej sytuacji, i mały obrządek (w tym przypadku buddyjski) pomagają kobiecie otrząsnąć się z majaków przeszłości i zacząć żyć przyzwoicie, w małżeńskiej harmonii.
Poligamia przyjmuje najróżniejsze formy. Np. w noweli Hengniang o czarach miłosnych Zhu, lekceważona przez męża pierwsza („bardziej prawowita”) żona, ustępująca pola nałożnicy Baodai, uczy się od zaprzyjaźnionej sąsiadki, jak odzyskiwać względy mężczyzny, przy okazji zyskując nieco autonomii osobistej. Zauważamy, iż Zhu nie zależy żadną miarą na tym, by przegnać konkubinę – mężowską ulubienicę. Stosuje się skrupulatnie do rad przyjaciółki, aż w efekcie Baodai wraca na swą pierwotną pozycję służącej, a sama Zhu kwitnie jako żona pożądana i szanowana. Najciekawsze jest jednak, że pomocna przyjaciółka to nie człowiek, a lisica (a konkretnie, huli jing, lisi duch, bóstwo). Najwidoczniej sama kobieca solidarność nie wystarczyłaby Zhu do wyrwania się z małżeńskiego kryzysu. Lisica nie czyni wszakże zła. Ingeruje, jednak bohaterka właściwie nie musiała się stosować do jej zaleceń.
W innej noweli młoda kobieta, Qingmei, poświęca wiele starań, aby zeswatać szlachetnego, ale bardzo ubogiego mężczyznę, z Axi, córką ważnego urzędnika. Qingmei wychodzi nawet za owego biedaka, który w międzyczasie wybija się, awansuje. Ród Axi podupada, Qingmei znajduje zubożałą dziewczynę w klasztorze, wprowadza do swego domu, doprowadza do jej małżeństwa z własnym mężem, aby sfinalizować rozpoczęte lata wcześniej swaty. Nie trzeba chyba dopowiadać, że wierna, sprytna i obrotna swatka była córką lisicy (wzgardzonej przez człowieka).
Innym dość zaskakującym motywem jest triumf wiernej miłości – wbrew kilkuletniej rozłące, wbrew trudnościom finansowym czy przeszkodą społecznym. To, w połączeniu w wiarą w sprawiedliwość systemu merytokratycznego, daje nieco wyidealizowany obraz życia w dawnych Chinach, czy – patrząc z innej strony – niweluje wszelki potencjał krytyczny. Nowelistyką w czasach cesarstwa (Chiny stały się republiką w 1911 roku) parali się przede wszystkim urzędnicy niebędący w stanie dojść do pożądanych godności, jednak na przykładzie Pu Songlinga widać, iż woleli kanalizować swe ambicje i w wolnych chwilach poświęcać się pisarstwu dla rozrywki, posiadającemu dziś dla nas wielki walor etnologiczny. Pogodność i pewnego rodzaju poczciwość emanująca z Mnichów-czarnoksiężników bardzo odróżnia te opowieści od moich ulubionych kaidanów. Pozostanę jednak przy tych ostatnich, choć wycieczkę do krainy chińskich niesamowitości uważam za udaną.
Paulina Szkudlarek
Pu Songling, Mnisi-czarnoksiężnicy, czyli niesamowite historie o dziwnych ludziach, przeł. Danuta Żbikowska, Agnieszka Łobacz, Bożena Kowalska, Stanisław Pawelczyk, Iskry, Warszawa 2008.
Przypis:
* Lafcadio Hearn, Kwaidan. Opowieści niezwykłe, przeł. Jerzy A. Rzewuski, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1984 (oraz wydania późniejsze); Lafcadio Hearn, Ballada o Narayamie. Opowieści niesamowite z prozy japońskiej, przeł. Blanka Yonekawa, PIW, Warszawa 1986; Marcin Tatarczuk, Kaidan. Japońskie opowieści niesamowite epoki Edo, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2011.
W niemal tej samej epoce w Japonii kształtował się korpus kaidan, wpierw jako konglomerat podań ludowych, stopniowo „kodyfikowanych” i przenoszących się w sfery odbiorców piśmiennych, będących kompetentnymi uczestnikami kultury, krytycznymi, ironicznymi i spragnionymi rozrywek w duchu ukiyo – także rozrywek z dreszczykiem. Lektura kaidanów nawet dzisiaj może taki dreszczyk zapewnić, podobnie jak seans filmu Kwaidan, czyli opowieści niesamowite Kobayashiego z 1964 roku. Inaczej jest z chińskimi nowelami niesamowitymi, których Pu Songling zebrał i spisał aż 430 (edycja wydawnictwa Iskry to tylko 17 z nich). Nadprzyrodzone interwencje służą przede wszystkim publicznej moralności, mirowi domowemu i zgodzie międzyludzkiej, mają tedy charakter dydaktyczny, dodatkowo wzmacniany podsumowaniami i komentarzami autorskimi rekapitulującymi nauki płynące z danej historii.
Zadziwiającym odpowiednikiem „żyli długo i szczęśliwie” jest wskazanie dalszych losów bohaterów jako związanych z rozwojem urzędniczej kariery. Na przykład Mniszka-narzeczona Chen Yunqi kończy się w następujący sposób: „Wszyscy wnukowie pomyślnie przeszli przez egzaminy urzędnicze pierwszego stopnia, a najstarszy (…) zdał nawet egzaminy okręgowe” (s. 70).
To preferowany model kariery, choć są nowele, w których mowa o pracy kupców czy rolników również mogących się wzbogacić i zyskać szacunek swą pracą. Premiowana jest jednak pilna nauka, zyskiwanie pozycji cesarskiego funkcjonariusza i postępowanie drogą awansów. Co więcej, źli urzędnicy są degradowani albo usuwani ze swych stanowisk. Oczywiście to określenie nie pada w Mnichach-czarnoksiężnikach, jednak widzimy tu przykład apologii konfucjańskiej merytokracji, która – wedle życzeniowego myślenia Pu Songlinga – jest systemem nieomylnie sprawiedliwym (sam autor pomyślnie przeszedł przez cesarskie egzaminy dopiero w… osiemdziesiątym drugim roku życia!).
Wśród postaci nadprzyrodzonych spotykamy przede wszystkim lisice wcielone w piękne, roztropne i zaradne kobiety, uczone duchy, u których można zasięgać dobrych rad (jeden, Nieśmiertelny He, pomaga w poprawianiu prac egzaminacyjnych i ocenach twórczości literackiej!), ale i ludzi obdarzonych szczególnymi mocami – umiejętnością wróżenia czy znajomością proroczej mowy ptaków.
Interesujące w prezentowanych nowelach jest to, że w przeciwieństwie na przykład do powstałej współcześnie Miłości Peonii (szczegóły tu), Pu Songling nie akcentuje zbyt ostro różnic klasowych między bohaterami, nie podkreśla tych wyznaczników, które dziś oceniamy jako znamiona szczególnej kulturowej opresji (np. łamanie i specyficzne kształtowanie kości stóp u arystokratek i dam z zamożnych rodzin, niekiedy mylnie zwane jedynie bandażowaniem).
Oczywiście postaci są bogate lub ubogie, jednak ich powodzenie czy upadek są silnie uzależnione od pracowitości, ambicji, niekiedy też od fatum (spotkań z istotami nadnaturalnymi i ich ingerencji w życie śmiertelników), i nie można mówić o petryfikacji społecznego status quo. Praworządność konfucjańska nie triumfuje wszelako na każdym polu. Mężczyźni i kobiety nie są ukazywani jako uzupełniające się i splecione za sobą elementy yin i yang. Nie znajdują potwierdzeń znane nam stereotypy o niegdysiejszych Chinkach, ani obrazy znane z cyklu opowieści o sędzim Di Roberta van Gulika. Kobiety niekoniecznie są łagodne i spokojne, jednak „niegodne” zachowanie zawsze ma swe wyjaśnienie, i można znaleźć na nie radę. Na przykład żona-furiatka Jiangzheng traktowała swego męża Gao niezwykle brutalnie, gdyż w swym poprzedniej inkarnacji była myszą, którą on niechcący rozdeptał (on, tudzież jego przeszłe wcielenie). Wyjaśnienie tej sytuacji, i mały obrządek (w tym przypadku buddyjski) pomagają kobiecie otrząsnąć się z majaków przeszłości i zacząć żyć przyzwoicie, w małżeńskiej harmonii.
Poligamia przyjmuje najróżniejsze formy. Np. w noweli Hengniang o czarach miłosnych Zhu, lekceważona przez męża pierwsza („bardziej prawowita”) żona, ustępująca pola nałożnicy Baodai, uczy się od zaprzyjaźnionej sąsiadki, jak odzyskiwać względy mężczyzny, przy okazji zyskując nieco autonomii osobistej. Zauważamy, iż Zhu nie zależy żadną miarą na tym, by przegnać konkubinę – mężowską ulubienicę. Stosuje się skrupulatnie do rad przyjaciółki, aż w efekcie Baodai wraca na swą pierwotną pozycję służącej, a sama Zhu kwitnie jako żona pożądana i szanowana. Najciekawsze jest jednak, że pomocna przyjaciółka to nie człowiek, a lisica (a konkretnie, huli jing, lisi duch, bóstwo). Najwidoczniej sama kobieca solidarność nie wystarczyłaby Zhu do wyrwania się z małżeńskiego kryzysu. Lisica nie czyni wszakże zła. Ingeruje, jednak bohaterka właściwie nie musiała się stosować do jej zaleceń.
W innej noweli młoda kobieta, Qingmei, poświęca wiele starań, aby zeswatać szlachetnego, ale bardzo ubogiego mężczyznę, z Axi, córką ważnego urzędnika. Qingmei wychodzi nawet za owego biedaka, który w międzyczasie wybija się, awansuje. Ród Axi podupada, Qingmei znajduje zubożałą dziewczynę w klasztorze, wprowadza do swego domu, doprowadza do jej małżeństwa z własnym mężem, aby sfinalizować rozpoczęte lata wcześniej swaty. Nie trzeba chyba dopowiadać, że wierna, sprytna i obrotna swatka była córką lisicy (wzgardzonej przez człowieka).
Innym dość zaskakującym motywem jest triumf wiernej miłości – wbrew kilkuletniej rozłące, wbrew trudnościom finansowym czy przeszkodą społecznym. To, w połączeniu w wiarą w sprawiedliwość systemu merytokratycznego, daje nieco wyidealizowany obraz życia w dawnych Chinach, czy – patrząc z innej strony – niweluje wszelki potencjał krytyczny. Nowelistyką w czasach cesarstwa (Chiny stały się republiką w 1911 roku) parali się przede wszystkim urzędnicy niebędący w stanie dojść do pożądanych godności, jednak na przykładzie Pu Songlinga widać, iż woleli kanalizować swe ambicje i w wolnych chwilach poświęcać się pisarstwu dla rozrywki, posiadającemu dziś dla nas wielki walor etnologiczny. Pogodność i pewnego rodzaju poczciwość emanująca z Mnichów-czarnoksiężników bardzo odróżnia te opowieści od moich ulubionych kaidanów. Pozostanę jednak przy tych ostatnich, choć wycieczkę do krainy chińskich niesamowitości uważam za udaną.
Paulina Szkudlarek
Pu Songling, Mnisi-czarnoksiężnicy, czyli niesamowite historie o dziwnych ludziach, przeł. Danuta Żbikowska, Agnieszka Łobacz, Bożena Kowalska, Stanisław Pawelczyk, Iskry, Warszawa 2008.
Przypis:
* Lafcadio Hearn, Kwaidan. Opowieści niezwykłe, przeł. Jerzy A. Rzewuski, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1984 (oraz wydania późniejsze); Lafcadio Hearn, Ballada o Narayamie. Opowieści niesamowite z prozy japońskiej, przeł. Blanka Yonekawa, PIW, Warszawa 1986; Marcin Tatarczuk, Kaidan. Japońskie opowieści niesamowite epoki Edo, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2011.
wtorek, 10 stycznia 2012
Okruchy dnia, resztki godności. Kazuo Ishiguro, „Okruchy dnia”
Sięgając po jedną z najbardziej znanych powieści Kazuo Ishiguro Okruchy dnia (uhonorowanej w 1989 roku The Man-Booker Prize for Fiction) nie sposób było nie przypomnieć sobie o jej znakomitej filmowej adaptacji w reżyserii Jamesa Ivory’ego z 1993 roku.
Autorką scenariusza filmu była wielokrotnie nagradzana pisarka i scenarzystka, Ruth Prawer Jhabvala. Warto poświęcić jej choć parę słów, ponieważ jej twórczość i sylwetka są niemal zupełnie nieznane w Polsce, co wręcz zdumiewa, jeśli przyjrzeć się jej dorobkowi artystycznemu (ponad dwadzieścia scenariuszy do filmów, prestiżowe nagrody za jej własne powieści). Polskie sieciowe serwisy filmowe (jak Filmweb i Stopklatka) nie podają właściwie żadnych informacji o Ruth Prawer Jhabvali. Mimo rodzimej manii akcentowania obecności polskich przodków u niemal każdego znanego z telewizji artysty czy sportowca (choćby jego rodzina mieszkała poza Polską od dwustu lat), postać Jhabvali jakoś umknęła poszukiwaczom śladów poloników na świecie. Tymczasem Ruth Prawer Jhabvala to pochodząca z Niemiec córka polsko–niemieckiego małżeństwa Żydów, którym udało się uciec na początku lat trzydziestych dwudziestego wieku z nazistowskich Niemiec do Anglii.
W Wielkiej Brytanii przyszła laureatka Oscara i Bookera, by wspomnieć tylko o najbardziej znanych nagrodach, zrobiła dyplom z angielskiej literatury. W latach pięćdziesiątych Ruth Prawer Jhabavala przeprowadziła się do Indii, gdzie wyszła za mąż za hinduskiego architekta, i zaczęła pisać swoje pierwsze powieści (przebywała w Indiach ze względu na męża; Indie same w sobie jej nie interesowały. Obecnie mieszka w Stanach Zjednoczonych). Również wtedy nawiązała znajomość i współpracę z Jamesem Ivorym, z którym, razem z producentem Ismailem Merchantem, również pochodzącym z Indii, utworzyli działające do dziś studio filmowe Merchant Ivory Productions (nasuwa się dość oczywiste pytanie, dlaczego jej nazwiska nie ma w nazwie przedsięwzięcia, skoro to właśnie głównie jej scenariuszom firma zawdzięcza sukces).
O ile film ukazuje głównych bohaterów, czyli kamerdynera Stevensa (Anthony Hopkins) i gospodynię – czyli szefową żeńskiego personelu – pannę Kenton (Emma Thompson) jako postacie tragiczne, podporządkowane niemal całkowicie pracy i podzielające w stu procentach światopogląd pracodawcy - a raczej to, co z niego był w stanie zrozumieć Stevens, powieść jest bardziej zniuansowana. Film opowiada o fragmentach losów dwóch istot, których celem i sednem życia było dbanie o porządek każdego dnia nadludzi ich ówczesnego społeczeństwa, angielskich arystokratów. Tytułowe okruchy dnia mogą oznaczać zarówno każdą drobinę codzienności, nad którą sprawowali pieczę Stevens i Kenton, jak i to, co pozostaje we wspomnieniach z całego życia. Drobne sceny, gesty, których znaczenie zmienia czas, wreszcie – okruchy życia to jedyne, co jest bohaterom dane, bowiem Stevens, który nie zauważył szansy na związek z kochającą go kobietą, może żywić swoje człowieczeństwo jedynie okruchami wspomnień.
W filmie Stevens wydaje się reprezentować porządek pozbawiony emocji i bezwzględną lojalność, panna Kenton – uczucia i szansę na szczęście prywatnego życia. W książce taka „dychotomia” nie jest oczywista.
Krytycy wytykają filmowi zbytnie uproszczenia, np. iż pokazuje tylko jedną konferencję z końca lat trzydziestych XX w., a w książkowym pierwowzorze były szerzej opisane dwie, w tym jedna z lat dwudziestych, podczas której Stevens był świadkiem ciekawej dyskusji o „zawodowym” politykowaniu i krytyce amatorów w rodzaju lorda Darlingtona, ofiary idealistycznego wychowania w starym, brytyjskim stylu.
O ile w filmie nie mamy dostępu do przemyśleń bohaterów i dopowiadamy sobie, że oboje, Stevens i Kenton, niemal nie śmieli pragnąć szczęścia dla siebie, w powieści znamy dokładnie myśli kamerdynera Darlingtonów, i zdecydowanie nie są one skupione wokół osobistych emocji związanych z jakąkolwiek kobietą. Tematy zajmujące niemal każdą myśl Stevensa to - godność, wierna i doskonała służba, a także prestiż społeczny, zależny od pozycji, jaką człowiek zajmuje w hierarchii klas. Stevens jest tragikomiczny, czasem groteskowy, przypomina robota wykonującego zaprogramowanie zadania i wdającego się jedynie w błahe pogaduszki.. Wydaje się pozbawiony zdolności do przewidywania konsekwencji obserwowanych wydarzeń i czynów zarówno swoich, jak i osób z jego otoczenia.
Ishiguro ma talent do portretowania bohaterów, którzy z jakiegoś powodu wydają się niemal niezdolni do zrozumienia powagi sytuacji historycznej i politycznej swoich czasów, czyli lat dwudziestych i trzydziestych dwudziestego wieku, w których powstawał i krzepł nazizm i faszyzm. Nie zastanawiają się nad społecznymi i politycznymi implikacjami populistycznych haseł, idą za swoim aktualnym idolem (jak bohater znakomitej noweli Ishiguro Malarz świata ułudy) – Stevens powtarza za swoim pracodawcą Darlingtonem nie tylko frazesy na tematy ogólne, ale i antysemickie przekonania. Zgadza się na zwolnienie ze służby dwóch żydowskich dziewczyn, co w praktyce oznaczało też ich deportację do Niemiec i dalsze prześladowania, a nawet śmierć w jednym z obozów zagłady.
Powieść jest napisana w formie wspomnień i relacji z pewnej niewielkiej wyprawy Stevensa, głównego bohatera i narratora, i rozpoczyna się w czerwcu 1956 roku, kiedy to nowy właściciel siedziby starego arystokratycznego rodu angielskiego, Amerykanin Farraday, proponuje kamerdynerowi kilkudniowy urlop. Reakcja Stevensa jest bardzo charakterystyczna dla jego komunikacji z bezpośrednim Farradayem, który wyraźnie traktuje go jak swego rodzaju ludzki bibelot, nabyty razem z posiadłością Darlington Hall – ale bibelot z ludzkimi potrzebami, których Farraday jest świadom. Otóż Stevens nie wie, jak powinien zareagować. Relacje z poprzednim panem rezydencji, z jej prawowitym właścicielem, lordowską mością, były jasne i oddzielone grubą kreską od życia prywatnego każdego z nich. Stevens był sprawną i dobrze działającą częścią mechanizmu wprawiającą w ruch olbrzymie domostwo obsługujące codziennie nie tylko lordowską rodzinę, ale również tłumy szacownych gości lorda i ich świty. Wystarczy pomyśleć, że za każdym gościem Darlingtona ciągnęło się około 10 służących, których trzeba było zakwaterować i wyżywić, a także zadbać, by się nie pozabijali tudzież nie uciekli z resztą służących ze stałego personelu. Stevens mógł wiedzieć wszystko o rodzinie Darlingtona, ale nie powinien o tym mówić, Darlington nie powinien wiedzieć o Stevensie nic ponad fakt, że wywiązuje się ze służby wzorowo. Tymczasem Farraday wyraźnie próbuje co jakiś czas wciągnąć Stevensa w rozmowę o przeszłości Darlington Hall i jego właścicieli, co wprawia w konsternację kamerdynera, nienawykłego do luźnych i niezobowiązujących konwersacji z kimkolwiek. Co gorsza, Farraday próbuje żartować ze Stevensem, co jednak „nie mieści się w jego kompetencjach”, i podczas całej powieści kamerdyner próbuje wyćwiczyć w sobie tę niezwykłą i dla niego wyraźnie nową zdolność, jaką jest „swobodne i spontaniczne żartowanie”.
Ostatecznie Stevens postanawia wykorzystać tę niesamowitą okazję, jaką jest dla niego urlop – do tej pory służąc Darlingtonom miał jedynie sporadycznie wolny dzień – i wybiera się w podróż do dawnej gospodyni domu lordowskiej mości, panny Kenton, a obecnie pani Benn, aby zapytać ją, czy nie byłaby zainteresowana powrotem na służbę.
Nie od razu dowiadujemy się, co się stało z poprzednim właścicielem Darlington Hall; do czytelnika docierają strzępki informacji, dawkowane oszczędnie, aż ostatecznie wyłania się przygnębiający obraz skompromitowanego przez własną naiwność polityczną arystokraty, który nie zrozumiał, jak bardzo świat się zmienił po pierwszej wojnie światowej. Powodowany dobrymi chęciami – z osobistych pobudek – pragnął wzmocnienia Niemiec po traktacie wersalskim, nie zauważając, że jego polityczny sojusznik i sprzymierzeniec, czyli niemiecki ambasador i bliski współpracownik Hitlera, Ribbentrop, to również jeden z głównych twórców i filarów ruchu nazistowskiego, poczynającego sobie zarówno z oponentami politycznymi, jak i mniejszościami narodowymi, zwłaszcza Żydami, coraz śmielej. Opinie Darlingtona o Ribbentropie przypominają niektórych dzisiejszych polityków prawicowych – „porządni” obywatele o zdecydowanej i dominującej osobowości, a to ich zamiłowanie do swastyk i ogolonych na łyso kolegów, co pozdrawiają słońce, to taka oprawa plastyczna. Dopiero pod koniec książki dowiadujemy się z bardzo lakonicznych wzmianek, ze lord Darlington popełnił samobójstwo.
Monolog narratora, Stevensa, brzmi w przeważającej części niczym pompatyczna przemowa. Nadęty i napuszony ton, pełen przekonania o własnej ważności i wiedzy kontrastuje z licznymi deklaracjami całkowitego podporządkowania się osądowi pracodawców. Czasem słowa Stevensa wydają się próbką spisania Traktatu o Dobrym Kamerdynerze. Stevens nie poddaje w wątpliwość sensowności klasowości społeczeństwa brytyjskiego, swojego miejsca w hierarchii; on urodził się, by służyć. Często wspomina o stowarzyszeniu najlepszych kamerdynerów – Hayes Society, które zdaje się naśladować jakiś elitarny klub dżentelmenów, do którego zapewne należała część chlebodawców członków owego stowarzyszenia. Nie ma ono oczywiście takiego charakteru jak to, do którego należy Jeeves (niezapomniany bohater humoresek Woodehouse’a), a należący doń kamerdynerzy to typy traktujące swoją robotę bardzo poważnie. Co dziwne, Stevens oświadcza, że nie darzy go zbytnim entuzjazmem, ale nie wiemy dlaczego.
Stevens wygłasza liczne peany na temat powagi swojego zawodu, które brzmią dość śmiesznie. Oto kamerdyner to ktoś w rodzaju anioła stróża wielkich ludzi tego świata. Usuwa pyłki spod ich stóp, by ich wielkie mądre głowy mogły rozwiązywać problemy, których maluczcy nie ogarniają.
Podczas podróży do pani Benn, Stevens wydaje się nieporadną, wypuszczoną ze złotej klatki istotą. Zapomina o wodzie do chłodnicy samochodu lorda, o zaopatrzeniu się w benzynę, co kończy się przymusowym pobytem i noclegiem na przypadkowo napotkanej farmie. Opisy kontaktów Stevensa z miejscowymi rolnikami i mieszkańcami są komiczne. On jawi im się niemal jako książę z wysokiego zamku, on traktuje ich protekcjonalnie, jak feudał „dobrych ludzi”, którzy właśnie mu przynieśli w darze brudne kurze jajka. Dodatkowo Stevens podkoloryzowuje znaczenie swojej osoby i opowiada o swojej roli w Darlington Hall, jakby był równy lordom. Gdy ta mistyfikacja niemal wychodzi na jaw, okoliczny doktor, który rozszyfrował Stevensa, nie wydaje go jednak na pastwę kpin wieśniaków, uważając całe zajście za dobrą zabawę. Stevens unika mówienia, gdzie służył, czytelnik może się jedynie domyślać, iż nazwisko Darlington zostało skompromitowane z winy lorda paktującego z nazistami.
Podczas swoich rozważań na temat idealnej służby i nad idealnymi kandydatami do Hayes Society, Stevens zastanawia się nad tym, co cechuje „wielkich” kamerdynerów. Przede wszystkim służba „wielkiemu” panu, a więc konserwatywnej ostoi tego, co „brytyjskie”. Samo Hayes Society, przyciśnięte przez listy publikowane na łamach „Kwartalnika dżentelmena”, oświadcza, że rozpatruje kandydatury swoich członków zwracając uwagę na to, czy charakteryzuje ich „godność”. A czym jest owa godność? Tutaj następuje długie i szczegółowe omówienie owej cechy. Nie wynika ono jednakże z pewności własnego osądu, to raczej okazja do „wymądrzania się” Stevensa, nawet przed sobą samym. Jego monolog to napuszona przemowa, która nie ma w sobie niemal nic z osobistej intymnej refleksji o własnym życiu i wydarzeniach w Darlington Hall. Zatem Stevens próbuje opisać godność anegdotami z życia jego ojca i od niego poznanymi. Ojciec Stevensa, który służył razem z nim w Darlington Hall, był również kamerdynerem i Stevens junior uważał go za idealnego i pełnego godności pracownika. Owa godność polegała głównie na całkowitej dyskrecji, usuwaniu się w cień, ukrywaniu jak najlepiej najgłębszych emocji i całkowitym podporządkowaniu się klasie arystokratycznej. Opis cech składających się na godność według Stevensa, to nie jest po prostu pochwała dyscypliny pracy i perfekcjonizmu w swoim zawodzie. To znakomite studium samoupokorzenia i pozbawienia swojego życia sensu i znaczenia. Choćby lordowskie moście podpaliły cały glob ziemski i wymordowały ludzkość, kamerdyner z kamienną twarzą powinien podać im punktualnie herbatę, dbając o wypolerowane srebra stołowe.
Stevens nie poddaje w wątpliwość żadnej opinii czy zalecenia lorda Darlingtona. Jego usłużność i anormalny brak własnego zdania, czyni z niego bezwolną kukłę, która potrafi jedynie służyć. Jednak ta służba nie ma żadnej konotacji z przyjaźnią czy jakąkolwiek poufałością. Oczywiście lord Darlington może polecić Stevensowi, by uświadomił jego krewniaka dzień przed ślubem, jakby nie dowierzając, że dwudziestokilkulatek wychowany w brytyjskich internatach i wyedukowany poza domem, mógłby znać coś więcej niż opowieści o pszczółkach zapylających kwiatki, ale to po prostu jedno z zadań – z którego zresztą, mimo starań, kamerdyner nie wywiązuje się należycie. Niemniej jednak Stevens oczywiście nie ma żadnego prawa głosu ani krytyki wobec swojego chlebodawcy. Jak się wydaje w toku wydarzeń, w otoczeniu lorda Darlingtona, oprócz syna jego przyjaciela, dziennikarza Cardinala, niemal nikt nie zwrócił uwagi na fakt, że konszachty Darlingtona z niemieckimi faszystami są nie tylko co najmniej naganne, ale również ściągną na niego poważne problemy z racji oskarżeń o kolaborację z wrogiem.
Stevens jest całkowicie skupiony na problemach związanych z prowadzeniem domu Darlingtonów. Podczas podróży do pani Benn podziwia wspaniałe pejzaże angielskie – tu bardzo zabawnie autor pokazuje jego prowincjonalne myślenie w stylu „oglądałem albumy National Geographic ze zdjęciami egzotycznych miejsc, i nie umywają się one do łąk angielskich” – i wspomina rozmaite scenki z przeszłości, gdy spędzał swój wolny czas na rozmowach z panną Kenton. Dla czytelnika wymowa owych kontaktów jest raczej oczywista – Stevens podobał się jej, chciała go jakoś sprowokować do nieformalnych relacji, jakiejkolwiek deklaracji posiadania emocji. Ponadto bardzo bała się samotności. Nie miała rodziny oprócz jednej starszej ciotki, i gdy ta zmarła, Kenton zaczęła myśleć o małżeństwie, by zabezpieczyć swój byt na starość. Jej niemal rozpaczliwy flirt z zainteresowanym nią mężczyzną – i późniejszym mężem – był prowokacją wobec Stevensa, która miałaby go zmusić do decyzji, czy zależy mu na niej. Jednak Stevens nic takiego nie zauważył. Wspomina sobie, ale nie interpretuje w ogóle tego jako czegoś zabarwionego głębszymi uczuciami, nawet po latach jest zdezorientowany: o co mogło wtedy jej chodzić…
Stevens podczas swojej podróży na spotkanie z panią Benn, podczas rozmów z przypadkowo spotkanymi mieszkańcami okolic, jawi się niczym gość z innej planety. Wydaje się zupełnie nie zdawać sprawy z przemian, jakie zaszły w społeczeństwie brytyjskim podczas drugiej wojny światowej i po niej.
Kiedy w końcu Stevens dociera do Little Compton, gdzie w herbaciarni hotelu „Różany Ogródek” spotyka się z panią Benn, spędzają czas – oprócz picia nieodzownej herbatki – na wspominaniu starych dziejów i wspólnej służby w Darlington Hall. Ich rozmowa to majstersztyk przemilczania najgłębszych emocji i pomijania osobistych tematów. Pod koniec spotkania, kiedy już wiadomo, że pani Benn nie wróci na służbę do Darlington Hall, Stevens postanawia zdobyć tytuł mistrza empatii wszechczasów i ze śmiechem oświadcza swej towarzyszce złotych lat Darlington Hall, że przypomniał sobie „pewne stwierdzenie z pani listu. Czytając je, byłem lekko zaniepokojony, ale teraz widzę, że zupełnie niepotrzebnie” (s. 195). Kiedy pani Benn dopytuje Stevensa, o jakież to słowa chodzi, Stevens cytuje: „Reszta mego życia jest teraz dla mnie jedną wielką pustką”. Czytelnik jest świadomy, że te słowa napisała kobieta, która wyszła za mąż jedynie po to, by uciec przed samotnością przewidywaną jako przeznaczenie starszych ludzi, której małżeństwo było nieudane (wielokrotnie przebywała z mężem w nieformalnej separacji), ale Stevens zdaje się nie łączyć tych informacji ze smutkiem sączącym się z jej listów do niego. Pani Benn w odpowiedzi na ten jakże czuły objaw zainteresowania i współczucia ze strony Stevensa, oświadcza, widocznie próbując ukryć zmieszanie z zaskoczeniem („a jednak on jest z drewna”), że to niemożliwe, aby napisała takie słowa. Jej życie na pewno nie jest puste, cieszy się z pojawienia się na świecie wnuka i czeka na następnego. W końcu pani Benn pyta wprost: „Jaka przyszłość oczekuje pana po powrocie do Darlington Hall?” (s. 195). Odpowiedź Stevensa idealnie wpisuje się w jego sylwetkę idealnego kamerdynera, urodzonego by służyć – „Cóż, pani Benn, cokolwiek to będzie, nie czeka mnie pustka. Gdyby tak było! Ale nie, tylko praca, praca i jeszcze raz praca”. Jednak w ostatnich chwilach rozstania, w pełnej napięcia scenie, Stevens dokładniej wypytuje panią Benn o przyczyny żalu tak silnie bijącego z jej listów. Jego słowa, pełne uprzejmości, graniczące z prawdziwą troską, jaką można odczuwać o bliską osobę, ośmielają panią Benn do wyznania, które wygłasza tuż przed przybyciem autobusu mającego ją zabrać do rodzinnego domu, do męża. Tuż przed rozstaniem, być może już na zawsze, Stevens dowiaduje się, że pani Benn darzyła go uczuciem i pragnęła się z nim związać. „Wydaje mi się, że nie odpowiedziałem od razu, gdyż dopiero po chwili udało mi się zrozumieć w pełni znaczenie słów panny Kenton. Ponadto, jak mogą Państwo zauważyć, wnioski z nich płynące mogły wywołać u mnie pewien smutek. Cóż tu zresztą kryć – w owej chwili krwawiło mi serce” (s. 198). I w tym momencie Stevens zaskakuje swoją reakcją. Ukrywa perfekcyjnie swoją reakcję na jej słowa i nie daj poznać po sobie jak go poruszyły. Z uśmiechem na ustach pochwala jej rozsądek i decyzję pozostania przy mężu i rodzinie. Odmalowuje jej sytuację bytową jako jedną z najlepszych, jakie można sobie wyobrazić w jej wieku i sytuacji. Pociesza ją i zachęca do optymizmu, prosząc, by zadbała o siebie i wykorzystała pozostały jej czas na emeryturze na spokojne i szczęśliwe życie z bliskimi.
Wstrząśnięty słowami pani Benn, Stevens rozmyśla przez wiele godzin nad swoim życiem. W rozmowie z przypadkowym turystą na nadmorskim molo, wyznaje obcemu człowiekowi: „Jego lordowska mość [chodzi oczywiście o lorda Darlingtona, którego Stevens znalazł po tym, jak ten popełnił samobójstwo – przyp. S.R.] był człowiekiem odważnym. Obrał w życiu jakąś drogę, okazało się, że niesłuszną, ale przynajmniej coś wybrał. A ja? Ja nie mogę powiedzieć o sobie nawet tego. Bo widzi pan, ja wierzyłem, wierzyłem w mądrość jego lordowskiej mości. Przez wszystkie te lata, kiedy mu służyłem, wierzyłem, że robię coś, co warto. A tymczasem nie mogę nawet powiedzieć, że popełniałem własne błędy. Doprawdy – nasuwa się pytanie – i jakaż w tym godność?” (s. 201-202).
Jednakże krótka chwila refleksji o swoim życiu się kończy i Stevens wraca do swoich typowych rozważań na temat służby dla nowego pana. „Może rzeczywiście najwyższy czas z większym entuzjazmem zająć się sprawą żartowania”. Ostatnie słowa Stevensa w książce brzmią niczym wyznanie złamanego człowieka, który zdał sobie w pełni sprawę, że jego idealna służba nie ma żadnego związku z godnością – „Mam nadzieję, że po powrocie mego chlebodawcy sprawię mu przyjemną niespodziankę” (s. 203).
Sławomira Raczyńska
Kazuo Ishiguro, Okruchy dnia, przeł. Jan Rybicki, Prószyński i S-ka, Warszawa 1997. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.
Autorką scenariusza filmu była wielokrotnie nagradzana pisarka i scenarzystka, Ruth Prawer Jhabvala. Warto poświęcić jej choć parę słów, ponieważ jej twórczość i sylwetka są niemal zupełnie nieznane w Polsce, co wręcz zdumiewa, jeśli przyjrzeć się jej dorobkowi artystycznemu (ponad dwadzieścia scenariuszy do filmów, prestiżowe nagrody za jej własne powieści). Polskie sieciowe serwisy filmowe (jak Filmweb i Stopklatka) nie podają właściwie żadnych informacji o Ruth Prawer Jhabvali. Mimo rodzimej manii akcentowania obecności polskich przodków u niemal każdego znanego z telewizji artysty czy sportowca (choćby jego rodzina mieszkała poza Polską od dwustu lat), postać Jhabvali jakoś umknęła poszukiwaczom śladów poloników na świecie. Tymczasem Ruth Prawer Jhabvala to pochodząca z Niemiec córka polsko–niemieckiego małżeństwa Żydów, którym udało się uciec na początku lat trzydziestych dwudziestego wieku z nazistowskich Niemiec do Anglii.
W Wielkiej Brytanii przyszła laureatka Oscara i Bookera, by wspomnieć tylko o najbardziej znanych nagrodach, zrobiła dyplom z angielskiej literatury. W latach pięćdziesiątych Ruth Prawer Jhabavala przeprowadziła się do Indii, gdzie wyszła za mąż za hinduskiego architekta, i zaczęła pisać swoje pierwsze powieści (przebywała w Indiach ze względu na męża; Indie same w sobie jej nie interesowały. Obecnie mieszka w Stanach Zjednoczonych). Również wtedy nawiązała znajomość i współpracę z Jamesem Ivorym, z którym, razem z producentem Ismailem Merchantem, również pochodzącym z Indii, utworzyli działające do dziś studio filmowe Merchant Ivory Productions (nasuwa się dość oczywiste pytanie, dlaczego jej nazwiska nie ma w nazwie przedsięwzięcia, skoro to właśnie głównie jej scenariuszom firma zawdzięcza sukces).
O ile film ukazuje głównych bohaterów, czyli kamerdynera Stevensa (Anthony Hopkins) i gospodynię – czyli szefową żeńskiego personelu – pannę Kenton (Emma Thompson) jako postacie tragiczne, podporządkowane niemal całkowicie pracy i podzielające w stu procentach światopogląd pracodawcy - a raczej to, co z niego był w stanie zrozumieć Stevens, powieść jest bardziej zniuansowana. Film opowiada o fragmentach losów dwóch istot, których celem i sednem życia było dbanie o porządek każdego dnia nadludzi ich ówczesnego społeczeństwa, angielskich arystokratów. Tytułowe okruchy dnia mogą oznaczać zarówno każdą drobinę codzienności, nad którą sprawowali pieczę Stevens i Kenton, jak i to, co pozostaje we wspomnieniach z całego życia. Drobne sceny, gesty, których znaczenie zmienia czas, wreszcie – okruchy życia to jedyne, co jest bohaterom dane, bowiem Stevens, który nie zauważył szansy na związek z kochającą go kobietą, może żywić swoje człowieczeństwo jedynie okruchami wspomnień.
W filmie Stevens wydaje się reprezentować porządek pozbawiony emocji i bezwzględną lojalność, panna Kenton – uczucia i szansę na szczęście prywatnego życia. W książce taka „dychotomia” nie jest oczywista.
Krytycy wytykają filmowi zbytnie uproszczenia, np. iż pokazuje tylko jedną konferencję z końca lat trzydziestych XX w., a w książkowym pierwowzorze były szerzej opisane dwie, w tym jedna z lat dwudziestych, podczas której Stevens był świadkiem ciekawej dyskusji o „zawodowym” politykowaniu i krytyce amatorów w rodzaju lorda Darlingtona, ofiary idealistycznego wychowania w starym, brytyjskim stylu.
O ile w filmie nie mamy dostępu do przemyśleń bohaterów i dopowiadamy sobie, że oboje, Stevens i Kenton, niemal nie śmieli pragnąć szczęścia dla siebie, w powieści znamy dokładnie myśli kamerdynera Darlingtonów, i zdecydowanie nie są one skupione wokół osobistych emocji związanych z jakąkolwiek kobietą. Tematy zajmujące niemal każdą myśl Stevensa to - godność, wierna i doskonała służba, a także prestiż społeczny, zależny od pozycji, jaką człowiek zajmuje w hierarchii klas. Stevens jest tragikomiczny, czasem groteskowy, przypomina robota wykonującego zaprogramowanie zadania i wdającego się jedynie w błahe pogaduszki.. Wydaje się pozbawiony zdolności do przewidywania konsekwencji obserwowanych wydarzeń i czynów zarówno swoich, jak i osób z jego otoczenia.
Ishiguro ma talent do portretowania bohaterów, którzy z jakiegoś powodu wydają się niemal niezdolni do zrozumienia powagi sytuacji historycznej i politycznej swoich czasów, czyli lat dwudziestych i trzydziestych dwudziestego wieku, w których powstawał i krzepł nazizm i faszyzm. Nie zastanawiają się nad społecznymi i politycznymi implikacjami populistycznych haseł, idą za swoim aktualnym idolem (jak bohater znakomitej noweli Ishiguro Malarz świata ułudy) – Stevens powtarza za swoim pracodawcą Darlingtonem nie tylko frazesy na tematy ogólne, ale i antysemickie przekonania. Zgadza się na zwolnienie ze służby dwóch żydowskich dziewczyn, co w praktyce oznaczało też ich deportację do Niemiec i dalsze prześladowania, a nawet śmierć w jednym z obozów zagłady.
Powieść jest napisana w formie wspomnień i relacji z pewnej niewielkiej wyprawy Stevensa, głównego bohatera i narratora, i rozpoczyna się w czerwcu 1956 roku, kiedy to nowy właściciel siedziby starego arystokratycznego rodu angielskiego, Amerykanin Farraday, proponuje kamerdynerowi kilkudniowy urlop. Reakcja Stevensa jest bardzo charakterystyczna dla jego komunikacji z bezpośrednim Farradayem, który wyraźnie traktuje go jak swego rodzaju ludzki bibelot, nabyty razem z posiadłością Darlington Hall – ale bibelot z ludzkimi potrzebami, których Farraday jest świadom. Otóż Stevens nie wie, jak powinien zareagować. Relacje z poprzednim panem rezydencji, z jej prawowitym właścicielem, lordowską mością, były jasne i oddzielone grubą kreską od życia prywatnego każdego z nich. Stevens był sprawną i dobrze działającą częścią mechanizmu wprawiającą w ruch olbrzymie domostwo obsługujące codziennie nie tylko lordowską rodzinę, ale również tłumy szacownych gości lorda i ich świty. Wystarczy pomyśleć, że za każdym gościem Darlingtona ciągnęło się około 10 służących, których trzeba było zakwaterować i wyżywić, a także zadbać, by się nie pozabijali tudzież nie uciekli z resztą służących ze stałego personelu. Stevens mógł wiedzieć wszystko o rodzinie Darlingtona, ale nie powinien o tym mówić, Darlington nie powinien wiedzieć o Stevensie nic ponad fakt, że wywiązuje się ze służby wzorowo. Tymczasem Farraday wyraźnie próbuje co jakiś czas wciągnąć Stevensa w rozmowę o przeszłości Darlington Hall i jego właścicieli, co wprawia w konsternację kamerdynera, nienawykłego do luźnych i niezobowiązujących konwersacji z kimkolwiek. Co gorsza, Farraday próbuje żartować ze Stevensem, co jednak „nie mieści się w jego kompetencjach”, i podczas całej powieści kamerdyner próbuje wyćwiczyć w sobie tę niezwykłą i dla niego wyraźnie nową zdolność, jaką jest „swobodne i spontaniczne żartowanie”.
Ostatecznie Stevens postanawia wykorzystać tę niesamowitą okazję, jaką jest dla niego urlop – do tej pory służąc Darlingtonom miał jedynie sporadycznie wolny dzień – i wybiera się w podróż do dawnej gospodyni domu lordowskiej mości, panny Kenton, a obecnie pani Benn, aby zapytać ją, czy nie byłaby zainteresowana powrotem na służbę.
Nie od razu dowiadujemy się, co się stało z poprzednim właścicielem Darlington Hall; do czytelnika docierają strzępki informacji, dawkowane oszczędnie, aż ostatecznie wyłania się przygnębiający obraz skompromitowanego przez własną naiwność polityczną arystokraty, który nie zrozumiał, jak bardzo świat się zmienił po pierwszej wojnie światowej. Powodowany dobrymi chęciami – z osobistych pobudek – pragnął wzmocnienia Niemiec po traktacie wersalskim, nie zauważając, że jego polityczny sojusznik i sprzymierzeniec, czyli niemiecki ambasador i bliski współpracownik Hitlera, Ribbentrop, to również jeden z głównych twórców i filarów ruchu nazistowskiego, poczynającego sobie zarówno z oponentami politycznymi, jak i mniejszościami narodowymi, zwłaszcza Żydami, coraz śmielej. Opinie Darlingtona o Ribbentropie przypominają niektórych dzisiejszych polityków prawicowych – „porządni” obywatele o zdecydowanej i dominującej osobowości, a to ich zamiłowanie do swastyk i ogolonych na łyso kolegów, co pozdrawiają słońce, to taka oprawa plastyczna. Dopiero pod koniec książki dowiadujemy się z bardzo lakonicznych wzmianek, ze lord Darlington popełnił samobójstwo.
Monolog narratora, Stevensa, brzmi w przeważającej części niczym pompatyczna przemowa. Nadęty i napuszony ton, pełen przekonania o własnej ważności i wiedzy kontrastuje z licznymi deklaracjami całkowitego podporządkowania się osądowi pracodawców. Czasem słowa Stevensa wydają się próbką spisania Traktatu o Dobrym Kamerdynerze. Stevens nie poddaje w wątpliwość sensowności klasowości społeczeństwa brytyjskiego, swojego miejsca w hierarchii; on urodził się, by służyć. Często wspomina o stowarzyszeniu najlepszych kamerdynerów – Hayes Society, które zdaje się naśladować jakiś elitarny klub dżentelmenów, do którego zapewne należała część chlebodawców członków owego stowarzyszenia. Nie ma ono oczywiście takiego charakteru jak to, do którego należy Jeeves (niezapomniany bohater humoresek Woodehouse’a), a należący doń kamerdynerzy to typy traktujące swoją robotę bardzo poważnie. Co dziwne, Stevens oświadcza, że nie darzy go zbytnim entuzjazmem, ale nie wiemy dlaczego.
Stevens wygłasza liczne peany na temat powagi swojego zawodu, które brzmią dość śmiesznie. Oto kamerdyner to ktoś w rodzaju anioła stróża wielkich ludzi tego świata. Usuwa pyłki spod ich stóp, by ich wielkie mądre głowy mogły rozwiązywać problemy, których maluczcy nie ogarniają.
Podczas podróży do pani Benn, Stevens wydaje się nieporadną, wypuszczoną ze złotej klatki istotą. Zapomina o wodzie do chłodnicy samochodu lorda, o zaopatrzeniu się w benzynę, co kończy się przymusowym pobytem i noclegiem na przypadkowo napotkanej farmie. Opisy kontaktów Stevensa z miejscowymi rolnikami i mieszkańcami są komiczne. On jawi im się niemal jako książę z wysokiego zamku, on traktuje ich protekcjonalnie, jak feudał „dobrych ludzi”, którzy właśnie mu przynieśli w darze brudne kurze jajka. Dodatkowo Stevens podkoloryzowuje znaczenie swojej osoby i opowiada o swojej roli w Darlington Hall, jakby był równy lordom. Gdy ta mistyfikacja niemal wychodzi na jaw, okoliczny doktor, który rozszyfrował Stevensa, nie wydaje go jednak na pastwę kpin wieśniaków, uważając całe zajście za dobrą zabawę. Stevens unika mówienia, gdzie służył, czytelnik może się jedynie domyślać, iż nazwisko Darlington zostało skompromitowane z winy lorda paktującego z nazistami.
Podczas swoich rozważań na temat idealnej służby i nad idealnymi kandydatami do Hayes Society, Stevens zastanawia się nad tym, co cechuje „wielkich” kamerdynerów. Przede wszystkim służba „wielkiemu” panu, a więc konserwatywnej ostoi tego, co „brytyjskie”. Samo Hayes Society, przyciśnięte przez listy publikowane na łamach „Kwartalnika dżentelmena”, oświadcza, że rozpatruje kandydatury swoich członków zwracając uwagę na to, czy charakteryzuje ich „godność”. A czym jest owa godność? Tutaj następuje długie i szczegółowe omówienie owej cechy. Nie wynika ono jednakże z pewności własnego osądu, to raczej okazja do „wymądrzania się” Stevensa, nawet przed sobą samym. Jego monolog to napuszona przemowa, która nie ma w sobie niemal nic z osobistej intymnej refleksji o własnym życiu i wydarzeniach w Darlington Hall. Zatem Stevens próbuje opisać godność anegdotami z życia jego ojca i od niego poznanymi. Ojciec Stevensa, który służył razem z nim w Darlington Hall, był również kamerdynerem i Stevens junior uważał go za idealnego i pełnego godności pracownika. Owa godność polegała głównie na całkowitej dyskrecji, usuwaniu się w cień, ukrywaniu jak najlepiej najgłębszych emocji i całkowitym podporządkowaniu się klasie arystokratycznej. Opis cech składających się na godność według Stevensa, to nie jest po prostu pochwała dyscypliny pracy i perfekcjonizmu w swoim zawodzie. To znakomite studium samoupokorzenia i pozbawienia swojego życia sensu i znaczenia. Choćby lordowskie moście podpaliły cały glob ziemski i wymordowały ludzkość, kamerdyner z kamienną twarzą powinien podać im punktualnie herbatę, dbając o wypolerowane srebra stołowe.
Stevens nie poddaje w wątpliwość żadnej opinii czy zalecenia lorda Darlingtona. Jego usłużność i anormalny brak własnego zdania, czyni z niego bezwolną kukłę, która potrafi jedynie służyć. Jednak ta służba nie ma żadnej konotacji z przyjaźnią czy jakąkolwiek poufałością. Oczywiście lord Darlington może polecić Stevensowi, by uświadomił jego krewniaka dzień przed ślubem, jakby nie dowierzając, że dwudziestokilkulatek wychowany w brytyjskich internatach i wyedukowany poza domem, mógłby znać coś więcej niż opowieści o pszczółkach zapylających kwiatki, ale to po prostu jedno z zadań – z którego zresztą, mimo starań, kamerdyner nie wywiązuje się należycie. Niemniej jednak Stevens oczywiście nie ma żadnego prawa głosu ani krytyki wobec swojego chlebodawcy. Jak się wydaje w toku wydarzeń, w otoczeniu lorda Darlingtona, oprócz syna jego przyjaciela, dziennikarza Cardinala, niemal nikt nie zwrócił uwagi na fakt, że konszachty Darlingtona z niemieckimi faszystami są nie tylko co najmniej naganne, ale również ściągną na niego poważne problemy z racji oskarżeń o kolaborację z wrogiem.
Stevens jest całkowicie skupiony na problemach związanych z prowadzeniem domu Darlingtonów. Podczas podróży do pani Benn podziwia wspaniałe pejzaże angielskie – tu bardzo zabawnie autor pokazuje jego prowincjonalne myślenie w stylu „oglądałem albumy National Geographic ze zdjęciami egzotycznych miejsc, i nie umywają się one do łąk angielskich” – i wspomina rozmaite scenki z przeszłości, gdy spędzał swój wolny czas na rozmowach z panną Kenton. Dla czytelnika wymowa owych kontaktów jest raczej oczywista – Stevens podobał się jej, chciała go jakoś sprowokować do nieformalnych relacji, jakiejkolwiek deklaracji posiadania emocji. Ponadto bardzo bała się samotności. Nie miała rodziny oprócz jednej starszej ciotki, i gdy ta zmarła, Kenton zaczęła myśleć o małżeństwie, by zabezpieczyć swój byt na starość. Jej niemal rozpaczliwy flirt z zainteresowanym nią mężczyzną – i późniejszym mężem – był prowokacją wobec Stevensa, która miałaby go zmusić do decyzji, czy zależy mu na niej. Jednak Stevens nic takiego nie zauważył. Wspomina sobie, ale nie interpretuje w ogóle tego jako czegoś zabarwionego głębszymi uczuciami, nawet po latach jest zdezorientowany: o co mogło wtedy jej chodzić…
Stevens podczas swojej podróży na spotkanie z panią Benn, podczas rozmów z przypadkowo spotkanymi mieszkańcami okolic, jawi się niczym gość z innej planety. Wydaje się zupełnie nie zdawać sprawy z przemian, jakie zaszły w społeczeństwie brytyjskim podczas drugiej wojny światowej i po niej.
Kiedy w końcu Stevens dociera do Little Compton, gdzie w herbaciarni hotelu „Różany Ogródek” spotyka się z panią Benn, spędzają czas – oprócz picia nieodzownej herbatki – na wspominaniu starych dziejów i wspólnej służby w Darlington Hall. Ich rozmowa to majstersztyk przemilczania najgłębszych emocji i pomijania osobistych tematów. Pod koniec spotkania, kiedy już wiadomo, że pani Benn nie wróci na służbę do Darlington Hall, Stevens postanawia zdobyć tytuł mistrza empatii wszechczasów i ze śmiechem oświadcza swej towarzyszce złotych lat Darlington Hall, że przypomniał sobie „pewne stwierdzenie z pani listu. Czytając je, byłem lekko zaniepokojony, ale teraz widzę, że zupełnie niepotrzebnie” (s. 195). Kiedy pani Benn dopytuje Stevensa, o jakież to słowa chodzi, Stevens cytuje: „Reszta mego życia jest teraz dla mnie jedną wielką pustką”. Czytelnik jest świadomy, że te słowa napisała kobieta, która wyszła za mąż jedynie po to, by uciec przed samotnością przewidywaną jako przeznaczenie starszych ludzi, której małżeństwo było nieudane (wielokrotnie przebywała z mężem w nieformalnej separacji), ale Stevens zdaje się nie łączyć tych informacji ze smutkiem sączącym się z jej listów do niego. Pani Benn w odpowiedzi na ten jakże czuły objaw zainteresowania i współczucia ze strony Stevensa, oświadcza, widocznie próbując ukryć zmieszanie z zaskoczeniem („a jednak on jest z drewna”), że to niemożliwe, aby napisała takie słowa. Jej życie na pewno nie jest puste, cieszy się z pojawienia się na świecie wnuka i czeka na następnego. W końcu pani Benn pyta wprost: „Jaka przyszłość oczekuje pana po powrocie do Darlington Hall?” (s. 195). Odpowiedź Stevensa idealnie wpisuje się w jego sylwetkę idealnego kamerdynera, urodzonego by służyć – „Cóż, pani Benn, cokolwiek to będzie, nie czeka mnie pustka. Gdyby tak było! Ale nie, tylko praca, praca i jeszcze raz praca”. Jednak w ostatnich chwilach rozstania, w pełnej napięcia scenie, Stevens dokładniej wypytuje panią Benn o przyczyny żalu tak silnie bijącego z jej listów. Jego słowa, pełne uprzejmości, graniczące z prawdziwą troską, jaką można odczuwać o bliską osobę, ośmielają panią Benn do wyznania, które wygłasza tuż przed przybyciem autobusu mającego ją zabrać do rodzinnego domu, do męża. Tuż przed rozstaniem, być może już na zawsze, Stevens dowiaduje się, że pani Benn darzyła go uczuciem i pragnęła się z nim związać. „Wydaje mi się, że nie odpowiedziałem od razu, gdyż dopiero po chwili udało mi się zrozumieć w pełni znaczenie słów panny Kenton. Ponadto, jak mogą Państwo zauważyć, wnioski z nich płynące mogły wywołać u mnie pewien smutek. Cóż tu zresztą kryć – w owej chwili krwawiło mi serce” (s. 198). I w tym momencie Stevens zaskakuje swoją reakcją. Ukrywa perfekcyjnie swoją reakcję na jej słowa i nie daj poznać po sobie jak go poruszyły. Z uśmiechem na ustach pochwala jej rozsądek i decyzję pozostania przy mężu i rodzinie. Odmalowuje jej sytuację bytową jako jedną z najlepszych, jakie można sobie wyobrazić w jej wieku i sytuacji. Pociesza ją i zachęca do optymizmu, prosząc, by zadbała o siebie i wykorzystała pozostały jej czas na emeryturze na spokojne i szczęśliwe życie z bliskimi.
Wstrząśnięty słowami pani Benn, Stevens rozmyśla przez wiele godzin nad swoim życiem. W rozmowie z przypadkowym turystą na nadmorskim molo, wyznaje obcemu człowiekowi: „Jego lordowska mość [chodzi oczywiście o lorda Darlingtona, którego Stevens znalazł po tym, jak ten popełnił samobójstwo – przyp. S.R.] był człowiekiem odważnym. Obrał w życiu jakąś drogę, okazało się, że niesłuszną, ale przynajmniej coś wybrał. A ja? Ja nie mogę powiedzieć o sobie nawet tego. Bo widzi pan, ja wierzyłem, wierzyłem w mądrość jego lordowskiej mości. Przez wszystkie te lata, kiedy mu służyłem, wierzyłem, że robię coś, co warto. A tymczasem nie mogę nawet powiedzieć, że popełniałem własne błędy. Doprawdy – nasuwa się pytanie – i jakaż w tym godność?” (s. 201-202).
Jednakże krótka chwila refleksji o swoim życiu się kończy i Stevens wraca do swoich typowych rozważań na temat służby dla nowego pana. „Może rzeczywiście najwyższy czas z większym entuzjazmem zająć się sprawą żartowania”. Ostatnie słowa Stevensa w książce brzmią niczym wyznanie złamanego człowieka, który zdał sobie w pełni sprawę, że jego idealna służba nie ma żadnego związku z godnością – „Mam nadzieję, że po powrocie mego chlebodawcy sprawię mu przyjemną niespodziankę” (s. 203).
Sławomira Raczyńska
Kazuo Ishiguro, Okruchy dnia, przeł. Jan Rybicki, Prószyński i S-ka, Warszawa 1997. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.
piątek, 6 stycznia 2012
Los całkowicie przegrany. Agata Tuszyńska, „Oskarżona: Wiera Gran”
Z okładki książki Tuszyńskiej patrzy na nas młoda Wiera Gran, uwieczniona na promocyjnym zdjęciu kobieta piękna w nieco staroświeckim stylu, ze starannym makijażem. „Polska (?) Edith Piaf”, śpiewaczka z warszawskiego getta, była mi dotąd postacią zupełnie nieznaną. Wątpliwość dotycząca przed chwila wskazanego przydomku bierze się z faktu, iż Wiera Gran była polską Żydówką, o pochodzeniu ukraińskim bądź rosyjskim. Modyfikowała swą datę urodzenia, więc przyjmijmy przedział 1915–1919; zmarła w 2007 r. Tuszyńska daje nam możliwość poznania jej niezwykłych losów, jednocześnie budząc publikacją biografii ogromne kontrowersje. Przyjrzyjmy się Oskarżonej.
Młodziutka Gran pragnęła kariery tancerki, choćby kabaretowej, ale przez spowodowaną wypadkiem samochodowym kontuzję musiała się przerzucić na śpiew (dysponowała altem). Stawała na scenach w lokalach rozrywkowych, klubokawiarniach, z akompaniamentem fortepianowym. Podczas wojny zmieniły się warunki wykonywania takiej pracy. Na początku hitlerowcy zakazali występów, potem wprawdzie dozwolili, ale tylko na występy niewybredne, burleskowe, komediowe, kabaretowe. Gran, ze swym sentymentalnym repertuarem (np. Jej pierwszy bal) mogła powrócić na estradę. Tymczasem jednak utworzono warszawskie getto. Przeniosła się do niego z matką i siostrami praktycznie bez obaw, tym bardziej, że była to postawa powszechna wśród warszawskich Żydów, a poza tym represje nasilały się stopniowo, np. wpierw getto było otwarte.
Pieśniarka znalazła nowe zatrudnienie w obrębie murów. Jednym z jej akompaniatorów był Władysław Szpilman. Książka Tuszyńskiej za punkt wyjścia wzięła pytanie, dlaczego muzyk w swoich wspomnieniach (i Roman Polański w ich ekranizacji) zupełnie Gran pominął: współpracowali przecież przez kilka lat.
Lokale rozrywkowe w getcie to sprawa moralnie kłopotliwa: ich bywalcami byli ci, którzy się na tragicznej sytuacji bogacili, czyli nie tylko właściciele zakładów pogrzebowych (gdyż na nich w pierwszej kolejności wskazuje Tuszyńska), ale tez żydowscy współpracownicy gestapowców. „Panujące w gettowym środowisku artystycznym stosunki wykluczały staranną selekcję towarzyską”, cytuje Tuszyńska (s. 118) Życie surowo wzbronione Antoniego Marianowicza.
Wiera – jaką ją widzimy w Oskarżonej – była skromna, nieoddana szumnemu życiu towarzyskiemu, nieuwodząca, nieskłonna do bratania się z klientami, dla których śpiewała. Przed wojną związała się z Kazimierzem Jezierskim, lekarzem o żydowskich korzeniach (pochodzącym z zasymilowanej rodziny, o – jak widzimy – polsko brzmiącym nazwisku). Nie jest jasne, czy wzięli wcześniej we Lwowie ślub cywilny, czy jednak nie, jednak zawsze uchodzili za małżeństwo. Kazimierz nie trafił do getta, i po zamknięciu jego bram usilnie się starał Wierę z niego wyciągnąć. Udało mu się to po ponad roku (rodzina Wiery zginęła). Do końca wojny małżonkowie mieszkali w podwarszawskiej wsi, gdzie on praktykował, ona zaś postarała się o zmianę wyglądu, i uchodziła za katoliczkę, „panią doktorową”, niesympatyczną i trochę nie przy zdrowych zmysłach – by trzymać innych na dystans.
Po wojnie Wiera starała się powrócić do śpiewania, ale się okazało, że padło na nią odium, rozpoczęła się na nią nagonka jako na gestapowską konfidentkę – i dziwkę. Proces w żydowskim sądzie obywatelskim (Centralnego Komitetu Żydów Polskich), poprzedzony aresztowaniem proces w sądzie karnym PRL… Nieudane emigracje – trochę Paryż, trochę Nowy Jork, Londyn… Próbowała szczęścia także w Izraelu. Przez pół wieku wszędzie doganiały ją plotki, pomówienia, szykany. Brak dowodów winy, ale sytuacja była patowa – oskarżenia padały na podatny grunt i wrastały w życiorys Gran. Kobieta nie może się po wojnie cieszyć, że ocalała.
Czy wspomniane kontrowersje, jakie wzbudziła publikacja biografii, dotyczą tylko spraw wokół domniemanej kolaboracji? Nie! Otóż Tuszyńska dotarła do paryskiego mieszkanka Gran kilka lat przed śmiercią bohaterki. Pokazała ją od bardzo dosłownej, fizjologicznej strony – to, co jest najgorsze w starości. I wygląd, i stroje, i zagracenie mieszkania, i dziwactwa, i manię prześladowczą skądinąd przez lata kompletnie zaszczutej kobiety. Dość do drastyczne, szczególnie jeśli spojrzymy na zdjęcia ilustrujące książkę. (Dodam, że wydanie jest pełne reprodukcji i zdjęć. Ukazują nam Wierę na przestrzeni całego życia, dokumenty z jej spraw, okładki płyt, afisze, jej własne notatki). Pod koniec książki Tuszyńska towarzyszy Gran w domu starców dla francuskiej Polonii. Rejestruje bezlitośnie chylenie się życia ku kresowi.
Wierze mimo wszystko nie brakowało autoironii, jednak portret, jaki wyłania się z biografii, uznany został za niesmaczny, epatujący tym, co powinno pozostawać ukryte. Przecież chodzi o niegdysiejszą piękność, elegantkę scen, która w swych ostatnich latach ma na toaletce sztuczne rzęsy, pudry i podkłady, oraz leki na starcze, raczej wstydliwe dolegliwości, która w swych ostatnich miesiącach musi nosić pieluchę, i to ponad pas.
Tuszyńska nie żałuje odautorskich komentarzy; niektóre nie świadczą o reporterce najlepiej. Na przykład bezustannie podkreślane jest, jak długo na dany zbytkowny przedmiot musieliby harować „zwyczajni” ludzie pracy, a jak łatwo kosztowne zakupy przychodziły eleganckiej diwie (por. s. 62, 117 i in.). Nie budzi to oburzenia rzekomym uprzywilejowaniem pieśniarki, a raczej – zniesmaczenie małostkowością biografistki. Showbusiness zawsze oznaczał pewne pieniądze i rozbuchany styl, to zrozumiałe nawet w odniesieniu do niegdysiejszych scen warszawskich i warszawskich ulic.
Wszelako inne komentarze budzą uznanie staraniem, by wyważyć racje Gran i jej oskarżycieli. Autorka do końca nie opowiada się po jednej ze stron, dla mnie jednak książka broni racji bohaterki, ubolewa nad jej krzywdą.
Co jednak ze Szpilmanem (1911-2000)? To ciekawy wątek. Gran utrzymuje, że w pewnym momencie widziała go w roli pomocnika gestapowców, uczestnika brutalnych łapanek, który jednak nawet działając przemocą chronił swe dłonie pianisty. Po wojnie, gdy dostał doskonalą posadę w Polskim Radiu, w pierwszym spotkaniu z Gran wpierw się bardzo zdziwił, że ona przeżyła, potem odmówił jej radiowego angażu ze względu na oskarżenia o kolaborację. Zdezorientowana Gran zdała się na rady innych znajomych, i sama zgłosiła się do sądu prosząc o proces (została uniewinniona). Później była przekonana, że wówczas Szpilman chciał uprzedzić możliwy wymierzony w niego i jego wojenne postępowanie cios ze strony Gran. W samych swoich zeznaniach Szpilman jej nie oczerniał, jednak również nie zaświadczył o jej niewinności. Jak wspomniałam, burza się rozpętała na długo, a ostatnim jej akordem był film Pianista (2002).
Szpilman opracował i wydał swe wspomnienia, Śmierć miasta (1946), dzięki współpracy i wsparciu Jerzego Waldorffa, w późniejszych jednak latach, np. gdy dzięki staraniom jego syna, Andrzeja, zaczęły się ukazywać przekłady, wszystko zostało przypisane Władysławowi Szpilmanowi. To ma wedle Wiery Gran dowodzić, że nie był dobrym człowiekiem, że miał wiele do ukrycia i bał się konfrontacji, itp. Współczesne polskie edycje są również wydawane jako Pianista Szpilmana: zmiana pierwotnego tytułu, przekreślenie współsprawstwa Waldorffa, kolegi z redakcji Polskiego Radia. Tu kolejna interesująca, choć drobna kwestia. Tuszyńska wpierw ukazuje dysproporcje w powojennej pozycji Szpilmana i Gran: „teraz on rządził, a przynajmniej miał wpływ” (s. 265), sugerując szeroką sferę możliwości kształtowania przez Szpilmana powojennej rzeczywistości, gdy getto było już historią. Kilka stron później czytamy: „Po wojnie to Szpilman miał nieograniczoną władzę w radiu” (s. 269). A, w radiu. W redakcji muzycznej (w mniejszym, niż inne stopniu podatnej na upolitycznienie i naciski propagandy państwa stalinowskiego). Mimo wszystko jednak on mógł się cieszyć ze swego ocalenia.
I w książce, i w filmie Pianista Gran jest przemilczana, nieobecna: „Wyeliminował Wierę ze swojej książki. (…) Wykreślił ze swojego losu, jakby ich drogi nigdy się nie zetknęły” (s. 264). Tu zgrzyt. Tuszyńska kazała mi spytać się: no to co z tym Szpilmanem? Czytałam książkę, podziwiałam film. W co uwierzyć? Znielubić Szpilmana? Jestem daleka od patrzenia w kategoriach czerni i bieli, ponadto świat najtrudniejszych wymagający wyborów nie może być wspominany bez relatywizacji do jego nieludzkich warunków, ale dwie kompletnie sprzeczne relacje z tych samych czasów i – co więcej – podane w tych samych czasach nie mogą być jednocześnie prawdziwe. „Tam, gdzie pamięć spotka się z narodową tożsamością, leży grób, a w nim śmierć”, w nieco innym kontekście napisała Idith Zertal (s. 23).
Gran przyznaje, od początku, że raz zaśpiewała na domowej uroczystości pewnego wyjątkowo paskudnego kolaboranta (por. s. 116-117), ale nie donosiła ani się nie oddawała gestapowcom. Do występu została zmuszona i bała się o konsekwencje, gdyby np. uciekła („Jeśli ci głowa miła, nie odmawiaj” – doradził jej wtedy kolega; s. 117). Nie będę dodawać kolejnych szczegółów okoliczności tego zdarzenia, bo chciałam na tym przykładzie wskazać jedynie, że Gran była świadoma potencjalnego źródła rodzącego się oskarżenia. Jednak największą wagę przywiązywała do ludzkiej zawiści czy złośliwości, chęci szkodzenia w odruchu odrzucającym powszechną uwagę od win oskarżającego. Nie było to myślenie bezzasadne, o czym przekonuje nas lektura Narodu i śmierci Idith Zertal. Do Izraela Gran udała się w 1950 roku, kiedy pod presją grup tych, którzy przeżyli Zagładę i „domagali się sprawiedliwości i działań wobec „kolaborantów” (s. 109), wydano tam Ustawę o sądzeniu nazistów i ich pomocników. Jak przyznaje Zertal,
Państwo stawało jednak często po stronie oskarżyciela, nie zaś podejrzanego.
Zauważmy, że narracja Tuszyńskiej snuta jest w sposób presuponujący znajomość po pierwsze, realiów życia w getcie, po wtóre, problematyki powojennego antysemityzmu w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (tu nacisk położony jest na aktywne organizowanie się Żydów, którzy przetrwali wojnę, okupację i Zagładę). Poszczególne postaci i nawiązania do pewnych zdarzeń pojawiają się na kartach Oskarżonej kilkukrotnie. Autorka czuje się w obowiązku powtarzać wyjaśnienia ich dotyczące, jakby obawiając się, że odbiorca okaże się nie dość uważny, by wszystkich i wszystko spamiętać. Nadaje to jej pracy ton redundancji – nie jest to bowiem książka możliwa do przyjęcia bez skupienia, w beztrosce myśli. To zbyt bolesna lektura.
Wydawałoby się, że to biografia dla zainteresowanych np. estradą przedwojenną czy ściśle, osobą Gran. Spośród różnych aspektów książki Tuszyńskiej, którymi mogłabym ją „otagować” najciekawszy dla mnie był temat losów Żydów w czasie wojny. Jednak nawet gdy ktoś nie jest zainteresowany ani diwami z dawnych lat, ani historią Żydów, ani biografizmem „kobiecym”, praca Tuszyńskiej musi wciągnąć, być może potem oburzyć, być może wzbudzić uznanie, ale to koniecznie trzeba przeczytać! Długi cień wojny, rzucany na egzystencję ocalonych, nie powinien rozproszyć się w niepamięci.
Paulina Szkudlarek
Agata Tuszyńska, Oskarżona: Wiera Gran, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010. Odwołania, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania. Tytuł recenzji zaczerpnęłam ze słów Tuszyńskiej – wywiad dostępny tu.
Odniesienia do Idith Zertal za: tejże, Naród i śmierć. Zagłada w dyskursie i polityce Izraela, przeł. z ang. i fr. Jan Maria Kłoczowski, Universitas, Kraków 2010.
Młodziutka Gran pragnęła kariery tancerki, choćby kabaretowej, ale przez spowodowaną wypadkiem samochodowym kontuzję musiała się przerzucić na śpiew (dysponowała altem). Stawała na scenach w lokalach rozrywkowych, klubokawiarniach, z akompaniamentem fortepianowym. Podczas wojny zmieniły się warunki wykonywania takiej pracy. Na początku hitlerowcy zakazali występów, potem wprawdzie dozwolili, ale tylko na występy niewybredne, burleskowe, komediowe, kabaretowe. Gran, ze swym sentymentalnym repertuarem (np. Jej pierwszy bal) mogła powrócić na estradę. Tymczasem jednak utworzono warszawskie getto. Przeniosła się do niego z matką i siostrami praktycznie bez obaw, tym bardziej, że była to postawa powszechna wśród warszawskich Żydów, a poza tym represje nasilały się stopniowo, np. wpierw getto było otwarte.
Pieśniarka znalazła nowe zatrudnienie w obrębie murów. Jednym z jej akompaniatorów był Władysław Szpilman. Książka Tuszyńskiej za punkt wyjścia wzięła pytanie, dlaczego muzyk w swoich wspomnieniach (i Roman Polański w ich ekranizacji) zupełnie Gran pominął: współpracowali przecież przez kilka lat.
Lokale rozrywkowe w getcie to sprawa moralnie kłopotliwa: ich bywalcami byli ci, którzy się na tragicznej sytuacji bogacili, czyli nie tylko właściciele zakładów pogrzebowych (gdyż na nich w pierwszej kolejności wskazuje Tuszyńska), ale tez żydowscy współpracownicy gestapowców. „Panujące w gettowym środowisku artystycznym stosunki wykluczały staranną selekcję towarzyską”, cytuje Tuszyńska (s. 118) Życie surowo wzbronione Antoniego Marianowicza.
Wiera – jaką ją widzimy w Oskarżonej – była skromna, nieoddana szumnemu życiu towarzyskiemu, nieuwodząca, nieskłonna do bratania się z klientami, dla których śpiewała. Przed wojną związała się z Kazimierzem Jezierskim, lekarzem o żydowskich korzeniach (pochodzącym z zasymilowanej rodziny, o – jak widzimy – polsko brzmiącym nazwisku). Nie jest jasne, czy wzięli wcześniej we Lwowie ślub cywilny, czy jednak nie, jednak zawsze uchodzili za małżeństwo. Kazimierz nie trafił do getta, i po zamknięciu jego bram usilnie się starał Wierę z niego wyciągnąć. Udało mu się to po ponad roku (rodzina Wiery zginęła). Do końca wojny małżonkowie mieszkali w podwarszawskiej wsi, gdzie on praktykował, ona zaś postarała się o zmianę wyglądu, i uchodziła za katoliczkę, „panią doktorową”, niesympatyczną i trochę nie przy zdrowych zmysłach – by trzymać innych na dystans.
Po wojnie Wiera starała się powrócić do śpiewania, ale się okazało, że padło na nią odium, rozpoczęła się na nią nagonka jako na gestapowską konfidentkę – i dziwkę. Proces w żydowskim sądzie obywatelskim (Centralnego Komitetu Żydów Polskich), poprzedzony aresztowaniem proces w sądzie karnym PRL… Nieudane emigracje – trochę Paryż, trochę Nowy Jork, Londyn… Próbowała szczęścia także w Izraelu. Przez pół wieku wszędzie doganiały ją plotki, pomówienia, szykany. Brak dowodów winy, ale sytuacja była patowa – oskarżenia padały na podatny grunt i wrastały w życiorys Gran. Kobieta nie może się po wojnie cieszyć, że ocalała.
Czy wspomniane kontrowersje, jakie wzbudziła publikacja biografii, dotyczą tylko spraw wokół domniemanej kolaboracji? Nie! Otóż Tuszyńska dotarła do paryskiego mieszkanka Gran kilka lat przed śmiercią bohaterki. Pokazała ją od bardzo dosłownej, fizjologicznej strony – to, co jest najgorsze w starości. I wygląd, i stroje, i zagracenie mieszkania, i dziwactwa, i manię prześladowczą skądinąd przez lata kompletnie zaszczutej kobiety. Dość do drastyczne, szczególnie jeśli spojrzymy na zdjęcia ilustrujące książkę. (Dodam, że wydanie jest pełne reprodukcji i zdjęć. Ukazują nam Wierę na przestrzeni całego życia, dokumenty z jej spraw, okładki płyt, afisze, jej własne notatki). Pod koniec książki Tuszyńska towarzyszy Gran w domu starców dla francuskiej Polonii. Rejestruje bezlitośnie chylenie się życia ku kresowi.
Wierze mimo wszystko nie brakowało autoironii, jednak portret, jaki wyłania się z biografii, uznany został za niesmaczny, epatujący tym, co powinno pozostawać ukryte. Przecież chodzi o niegdysiejszą piękność, elegantkę scen, która w swych ostatnich latach ma na toaletce sztuczne rzęsy, pudry i podkłady, oraz leki na starcze, raczej wstydliwe dolegliwości, która w swych ostatnich miesiącach musi nosić pieluchę, i to ponad pas.
Tuszyńska nie żałuje odautorskich komentarzy; niektóre nie świadczą o reporterce najlepiej. Na przykład bezustannie podkreślane jest, jak długo na dany zbytkowny przedmiot musieliby harować „zwyczajni” ludzie pracy, a jak łatwo kosztowne zakupy przychodziły eleganckiej diwie (por. s. 62, 117 i in.). Nie budzi to oburzenia rzekomym uprzywilejowaniem pieśniarki, a raczej – zniesmaczenie małostkowością biografistki. Showbusiness zawsze oznaczał pewne pieniądze i rozbuchany styl, to zrozumiałe nawet w odniesieniu do niegdysiejszych scen warszawskich i warszawskich ulic.
Wszelako inne komentarze budzą uznanie staraniem, by wyważyć racje Gran i jej oskarżycieli. Autorka do końca nie opowiada się po jednej ze stron, dla mnie jednak książka broni racji bohaterki, ubolewa nad jej krzywdą.
Co jednak ze Szpilmanem (1911-2000)? To ciekawy wątek. Gran utrzymuje, że w pewnym momencie widziała go w roli pomocnika gestapowców, uczestnika brutalnych łapanek, który jednak nawet działając przemocą chronił swe dłonie pianisty. Po wojnie, gdy dostał doskonalą posadę w Polskim Radiu, w pierwszym spotkaniu z Gran wpierw się bardzo zdziwił, że ona przeżyła, potem odmówił jej radiowego angażu ze względu na oskarżenia o kolaborację. Zdezorientowana Gran zdała się na rady innych znajomych, i sama zgłosiła się do sądu prosząc o proces (została uniewinniona). Później była przekonana, że wówczas Szpilman chciał uprzedzić możliwy wymierzony w niego i jego wojenne postępowanie cios ze strony Gran. W samych swoich zeznaniach Szpilman jej nie oczerniał, jednak również nie zaświadczył o jej niewinności. Jak wspomniałam, burza się rozpętała na długo, a ostatnim jej akordem był film Pianista (2002).
Szpilman opracował i wydał swe wspomnienia, Śmierć miasta (1946), dzięki współpracy i wsparciu Jerzego Waldorffa, w późniejszych jednak latach, np. gdy dzięki staraniom jego syna, Andrzeja, zaczęły się ukazywać przekłady, wszystko zostało przypisane Władysławowi Szpilmanowi. To ma wedle Wiery Gran dowodzić, że nie był dobrym człowiekiem, że miał wiele do ukrycia i bał się konfrontacji, itp. Współczesne polskie edycje są również wydawane jako Pianista Szpilmana: zmiana pierwotnego tytułu, przekreślenie współsprawstwa Waldorffa, kolegi z redakcji Polskiego Radia. Tu kolejna interesująca, choć drobna kwestia. Tuszyńska wpierw ukazuje dysproporcje w powojennej pozycji Szpilmana i Gran: „teraz on rządził, a przynajmniej miał wpływ” (s. 265), sugerując szeroką sferę możliwości kształtowania przez Szpilmana powojennej rzeczywistości, gdy getto było już historią. Kilka stron później czytamy: „Po wojnie to Szpilman miał nieograniczoną władzę w radiu” (s. 269). A, w radiu. W redakcji muzycznej (w mniejszym, niż inne stopniu podatnej na upolitycznienie i naciski propagandy państwa stalinowskiego). Mimo wszystko jednak on mógł się cieszyć ze swego ocalenia.
I w książce, i w filmie Pianista Gran jest przemilczana, nieobecna: „Wyeliminował Wierę ze swojej książki. (…) Wykreślił ze swojego losu, jakby ich drogi nigdy się nie zetknęły” (s. 264). Tu zgrzyt. Tuszyńska kazała mi spytać się: no to co z tym Szpilmanem? Czytałam książkę, podziwiałam film. W co uwierzyć? Znielubić Szpilmana? Jestem daleka od patrzenia w kategoriach czerni i bieli, ponadto świat najtrudniejszych wymagający wyborów nie może być wspominany bez relatywizacji do jego nieludzkich warunków, ale dwie kompletnie sprzeczne relacje z tych samych czasów i – co więcej – podane w tych samych czasach nie mogą być jednocześnie prawdziwe. „Tam, gdzie pamięć spotka się z narodową tożsamością, leży grób, a w nim śmierć”, w nieco innym kontekście napisała Idith Zertal (s. 23).
Gran przyznaje, od początku, że raz zaśpiewała na domowej uroczystości pewnego wyjątkowo paskudnego kolaboranta (por. s. 116-117), ale nie donosiła ani się nie oddawała gestapowcom. Do występu została zmuszona i bała się o konsekwencje, gdyby np. uciekła („Jeśli ci głowa miła, nie odmawiaj” – doradził jej wtedy kolega; s. 117). Nie będę dodawać kolejnych szczegółów okoliczności tego zdarzenia, bo chciałam na tym przykładzie wskazać jedynie, że Gran była świadoma potencjalnego źródła rodzącego się oskarżenia. Jednak największą wagę przywiązywała do ludzkiej zawiści czy złośliwości, chęci szkodzenia w odruchu odrzucającym powszechną uwagę od win oskarżającego. Nie było to myślenie bezzasadne, o czym przekonuje nas lektura Narodu i śmierci Idith Zertal. Do Izraela Gran udała się w 1950 roku, kiedy pod presją grup tych, którzy przeżyli Zagładę i „domagali się sprawiedliwości i działań wobec „kolaborantów” (s. 109), wydano tam Ustawę o sądzeniu nazistów i ich pomocników. Jak przyznaje Zertal,
z deklarowanych intencji i ducha ustawy wynikało, że ocaleni z Zagłady będą mogli sami rozwiać podejrzenia i „oczyścić” w ten sposób atmosferę, jaka panowała w ich środowisku (s. 144).
Państwo stawało jednak często po stronie oskarżyciela, nie zaś podejrzanego.
Zauważmy, że narracja Tuszyńskiej snuta jest w sposób presuponujący znajomość po pierwsze, realiów życia w getcie, po wtóre, problematyki powojennego antysemityzmu w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (tu nacisk położony jest na aktywne organizowanie się Żydów, którzy przetrwali wojnę, okupację i Zagładę). Poszczególne postaci i nawiązania do pewnych zdarzeń pojawiają się na kartach Oskarżonej kilkukrotnie. Autorka czuje się w obowiązku powtarzać wyjaśnienia ich dotyczące, jakby obawiając się, że odbiorca okaże się nie dość uważny, by wszystkich i wszystko spamiętać. Nadaje to jej pracy ton redundancji – nie jest to bowiem książka możliwa do przyjęcia bez skupienia, w beztrosce myśli. To zbyt bolesna lektura.
Wydawałoby się, że to biografia dla zainteresowanych np. estradą przedwojenną czy ściśle, osobą Gran. Spośród różnych aspektów książki Tuszyńskiej, którymi mogłabym ją „otagować” najciekawszy dla mnie był temat losów Żydów w czasie wojny. Jednak nawet gdy ktoś nie jest zainteresowany ani diwami z dawnych lat, ani historią Żydów, ani biografizmem „kobiecym”, praca Tuszyńskiej musi wciągnąć, być może potem oburzyć, być może wzbudzić uznanie, ale to koniecznie trzeba przeczytać! Długi cień wojny, rzucany na egzystencję ocalonych, nie powinien rozproszyć się w niepamięci.
Paulina Szkudlarek
Agata Tuszyńska, Oskarżona: Wiera Gran, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010. Odwołania, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania. Tytuł recenzji zaczerpnęłam ze słów Tuszyńskiej – wywiad dostępny tu.
Odniesienia do Idith Zertal za: tejże, Naród i śmierć. Zagłada w dyskursie i polityce Izraela, przeł. z ang. i fr. Jan Maria Kłoczowski, Universitas, Kraków 2010.
środa, 28 grudnia 2011
Z prochu powstałeś, w kurz się obrócisz. P.D. James, „Śmierć każdego dnia”
Podczas pisania tej recenzji przeczytałam i obejrzałam parę wywiadów z Phyllis Dorothy James, jedną z najbardziej znanych i cenionych autorek brytyjskich kryminałów. Leciwa, blisko dziewięćdziesięcioletnia dama, ubrana w jasne kostiumiki a la królowa Elżbieta, wywiera sympatyczne wrażenie zapewne na zasadzie wizualnego stereotypu. Uprzejma, odpowiada krótko i wydawałoby się, precyzyjnie na pytania, ale jak podkreślają liczni dziennikarze, zawsze chroni swoją prywatność i niewiele mówi o swoim życiu rodzinnym, zwłaszcza o tragedii z przeszłości, jaką niewątpliwie było życie z mężem, który po powrocie z wojska po drugiej wojnie światowej popadł w ciężką depresję i popełnił samobójstwo, najprawdopodobniej w wyniku choroby. Jej stonowane wypowiedzi wskazują na konserwatywny światopogląd, co w połączeniu z jej pasją tworzenia powieści pełnych fizycznej i psychicznej przemocy, staje się niewysychającym źródłem natchnienia dla dziennikarskich pytań o jej spojrzenie na świat i ludzkie sprawy. P.D. James wydaje się delikatna, zdystansowana, niemal z troskliwą uwagą pochylającą się nad dziennikarskimi dywagacjami. Jednocześnie zachowuje czujność uważnej obserwatorki, o swoich poglądach mówi krótko i prosto. Tak, wierzy w Boga, Bóg jest miłością, a zdolność do miłości to najważniejsza zdolność człowieka. Poprawność polityczna to współczesny faszyzm. Kiedy dziennikarz „Guardiana” podśmiewa się, że arystokratka zajmuje się morderstwami i jednocześnie piastuje tytuł baronessy, James odpowiada, że to sprawa jej wyobraźni i nie widzi powodu, dla którego nie miałaby z niej korzystać, skoro jest pisarką. W innej wypowiedzi zastanawia się nad zmianą prawdopodobnego dla czytelnika powodu zbrodni – dawniej ujawnienie sekretu na temat czyjegoś życia seksualnego mogło być uznane za prawdopodobną przyczynę popychającą do zbrodni kogoś, kto ową tajemnicę chciał utrzymać (być może miała na myśli jeszcze lata siedemdziesiąte, kiedy wydano omawianą tutaj powieść Śmierć każdego dnia, w której przyczyną zdeterminowany zbrodniarz pragnie ukryć swój romans). Dzisiaj, jak zauważa P.D. James, informacje o życiu seksualnym sprzedaje się do gazet i nie ma już niczego co mogłoby zszokować czy zadziwić masowego odbiorcę. Na szczęście dla szacownej Baronessy Holland Park, uhonorowanej za swoją twórczość literacką tytułem arystokratycznym od angielskiej królowej, zbrodnia nadal jest opłacalna.
Zanim cokolwiek autorstwa P.D. James przeczytałam, trafiłam na sporo opinii o jej kryminałach typu - wspaniała, klasyczna, przenikliwa, głęboka, psychologiczna obserwacja, mistrzowsko napisane, i tak dalej, ad nauseam… Kiedy więc zabrałam się do pierwszej powieści James, którą miałam poznać, surowo upomniałam sama siebie, by odpowiednio godnie się zachować i cześć oddać tak wielce czcigodnej autorce. Ową książką był Całun dla pielęgniarki, czwarta z kolei powieść P.D. James o sprawach prowadzonych przez pupila jej wyobraźni pisarskiej, czyli nadinspektora Scotland Yardu, Adama Dalgliesha, opisywanego jako policjanta dżentelmena.
Nie od razu się zorientowałam, że akcja Całunu dla pielęgniarki toczy się w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku; najpierw byłam przekonana, że mam do czynienia z kryminałem w nieco historycznej dekoracji i wszystko dzieje się w wieku osiemnastym, dziewiętnastym. Nie była to tylko kwestia opisu warunków życia bohaterów – m. in. dwóch starszych pielęgniarek, które wydawały się mieszkać w muzeum wiktoriańskiego stylu, gdzie angielski sposób życia przechodził ze stereotypowego we wręcz groteskowy. Wrażenie, że czytam powieść sprzed dwóch wieków, miałam również podczas lektury kolejnych kryminałów P.D. James – Czarnej wieży i Intryg i żądz. Dlaczego?
Choć powieści James są skonstruowane bez zarzutu, z widocznie przemyślaną intrygą (w przeciwieństwie do np. metody Agathy Christie, która niemal do końca pisania kolejnego kryminału sama nie była pewna kto zabił, P.D. James od początku obsadza konkretną postać jako winną zbrodni), chociaż dialogi są dobrze napisane i pełne dosadnych wyrażeń, jakby to ujęła staromodna dama - nie można ustrzec się przed wrażeniem, że oglądam teatrzyk cieni, drewniane marionetki.
P.D. James nie potrafi wykreować chyba ani jednego bohatera, który mógłby zaintrygować czytelnika, o wzbudzeniu sympatii czy jakiegokolwiek mocniejszego uczucia nie wspominając („chciałbym czytać jak konsjerżka” napisał kiedyś Cioran mając na myśli przyjemność naiwnej lektury). Niestety, nawet jej superheros brytyjskiej policji, nadinspektor Scotland Yardu Adam Dalgliesh, choć stworzony według wzorowego przepisu na melodramat – wysoki, przystojny dżentelmen, którego żona umarła razem z ich nowonarodzonym dzieckiem, piszący w wolnych chwilach niepokojące, mroczne i nagradzane przez krytyków wiersze – obdarzony urokiem i charyzmą drewnianej deski. Biografia Dalgliesha, jego powodzenie podczas prowadzenia śledztwa czy takt, jakim się wykazuje podczas przesłuchiwania podejrzanych i świadków – skontrastowany z gruboskórnymi współpracownikami – obchodzą czytelnika tyle, ile fusy po herbacie sprzed dwóch wieków. Nie lepiej jest z bohaterką dwóch innych kryminałów P.D. James (być może miała powstać dłuższa seria), prywatną panią detektyw Cordelią Gray. Cordelia jest jedną z najbardziej irytujących bohaterek, na jakie kiedykolwiek trafiłam. Została wykreowana tak, jakby P.D. James chciała udowodnić „Acha, popatrzcie, kobiety nie nadają się na detektywów! Mówiłam!”.
Opinia o P.D. James jako znawczyni natury człowieka, która nie waha się zajrzeć w najmroczniejsze zakątki ludzkiej duszy być może bierze się z faktu, że autorka opisuje wszelkie romanse swych bohaterów. Moralność w wydaniu P.D. James można złośliwie streścić hasłem za każdym razem, gdy uprawiasz seks, NA PEWNO ginie kotek.
Choć autorka opisuje całkiem intrygująco ofiary, podejrzanych i świadków w każdej sprawie, nigdy nie budzą oni sympatii, co najwyżej współczucie wymieszane ze wstrętem – ze strony autorki, które oczywiście przenosi na swojego głównego bohatera, nadinspektora Dalgliesha. Jeden z dziennikarzy zapytał nawet P.D. James, czy jej sympatia stoi czasem po stronie morderców, ponieważ często w jej kryminałach zamordowani ludzie okazują się naprawdę nieprzyjemnymi, uciążliwymi ludźmi, za którymi mało kto zatęskni. Autorka oczywiście zaprzeczyła, akcentując fakt, że niezależnie od osobistych przywar, to zabity człowiek traci najwięcej i to, co mu zostało zabrane, jest stratą nie do odzyskania.
P.D. James przepracowała wiele lat jako urzędniczka (w urzędzie skarbowym i w szpitalu), stąd jej opisy zaplecza administracyjnego opisywanych miejsc – laboratorium czy państwowej szkoły pielęgniarskiej wydają się być wiarygodnie. Często poświęca sporo miejsca postaciom, które wydają się mieć jej cechy z przeszłości, jak Brenda Pridmore – młodym kobietom zatrudnionym na podrzędnych stanowiskach, które aby podjąć dalszą naukę, muszą przede wszystkim pokonać niechęć nastawionej tradycjonalistycznie najbliższej rodziny, która uważa, że kobiecie wykształcenie nie jest potrzebne. Jak sama powiedziała w wywiadzie dla „Guardiana”,zaczęła pisać w latach pięćdziesiątych. Zawsze marzyła o tym by być pisarką, ale zwlekała z tym, nigdy nie czując się wystarczająco dobra. Szokująco skromne słowa jak na osobę, która swoje powieści konstruuje właściwie bez zarzutów formalnych – moim zdaniem.
W Śmierci każdego dnia, wydanej w 1977 roku, oprócz intrygującej zagadki kryminalnej, czytelnik poznaje – jak się wydaje – realistycznie opisane początki współpracy angielskiej policji i laboratoriów naukowych, bez których współczesna kryminalistyka nie potrafi i nie może się już obejść. Frapujący jest opis śledztwa, w dekadzie, w której urodzili się aktualni trzydziestolatkowie, więc niby w naszych czasach, ale tuż przed zastosowaniem badań DNA – zatem niemal w prehistorii, w którym mimo sporej ilości materiałów dowodowych, w tym śladów krwi, nie ma możliwości stuprocentowego przypisania ich konkretnej osobie. Śmierć każdego dnia opowiada o brutalnym morderstwie popełnionym na pracowniku laboratorium naukowego, pracującego dla policji i pomagającego podczas rozwiązywania śledztw w sprawach najpoważniejszych przestępstw, jak morderstwa czy podpalenia. Frapujące są dialogi bohaterów pracujących w powieściowym laboratorium, o tym jak ciężko czasem było przekonać policję o przydatności usług placówki badawczej w rozwiązywaniu spraw kryminalnych. Jak ważne było, by badacz, który ustalił pochodzenie i przynależność próbek materiałów dowodowych zdobytych w śledztwie, potrafił wypaść przekonująco przed sądem i ławą przysięgłych – i co najważniejsze, by był w stanie wytłumaczyć przystępnie najczęściej niewykształconym ławnikom, na czym polegały jego badania i co mówią jego ustalenia.
Powieściowe laboratorium, nazwane od nazwiska założyciela, pułkownika Hoggatha, powstało w 1860 r., gdy jedynie nieliczni dostrzegali w nauce potencjał przydatny w kryminalistyce. Anegdotyczne wspominki o poprzednim szefie laboratorium, doktorze McIntyre, rysują zabawny obraz rubasznego żartownisia, który bardziej niż o procedury naukowe dbał o własny prestiż i wygody materialne. Obecny dyrektor Laboratorium Hoggatha, Howarth, wyłoniony podczas konkursu, choć z wykształcenia jest fizykiem teoretycznym, jest opisywany jako osoba mająca talenty menedżerskie, potrzebne do zarządzania niełatwym zespołem. Podczas śledztwa nie wychodzi na jaw jego niemal kazirodcza więź z piękną siostrą Domenicą, femme fatale całej powieści. Dalgliesh podczas śledztwa dowiaduje się, że ofiara morderstwa, doktor Lorrimer, był świetnym naukowcem, ale fatalnym współpracownikiem i apodyktycznym szefem dla swoich podwładnych. Doktor Lorrimer był pedantycznym, surowym starym kawalerem żyjącym z sędziwym i schorowanym ojcem. Nie miał przyjaciół, a chyba jedyną osobą wyrażającą się o nim ciepło po jego śmierci, była niedawno przyjęta do pracy recepcjonistka, młoda dziewczyna Brenda Pridmore, której naukowe ciągoty doktor Lorrimer bardzo wspierał – i nawet zapisał jej w testamencie pokaźną sumę na książki i edukację.
Strona po stronie, poznajemy historie mieszkańców małego miasteczka Chevisham, pracowników laboratorium Hoggatha i ich rodziny, wśród których jest sporo nieszczęśliwych istot na skraju załamania nerwowego. Na jaw wychodzą wszelkie tajemnice doktora Lorrimera, jego fatalna – bo jakże mogłoby być inaczej według P.D. James – namiętność do siostry nowego przełożonego, jego odtrącona miłość, która stała się obsesją… Scena, w której dowiadujemy się, że Domenica została przyłapana z kolejnym kochankiem przez Lorrimera w zabytkowej kaplicy, gdzie oddawała się lubieżnym zachciankom wśród płonących świec w opuszczonym przybytku boskim, jest majstersztykiem zgorszenia autorki – doprawdy, zło nie mogło przybrać potworniejszej maski!
Anachronizm (i mam tu na myśli nie tyle stan faktyczny/realia, ale to, jak współczesny odbiorca dzięki najnowszym powieściom i serialom kryminalnym może sobie wyobrażać przebieg śledztwa) procesu śledztwa nie wyznacza oczywiście jedynie fakt dopiero powstającej stałej współpracy policji kryminalnej z laboratoriami naukowymi czy stosowane metody badań. Czytelnik może się dowiedzieć w trakcie powieści, iż złamano wszelkie procedury śledcze, które może poznawać podczas oglądania licznych seriali kryminalnych – w przypadku serii CSI można mówić wręcz o kryminalnej science fiction. Oto laboratorium badawcze z powieści P.D. James nie jest całe objęte zabezpieczeniami antywłamaniowymi – o monitoringu oczywiście nie wspominając, a w tym samym ośrodku, w którym doszło do morderstwa, bada się nadal materiały dowodowe pochodzące z innych spraw o morderstwa. Osoby będące w kręgu podejrzeń, czyli naukowcy zatrudnieni w laboratorium – od początku bowiem wiadomo, że najprawdopodobniej zbrodnię popełnił ktoś ze współpracowników niesympatycznego i wręcz okrutnego doktora Lorrimera – nadal pracują na swoich stanowiskach, nikt im nie przeszkadza w wykonywaniu ich obowiązków, nie pojawia się cień podejrzenia, że sam fakt morderstwa w tym miejscu i prowadzonego śledztwa w tej sprawie kompromituje i dyskwalifikuje owo centrum badawcze jako pomocnika policji.
W wydawanych w Polsce powieściach uznanych brytyjskich autorek kryminałów – np. Agathy Christie, Caroline Graham – pojawiają się bohaterowie homoseksualni (w przeciwieństwie do polskich współczesnych powieści tego gatunku, wśród których autorzy najczęściej wolą się „nie wychylać”, i tworzą bohaterów będących zadziwiającą, ale „działającą” mieszanką mentalności postaci z serialu Klan i ciężkich, często maczoidalnych dowcipów portalu Joemonster). U Agathy Christie to „queers” przetłumaczeni na polski jako „dziwacy” (w starszych wydaniach; poza tym w czasach Christie był to synonim homoseksualisty), odmalowani jako komiczne, przegięte, ale sympatyczne zjawiska – wszak prawdziwi Brytyjczycy nie zwykli dziwić się zbyt wielu rzeczom. Caroline Graham portretuje rozmaite związki męsko–męskie, wśród których dramat goni dramat zakończony czasem ofiarami śmiertelnymi. Lepiej miewają się kobiety, których „pogłębiające się przyjaźnie” Graham ukazuje w znacznie cieplejszym świetle, sugerując, że jej bohaterki w nowych rodzących się związkach odnajdą nareszcie zrozumienie i wsparcie po traumatycznych przeżyciach. W Śmierci każdego dnia Adam Dalgliesh poznaje i przesłuchuje parę dwóch kobiet (w powieści nie pojawia się słowo „lesbijka”) i czuje do nich „instynktowną niechęć”. Prawdziwy dżentelmen z pana nadinspektora. Choć owa niechęć nie jest umotywowana, została zaznaczona przez autorkę, jako być może jej własny komentarz emocjonalny. Co prawda Dalgliesh nie czuje podobnej niechęci, gdy wychodzi na jaw, iż inspektor śledczy Doyle z Chevisham handlował na boku rekwirowanymi narkotykami i gdy okazało się, że był w czasie zbrodni na Lorrimerze blisko laboratorium, ponieważ udał się tam samochodem z poznaną kwadrans wcześniej kobietą na seks, no, ale przecież autorka wie, „jacy są mężczyźni”. P.D. James nie szczędzi wzruszających opisów niedoli, jakie zaznały obie wyżej opisywane kobiety i skromnych warunków, w jakich żyją. Adam Dalgliesh dowiaduje się też, że były szczęśliwe i się kochały, ale cóż, ten moralny występek P.D. James ukróciła okrutnym morderstwem na jednej z nich, według starych dobrych przepisów na literaturę umoralniającą.
Są okoliczności, w których lektura staroświecka w wymowie i zdezaktualizowana w treści (oczywiście w sensie anachronizmu, nie zaś dystansu czasowego, jaki minął od powstania danej książki) cieszy swoim urokiem. Nie jest to jednak przypadek P.D. James. Parafrazując światopoglądowe wypowiedzi autorki, jej książki z kurzu powstały i w kurz się obrócą.
Sławomira Raczyńska
P.D. James, Śmierć każdego dnia, przeł. Joanna Ociepka, Książnica, Katowice 1996.
Wywiad z P.D. James tu.
Zanim cokolwiek autorstwa P.D. James przeczytałam, trafiłam na sporo opinii o jej kryminałach typu - wspaniała, klasyczna, przenikliwa, głęboka, psychologiczna obserwacja, mistrzowsko napisane, i tak dalej, ad nauseam… Kiedy więc zabrałam się do pierwszej powieści James, którą miałam poznać, surowo upomniałam sama siebie, by odpowiednio godnie się zachować i cześć oddać tak wielce czcigodnej autorce. Ową książką był Całun dla pielęgniarki, czwarta z kolei powieść P.D. James o sprawach prowadzonych przez pupila jej wyobraźni pisarskiej, czyli nadinspektora Scotland Yardu, Adama Dalgliesha, opisywanego jako policjanta dżentelmena.
Nie od razu się zorientowałam, że akcja Całunu dla pielęgniarki toczy się w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku; najpierw byłam przekonana, że mam do czynienia z kryminałem w nieco historycznej dekoracji i wszystko dzieje się w wieku osiemnastym, dziewiętnastym. Nie była to tylko kwestia opisu warunków życia bohaterów – m. in. dwóch starszych pielęgniarek, które wydawały się mieszkać w muzeum wiktoriańskiego stylu, gdzie angielski sposób życia przechodził ze stereotypowego we wręcz groteskowy. Wrażenie, że czytam powieść sprzed dwóch wieków, miałam również podczas lektury kolejnych kryminałów P.D. James – Czarnej wieży i Intryg i żądz. Dlaczego?
Choć powieści James są skonstruowane bez zarzutu, z widocznie przemyślaną intrygą (w przeciwieństwie do np. metody Agathy Christie, która niemal do końca pisania kolejnego kryminału sama nie była pewna kto zabił, P.D. James od początku obsadza konkretną postać jako winną zbrodni), chociaż dialogi są dobrze napisane i pełne dosadnych wyrażeń, jakby to ujęła staromodna dama - nie można ustrzec się przed wrażeniem, że oglądam teatrzyk cieni, drewniane marionetki.
P.D. James nie potrafi wykreować chyba ani jednego bohatera, który mógłby zaintrygować czytelnika, o wzbudzeniu sympatii czy jakiegokolwiek mocniejszego uczucia nie wspominając („chciałbym czytać jak konsjerżka” napisał kiedyś Cioran mając na myśli przyjemność naiwnej lektury). Niestety, nawet jej superheros brytyjskiej policji, nadinspektor Scotland Yardu Adam Dalgliesh, choć stworzony według wzorowego przepisu na melodramat – wysoki, przystojny dżentelmen, którego żona umarła razem z ich nowonarodzonym dzieckiem, piszący w wolnych chwilach niepokojące, mroczne i nagradzane przez krytyków wiersze – obdarzony urokiem i charyzmą drewnianej deski. Biografia Dalgliesha, jego powodzenie podczas prowadzenia śledztwa czy takt, jakim się wykazuje podczas przesłuchiwania podejrzanych i świadków – skontrastowany z gruboskórnymi współpracownikami – obchodzą czytelnika tyle, ile fusy po herbacie sprzed dwóch wieków. Nie lepiej jest z bohaterką dwóch innych kryminałów P.D. James (być może miała powstać dłuższa seria), prywatną panią detektyw Cordelią Gray. Cordelia jest jedną z najbardziej irytujących bohaterek, na jakie kiedykolwiek trafiłam. Została wykreowana tak, jakby P.D. James chciała udowodnić „Acha, popatrzcie, kobiety nie nadają się na detektywów! Mówiłam!”.
Opinia o P.D. James jako znawczyni natury człowieka, która nie waha się zajrzeć w najmroczniejsze zakątki ludzkiej duszy być może bierze się z faktu, że autorka opisuje wszelkie romanse swych bohaterów. Moralność w wydaniu P.D. James można złośliwie streścić hasłem za każdym razem, gdy uprawiasz seks, NA PEWNO ginie kotek.
Choć autorka opisuje całkiem intrygująco ofiary, podejrzanych i świadków w każdej sprawie, nigdy nie budzą oni sympatii, co najwyżej współczucie wymieszane ze wstrętem – ze strony autorki, które oczywiście przenosi na swojego głównego bohatera, nadinspektora Dalgliesha. Jeden z dziennikarzy zapytał nawet P.D. James, czy jej sympatia stoi czasem po stronie morderców, ponieważ często w jej kryminałach zamordowani ludzie okazują się naprawdę nieprzyjemnymi, uciążliwymi ludźmi, za którymi mało kto zatęskni. Autorka oczywiście zaprzeczyła, akcentując fakt, że niezależnie od osobistych przywar, to zabity człowiek traci najwięcej i to, co mu zostało zabrane, jest stratą nie do odzyskania.
P.D. James przepracowała wiele lat jako urzędniczka (w urzędzie skarbowym i w szpitalu), stąd jej opisy zaplecza administracyjnego opisywanych miejsc – laboratorium czy państwowej szkoły pielęgniarskiej wydają się być wiarygodnie. Często poświęca sporo miejsca postaciom, które wydają się mieć jej cechy z przeszłości, jak Brenda Pridmore – młodym kobietom zatrudnionym na podrzędnych stanowiskach, które aby podjąć dalszą naukę, muszą przede wszystkim pokonać niechęć nastawionej tradycjonalistycznie najbliższej rodziny, która uważa, że kobiecie wykształcenie nie jest potrzebne. Jak sama powiedziała w wywiadzie dla „Guardiana”,zaczęła pisać w latach pięćdziesiątych. Zawsze marzyła o tym by być pisarką, ale zwlekała z tym, nigdy nie czując się wystarczająco dobra. Szokująco skromne słowa jak na osobę, która swoje powieści konstruuje właściwie bez zarzutów formalnych – moim zdaniem.
W Śmierci każdego dnia, wydanej w 1977 roku, oprócz intrygującej zagadki kryminalnej, czytelnik poznaje – jak się wydaje – realistycznie opisane początki współpracy angielskiej policji i laboratoriów naukowych, bez których współczesna kryminalistyka nie potrafi i nie może się już obejść. Frapujący jest opis śledztwa, w dekadzie, w której urodzili się aktualni trzydziestolatkowie, więc niby w naszych czasach, ale tuż przed zastosowaniem badań DNA – zatem niemal w prehistorii, w którym mimo sporej ilości materiałów dowodowych, w tym śladów krwi, nie ma możliwości stuprocentowego przypisania ich konkretnej osobie. Śmierć każdego dnia opowiada o brutalnym morderstwie popełnionym na pracowniku laboratorium naukowego, pracującego dla policji i pomagającego podczas rozwiązywania śledztw w sprawach najpoważniejszych przestępstw, jak morderstwa czy podpalenia. Frapujące są dialogi bohaterów pracujących w powieściowym laboratorium, o tym jak ciężko czasem było przekonać policję o przydatności usług placówki badawczej w rozwiązywaniu spraw kryminalnych. Jak ważne było, by badacz, który ustalił pochodzenie i przynależność próbek materiałów dowodowych zdobytych w śledztwie, potrafił wypaść przekonująco przed sądem i ławą przysięgłych – i co najważniejsze, by był w stanie wytłumaczyć przystępnie najczęściej niewykształconym ławnikom, na czym polegały jego badania i co mówią jego ustalenia.
Powieściowe laboratorium, nazwane od nazwiska założyciela, pułkownika Hoggatha, powstało w 1860 r., gdy jedynie nieliczni dostrzegali w nauce potencjał przydatny w kryminalistyce. Anegdotyczne wspominki o poprzednim szefie laboratorium, doktorze McIntyre, rysują zabawny obraz rubasznego żartownisia, który bardziej niż o procedury naukowe dbał o własny prestiż i wygody materialne. Obecny dyrektor Laboratorium Hoggatha, Howarth, wyłoniony podczas konkursu, choć z wykształcenia jest fizykiem teoretycznym, jest opisywany jako osoba mająca talenty menedżerskie, potrzebne do zarządzania niełatwym zespołem. Podczas śledztwa nie wychodzi na jaw jego niemal kazirodcza więź z piękną siostrą Domenicą, femme fatale całej powieści. Dalgliesh podczas śledztwa dowiaduje się, że ofiara morderstwa, doktor Lorrimer, był świetnym naukowcem, ale fatalnym współpracownikiem i apodyktycznym szefem dla swoich podwładnych. Doktor Lorrimer był pedantycznym, surowym starym kawalerem żyjącym z sędziwym i schorowanym ojcem. Nie miał przyjaciół, a chyba jedyną osobą wyrażającą się o nim ciepło po jego śmierci, była niedawno przyjęta do pracy recepcjonistka, młoda dziewczyna Brenda Pridmore, której naukowe ciągoty doktor Lorrimer bardzo wspierał – i nawet zapisał jej w testamencie pokaźną sumę na książki i edukację.
Strona po stronie, poznajemy historie mieszkańców małego miasteczka Chevisham, pracowników laboratorium Hoggatha i ich rodziny, wśród których jest sporo nieszczęśliwych istot na skraju załamania nerwowego. Na jaw wychodzą wszelkie tajemnice doktora Lorrimera, jego fatalna – bo jakże mogłoby być inaczej według P.D. James – namiętność do siostry nowego przełożonego, jego odtrącona miłość, która stała się obsesją… Scena, w której dowiadujemy się, że Domenica została przyłapana z kolejnym kochankiem przez Lorrimera w zabytkowej kaplicy, gdzie oddawała się lubieżnym zachciankom wśród płonących świec w opuszczonym przybytku boskim, jest majstersztykiem zgorszenia autorki – doprawdy, zło nie mogło przybrać potworniejszej maski!
Anachronizm (i mam tu na myśli nie tyle stan faktyczny/realia, ale to, jak współczesny odbiorca dzięki najnowszym powieściom i serialom kryminalnym może sobie wyobrażać przebieg śledztwa) procesu śledztwa nie wyznacza oczywiście jedynie fakt dopiero powstającej stałej współpracy policji kryminalnej z laboratoriami naukowymi czy stosowane metody badań. Czytelnik może się dowiedzieć w trakcie powieści, iż złamano wszelkie procedury śledcze, które może poznawać podczas oglądania licznych seriali kryminalnych – w przypadku serii CSI można mówić wręcz o kryminalnej science fiction. Oto laboratorium badawcze z powieści P.D. James nie jest całe objęte zabezpieczeniami antywłamaniowymi – o monitoringu oczywiście nie wspominając, a w tym samym ośrodku, w którym doszło do morderstwa, bada się nadal materiały dowodowe pochodzące z innych spraw o morderstwa. Osoby będące w kręgu podejrzeń, czyli naukowcy zatrudnieni w laboratorium – od początku bowiem wiadomo, że najprawdopodobniej zbrodnię popełnił ktoś ze współpracowników niesympatycznego i wręcz okrutnego doktora Lorrimera – nadal pracują na swoich stanowiskach, nikt im nie przeszkadza w wykonywaniu ich obowiązków, nie pojawia się cień podejrzenia, że sam fakt morderstwa w tym miejscu i prowadzonego śledztwa w tej sprawie kompromituje i dyskwalifikuje owo centrum badawcze jako pomocnika policji.
W wydawanych w Polsce powieściach uznanych brytyjskich autorek kryminałów – np. Agathy Christie, Caroline Graham – pojawiają się bohaterowie homoseksualni (w przeciwieństwie do polskich współczesnych powieści tego gatunku, wśród których autorzy najczęściej wolą się „nie wychylać”, i tworzą bohaterów będących zadziwiającą, ale „działającą” mieszanką mentalności postaci z serialu Klan i ciężkich, często maczoidalnych dowcipów portalu Joemonster). U Agathy Christie to „queers” przetłumaczeni na polski jako „dziwacy” (w starszych wydaniach; poza tym w czasach Christie był to synonim homoseksualisty), odmalowani jako komiczne, przegięte, ale sympatyczne zjawiska – wszak prawdziwi Brytyjczycy nie zwykli dziwić się zbyt wielu rzeczom. Caroline Graham portretuje rozmaite związki męsko–męskie, wśród których dramat goni dramat zakończony czasem ofiarami śmiertelnymi. Lepiej miewają się kobiety, których „pogłębiające się przyjaźnie” Graham ukazuje w znacznie cieplejszym świetle, sugerując, że jej bohaterki w nowych rodzących się związkach odnajdą nareszcie zrozumienie i wsparcie po traumatycznych przeżyciach. W Śmierci każdego dnia Adam Dalgliesh poznaje i przesłuchuje parę dwóch kobiet (w powieści nie pojawia się słowo „lesbijka”) i czuje do nich „instynktowną niechęć”. Prawdziwy dżentelmen z pana nadinspektora. Choć owa niechęć nie jest umotywowana, została zaznaczona przez autorkę, jako być może jej własny komentarz emocjonalny. Co prawda Dalgliesh nie czuje podobnej niechęci, gdy wychodzi na jaw, iż inspektor śledczy Doyle z Chevisham handlował na boku rekwirowanymi narkotykami i gdy okazało się, że był w czasie zbrodni na Lorrimerze blisko laboratorium, ponieważ udał się tam samochodem z poznaną kwadrans wcześniej kobietą na seks, no, ale przecież autorka wie, „jacy są mężczyźni”. P.D. James nie szczędzi wzruszających opisów niedoli, jakie zaznały obie wyżej opisywane kobiety i skromnych warunków, w jakich żyją. Adam Dalgliesh dowiaduje się też, że były szczęśliwe i się kochały, ale cóż, ten moralny występek P.D. James ukróciła okrutnym morderstwem na jednej z nich, według starych dobrych przepisów na literaturę umoralniającą.
Są okoliczności, w których lektura staroświecka w wymowie i zdezaktualizowana w treści (oczywiście w sensie anachronizmu, nie zaś dystansu czasowego, jaki minął od powstania danej książki) cieszy swoim urokiem. Nie jest to jednak przypadek P.D. James. Parafrazując światopoglądowe wypowiedzi autorki, jej książki z kurzu powstały i w kurz się obrócą.
Sławomira Raczyńska
P.D. James, Śmierć każdego dnia, przeł. Joanna Ociepka, Książnica, Katowice 1996.
Wywiad z P.D. James tu.
czwartek, 15 grudnia 2011
Kazuo Ishiguro, „Nie opuszczaj mnie”
Kazuo Ishiguro, angielski powieściopisarz japońskiego pochodzenia, po raz kolejny zaintrygował mnie na tyle, że postanowiłam wrócić do jego niepokojącego świata. Nie opuszczaj mnie to jego szósta powieść. Zekranizowana (reż. Mark Romanek, 2010), raczej nie odniosła spektakularnego sukcesu, ale dała wydawnictwu pretekst do nowej edycji z „filmową” okładką.
Powieść jest niepokojąca, wręcz straszna. Akcja toczy się w Anglii, raczej we współczesności… ale w alternatywnej współczesności. Częstym chyba motywem fabularnym jest, że podczas drugiej wojny światowej naukowcy nad czymś pracowali i osiągnęli sukces, który jest wykorzystywany, wdrożony pod koniec XX wieku*. Takim chwytem posiłkuje się tu Ishiguro. Mamy pierwszoosobową narratorkę, kobietę tuż po trzydziestce – Kathy H. Na początku opowiada o swojej pracy, którą wykonuje już od lat, i którą – ze względu na ten staż (!) – jest bardzo zmęczona. Podróżuje pomiędzy swego rodzaju ośrodkami, w których opiekuje się osobami – o czym się dość szybko dowiadujemy – oddającymi narządy do przeszczepów. Gdy zwierzchnicy uznają, że Kathy powinna zostać dawczynią, przestanie być opiekunką, trafi między swoich. Narratorka wspomina, że wszyscy jej znajomi znacznie szybciej rozpoczęli taką rolę, znacznie krócej niż ona byli opiekunami.
Kobieta wspomina swe dzieciństwo w Hailsham, szkole z pensjonatem. W odróżnieniu od normalnych takich szkół, z jakich słynie Wielka Brytania, nie przyjeżdżał nikt nowy, nikt nie odchodził z grona wychowanków, dzieci nie były też odwiedzane. Niekiedy tylko na teren szkoły docierał handlarz używanymi rzeczami, a czasem kobieta nazywana Madame. Opowieść Kathy niczego nie deklaruje wprost, ale przez pominięcie sfery życia obejmującej pochodzenie czy status społeczny, tudzież materialny, stopniowo uświadamiamy sobie, że dzieci ze szkoły nie mają rodziców ani rodzeństwa, nie są jednak opisywane jako sieroty. Wychowanie wydaje się liberalne (np. jeśli chodzi o rozwój seksualności), ale i na nutę pretensjonalności. Fetyszem szkoły jest „kreatywność” dzieci; wszyscy są nawet nie zachęcani, a zmuszani, do produkcji przedmiotów artystycznych, zwłaszcza plastycznych. Cyklicznie urządzane są wystawy, podczas których dorobek uczniów i uczennic ogląda Madame, wybierając dla siebie to, co się jej szczególnie podoba. To wielkie wyróżnienie. Dzieci mogą też brać swoje prace nawzajem. Popularność w tym zakresie również buduje uczniowski prestiż.
Dzieci rosną. Rodzą się sympatie, związki, antypatie. Zdarzają się marzenia o przyszłości, np. o pracy w biurze. Pojawiają się wzmianki, że uczennice i uczniowie wiedzą, iż nigdy nie będą rodzicami. Niektóre sprawy z dzieciństwa idą w zapomnienie, inne się intensyfikują.
Kathy ma parę przyjaciół, związanych ze sobą, Ruth i Toma. Ruth się nieco wywyższa, jest prowodyrką, przywódczynią, szafarką łaski grupowej akceptacji. Tommy w pierwszych latach szkoły był bardzo wyśmiewany przez rówieśników, i choć z tego wszyscy wyrośli, niewątpliwie to coś, co obciąża pamięć – tym bardziej, że chłopiec nie potrafił być „kreatywny” plastycznie… Ruth to mistrzyni dogadywania, wbijania szpilek, poniżania, przy czym jest też kapryśna, i niekiedy nie wiadomo, jak się zyskuje, a jak traci jej względy. Kathy zaś wydaje się zupełnie przeciętna.
Po skończeniu szkoły absolwenci przenoszeni są do wiejskich posiadłości, gdzie przez pewien czas mają pisać coś w rodzaju pracy dyplomowej. Są wyizolowani, ale nie tak drastycznie, jak w szkole. Mogą np. podróżować. Ruth, Tommy i Kathy trafiają do tego samego domu, poznają o rok starszych absolwentów – współlokatorów. Mieszając się z ludźmi z innych szkół, słyszą, ze ich Hailsham uchodzi za wyjątkową, ekskluzywną. Absolwenci, jedni po drugich, decydują się na podjęcie nauki na bliżej nieokreślonych kursach przygotowujących.
Stopniowo rozmaite wzmianki mnożą się na tyle, że obraz powieściowej rzeczywistości staje się klarowny. Bohaterowie są klonami hodowanymi na narządy. Nie uciekają, nie protestują. Ich ingerencja we własny los sprowadza się ewentualnie do ciekawości, kto jest prototypem. Posród postaci przedstawionych nam przez Ishiguro tylko Ruth – po usłyszeniu rozmaitych dających wychowankom Hailsham nadzieję plotek – bardzo zależy na tym, by odnaleźć tajemniczą Madame, i dowiedzieć się, czy osoby, których prace ta mecenaska wybierała, miały szansę na uniknięcie swego losu: czy to prawda, że odsłonięcie swej duszy poprzez sztukę sprawi, że wychowanek, doceniony przez Madame, uzyska „odroczenie”.
Perspektywa owego uniknięcia rysowana jest tylko w ramach ewentualnego oficjalnego przyzwolenia. Uzyskać, nie wywalczyć ani nie oszukać. Żaden z (przyszłych) dawców nie próbuje ucieczki. W wywiadzie Ishiguro wspomniał, że to właśnie uważa za ciekawsze. Przecież w ramach naszej codzienności cierpimy wiele niedogodności, przykrości, doświadczamy bólu i nieszczęść – a jednak totalny bunt, ucieczka z wrogiej (lub postrzeganej jako wroga) rzeczywistości jest rzadkością. Niedawno miałam okazję zwiedzić wystawę Polowanie na awangardę. Zakazana sztuka w Trzeciej Rzeszy w krakowskim MCK – podczas lektury notek biograficznych zadziwiło mnie, jak wielu prześladowanych przez reżim nazistowski artystów wybierało „emigrację zewnętrzną” zamiast ewakuacji na drugi koniec świata.
Jednak w przypadku Nie opuszczaj mnie oczywiście na myśl przychodzi bunt replikantów z Łowcy androidów (reż. Ridley Scott, 1982), ich daremna pielgrzymka do siedziby ojca-stworzyciela i niespełnione marzenie o wydłużeniu życia.
Szczegóły pracy opiekunów ani dawców nie są znane. Wiemy tylko, że po całej Anglii rozsiane są ośrodki rehabilitacyjne, w których żyją klony-dawcy (osoby pozbawione przynajmniej jednego organu), i opiekunowie jeżdżą między tymi lokacjami. To wydaje się kompletnie nieracjonalne: opiekunowie, jak Kathy, tracą czas na szosach, nie pełnią funkcji pielęgniarskich, a jedynie słuchają, pocieszają, spędzają wspólnie z przypisanymi sobie dawcami czas. Trudno zrozumieć celowość takich działań. Czy władzom zależy, by dawcy mieli u kresu życia kontakt z jakąś podobną sobie osobą, która również korzysta, widząc i rozumiejąc, jaki los czeka i na nią samą? W każdym razie właśnie nieznane władze decydują o tym, jak długo opiekun jest opiekunem, nim trafi na stół operacyjny.
Dawcy klasyfikowani są na podstawie ilości pobrań. Standardowo „wystarczają” na trzy, ale niektórzy są w stanie żyć po usunięciu czterech organów (Ishiguro nie precyzuje, na co jest popyt, ale łatwo sobie wyobrazić, iż oddanie do transplantacji nerki czy rogówki pozwala jeszcze na dalsze życie, zaś pobranie serca jest zdecydowanie ostatnią donacją) – to oczywiście wyjątki. Oczywiście i Ruth, i Tom znacznie wcześniej, niż Kathy, odchodzą z pracy opiekunów. Po którymś swym pobraniu Ruth umiera. Kathy zostaje kochanką Toma (seks nigdy nie był represjonowany, nawet w szkole z internatem). Ruth pozostawiła obojgu prezent: adres Madame.
Kathy i Tom wybierają się tam z wizytą, i udaje się im porozmawiać z dwiema osobami odpowiedzialnymi za kształt ich dzieciństwa. Od samej Madame i panny Emily z Hailsham dowiadują się, że projekt wychowywania klonów „na ludzi” był od początku społecznie kontrowersyjny, ale fundacja stojąca za Hailsham działała i wpływała na opinię publiczną, póki były na to środki. Współcześnie nie ma już takich szkół ani takich programów wychowawczych. I nie, niczego nie da się zrobić. Nie ma „odroczeń”, których koncepcja krążyła wśród byłych wychowanków jako urban legend (kobiety wspominają, że co roku dwoje lub troje wychowanków trafia do ich azylu z podobnego rodzaju nadziejami). Później Tommy umiera. Kathy już tylko czeka, kiedy to ją wyznaczą na dawczynię.
Mój opis brzmi, jak gdyby powieść Ishiguro była jakimś horrorem science–fiction. Nie jest. Narracja jest bardzo… delikatna. Pełna eufemizmów: wychowankowie, dawcy, ośrodek. Żadnego sztafażu np. technologicznego (w filmowym zwiastunie widzimy, że uczniowie mają czipy identyfikacyjne wszczepione w nadgarstki, że poruszają się w zsynchronizowany sposób jak podczas ćwiczeń wojskowych: spełnione marzenie wychowawców z brytyjskich boarding schools). Po prostu dowiadujemy się, że w latach pięćdziesiątych możliwe stało się klonowanie, i postanowiono wykorzystywać to w leczeniu ludzi–nieklonów. Pewna grupa działaczy społecznych postanowiła dowodzić, że klony mają autonomiczne człowieczeństwo… nie negując ich roli rezerwuarów części zamiennych. Ot, tyle.
Niemal zupełnie nie ma perspektywy normalnego świata. Poza szkołą, w której i tak przyjmuje się strategię niezadawania pytań, klony (niczym Scottowscy replikanci w siedzibie Tyrell Corporation) mają jedną szansę, by się czegoś o sobie dowiedzieć. Nie jest jasne, czy rozmaite wydarzenia, do jakich nawiązuje odpowiadająca Kathy i Tommy’emu panna Emily, są dla pytających zrozumiałe (np. pada potoczne, medialne określenie pewnego skandalu, którego ujawnienie pociągnęło za sobą zamykanie szkół – ośrodków i walkę o uznanie podmiotowości klonów). Nie przeczytamy, czy donacji dokonywano na rzecz osób będących pierwowzorami danego klona, czy – obcych, ale pasujących, jak w realnie praktykowanych transplantacjach.
Wiemy przede wszystkim, że ukrócono plany tworzenia klonów doskonalszych, aniżeli zwykli ludzie, w obawie, by „nadludzie” nie opanowali społeczeństwa i nie przejęli władzy (takie określenie w powieści nie pada, ale taki jest sens).
Jeśli chodzi o tytuł, jest raczej niegodny uwagi: odnosi się po prostu do sentymentalnej piosenki, której chętnie słuchała Kathy, przy której snuła marzenia – na tym kiedyś przyłapała ją Madame, ale zinterpretowała zachowanie małej marzycielki zupełnie nietrafnie. Nie lubię tego rodzaju popkulturowych kluczy, sugerujących niesamowitą ważność (albo i głębię) rozrywkowych piosenek. Świetnie, że powieść jest lepsza, niż jej tytuł. W odróżnieniu jednak od Pejzażu w kolorze sepii, w którym tylko bardzo uważny czytelnik odnalazł wyjaśnienie zagadki Etsuko, od stopniowo rozjaśniającego mroki swej przeszłości Masuji’ego Ono z Malarza świata ułudy, czy od enigmatycznego do ostatniej strony Niepocieszonego, Nie opuszczaj mnie oferuje iście hollywoodzką kulminację i rewelację (w etymologicznym znaczeniu tego słowa), przy braku happy endu**.
Ishiguro opowiada o kresie życia. Kresie u bohaterów następującym szybciej, aniżeli jesteśmy do tego w naszych czasach i naszej formacji kulturowej przyzwyczajeni. Kresie nieuniknionym. Zauważmy przy okazji, iż sztuka (wychowanie artystyczne) w Hailsham jest ekwiwalentem religii – to pewnego rodzaju niespełnialna obietnica otwarcia drzwi do innego świata, w którym rozpościerają się możliwości niedostępne w rzeczywistości hic et nunc. Parareligijna retoryka pobrzmiewa także we wspomnianych wyżej eufemistycznych określeniach odnoszących się do spraw bolesnych i drastycznych. Retoryka ta ma nie tylko koić (dawcy powinni być „wyciszeni” – s. 11), ale i dawać wyższe uzasadnienie procederom niezwykle śliskim etycznie. Najlepszym dowodem na człowieczeństwo bohaterów jest fakt, że szkolne opowieści Kathy czytamy jak Bildungsroman! Autor w sposób bolesny, ale zarazem subtelny przypomina, że czas nas wszystkich jest ograniczony, choć w przypadku jego bohaterów – ograniczony bardziej. Wniosek banalny, jednak przemawia do wyobraźni, jeśli pomyśleć, że w świecie Nie opuszczaj mnie „zejścia” mają miejsce w wieku, który my sytuujemy na granicy młodości i pełnej dojrzałości, przed wejściem w tzw. smugę cienia. Kiedy jesteśmy zadomowieni w życiu.
Paulina Szkudlarek
Kazuo Ishiguro, Nie opuszczaj mnie, przeł. Andrzej Szulc, Albatros, Warszawa 2011 (wyd. III).
Przypisy:
* Pomysł taki pojawia się w licznych mangach, by – z obecnych na polskim rynku – wymienić: Hellsing (Kohta Hirano, wyd. JPF), Full Metal Alchemist (Hiromu Arakawa, wyd. JPF) czy Ikagami (Motorō Mase, wyd. Hanami). Przykładowe powieści posiłkujące się tym motywem to Oryks i Derkacz Margaret Atwood (przeł. Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Zysk i S-ka, Poznań 2004) czy też Diamentowy wiek Neala Stephensona (przeł. Jędrzej Polak, Zysk i S-ka, Poznań 1997).
** Tu kontekstem dla Ishiguro może być powieść Ludzkie dzieci P. D. James (przeł. Maria Gębicka-Frąc, Mag, Warszawa 2006), znanej lepiej jako autorka poczytnych kryminałów. Jej antyutopia – również zekranizowana (reż. Alfonso Cuaron, 2006) – kończąc się wydarzeniem zbawiennym dla świata, intencjonalnie pociesza, ale zarazem gloryfikuje konserwatyzm obyczajowy i grozi odwróceniem toku emancypacji wywalczonej w XX wieku.
Powieść jest niepokojąca, wręcz straszna. Akcja toczy się w Anglii, raczej we współczesności… ale w alternatywnej współczesności. Częstym chyba motywem fabularnym jest, że podczas drugiej wojny światowej naukowcy nad czymś pracowali i osiągnęli sukces, który jest wykorzystywany, wdrożony pod koniec XX wieku*. Takim chwytem posiłkuje się tu Ishiguro. Mamy pierwszoosobową narratorkę, kobietę tuż po trzydziestce – Kathy H. Na początku opowiada o swojej pracy, którą wykonuje już od lat, i którą – ze względu na ten staż (!) – jest bardzo zmęczona. Podróżuje pomiędzy swego rodzaju ośrodkami, w których opiekuje się osobami – o czym się dość szybko dowiadujemy – oddającymi narządy do przeszczepów. Gdy zwierzchnicy uznają, że Kathy powinna zostać dawczynią, przestanie być opiekunką, trafi między swoich. Narratorka wspomina, że wszyscy jej znajomi znacznie szybciej rozpoczęli taką rolę, znacznie krócej niż ona byli opiekunami.
Kobieta wspomina swe dzieciństwo w Hailsham, szkole z pensjonatem. W odróżnieniu od normalnych takich szkół, z jakich słynie Wielka Brytania, nie przyjeżdżał nikt nowy, nikt nie odchodził z grona wychowanków, dzieci nie były też odwiedzane. Niekiedy tylko na teren szkoły docierał handlarz używanymi rzeczami, a czasem kobieta nazywana Madame. Opowieść Kathy niczego nie deklaruje wprost, ale przez pominięcie sfery życia obejmującej pochodzenie czy status społeczny, tudzież materialny, stopniowo uświadamiamy sobie, że dzieci ze szkoły nie mają rodziców ani rodzeństwa, nie są jednak opisywane jako sieroty. Wychowanie wydaje się liberalne (np. jeśli chodzi o rozwój seksualności), ale i na nutę pretensjonalności. Fetyszem szkoły jest „kreatywność” dzieci; wszyscy są nawet nie zachęcani, a zmuszani, do produkcji przedmiotów artystycznych, zwłaszcza plastycznych. Cyklicznie urządzane są wystawy, podczas których dorobek uczniów i uczennic ogląda Madame, wybierając dla siebie to, co się jej szczególnie podoba. To wielkie wyróżnienie. Dzieci mogą też brać swoje prace nawzajem. Popularność w tym zakresie również buduje uczniowski prestiż.
Dzieci rosną. Rodzą się sympatie, związki, antypatie. Zdarzają się marzenia o przyszłości, np. o pracy w biurze. Pojawiają się wzmianki, że uczennice i uczniowie wiedzą, iż nigdy nie będą rodzicami. Niektóre sprawy z dzieciństwa idą w zapomnienie, inne się intensyfikują.
Kathy ma parę przyjaciół, związanych ze sobą, Ruth i Toma. Ruth się nieco wywyższa, jest prowodyrką, przywódczynią, szafarką łaski grupowej akceptacji. Tommy w pierwszych latach szkoły był bardzo wyśmiewany przez rówieśników, i choć z tego wszyscy wyrośli, niewątpliwie to coś, co obciąża pamięć – tym bardziej, że chłopiec nie potrafił być „kreatywny” plastycznie… Ruth to mistrzyni dogadywania, wbijania szpilek, poniżania, przy czym jest też kapryśna, i niekiedy nie wiadomo, jak się zyskuje, a jak traci jej względy. Kathy zaś wydaje się zupełnie przeciętna.
Po skończeniu szkoły absolwenci przenoszeni są do wiejskich posiadłości, gdzie przez pewien czas mają pisać coś w rodzaju pracy dyplomowej. Są wyizolowani, ale nie tak drastycznie, jak w szkole. Mogą np. podróżować. Ruth, Tommy i Kathy trafiają do tego samego domu, poznają o rok starszych absolwentów – współlokatorów. Mieszając się z ludźmi z innych szkół, słyszą, ze ich Hailsham uchodzi za wyjątkową, ekskluzywną. Absolwenci, jedni po drugich, decydują się na podjęcie nauki na bliżej nieokreślonych kursach przygotowujących.
Stopniowo rozmaite wzmianki mnożą się na tyle, że obraz powieściowej rzeczywistości staje się klarowny. Bohaterowie są klonami hodowanymi na narządy. Nie uciekają, nie protestują. Ich ingerencja we własny los sprowadza się ewentualnie do ciekawości, kto jest prototypem. Posród postaci przedstawionych nam przez Ishiguro tylko Ruth – po usłyszeniu rozmaitych dających wychowankom Hailsham nadzieję plotek – bardzo zależy na tym, by odnaleźć tajemniczą Madame, i dowiedzieć się, czy osoby, których prace ta mecenaska wybierała, miały szansę na uniknięcie swego losu: czy to prawda, że odsłonięcie swej duszy poprzez sztukę sprawi, że wychowanek, doceniony przez Madame, uzyska „odroczenie”.
Perspektywa owego uniknięcia rysowana jest tylko w ramach ewentualnego oficjalnego przyzwolenia. Uzyskać, nie wywalczyć ani nie oszukać. Żaden z (przyszłych) dawców nie próbuje ucieczki. W wywiadzie Ishiguro wspomniał, że to właśnie uważa za ciekawsze. Przecież w ramach naszej codzienności cierpimy wiele niedogodności, przykrości, doświadczamy bólu i nieszczęść – a jednak totalny bunt, ucieczka z wrogiej (lub postrzeganej jako wroga) rzeczywistości jest rzadkością. Niedawno miałam okazję zwiedzić wystawę Polowanie na awangardę. Zakazana sztuka w Trzeciej Rzeszy w krakowskim MCK – podczas lektury notek biograficznych zadziwiło mnie, jak wielu prześladowanych przez reżim nazistowski artystów wybierało „emigrację zewnętrzną” zamiast ewakuacji na drugi koniec świata.
Jednak w przypadku Nie opuszczaj mnie oczywiście na myśl przychodzi bunt replikantów z Łowcy androidów (reż. Ridley Scott, 1982), ich daremna pielgrzymka do siedziby ojca-stworzyciela i niespełnione marzenie o wydłużeniu życia.
Szczegóły pracy opiekunów ani dawców nie są znane. Wiemy tylko, że po całej Anglii rozsiane są ośrodki rehabilitacyjne, w których żyją klony-dawcy (osoby pozbawione przynajmniej jednego organu), i opiekunowie jeżdżą między tymi lokacjami. To wydaje się kompletnie nieracjonalne: opiekunowie, jak Kathy, tracą czas na szosach, nie pełnią funkcji pielęgniarskich, a jedynie słuchają, pocieszają, spędzają wspólnie z przypisanymi sobie dawcami czas. Trudno zrozumieć celowość takich działań. Czy władzom zależy, by dawcy mieli u kresu życia kontakt z jakąś podobną sobie osobą, która również korzysta, widząc i rozumiejąc, jaki los czeka i na nią samą? W każdym razie właśnie nieznane władze decydują o tym, jak długo opiekun jest opiekunem, nim trafi na stół operacyjny.
Dawcy klasyfikowani są na podstawie ilości pobrań. Standardowo „wystarczają” na trzy, ale niektórzy są w stanie żyć po usunięciu czterech organów (Ishiguro nie precyzuje, na co jest popyt, ale łatwo sobie wyobrazić, iż oddanie do transplantacji nerki czy rogówki pozwala jeszcze na dalsze życie, zaś pobranie serca jest zdecydowanie ostatnią donacją) – to oczywiście wyjątki. Oczywiście i Ruth, i Tom znacznie wcześniej, niż Kathy, odchodzą z pracy opiekunów. Po którymś swym pobraniu Ruth umiera. Kathy zostaje kochanką Toma (seks nigdy nie był represjonowany, nawet w szkole z internatem). Ruth pozostawiła obojgu prezent: adres Madame.
Kathy i Tom wybierają się tam z wizytą, i udaje się im porozmawiać z dwiema osobami odpowiedzialnymi za kształt ich dzieciństwa. Od samej Madame i panny Emily z Hailsham dowiadują się, że projekt wychowywania klonów „na ludzi” był od początku społecznie kontrowersyjny, ale fundacja stojąca za Hailsham działała i wpływała na opinię publiczną, póki były na to środki. Współcześnie nie ma już takich szkół ani takich programów wychowawczych. I nie, niczego nie da się zrobić. Nie ma „odroczeń”, których koncepcja krążyła wśród byłych wychowanków jako urban legend (kobiety wspominają, że co roku dwoje lub troje wychowanków trafia do ich azylu z podobnego rodzaju nadziejami). Później Tommy umiera. Kathy już tylko czeka, kiedy to ją wyznaczą na dawczynię.
Mój opis brzmi, jak gdyby powieść Ishiguro była jakimś horrorem science–fiction. Nie jest. Narracja jest bardzo… delikatna. Pełna eufemizmów: wychowankowie, dawcy, ośrodek. Żadnego sztafażu np. technologicznego (w filmowym zwiastunie widzimy, że uczniowie mają czipy identyfikacyjne wszczepione w nadgarstki, że poruszają się w zsynchronizowany sposób jak podczas ćwiczeń wojskowych: spełnione marzenie wychowawców z brytyjskich boarding schools). Po prostu dowiadujemy się, że w latach pięćdziesiątych możliwe stało się klonowanie, i postanowiono wykorzystywać to w leczeniu ludzi–nieklonów. Pewna grupa działaczy społecznych postanowiła dowodzić, że klony mają autonomiczne człowieczeństwo… nie negując ich roli rezerwuarów części zamiennych. Ot, tyle.
Niemal zupełnie nie ma perspektywy normalnego świata. Poza szkołą, w której i tak przyjmuje się strategię niezadawania pytań, klony (niczym Scottowscy replikanci w siedzibie Tyrell Corporation) mają jedną szansę, by się czegoś o sobie dowiedzieć. Nie jest jasne, czy rozmaite wydarzenia, do jakich nawiązuje odpowiadająca Kathy i Tommy’emu panna Emily, są dla pytających zrozumiałe (np. pada potoczne, medialne określenie pewnego skandalu, którego ujawnienie pociągnęło za sobą zamykanie szkół – ośrodków i walkę o uznanie podmiotowości klonów). Nie przeczytamy, czy donacji dokonywano na rzecz osób będących pierwowzorami danego klona, czy – obcych, ale pasujących, jak w realnie praktykowanych transplantacjach.
Wiemy przede wszystkim, że ukrócono plany tworzenia klonów doskonalszych, aniżeli zwykli ludzie, w obawie, by „nadludzie” nie opanowali społeczeństwa i nie przejęli władzy (takie określenie w powieści nie pada, ale taki jest sens).
Jeśli chodzi o tytuł, jest raczej niegodny uwagi: odnosi się po prostu do sentymentalnej piosenki, której chętnie słuchała Kathy, przy której snuła marzenia – na tym kiedyś przyłapała ją Madame, ale zinterpretowała zachowanie małej marzycielki zupełnie nietrafnie. Nie lubię tego rodzaju popkulturowych kluczy, sugerujących niesamowitą ważność (albo i głębię) rozrywkowych piosenek. Świetnie, że powieść jest lepsza, niż jej tytuł. W odróżnieniu jednak od Pejzażu w kolorze sepii, w którym tylko bardzo uważny czytelnik odnalazł wyjaśnienie zagadki Etsuko, od stopniowo rozjaśniającego mroki swej przeszłości Masuji’ego Ono z Malarza świata ułudy, czy od enigmatycznego do ostatniej strony Niepocieszonego, Nie opuszczaj mnie oferuje iście hollywoodzką kulminację i rewelację (w etymologicznym znaczeniu tego słowa), przy braku happy endu**.
Ishiguro opowiada o kresie życia. Kresie u bohaterów następującym szybciej, aniżeli jesteśmy do tego w naszych czasach i naszej formacji kulturowej przyzwyczajeni. Kresie nieuniknionym. Zauważmy przy okazji, iż sztuka (wychowanie artystyczne) w Hailsham jest ekwiwalentem religii – to pewnego rodzaju niespełnialna obietnica otwarcia drzwi do innego świata, w którym rozpościerają się możliwości niedostępne w rzeczywistości hic et nunc. Parareligijna retoryka pobrzmiewa także we wspomnianych wyżej eufemistycznych określeniach odnoszących się do spraw bolesnych i drastycznych. Retoryka ta ma nie tylko koić (dawcy powinni być „wyciszeni” – s. 11), ale i dawać wyższe uzasadnienie procederom niezwykle śliskim etycznie. Najlepszym dowodem na człowieczeństwo bohaterów jest fakt, że szkolne opowieści Kathy czytamy jak Bildungsroman! Autor w sposób bolesny, ale zarazem subtelny przypomina, że czas nas wszystkich jest ograniczony, choć w przypadku jego bohaterów – ograniczony bardziej. Wniosek banalny, jednak przemawia do wyobraźni, jeśli pomyśleć, że w świecie Nie opuszczaj mnie „zejścia” mają miejsce w wieku, który my sytuujemy na granicy młodości i pełnej dojrzałości, przed wejściem w tzw. smugę cienia. Kiedy jesteśmy zadomowieni w życiu.
Paulina Szkudlarek
Kazuo Ishiguro, Nie opuszczaj mnie, przeł. Andrzej Szulc, Albatros, Warszawa 2011 (wyd. III).
Przypisy:
* Pomysł taki pojawia się w licznych mangach, by – z obecnych na polskim rynku – wymienić: Hellsing (Kohta Hirano, wyd. JPF), Full Metal Alchemist (Hiromu Arakawa, wyd. JPF) czy Ikagami (Motorō Mase, wyd. Hanami). Przykładowe powieści posiłkujące się tym motywem to Oryks i Derkacz Margaret Atwood (przeł. Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Zysk i S-ka, Poznań 2004) czy też Diamentowy wiek Neala Stephensona (przeł. Jędrzej Polak, Zysk i S-ka, Poznań 1997).
** Tu kontekstem dla Ishiguro może być powieść Ludzkie dzieci P. D. James (przeł. Maria Gębicka-Frąc, Mag, Warszawa 2006), znanej lepiej jako autorka poczytnych kryminałów. Jej antyutopia – również zekranizowana (reż. Alfonso Cuaron, 2006) – kończąc się wydarzeniem zbawiennym dla świata, intencjonalnie pociesza, ale zarazem gloryfikuje konserwatyzm obyczajowy i grozi odwróceniem toku emancypacji wywalczonej w XX wieku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)